Wspomóż
pl   |   en

Pandemia: historie białoruskie

Wielu ludzi było zaskoczonych, gdy parada z okazji rocznicy zwycięstwa w II wojnie światowej odbyła się zgodnie z planem na początku maja 2020 r., a tysiące żołnierzy maszerowało w szyku przed gęstymi tłumami w Mińsku. To był chyba najbardziej wyraźny gest prezydenta Alaksandra Łukaszenki w stronę tych, którzy wzywali do wprowadzenia surowszych ograniczeń przeciwko rozprzestrzenianiu się koronawirusa. Przez całą wiosnę Łukaszenka konsekwentnie lekceważył niebezpieczeństwa pandemii, proponując jako lekarstwo saunę lub jazdę traktorem. Nie wprowadzono żadnej blokady

Druga fala zachorowań na koronawirusa rozpoczęła się na Białorusi w sierpniu br. Wskaźnik zachorowalności pobił poprzedni rekord i w szczytowym okresie wyniósł 1975 przypadków w ciągu jednego dnia (stan na 12 grudnia br.). Rekord z maja 2020 r. to 969 stwierdzonych przypadków zachorowań. Podobnie jak od początku pandemii, prezydent Alaksandr Łukaszenka zaprzeczał powadze sytuacji. – Wzrost już wynosi mniej niż tysiąc przypadków. Dzięki Bogu, nie ma szalonego wzrostu zachorowań na zapalenie płuc wywołane przez COVID – mówił prezydent Białorusi.

Jednocześnie Łukaszenka powiązał wzrost zachorowań z trwającymi protestami w sprawie spornych wyników wyborów prezydenckich. Poparło go Ministerstwo Zdrowia, a Ministerstwo Spraw Wewnętrznych ostrzegło, że podczas protestów nie wolno nosić maseczek i ukrywać twarzy.

15 października br. ponad 3 tys. lekarzy podpisało oświadczenie „przeciwko hipokryzji Ministerstwa Zdrowia”. W dokumencie można przeczytać m.in.: „Jest coraz więcej przypadków zachorowań na COVID-19. Także tam, gdzie nie trwają protesty”. Autorzy oświadczenia podkreślili, że nie podjęto żadnych działań, by zapobiec rozprzestrzenianiu się choroby, np. placówki edukacyjne pozostały otwarte.

Oficjalna liczba zgonów z powodu koronawirusa na Białorusi jest już ponad tysiąc (stan na 14 grudnia br. – 1 273 zgonów). Zmarli cierpieli na „kilka przewlekłych infekcji”  – niezmiennie tłumaczą przedstawiciele Ministerstwa Zdrowia.

Subsrybuj
magazyn Unblock

Naciskając „Zapisz się”, wyrażam zgodę na przesyłanie newslettera Unblock przez Outriders Sp. not-for-profit Sp. z o.o. i akceptuję regulamin.

Od 28 października br. szpitale i polikliniki przestały przyjmować część planowanych pacjentów. Od początku pandemii zarejestrowano na Białorusi 152 453 pacjentów z koronawirusem.

Tymczasem lekarze, którzy składają podpisy pod rozlicznymi apelami do władz, leczą poszkodowanych demonstrantów i uczestniczą w łańcuchach solidarności, są zwalniani z pracy, karani grzywnami lub trafiają do aresztów na okres od 3 do 15 dni.

Przedstawiamy pięć opowieści o koronawirusie na Białorusi. To historie opowiedziane przez pięcioro zwyczajnych i pochodzących z różnych środowisk Białorusinek i Białorusinów.

„Mam wrażenie, że nasze państwo abdykowało”

Wolha Hałubka. Fotografia z archiwum bohaterki opowieści.

Oferta stypendium na roczną naukę języka chińskiego na początku brzmiała obiecująco, ale jak się okazało, nie był to najlepszy wybór dla Wolhi Hałubki, 35-letniej mieszkanki Mińska, która stała się naoczną świadkinią samego początku pandemii COVID-19.

