Pasterze Samburu w Kenii: walka z suszą i degradacją ziemi Tekst: Anthony Langat
Zdjęcia: Luis Tato

Koczowniczy lud Samburu w północnej Kenii musi stawić czoła rzeczywistości, w której pastwiska są coraz częściej jałowe, a ziemia sucha od palącego słońca. Samburu zmagają się ze złożonymi współzależnościami wynikającymi z degradacji gleby i zmianami klimatu.

Późnym popołudniem niebo nad wioską Lorugusho w Laisamis w Kenii jest lazurowe. Panują cisza i spokój, dzieci bawią się bezpieczne.

Kozy wskakują na pobliskie drzewa i zjadają ich liście. Obok grupa kobiet pomaga zadaszyć manyattę – tradycyjną chatę w kształcie kopuły – w nadziei, że uda im się skończyć pracę przed zmierzchem.

52-letni Lagato Leturuka siedzi pod rosnącym na jego ziemi samotnym drzewem, ze wzrokiem utkwionym gdzieś w kierunku wzgórza Killaker na wschodnim horyzoncie.

Tuż za granicami wioski rozległa równina otwiera się na wschód. Gdy Lagato obserwuje tę przestrzeń, nie może powstrzymać napływu wspomnień o starych, dobrych czasach. W jego dzieciństwie i młodości równiny za wioską i gminą Salapani, gdzie wtedy mieszkał, były pełne zielonych pastwisk. Opowiada, że w ​​okolicach Laisamis można było spotkać dzikie zwierzęta: zebry, słonie, a nawet lwy.

„W tamtych czasach wszyscy się spieszyli, aby dostać się do swoich manyatt przed zapadnięciem zmierzchu. Obawiano się dzikiej zwierzyny, która tutaj wędrowała. Bujna roślinność piętrzyła się dookoła, łatwo było wpaść w zasadzkę” – przypomina sobie Lagato. Pastwisk było wystarczająco dużo i dla należącego do pasterzy żywego inwentarza, i dla dzikich zwierząt.

Wtedy również zdarzały się susze, trwały one jednak krócej i nie były tak częste jak obecnie. Lagato doskonale pamięta tę z 1974 r., która zdziesiątkowała hodowlę jego ojca, zabijając 70 zwierząt i pozostawiając przy życiu tylko 10 sztuk bydła. Skutki były tragiczne i minęło trochę czasu, zanim w gospodarstwie udało się odzyskać równowagę.

Następne poważne susze przyszły w 1984 r., a potem w 1994 r. Opierając się na tych doświadczeniach, Lagato sądził, że ​​susza będzie nawiedzać jego miejsce na Ziemi mniej więcej co dekadę, ale w ostatnich latach wszystko się zmieniło.

W przeciwieństwie do minionych dziesięcioleci teraz jest coraz mniej roślinności, brakuje wody i pastwisk. Kiedyś bujne łąki i zarośla, tzw. rangelands, na północy Kenii albo są jałowe, albo poorane głębokimi wąwozami.

To podwójne zagrożenie – degradacja gleby i zmiany klimatu – utrudnia życie pasterzom z ludu Samburu, zmuszając ich do dalekich wędrówek w poszukiwaniu wody i pastwisk. Cierpią na tym ich źródła dochodu i kultura.

Helene Gichenje, ekspertka ds. degradacji gleby, twierdzi, że proces ten w złożony sposób wiąże się ze zmianami klimatu. „W glebie zawarte są ogromne rezerwy węgla i gdy ulega ona procesowi degradacji, z martwej i poddanej obróbce roślinności uwalniany jest do atmosfery dwutlenek węgla. Potencjał sekwestracji węgla w zniszczonej glebie jest mniejszy. Ponadto zmiany klimatyczne mogą zintensyfikować proces degradacji gleby przez zmianę wzorców opadów, temperatury i wiatrów” – tłumaczy Gichenje. 

