PL | EN

Border Angels. Jak kalifornijscy aktywiści pomagają nielegalnym imigrantom

W każdą trzecią sobotę miesiąca aktywiści z Border Angels jadą na pustynię w dolinie Imperial Valley, położonej wzdłuż granicy z Meksykiem. Ich cel to pozostawienie butelek z wodą, a w okresie zimy – także ciepłych ubrań, w miejscach, gdzie przebiegają trasy imigrantów przekraczających nielegalnie amerykańską granicę.

Członkowie Border Angels mają opracowanych sześć tras: od najłatwiejszej, wdzierającej się na 2 km w głąb pustyni, bo 10-kilometrowy marsz przeznaczony jest tylko dla nielicznych. Chętnych do wzięcia udziału w akcji nie brakuje.

Enrique Morones, szef działającej w San Diego organizacji Border Angels, wygląda jak emerytowany sportowiec. Ma na sobie bluzę, czarne dresowe spodnie i adidasy. Gdy opowiada o działaniach swojej fundacji, robi to bardzo charyzmatycznie. Zanim Morones zajął się pomaganiem innym, pracował jako wiceszef działu marketingu amerykańskiego klubu bejsbolowego San Diego Padres. Bardziej jednak niż z działalności w sporcie, znany jest teraz z pomocy nielegalnym imigrantom w USA.

Enrique Morones (fot. Marta Zdzieborska)

Jak mówi Enrique Morones, jego program wodny zyskał na popularności od czasów prezydentury Donalda Trumpa. – Zaczęły do mnie spływać setki maili – tłumaczy. – Piszą emeryci, studenci, biznesmeni, prawnicy, a nawet grupy szkolne. Wszyscy chcą się zaangażować, bo sprzeciwiają się antyimigracyjnej polityce Trumpa. Nasza działalność nigdy jednak nie była tak ryzykowna jak teraz – dodaje Enrique Morones, odwołując się do styczniowego wyroku wydanego przez sąd federalny w Arizonie. Tamtejszy sędzia orzekł o winie członków organizacji No More Deaths, którzy pozostawili butelki z wodą i żywność w przygranicznym rezerwacie w Arizonie. Aktywistom, którzy działają na rzecz nielegalnych imigrantów, grozi do pół roku więzienia i kara grzywny w wysokości 500 dol. Tanya Benitez, aktywistka z Border Angels, powiedziała w wywiadzie dla dziennika „Washington Post”, że dzień po rozprawie w sądzie federalnym w Arizonie organizacja otrzymała ostrzeżenie z kalifornijskiego Biura Gospodarki Gruntami (ang. Bureau of Land Management). Członkowie organizacji przed każdą wyprawą na pustynię mają informować urząd o miejscach, gdzie będą zostawiali butelki z wodą.

Mordercza przeprawa

Ryzyko problemów z prawem nie odstrasza wolontariuszy Border Angels, wśród których nie brakuje Meksykanów posiadających amerykańskie obywatelstwo. Jedną z aktywistek jest m.in. Stephanie Luna Padilla, doktorantka na Uniwersytecie Kalifornijskim w Santa Cruz.

– Wyprawa na pustynię to dla mnie zawsze duże wyzwanie – mówi. – Nie zapomnę, gdy latem zeszłego roku szliśmy w 46-stopniowym upale. Wokół tylko spękana ziemia, w niektórych miejscach widać było porozrzucane ubrania. Raz natknęłam się na przybrudzony ziemią koronkowy stanik. Nie chciałam nawet myśleć, co mogło się tam wydarzyć. Po godzinie marszu zaczęłam się coraz gorzej czuć, miałam chyba pierwsze objawy udaru słonecznego. Powtarzałam sobie jednak, że przecież idę w grupie, mam przy sobie telefon, w każdej chwili możemy zadzwonić po pomoc. Idący tą samą trasą nielegalni imigranci, zdani są tylko na siebie – dodaje Stephanie.

Wolontariuszka Border Angels przyjmuje dary dla karawany (fot. Marta Zdzieborska).

Oprócz ryzyka śmierci z wycieńczenia, braku wody i jedzenia, migranci narażeni są na ataki ze strony gangów.