We wrześniu 2020 r. Wolha, specjalistka ds. komunikacji międzykulturowej, zamieszkała w kampusie Uniwersytetu Zhejiang w Hangzhou, liczącym 10 mln mieszkańców mieście we wschodnich Chinach. Mińszczanka skończyła semestr i pod koniec stycznia br. wyjechała na wakacje, by już nigdy do Hangzhou nie wrócić.

– O koronawirusie dowiedziałam się wcześnie, już na początku stycznia. Wszystko działo się jak w jakimś filmie: w miejscach publicznych pojawiły się kamery termowizyjne, w pociągu wyświetlano napawające lękiem filmy o koronawirusie, a władze zalecały, aby nie podróżować do Wuhan i nie chodzić na tzw. mokre targi [targi ze świeżym mięsem, rybami i produktami rolnymi – przyp. red.].

– Byłam zszokowana, gdy na dwa lub trzy dni przed moim odlotem do Mińska zamknięto Wuhan. W tym czasie oficjalnie zachorowało 80 pacjentów i nie uważałam tego, co się dzieje, za zagrożenie dla mojego zdrowia. Traktowałam to wszystko jak zagrożenie ze strony Komunistycznej Partii Chin dla moich praw i wolności.

Fotografia pochodzi z archiwum bohaterki opowieści

– A jednak ludzie zachowywali ostrożność: maseczki były dostępne tylko na czarnym rynku, a kiedy próbowałam znaleźć w sklepie środek do dezynfekcji rąk, śmiano się ze mnie. Była wigilia chińskiego Nowego Roku, a z megafonów płynęły komunikaty, aby się nie gromadzić  i nie tłoczyć się w miejscach publicznych. Na ulicach nie było tłumów – można natomiast powiedzieć, że panowały nastroje apokaliptyczne.

– 28 stycznia przyjechałam do Mińska. Kontrast był widoczny: Chińczycy mierzyli sobie temperaturę cały czas i bardzo dokładnie myli dłonie środkami antyseptycznymi. Mieszkańcy Mińska bawili się na ulicach, ale unikali wzmianek o sytuacji w Chinach. Nie nosiłam maseczki na ulicy – wyglądałaby bardzo prowokująco.

– Tymczasem pandemia wybuchła w Europie i wszystkie państwa sąsiadujące z Białorusią zamknęły swoje granice, ale nasze pozostały otwarte. Mogliśmy pojechać, dokąd chcieliśmy, tyle że nigdzie nie byliśmy mile widziani.

– Początkowo akceptowałam decyzje władz Białorusi: nie wprowadzono kwarantanny wjeżdżających do kraju. [Od redakcji: w lutym br. studenci, którzy wrócili z Chin na Białoruś, zostali oddzieleni od pozostałych gości i umieszczeni na 14 dni w sanatorium].

– Z czasem okazało się, że za słowami nie podążają czyny – z jakiegoś powodu sądziłam, że każdy, kto przyjeżdża do kraju, jest poddawany testowi, ale okazało się, że wyniki badań łatwo mogą się zawieruszyć.

– Od marca przestałam akceptować to, co się tutaj działo. Chciałam wrócić do Chin. Tam codziennie odbywały się konferencje prasowe, brali w nich udział lekarze, którzy odpowiadali na zadawane pytania. W tym samym czasie my słuchaliśmy niezrozumiałych opowieści prezydenta o leczeniu pandemii wódką i pracą na traktorze.

– Chińczycy opublikowali informatory o pandemii, najlepsze, jakie czytałam. Były lepsze nawet od tych przygotowanych przez Światową Organizację Zdrowia. A Chińczycy to nasi bracia, prawda? Chińskie materiały nie trafiały jednak na Białoruś.