 

Organizacja Narodów Zjednoczonych ds. Wyżywienia i Rolnictwa definiuje degradację gleby jako „spadek bieżącej i potencjalnej zdolności gleby do wytwarzania dóbr i usług”. Fundusz na rzecz Globalnego Środowiska szacuje, że na świecie degradacji uległo ok. 25% całkowitej powierzchni gleby, a proces ten wpływa na życie 3,2 mld ludzi. Fundusz wskazuje również, że „problemy są szczególnie dotkliwe w najbardziej suchych regionach Ziemi, które obejmują ok. 40% całkowitej powierzchni lądów i z których utrzymuje się 2 mld ludzi”. Według Programu Środowiskowego Organizacji Narodów Zjednoczonych (UNEP) Afryka jest wyjątkowo podatna na zagrożenia – 45% powierzchni kontynentu zostało poważnie dotknięte pustynnieniem i degradacją gleby.

W 2016 r. kenijskie Ministerstwo Środowiska przygotowało raport podkreślający wagę problemu – znacząca degradacja gleby może prawdopodobnie wystąpić na ok. 61,4% obszaru Kenii, podczas gdy bardzo wysoka degradacja dotyczy 27,2% powierzchni kraju. „Najbardziej dotknięte hrabstwa to Samburu, Kitui, Garissa, Tana River, Mandera, Turkana, Marsabit, Baringo, West Pokot, Kajiado, Kilifi, Wajir i Makueni” – stwierdzono w raporcie. W Marsabit oraz innych hrabstwach w północnej Kenii erozja gleby powoduje powstawanie głębokich wąwozów.

Rówieśnik Lagato, 53-letni Lejerin Lekorkoroule, mieszka w Sagardali, kilka kilometrów na wschód od Lorugusho. Podobnie jak Lagato, on również z ogromnym sentymentem wspomina młodość. Hodowle zwierząt były wtedy liczne i dla wszystkich wystarczało wody i pastwisk.

– opowiada Lejerin, ojciec dziewięciorga dzieci i mąż dwóch żon. W gospodarstwie ma pięć wielbłądów, dwie sztuki bydła, 40 owiec i 15 kóz.

„Obecnie życie sprawia trudności. Kiedy byłem młody, często padało, rzadko była susza”

Gdy zaatakuje susza, Lejerin musi wędrować ze swoim stadem, podobnie jak inni pasterze z ludu Samburu. Dwa lata temu przeniósł się ze swoim inwentarzem do hrabstwa West Pokot, setki kilometrów na zachód.

W tym roku było trochę lepiej, ponieważ w maju padał deszcz. Dwa miesiące później pastwiska zaczęły się jednak kurczyć i Lejerin opuścił swoje gospodarstwo w Sagardali. W lipcu rozbił obóz przy wzgórzu Killaker, jakieś 10 km od domu.

Towarzyszyli mu druga żona i kilkoro dzieci, m.in. jego starsza córka Esther ze swoimi latoroślami. Obóz, w którym zamieszkali, był prowizoryczny i pozbawiony jakiegokolwiek solidnego budynku. Znajdował się na zboczu niewielkiego wzniesienia z widokiem na wzgórze Killaker na zachodzie. Składał się z czterech okrągłych i wykonanych z gałęzi zagród dla zwierząt. Wszystkie gałęzie były ze sobą mocno splecione, tworząc jeden duży krąg.

Lejerin i jego rodzina oraz syn przyjaciela, który również przebywał w obozie, zamieszkali w czterech różnych chatkach. Lejerin wraz z żoną spali w północno-zachodniej części obozu, jego synowie na południowym zachodzie, Esther i jej dzieci na południowym wschodzie, a syn sąsiada przebywał w północno-wschodniej stronie obozu. W ten sposób zwierzęta gospodarskie były otoczone i pilnowane przed dziką zwierzyną i złodziejami.

Im dalej wyruszają pasterze w poszukiwaniu pastwisk, tym większe zagrożenie ze strony dzikich zwierząt dla żywego inwentarza, jedynego źródła utrzymania pasterzy. Killaker, gdzie obozował Lejerin, należy do rezerwatu Melako. Mieszkają tam dzikie zwierzęta, m.in. hieny. Pewna noc w połowie lipca była bardzo niebezpieczna. Ok. godziny dziesiątej wieczorem psy Lejerina zaczęły wściekle szczekać.

Lejerin z synem Pearim stali przy zagrodach dla bydła, świecąc latarkami w kierunku południowym. Zauważyli cztery pary oczu, w których odbijało się światło. Słychać było charakterystyczny śmiech hien. Drapieżniki wyczuły zagrożenie i wycofały się, aby wrócić później. Tamtej nocy trzykrotnie próbowały porwać zwierzęta Lejerina. Na szczęście bez powodzenia.

