pl   -   en

Protesty w Nikaragui

Nikaraguańczycy od 58 dni protestują przeciwko Danielowi Ortedze, prezydentowi Nikaragui. W wyniku starć ze służbami bezpieczeństwa zginęło już 139 osób. Prezydent odmawia rezygnacji z zajmowanego stanowiska i nie zgadza się na przedterminowe wybory.

Barykady na drogach

W największych miastach w kraju i na drogach cywile wznieśli barykady, które od przeszło dwóch tygodni blokują przejazd ponad 6 tys. ciężarówek z towarami z Ameryki Środkowej. Masaya, miasto o indiańskich korzeniach, położone jest 35 km od stolicy. Tam na ulicach znajduje się aż 200 okopów. W ciągu ostatnich tygodni stało się ono symbolem oporu. Zdaniem Móniki Baltodano, historyczki, wpływ na to ma fakt, że jego mieszkańcy są potomkami plemion Chorotega i zachowują „silne związki społeczne”. W 1978 r. również opowiedzieli się przeciwko dyktaturze Anastasio Somozy. Dzisiaj miejscowa ludność zbiera jedzenie dla protestującej młodzieży, a parafie stały się ośrodkami przechowywania żywności oraz szpitalami dla rannych. Manifestanci mogą zostać zaatakowani w każdej chwili. W sobotę w wyniku starć z policją zginął od postrzału w klatkę piersiową 63-letni mężczyzna, a kilkanaście osób odniosło obrażenia.

Kontrowersyjna reforma emerytalna

Protesty w Nikaragui zaczęły się 18 kwietnia, po tym jak prezydent zapowiedział reformę ubezpieczenia społecznego. Daniel Ortega twierdził, że nie ma innego wyjścia, gdyż Narodowy Instytut Zabezpieczenia Społecznego (INSS) ma już 75 mln dolarów deficytu wskutek inflacji i złego zarządzania środkami. Składki na ubezpieczenie społeczne miały wzrosnąć z 19 do 22,5% po stronie przedsiębiorców oraz z 6,25 do 7% dla pracowników. Dodatkowo emeryci zaczęliby płacić 5% podatków od emerytury. Takie kroki rekomendował też Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Po reformie nadal można było przejść na emeryturę w wieku 60 lat i po przepracowaniu 15 lat lub 750 tygodni.

– Zaplanowana reforma była kolejnym rozczarowaniem, zwłaszcza dla młodych, którzy nie pamiętają czasów wojny domowej – uważa Alejandro Medrano, socjolog. – W państwie sytuacja gospodarcza pogorszyła się wraz z kryzysem w Wenezueli. Zaczęły rosnąć ceny i kraj nie mógł już liczyć na wsparcie sąsiada. Niektórzy byli też rozczarowani samym prezydentem.

Ortega był przywódcą Sandinistowskiego Frontu Wyzwolenia Narodowego i doprowadził do obalenia reżimu Anastasio Somozy. Teraz zajmuje stanowisko prezydenta nieprzerwanie już trzecią kadencję, chociaż zakazuje tego konstytucja kraju. Nie wszystkim podobało się też, że przyjaźni się z Nicolásem Maduro, prezydentem Wenezueli. Z drugiej strony Ortega zawsze był praktyczny i liczył się ze stanowiskiem Stanów Zjednoczonych. W obawie przed sankcjami w tym roku wstrzymał eksport produktów do pogrążonej w kryzysie Wenezueli, która stanowiła jeden z głównych rynków zbytu.

Milczenie Ortegi

Jeszcze w zeszłym tygodniu wielu Nikaraguańczyków miało nadzieję, że najpoważniejszy kryzys w najnowszej historii kraju uda się rozwiązać w trakcie spotkania Daniela Ortegi z biskupami, które miało rozpocząć dialog z opozycją. Duchowni zaproponowali wprowadzenie reform demokratycznych i przyspieszone wybory prezydenckie. Po dwóch godzinach dyskusji prezydent odmówił rezygnacji z zajmowanego stanowiska, ale obiecał, że zastanowi się nad pozostałymi propozycjami. Wtedy manifestanci zdecydowali o kontynuacji protestów.

– Otrzymaliśmy odpowiedź w postaci przemocy. Wydaje mi się, że [Ortega] odpowiedział czynami – powiedział biskup Abelardo Mata dziennikowi „La Prensa”. – Udzielił odpowiedzi, odpowiedź nie jest rozsądna. Kryzys coraz bardziej się pogłębia.

Jego zdaniem Ortega nie szuka rozwiązania, gdyż „odmawia wzięcia odpowiedzialności za grupy paramilitarne, które są chronione przez rząd i policję”. Faktycznie prezydent od zeszłego tygodnia milczy, a tymczasem rośnie liczba ofiar wśród protestujących. Najwięcej osób ginie od postrzału w głowę lub szyję z rosyjskiej broni wojennej AK-47 w trakcie interwencji policji lub grup paramilitarnych. Do tej pory pozbawiono życia 139 osób (wśród nich najwięcej jest 20- i 30-latków).

Z tego powodu duchowni zaczęli się opowiadać za poszkodowanymi. Silvio José Báez, biskup Managui, niedzielną homilię poświęcił tematowi wolnej Nikaragui „bez tyranów i ofiar”. Z kolei w katedrze odwołano wieczorne msze w obawie przed atakiem ze strony służb bezpieczeństwa, których członkowie krążą po mieście w ciężarówkach, wyposażeni w broń.

Ludzie tracą pracę

– Kosztem jest nasza reputacja. Teraz trzeba zobaczyć, jak duże będą [straty], bo sytuacja jest w trakcie ewolucji – powiedział Juan Sebastián Chamorro, dyrektor Nikaraguańskiej Fundacji na rzecz Rozwoju Gospodarczego (Funides), w pierwszych tygodniach protestów.

Najnowsze dane mogą niepokoić. Kraj z powodu protestów stracił ponad 600 mln dol. zysku. Zdaniem Funides w najbliższym czasie bez pracy może zostać nawet 150 tys. ludzi (1/6 wszystkich formalnie zatrudnionych). Najbardziej dotkniętymi sektorami są handel, budownictwo i turystyka, z której utrzymywało się wielu ludzi. Już widać pierwsze skutki. W zeszłym tygodniu amerykańskie linie lotnicze American Airlines z powodu strajków wstrzymały loty do Nikaragui.

Zdjęcie autorstwa Jorge Mejía peralta, przedstawia jednego z protestujących  w Managui 26 kwietnia. 
[CC BY 2.0 (https://creativecommons.org/licenses/by/2.0)], via Wikimedia Commons

 

Zamknij