[Od redakcji: uwaga o chińskich „braciach” to nie tylko zwrot stylistyczny. Od co najmniej dekady Białorusini uczą się języka chińskiego, umieszczają napisy w języku chińskim na głównym lotnisku kraju i zachęcają do inwestycji przedstawicieli chińskiego biznesu. Białoruś jest jednym z węzłów chińskiej inicjatywy politycznej i ekonomicznej „Jeden pas i jedna droga”, w ramach którego pod Mińskiem powstaje park przemysłowy].

– Nie można było wsiąść do samolotu i opuścić Białorusi. W tym czasie działały tu nawet teatry, a ja żartowałam, że wszyscy umrzemy. Prawie cały czas siedziałam w domu. Pamiętam, jak zachorował mój partner, zdecydowaliśmy jednak, że szpital nie będzie bezpiecznym miejscem. Potem sama zachorowałam, ale nie zrobiliśmy sobie żadnych testów.

– Białoruś nie przypomina Chin czy Szwecji i działało to w szczególny sposób: z jednej strony można było robić, co się chciało, a z drugiej strony władze nie podawały żadnych informacji i nie współpracowały z ludźmi.

– Białorusini umierali, a nasze władze proponowały nam niezrozumiały spektakl w stylu „My jesteśmy mądrzy, a wy jesteście idiotami”. Towarzyszyło nam poczucie surrealizmu i tego, że nasze państwo abdykowało. To wszystko sprawiało, że czułam się bezradna.

„A potem lekarze zdiagnozowali astmę”

Wiosną br., jeżeli ktoś chciał poznać liczbę zachorowań na COVID-19, musiał rozwiązać zadania z arytmetyki – dodać, odjąć, „a potem wziąć pod uwagę, że wśród tzw. wypisywanych ze szpitali byli także zmarli”, napisał w marcu br. dziennikarz Fiodor Pauluczenka.

Ministerstwo Zdrowia zostało oskarżone nie tylko o manipulowanie liczbami, lecz także o ukrywanie ognisk pandemii. Jedno z pierwszych pojawiło się w Witebsku, ale informacji o nim nie podawano od razu, jak opowiada Nadzieja Archipawa, studentka drugiego roku, która urodziła się i wychowała w Witebsku, a studiuje w Mińsku. Wiosną Nadzieja przebywała w stolicy aż do czasu wprowadzenia nauki zdalnej. Wtedy wróciła do domu rodzinnego.

Nadzieja Archipawa. Fotografia z archiwum bohaterki opowieści.

– Mieszkam w Witebsku, obok dużych fabryk obuwia. To było na wiosnę, ich szefowie pojechali do Włoch, aby zaprezentować tam najnowszą kolekcję swoich produktów. Wrócili chorzy na koronawirusa, a jeden z dyrektorów był w tak złym stanie, że został zabrany na leczenie do Mińska. [Od redakcji: to popularna teoria dotycząca tego, jak pandemia dotarła do Witebska].

– Chorowali pracownicy, z których wielu mieszka w pobliżu. Chorowali również nasi sąsiedzi. I ja także złapałam koronawirusa. Na początku każdego dnia, przed położeniem się do snu, miałam trudności z oddychaniem, ale się tym nie przejmowałam. Myślałam, że to objaw mojej alergii na kurz. Potem pojawiła się słabość fizyczna, niekiedy gorączka. Objawy zmieniały się cały czas.

– Lekarz stwierdził zapalenie płuc, ale jestem pewna, że to nie było to. Przez dwa–trzy tygodnie brałam antybiotyki. Nie zrobiłam testu na obecność koronawirusa. Kiedy objawy choroby zaczęły ustępować, wróciłam do Mińska. Większość studentów opuściła sanatorium, a ja zamieszkałam w jednym z pokoi razem z moją przyjaciółką. Wychodziłyśmy tylko do sklepu, co nam zresztą odpowiadało.