Lejerin i jego syn byli uzbrojeni we włócznię, miecz i maczugę. Czasami to nie wystarcza, a do hien uśmiechnie się szczęście, jeżeli są wystarczająco szybkie. „W ubiegłym tygodniu udało im się zabić dwie sztuki bydła. Przegoniliśmy drapieżniki, ale zdążyły wyrządzić spore szkody. Mięso, które zjedliśmy ostatniej nocy, to mięso krów, które wtedy zabiły hieny” – powiedział Lejerin.

Obóz wcześnie budzi się do życia.

Misito, żona Lejerina, doi kozy i bydło, a Peari jej w tym pomaga. Lejerin zajmuje się wielbłądami, Esther doi własne kozy i bydło. Ta praca trwa od pół godziny do godziny, a po szóstej rano jest już skończona. Misito i Esther, zgodnie z tradycją, przygotowują śniadanie: herbatę i suszone mięso, które podają w emaliowanych kubkach lub plastikowych puszkach.

Po śniadaniu zwierzęta grupuje się w zależności od tego, gdzie będą się paść i kto się nimi zaopiekuje. Szkoły są zamknięte, więc dzieci Lejerina nie muszą się uczyć. Zresztą i tak nie wszystkie chodzą do szkoły.

– pyta kenijski pasterz.

„Gdyby spędzały czas w szkole, kto pomógłby mi zająć się bydłem?”

Najmłodsze dzieciaki, w wieku pięciu i siedmiu lat, zabierają wielbłądy na pastwisko niedaleko obozu. Misito wraz z Lejerinem prowadzą bydło do zasilanego energią słoneczną wodopoju w Sagardali, oddalonej o prawie 5 km. Zabierają ze sobą osły, które będą transportować wodę do użytku domowego. Peari musi pokonać najdłuższy dystans ze wszystkich. Nastolatek ma pod opieką 55 kóz i owiec i udaje się po wodę do oddalonej o prawie 15 km rzeki Laisamis.

Według Lejerina owce i kozy wytrzymają bez wody przez trzy dni, a bydło musi pić co najmniej co drugi dzień. Wielbłądy mogą przeżyć bez wody od 10 do 14 dni.

Słońce rozpala dzień, a droga do wodopoju zajmuje Lejerinowi ponad godzinę. Odwiert w Sagardali został przygotowany przez firmę, która zbudowała główną autostradę z Isiolo do Moyale na granicy z Etiopią. Wcześniej w Sagardali nie było wodopoju, a tysiące sztuk żywego inwentarza trzeba było gnać do Salapani albo do rzeki Laisamis. Wokół odwiertu wrze jak w ulu.

Mężczyźni, kobiety i dzieci przyszli tu ze swoimi zwierzętami, aby je napoić. Osły przenoszą kanistry z wodą do użytku domowego. Niektórzy biorą prysznic, podczas gdy zwierzęta zaspokajają pragnienie.

Tłum zmniejsza się około południa, kiedy pasterze udają się do obozów lub domów. Ten sam rytuał powtórzy się następnego dnia.

Nad rzeką Laisamis, dokąd Peari zabrał owce i kozy swojego ojca, spotykają się tysiące zwierząt gospodarskich. Rzeka nie ma już wartkiego nurtu, tworzą ją małe kałuże z zieloną wodą. Ostatni deszcz w okolicy padał ponad dwa miesiące temu. Ogromne zaokrąglone głazy i wysokie brzegi przypominają o tym, jak potężna była to kiedyś rzeka.

Mówi się, że przed laty Laisamis płynęła przez 12 miesięcy w roku. Wzdłuż jej brzegów miejscowi wykopali doły, z których teraz czerpią wodę. W niektórych miejscach ustawiono koryta. Podobnie jak przy odwiercie w Sagardali, ludzie przyprowadzają zwierzęta do rzeki Laisamis, aby je napoić. Sami myją się lub kąpią i zabierają wodę do domów.

Peari, z odkrytą klatką piersiową i tradycyjnym pasem materiału przewiązanym wokół talii, przybywa nad rzekę około południa. Słońce praży potwornie, więc chłopak znajduje kamień w cieniu akacji i czeka na swoją kolej przy wodopoju. Gdy nadchodzi jego czas, żmudnie wydobywa wodę z dołka i wlewa ją do koryta, aby napoić swoje owce i kozy.