– Zdarza się, że przemytnik, któremu imigrant zapłacił za pomoc w dotarciu do Stanów Zjednoczonych, aranżuje na niego atak – mówi Enrique Morones. – Chodzi o to, by wyłudzić dodatkowe pieniądze. Jeśli imigrant obiecał zapłacić za przeprawę 6 tys. dol., atakujący go gang żąda od niego takiej samej kwoty. Człowiek wpada w spiralę zadłużenia, które, jeśli uda mu się bezpiecznie dotrzeć do celu, będzie spłacał latami. Jeśli zacznie zwlekać z kolejnymi ratami, przemytnik może zemścić się na jego bliskich, którzy pozostali w kraju. Ma do nich kontakt i wie dokładnie, gdzie mieszkają. Może to naiwnie zabrzmi, ale jeszcze trzy pokolenia temu przemytnicy mieli swoje zasady. Towarzyszyli imigrantom w wędrówce do Stanów, byli dla nich przewodnikami. Dziś to brudny biznes kontrolowany przez zorganizowane grupy przestępcze.

Przygotowania do wyjazdu do Tijuany (fot. Marta Zdzieborska).

Walka o mur

Nielegalna imigracja to za czasów prezydentury Donalda Trumpa jeden z najbardziej gorących tematów w Stanach Zjednoczonych. W zeszłym roku cały świat obiegły zdjęcia imigrantów z Ameryki Środkowej, których amerykańska straż graniczna zatrzymywała pod zarzutem nielegalnego przekroczenia granicy. Szczególnie dramatyczna była sytuacja rozdzielanych rodzin – dorośli trafiali wówczas do centrów detencyjnych, a ich dzieci do rządowych ośrodków. Pod wpływem nacisków ze strony obrońców praw człowieka i społeczności międzynarodowej amerykański prezydent podpisał dekret kończący praktykę rozdzielania rodzin. Jego sztandarowym projektem pozostaje jednak budowa muru, na którą Kongres konsekwentnie odmawia finansowania. Chcąc postawić na swoim, Donald Trump nie cofnął się przed wprowadzeniem pod koniec zeszłego roku trwającego 35 dni częściowego zawieszenia pracy rządu federalnego. Przeszło ono do najdłuższych w historii USA.

Biuro Border Angels w San Diego (fot. Marta Zdzieborska).

Budowa muru, będąca symbolem walki z nielegalną imigracją, nie idzie w parze z bieżącą sytuacją na amerykańskiej granicy. Jak wskazują dane waszyngtońskiego think tanku Pew Research Centre, liczba nielegalnych imigrantów, przekraczających amerykańską granicę, jest rekordowo niska. W ciągu ostatnich kilkunastu lat doszło do spadku prawie o połowę – podczas gdy w latach 2002-2007 odnotowano średni napływ 715 tys. osób rocznie, w latach 2011-2016 było to średnio 386 tys. rocznie. Jak wskazują autorzy raportu, związane jest to m.in. z zaostrzeniem kontroli na amerykańsko-meksykańskiej granicy, a także ze zmniejszeniem szans na rynku pracy. Jednocześnie z biegiem lat rośnie liczba imigrantów, którzy docierają do Stanów Zjednoczonych w oparciu o wizę. Wielu z nich po upływie jej terminu ważności decyduje się pozostać w USA nielegalnie. Kolejnym trendem migracyjnym jest wzrost liczby osób starających się o azyl. W 2018 r. o ochronę w USA starało się prawie 93 tys. osób, co stanowiło wzrost aż o 70% w porównaniu z 2017 r.