– Cały czas brakowało mi tchu i miałam trudności podczas biegania. W lipcu pojechałam do szpitala i dowiedziałam się, że mam zaawansowaną astmę (nie pierwszego, ale już drugiego stopnia). Zrobili mi wymaz na koronawirusa, ale był negatywny. Miałam także test na przeciwciała – nie otrzymałam wyniku.

– Czy miałam koronawirusa? Nie wiem. Tak twierdzą moja mama i przyjaciele. Znam ludzi, którzy bardzo ciężko go przechodzili – łzawiły im oczy i tak dalej – a ja nie miałam żadnych objawów, tylko duszności.

– Teraz noszę maseczkę, kiedy przebywam w miejscach publicznych. Dezynfekuję dłonie jedynie podczas korzystania z metra lub gdy jestem na uczelni.

– Pandemia  wywołuje niepewność. Osoby z potwierdzonym koronawirusem muszą podpisać dokumenty, że zobowiązują się do zapłacenia, w przeliczeniu, ok. 440 euro za naruszenie kwarantanny. Chorzy są wysyłani do domów i obiecuje im się wizytę lekarską. Tyle że na lekarza można czekać bardzo długo.

– Jak powiedział prezydent, wirusa nie ma i wielu podziela tę opinię. Ludzie jednak nadal chorują i umierają. I bardzo mnie to boli.

Pod koniec czerwca br. na Białorusi odnotowano łącznie 392 zgony z powodu koronawirusa. W czerwcu natomiast, jak wynika z raportu dla Organizacji Narodów Zjednoczonych, zmarło 3753 osób więcej niż w tym samym miesiącu ubiegłego roku. W pierwszej połowie 2020 r. śmiertelność na Białorusi była najwyższa w ciągu ostatnich pięciu lat.

„Nie wierzę w dane Ministerstwa Zdrowia”

Na Białorusi nie obowiązywała kwarantanna ani żadna sytuacja nadzwyczajna. O przejściu na system pracy zdalnej decydowali poszczególni menedżerowie, a brakujące środki na walkę z pandemią wpłacało społeczeństwo za pośrednictwem funduszu ByCovid-19. Zbiórka na sprzęt medyczny i inne potrzebne rzeczy była prowadzona online.

Projekt „Call for DIY” (znany również jako #помощьмедикам [#helpfordoctors]) pomógł zaopatrzyć w brakujący sprzęt ochronny pracowników służby zdrowia. Kaciaryna Miarżynskas, jedna z koordynatorek projektu, pracowała wiosną jako stażystka-anestezjolożka, obsługując resuscytator w Mińskim Centrum Naukowo-Badawczym Chirurgii, Transplantologii i Hematologii, jednym z najlepiej wyposażonych szpitali w mieście.

hackerspace.by, na licencji Creative Commons

– Pamiętam, jak rozmawialiśmy o koronawirusie w okolicach Nowego Roku i wątpiliśmy, że jest to coś poważnego. Wirus dotarł na Białoruś w marcu br., a wszyscy pracowali tak jak zwykle i myśleli, że zachorowało tylko kilkanaście osób.

–  W połowie marca wskaźnik zachorowalności zaczął rosnąć niczym lawina. Ludzie wpadli w popłoch, próbowali zdobyć zapasowe półmaski i zaopatrzyć się w antybiotyk – azytromycynę.

–  Z pierwszym przypadkiem zachorowania na COVID-19 spotkałam się na początku kwietnia. To była kobieta z krwawieniem z przełyku. Na wszelki wypadek pobraliśmy wymaz. Wynik był pozytywny i to nas zszokowało.

–  Stopniowo stało się dla nas jasne, że Ministerstwo Zdrowia nie zadba o nasze bezpieczeństwo. Czasami przychodziłaś do pielęgniarki, aby poprosić o półmaskę, która zastąpiłaby tę noszoną od dwóch tygodni. Odmawiano nam niegrzecznie, w nieprzyzwoity wręcz sposób.

