pl   -   en

Z doświadczeń prasy zagranicznej w Turcji: „Wszyscy szacujemy ryzyko”

Dziennikarze zagraniczni w Turcji niebezpiecznie balansują na granicy ryzyka. Nie są wprawdzie narażeni na takie same niebezpieczeństwa jak ich tureccy koledzy, ale ich działalność i tak przypomina stąpanie po kruchym lodzie, który czasami pęka.

7 września władze tureckie zatrzymały austriackiego dziennikarza Maxa Zirngasta. Obecnie przebywa on w areszcie, oskarżony o członkostwo w nielegalnej organizacji. Zirngast powiedział przed sądem, że jest w trakcie studiów podyplomowych na Middle East Technical University w Ankarze, a wcześniej pisał dla portalu Toplumsal Özgürlük. Zaprzeczył jednak, jakoby należał do jakiejkolwiek organizacji terrorystycznej bądź prowadził nielegalną działalność. W lutym tego roku Deniz Yücel, niemiecki dziennikarz piszący dla niemieckiego „Die Welt”, został zwolniony z całorocznego aresztu pod zarzutem „podżegania do publicznej nienawiści” i otrzymał pozwolenie na opuszczenie kraju, choć sprawa nie jest jeszcze zamknięta. Prezydent Erdoğan publicznie nazwał go terrorystą.

Na potrzeby tego artykułu przeprowadzono rozmowy z wieloma korespondentami, członkami redakcji i freelancerami. Wszyscy prosili, aby ich wypowiedzi pozostały anonimowe. Nie ma lepszego dowodu na ogromną presję, jaka ciąży na środowisku medialnym. – Ryzykujemy, że nazwą nas dostawcami dezinformacji – powiedział jeden z rozmówców. Szczególnie zaniepokojeni byli ci, którzy wciąż mają problemy z odnowieniem swoich przepustek prasowych. Dzięki nim mają pozwolenie na pracę, a to z kolei często pomaga w uzyskaniu pozwolenia na pobyt w Turcji. Inni zwracają uwagę, że dawniej mogli swobodnie rozmawiać z ludźmi, którzy teraz traktują ich podejrzliwie. Tak jakby brak zaufania do zagranicznych mediów ze strony rządu był zaraźliwy niczym wirus.

– Nasi tureccy rozmówcy nie chcą się przyznać do strachu przed rozmową z nami, po prostu znajdują kolejne wymówki, aby się nie spotykać – zauważa jeden z dziennikarzy. Inny wspomina, jak proszono go o wylegitymowanie się, publicznie pouczano i wyrzucano z publicznych spotkań. Kolejny korespondent, od dawna mieszkający w Turcji, tak podsumowuje zmianę nastrojów, która nastąpiła w tym kraju po nieudanym zamachu stanu w 2016 r.: – Moje źródła, dawniej zawsze chętne do rozmowy, nagle zaczynały pytać, co ja tutaj w ogóle robię.

Wspomniany zamach był sygnałem do zdecydowanego ataku na media. Obecnie ok. 174 tureckich dziennikarzy znajduje się w areszcie, a setki organizacji medialnych zostało zamkniętych. Według dziennikarza, który o mało co nie został poddany tzw. aresztowi obywatelskiemu, społeczeństwo zaczęło naśladować władze w kwestii traktowania dziennikarzy.

Coraz niebezpieczniej jest relacjonować wydarzenia, które władza wolałaby przemilczeć. Władze lokalne zaczęły zajmować się cenzurowaniem wiadomości, chociaż nie jest jasne, czy robią to z polecenia, czy z własnej inicjatywy. Jeden dziennikarz nie potrafił ukryć zdumienia, gdy usłyszał od policjanta, że nie ma prawa wejść na rozprawę sądową w związku z bezpośrednim i wyraźnym poleceniem samego prezydenta Recepa Tayyipa Erdoğana. Poważniejsza sytuacja spotkała innego dziennikarza – został zatrzymany przez policję i był zastraszany fizycznie w związku z relacjonowaniem tureckiej operacji wojskowej w 2015 r. Miała ona na celu zdławienie buntu obywatelskiego w mieście Cizre, gdzie dominuje społeczność kurdyjska. W zamieszkach zginęło wtedy wiele osób.

Według jednego ze znajomych freelancerów dziennikarze są najbardziej narażeni na niebezpieczeństwo wtedy, gdy mają do czynienia z policją. Dotyczy to np. medialnej obsługi pokojowych demonstracji, które są często rozbijane przez służby bezpieczeństwa. Od parad równości organizowanych przez społeczność LGBT po cotygodniowe demonstracje przeprowadzane przez tzw. sobotnie matki, których synowie zaginęli w niejasnych okolicznościach podczas trwającego przez wiele lat konfliktu na kurdyjskim południowym wschodzie kraju. Dziennikarzom, którzy próbują relacjonować te wydarzenia, uniemożliwia się filmowanie, robienie zdjęć, a nawet obserwowanie, jak policja używa gazu łzawiącego lub gumowych kul wystrzeliwanych w kierunku demonstrantów. – Władze udają, że są demokratyczne, dlatego najpierw pozwalają ci pracować, a potem cię zatrzymują – zdradza tajniki pracy jeden z freelancerów. Od czasu protestów w parku Gezi w 2013 r. zwłaszcza zachodnie media zostały oskarżone o podżeganie do buntu. Przekłada się to na bezpieczeństwo korespondentów pracujących w terenie.