Wyrusza w drogę powrotną do obozu około trzeciej po południu, aby mieć baczenie na owce i kozy. Upewnia się, że zdąży przed zmrokiem, woli uniknąć zagrożenia ze strony hien.

„Jeżeli jakiekolwiek zwierzę nie dotrze do obozu przed zapadnięciem ciemności, z pewnością zostanie pożarte przez hieny” – tłumaczy Lejerin.

Śmiertelnym niebezpieczeństwem dla zwierząt ludu Samburu są również wąwozy, które przeorały tutejsze ziemie. Lagato dobrze zna to zagrożenie, niedawno stracił wielbłąda w głębokiej rozpadlinie. Jego synowie przebywali wtedy na pastwiskach Soriado, daleko od domu, gdzie opiekowali się wielbłądami, bydłem, owcami i kozami, kiedy ciężarna wielbłądzica wpadła do głębokiego jaru.

„Syn zadzwonił do mnie, aby powiedzieć, że wielbłąd zdechł na miejscu. Byłem zdruzgotany. Utrata wielbłąda jest jak utrata wielkiej ciężarówki w wypadku samochodowym” – tłumaczy Lagato, który zazwyczaj sprzedaje swoje wielbłądy, aby opłacić czesne dzieci. Dorosły wielbłąd kosztuje od 700 do 900 dol.

Potężne wąwozy przecinają nagą ziemię i pozostawiają otwarte blizny, na których trawa już nie rośnie. Wąwozy są i w Salapani, i w sąsiedniej Sagardali, gdzie mieszka Lejerin. Wodopój w Salapani zewsząd otaczają wąwozy. Zwierzęta gospodarskie wpadają do nich, gdy pasterze prowadzą stada w kierunku wody lub na pastwiska. Między innymi to właśnie z powodu śmiertelnie niebezpiecznych wąwozów Lejerin przeniósł swoje bydło dalej na północ, do Killaker, gdzie jest ich mniej, a pastwiska są lepsze.

Tak samo postąpił Lagato, który wolał dalekie Soriado niż rangelands. Zdawał sobie sprawę z zagrożenia, jakie niosą te straszne wąwozy, ale miał nadzieję, że jego trzoda uniknie niebezpieczeństwa. Od maja przez kilka tygodni jego wielbłądy, bydło i kozy przebywały w Soriado, ponad 50 km na wschód od domu w Salapani. Mniej więcej w tym samym czasie trzy wielbłądy, które należały do mieszkańców jego wioski i zostały zabrane na te same pastwiska, wpadły do ​​wąwozów i zdechły.

Trudy pasterskiego życia sprawiły, że obecnie Samburu kładą większy nacisk na edukację, a także poszukują alternatywnych źródeł utrzymania. Lejerin mówi, że jedno z jego gospodarstw domowych jest położone tak blisko miasta, że jego dzieci, które uczęszczają do szkoły, mogą się tam łatwo dostać. On sam wyrusza daleko w poszukiwaniu pastwisk ze swoim stadem, drugą żoną i kilkorgiem dzieciaków, więc jego pierwsza żona musi pozostać w domu, aby opiekować się dziećmi, które chodzą do szkoły.

Ben Lekorkoroule, jego najstarszy syn, ukończył edukację i obecnie pracuje jako elektryk w rządowej firmie energetycznej. Młodszy brat Lejerina, 43-letni Lengipin Gargoroule, nigdy nie chodził do szkoły. Szczęście się jednak do niego uśmiechnęło – otrzymał odpowiednie przeszkolenie i został strażnikiem przyrody. Od ponad 10 lat pracuje w rezerwatach w Marsabit, Isiolo i Samburu. Obecnie jest zatrudniony w parku ochrony przyrody Melako, gdzie śledzi kłusowników i chroni dziką przyrodę.

Żona Lengipina, 32-letnia Mperes Gargaroule, i jej szwagierka Nkisama Gapana są członkiniami Salami Women Group.