–  Mniej więcej w tym samym czasie, 31 marca, Hackerspace Mińsk – społeczność non-profit, zrzeszająca wolontariuszy DIY – napisała, że ​​ich nowojorscy koledzy przygotowują przyłbice ochronne dla swoich lekarzy. Zapytano mnie, czy na Białorusi również jest taka potrzeba, i uruchomiliśmy projekt. Odpowiadałam za bazę klientów, czyli ludzi i szpitale, którzy potrzebowali takiej pomocy.

–  W ramach projektu zebrano ponad 70 700 rubli białoruskich (26 700 euro). Lekarze otrzymali:

i wiele innych rzeczy.

–  Wolontariusze odbyli 751 podróży do 156 miejscowości.

–  Projekt został zawieszony na początku maja br., a teraz jego uczestnicy są zaangażowani jedynie w drobniejsze usługi i serwis przekazanego potrzebującym sprzętu.

–  Wiele zrobili ci, którzy w tym czasie zaprzestali obsługi klienta biznesowego. Jedna dziewczyna zarządzała całą logistyką, robiła wszystko, co było trzeba. Zawsze, gdy był potrzebny kierowca, udawało się go znaleźć. Praca z takimi ludźmi to najlepsza rzecz, jaka spotkała mnie w tym roku.

–  Nie wierzę w dane Ministerstwa Zdrowia dotyczące COVID-19, ponieważ wiem, jak powstają diagnozy i jak się je ukrywa. Byłam w to bezpośrednio zaangażowana… Podczas wypełniania dokumentów z sekcji zwłok zabroniono podawać zapalenie płuc jako główną przyczynę zgonu.

–  Społeczeństwo obywatelskie podeszło do zaistniałej sytuacji odpowiedzialnie, wbrew ogólnie przyjętej polityce, ponieważ przywódcy państwa po prostu schrzanili sprawę.

Przed drugą falą zachorowań na koronawirusa na Białorusi Kaciaryna została zmuszona do wyjazdu: grożono jej trzema latami więzienia za pracę nad koordynacją ochotników medycznych podczas ulicznych protestów w Mińsku w dniach 9–12 sierpnia br. Obecnie mieszka i pracuje na Ukrainie.

Kaciaryna Miarżynskas. Zdjęcie: Alesia Poliak-Piatrenka

„Prawdopodobnie zachorowałem w więzieniu”

Wskaźnik zachorowalności na Białorusi zmniejszał się do początku sierpnia br. Równolegle narastało napięcie związane ze zbliżającymi się wyborami prezydenckimi. W ciągu pierwszych trzech dni protestów zatrzymano prawie 7 tys. osób. – Więzienia są zatłoczone, to idealne warunki do tego, żeby zachorować – mówi 44-letni Andrei Abrazcou.

Andrei mieszkał w Stanach Zjednoczonych przez blisko dekadę. W 2007 r. wrócił na Białoruś, założył firmę, ma trójkę dzieci. Obecnie jest bezrobotny.

– Jestem zwykłym człowiekiem i, jak to mają w zwyczaju Słowianie, nie bałem się koronawirusa, bo przecież jestem na niego za twardy. Martwiłem się tylko o starszych rodziców. Miałem przeczucie, że sam nie zachoruję. A moja historia z koronawirusem zaczęła się w nocy z 9 na 10 sierpnia, kiedy mój przyjaciel i ja zostaliśmy zatrzymani przed kordonem utworzonym przez policyjne oddziały prewencji.

– Dotkliwie nas pobito i zabrano na przepełniony posterunek policji. Mieliśmy związane ręce, wszyscy byli spragnieni, ale wodę dostaliśmy dopiero po trzech godzinach. Wodę o „metalicznym” smaku wlano do plastikowej butelki, z której wszyscy pili po kolei. Potem znów nas bito i po ok. 12 godzinach zabrano do więzienia oddalonego o 50 km od mojego domu.