Oczekiwanie na legitymację prasową jest źródłem szczególnego niepokoju. Rzadko kiedy dowiadujesz się, że wniosek został odrzucony. Wieloletniemu korespondentowi może się wydawać, że legitymacja nie jest potrzebna. A potem czeka miesiącami na napisanie wiadomości, ponieważ nie ma jak relacjonować sensacyjnych wydarzeń czy wziąć udziału w organizowanych spotkaniach. Takie sytuacje są normą, a dziennikarz może się tylko zastanawiać i pytać, czy stan zawieszenia, w którym się znalazł, wynika z czegoś, co napisał, czy może z biurokratycznego wąskiego gardła. – To dobry sposób, aby rząd mógł kontrolować, co robi dziennikarz, i monitorować tematy, o których pisze – mówi jeden z reporterów.

Używanie pseudonimów powszechna taktyka

Niektórzy korespondenci decydują się nawet na wykorzystanie fałszywych dokumentów potwierdzających tożsamość. Używają również innych metod, aby uzyskać dostęp do wiadomości. – Jestem Francuzką, jestem kobietą, więc mnie wpuszczają – zdradza nam jedna z korespondentek. Inni przyznają się do autocenzury z obawy, że praca bez legitymacji prasowej naruszy ich źródła informacji. Są również tacy, którzy uważają, że tak naprawdę nie warto się starać o legitymację. – Nie ma znaczenia, czy wejdę do sądu, czy nie. Fakty są takie, że dziennikarze nie mają dostępu do informacji. Tak to wygląda – podsumowuje jeden z rozmówców.

Freelancerzy działają bez ochrony dużych organizacji medialnych. To naraża ich na większe ryzyko. – Byłem przewrażliwiony, kiedy tu przybyłem – opowiada jeden z nich. – Kiedy policja dociera na wiece, przestaję robić zdjęcia, aby nie przyciągać uwagi.

Prawie wszyscy freelancerzy zgłaszali używanie pseudonimów, pod którymi publikują teksty, co ostatecznie źle wpływa na ich szanse na znalezienie pracy oraz wiarygodność. Mimo to pseudonimy zapewniają freelancerom podstawowe wolności, gdy piszą o drażliwych i niebezpiecznych tematach.

Niezależni dziennikarze i stali korespondenci opisują swoje plany awaryjne, których nigdy wcześniej nie potrzebowali. Jeden z dziennikarzy ma grupę adwokatów na WhatsAppie, którzy są gotowi do pomocy w trakcie publikacji. – Różnica polega na tym, że my mamy gdzie wrócić. Nasi tureccy koledzy nie mają tego komfortu – zauważa jeden z naszych rozmówców.

Problemem może być próba wychwycenia pewnych niuansów. Turcja nie jest łatwym krajem do opisania i wyjaśnienia, a dziennikarze mogą się znaleźć między młotem a kowadłem: z jednej strony krytyka władz, a z drugiej – twarde stanowisko wydawców, którzy lubią czarno-białe historie.

Pomimo istnienia tzw. zachodnich wartości, rzekomych lub nie, oczywiste jest, że dziennikarze spotykają się z presją, od jednostek po przedstawicieli władzy. Niezależnie od tego, dokąd się udadzą. Brytyjski korespondent polityczny przypomina sobie, jak nękali go lokalni spin doktorzy. Inny dziennikarz twierdzi, że gdyby pisał o tureckiej polityce tak, jak robił to w swoim kraju ojczystym, już dawno siedziałby w więzieniu. Liczni twierdzą, że nigdy nie zrezygnowaliby z napisania artykułu z obawy o własne bezpieczeństwo, ale jednocześnie przyznają: – Wszyscy dziś szacujemy ryzyko.

Inni po prostu zmieniają kurs. Jeden z freelancerów przestał się zajmować tzw. advocacy journalism (gatunek dziennikarstwa, który celowo i przejrzyście przyjmuje nieobiektywny punkt widzenia, zwykle w jakimś celu społecznym lub politycznym) i zaczął pisać o sztuce. Szczególnie dusząca jest praca w tureckich mediach anglojęzycznych. Tam szaleje cenzura. Jak mówi jeden z dziennikarzy: – Są listy słów, których nie mogę wykorzystać.

Wiele osób, z którymi przeprowadzono wywiady na potrzeby tego artykułu, uważa, że wszystkie napotkane trudności są warte ryzyka. W końcu nie tylko ich rodacy czytają te artykuły. Coraz więcej tureckich mediów jest zamykanych, dlatego zagraniczni korespondenci mają poczucie rosnącej odpowiedzialności. Turcy mierzą się z nietolerancyjnym rządem, ale wielu wciąż jest nieposłusznych. – Nadal chcą z nami rozmawiać – mówią dziennikarze. Jeden z korespondentów jasno wyjaśnił swą motywację: – Robię to, ponieważ tureccy dziennikarze nie mogą tego robić.

 

Na zdjęciu: Były korespondent CNN w Turcji, Ian Watson, zatrzymany przez policję podczas transmisji na żywo z demonstracji z okazji pierwszej rocznicy protestów w parku Gezi w 2014 r. © Bülent Kılıç / AFP / Getty Images

Zamknij