Ta organizacja została założona przez 30 kobiet, ale obecnie liczy tylko 18 aktywnych uczestniczek. Grupa samopomocy zajmuje się wykonywaniem koralików, z których powstają tradycyjne, kolorowe ozdoby Samburu, m.in. naszyjniki, paski, bransoletki i inne ozdoby. W dobrym miesiącu Mperes i Nkisama mogą zarobić po 200 dol.

Podczas pandemii COVID-19 nastały jednak ciężkie czasy. Zamówienia nie przychodzą, dlatego też kobiety zajmują się innymi pracami, aby zarobić na życie. Mperes sprzedaje artykuły gospodarstwa domowego, takie jak cukier, sól i tłuszcz przydatny w kuchni, a Nkisama stawia manyatty – tradycyjne chaty w kształcie kopuły.

Nkisama zarabia 70 dol. za zbudowanie jednej chaty, co zajmuje jej i dwóm współpracowniczkom do dwóch tygodni. Nigdy nie wiedzą, czy dostaną kolejne zlecenie. Nkisama nie może się doczekać końca pandemii, aby wrócić do robienia ozdób z koralików.

Jeżeli zniszczone tereny zielone uda się przywrócić do normalnego stanu, dzięki hodowli zwierząt Samburu mogliby spokojnie zarobić na przyzwoite życie. W Kenii i we wschodniej Afryce przeprowadzono już pewne prace renowacyjne, aby powstrzymać dalszą degradację gleby. Jak stwierdził Johan Robinson, szef Funduszy na Rzecz Globalnego Środowiska (GEF), Wydział Bioróżnorodności i Degradacji Gleby Organizacji Narodów Zjednoczonych, Etiopia, Kenia i Rwanda zdecydowały się włączyć zrównoważone metody zarządzania gruntami do krajowych strategii, a najlepsze praktyki są powielane w krajach sąsiednich.

 

Według Robinsona rozwiązaniem problemu pustynnienia jest ​​zrównoważone zarządzanie pastwiskami. „Obejmuje ono szacowanie i utrzymywanie nośności terenów leśnych, a także odpowiednie zarządzanie gruntami, które leżą odłogiem. Pasterze muszą wiedzieć, co jest zdrowym terenem, i mieć motywację do utrzymania ziemi w dobrej kondycji. Inicjatywy związane z konserwacją i rewitalizacją gleby powinny być połączone z zachętami ekonomicznymi dla pasterzy” – podkreśla urzędnik ONZ.

W Kenii załamał się jednak system wspierania rolnictwa, w ramach którego urzędnicy przekazywali odpowiednie instrukcje pasterzom i doradzali społeczności w działaniach rewitalizacyjnych. Pasterze zdani są tylko na siebie. Ani Lagato, ani Lejirin nie spotkali eksperta, który doradziłby im w sprawie zwierząt hodowlanych. Ponadto tradycyjny system wypasu rotacyjnego został zaburzony przez ciągłe konflikty o pastwiska – gdyby Samburu zostawili część gruntów odłogiem, inna społeczność natychmiast by to wykorzystała.

Jeżeli ich tradycyjne tereny pasterskie nie zostaną zrewitalizowane, Lagato, Lejerin oraz inni pasterze Samburu będą nadal stawiać czoła trudnym warunkom życia, szukając pastwisk i wody. Tylko wtedy będą mogli rozwijać swoje stada i dbać o źródło utrzymania. „Dobrze zarządzane pastwiska mają większą zdolność do zatrzymywania i magazynowania wody i składników odżywczych, w tym węgla zawartego w glebie, dzięki czemu odzyskują swą pierwotną produktywność” – zwraca uwagę Johan Robinson.

Tekst: Anthony Langat
Zdjęcia: Luis Tato
Produkcja: Lola García-Ajofrín, Marcin Suder, Piotr Kliks
Design: Małgorzata Mrozek
Web development: Piotr Kliks
Tłumaczenie: Grzegorz Kurek
Korekta: Słowne Babki
© 2021 Outriders

Ten symulator powstał na podstawie następujących danych:

Uwaga!
Czytasz ten tekst od minut(y). W tym czasie z odkręconego kranu wypłynie ok. litrów wody. Aby zaopatrzyć się w taką ilość wody, Esther musi raz (y) pójść do źródła, czyli przejść km i poświęcić na to minut (y).

Ten reportaż interaktywny jest dostępny za darmo. Wesprzyj nas, aby powstawały kolejne.

Wesprzyj