Karawana z Ameryki Środkowej

Najliczniejszą grupą nielegalnych imigrantów, przekraczających amerykańską granicę, przez dekady stanowili Meksykanie. Jak wynika z danych think tanku Pew Research Centre, meksykańscy imigranci przestali królować w rejestrach aresztowanych przez amerykańską straż graniczną. Podczas gdy jeszcze w 2000 r. zatrzymano około 1,6 mln nielegalnych imigrantów z Meksyku, w 2017 r. było to już ok. 130,5 tys. osób. Palmę pierwszeństwa przejęli od nich obywatele krajów Ameryki Środkowej, takich jak Honduras, Gwatemala i Salwador. Jak wskazują statystyki amerykańskiego Urzędu Celnego i Ochrony Granic (ang. U.S. Customs and Border Protection), w 2017 r. na granicy z Meksykiem zatrzymano prawie 163 tys. obywateli tych państw. Wśród nich duży odsetek stanowią nieletni imigranci podróżujący bez opieki oraz rodziny z dziećmi. Wszyscy uciekają przed szerzącą się w Ameryce Środkowej biedą i przemocą ze strony gangów. W samym Hondurasie, za sprawą niestabilnej sytuacji politycznej i działalności grup, takich jak Mara Salvatrucha (M-13) czy Barrio 18, w  2017 r. dochodziło do 43,6 morderstw na 100 tys. ludzi. W regionie bardziej brutalnie jest tylko w Salwadorze – w 2017 r. na 100 tys. osób dochodziło do 60 morderstw. Honduras znajduje się też w czołówce najbiedniejszych państw Ameryki Łacińskiej. Jak wynika z danych Banku Światowego, ponad 60%. mieszkańców tego kraju żyje w ubóstwie.

Symbolem dramatycznej sytuacji w krajach Ameryki Środkowej stała się karawana migrantów, która jesienią 2018 r. zmierzała w stronę granicy z USA. Marsz kilku tysięcy ludzi z Hondurasu, Gwatemali i Salwadoru zbiegł się wówczas z kampanią przed listopadowymi wyborami do Kongresu. Na Twitterze Donalda Trumpa roiło się wówczas od antyimigranckich wpisów mających zdobyć poparcie wśród elektoratu Republikanów. Amerykański prezydent groził krajom regionu zniesieniem pomocy finansowej i pogorszeniem stosunków, jeśli karawana dotrze do granicy z USA. Po wyborach środka kadencji, w których Partii Republikańskiej udało się utrzymać większość w Senacie, na prezydenckim Twitterze sprawa karawany ucichła. O sytuacji na meksykańsko-amerykańskiej granicy, gdzie utknęło kilka tysięcy migrantów z Ameryki Środkowej, zrobiło się znów głośno pod koniec stycznia. To za sprawą wprowadzonego w życie planu „Remain in Mexico” („Pozostać w Meksyku”). W jego ramach migranci, którzy złożyli wniosek o azyl na granicy z USA, będą czekać na termin przesłuchania w amerykańskim sądzie imigracyjnym. Zanim ich postępowanie azylowe w USA dobiegnie końca, mogą utknąć w Meksyku nawet na kilka lat.

Hugo Castro, koordynator z organizacji Border Angels (fot. Marta Zdzieborska).

– Ludzie są coraz bardziej zdesperowani – mówi Hugo Castro, koordynator z organizacji Border Angels, która od początku kryzysu w Tijuanie dostarcza żywność i inne artykuły pierwszej potrzeby do kilku tamtejszych schronisk dla imigrantów. Wśród nich jest El Barretal, obóz położony w Mariano Matamoros, jednej z najbardziej niebezpiecznych dzielnic Tijuany.

Hugo Castro pakuje do samochodu dary dla imigrantów. (fot. Marta Zdzieborska).

– Przebywający tam imigranci mogą stać się łatwym łupem dla karteli narkotykowych lub przemytników oferujących pomoc w dotarciu do USA – dodaje Hugo Castro. – Niektórzy podejmują się tej wędrówki na własną rękę. Po przekroczeniu nielegalnie granicy z USA oddają się w ręce patrolu straży granicznej i deklarują chęć złożenia wniosku o azyl. Zdarza się jednak, że wbrew procedurom przewidzianym w amerykańskim prawie funkcjonariusze odsyłają imigrantów z powrotem do Meksyku – dodaje Hugo Castro. Tijuana od zawsze była miastem przyciągającym przybyszów marzących o życiu w Stanach Zjednoczonych. Wraz z dotarciem karawany z Ameryki Środkowej sytuacja przybrała jednak wyjątkowo dramatyczny charakter.

Więcej informacji: ArtykułyUSAAmeryka Północna