– Początkowo każdy w celi miał oddzielne łóżko, ale gdy gdy mnie zwalniano,  na 12 łóżek przypadały 33 osoby. Wielu kaszlało, a ja nigdy nie widziałem tam maseczek. Całkiem poważnie rozmawialiśmy o możliwości zarażenia się koronawirusem.

– Wypuszczono mnie trzy dni później, w środku nocy, bez telefonu i portfela. Nie było przesłuchania ani protokołu z zatrzymania. Proces odbył się później, otrzymałem grzywnę w wysokości 54 rubli białoruskich.

– Myślę, że prawdopodobnie zaraziłem się w więzieniu. Szybko zacząłem cicho kaszleć, w zasadzie nie miałem gorączki. Potem kaszlałem tak, że sąsiedzi się budzili. Zrobiłem sobie tomografię komputerową, dowiedziałem się, że w płucach są dwa ogniska zapalne, i trafiłem do Miejskiego Szpitala Klinicznego nr 4. To dobre miejsce z dobrymi lekarzami!

– Nie masz pojęcia, ile osób jest chorych. Podawaną liczbę można pomnożyć przez 10, a i tak mnie w niej nie będzie. Lekarz wyjaśnił, że ja i mój sąsiad z sali przechodzimy koronawirusa łagodnie, więc nie zostaniemy uwzględnieni w statystykach – nasze przypadki uznano po prostu za zapalenie płuc.

– W szpitalu byli ze mnie dumni, bo spędziłem czas w Żodzinie, gdzie znajduje się więzienie. Leki dostałem natychmiast i czułem się z tym wyjątkowo niezręczne. Nawet babeczki mi upiekli. W tym szpitalu lekarze opisali ślady po moim pobiciu: siniaki na nodze, na boku, na plecach ślady po kiju… Na mojej koszulce jest odcisk wysokich wojskowych butów za kostkę. Nie mam zamiaru jej prać – zostawię na pamiątkę.

– Nie mogę powiedzieć, że byłem chory na jakąś okropną chorobę zakaźną. Moja rodzina i ja mieliśmy szczęście.

Andrei doszedł do siebie i zamierza zaskarżyć decyzję sądu w sprawie grzywny.

„Wybieramy między maseczką a foliową czapeczką”

Gdy zaczynała się jesień, kryzys polityczny i represje związane z tłumieniem protestów pogorszyły sytuację zdrowotną na Białorusi. Osoby zaangażowane w projekt ByCovid-19 odmówiły kontynuowania pracy, tłumacząc, że po wyborach były torturowane i trafiały do aresztów. Niektórzy musieli wyjechać z kraju. Mówili, że skoro państwo ma pieniądze na armatki wodne, aby rozbijać protesty, powinno mieć również fundusze na walkę z koronawirusem. Drugą falę zachorowań na koronawirusa na Białorusi omawia lekarz laryngolog z Miejskiego Szpitala Klinicznego nr 4 w Mińsku Alaksandr Jurczanka, który pandemią zajmuje się od połowy października br.

Alaksandr Jurczanka. Fotografia pochodzi z archiwum bohatera opowieści.

– Pomyśl: walczymy z wiatrakami, tak jak cały świat. Tak naprawdę nikt do końca nie rozumie COVID-19. Na początku trudno było się w tym wszystkim zorientować: widzieliśmy absolutnie nietypowy obraz. Czytasz literaturę, analizujesz algorytmy, ale dopiero po chwili właściwie rozumiesz, jak działać lepiej.

– Nasz oddział nie zajmuje się chorobami zakaźnymi, ale teraz wszystkie łóżka zostały przeznaczone na leczenie pacjentów z koronawirusem. Kiedy tu przybyłem, byłem mile zaskoczony – mieliśmy sprzęt ochronny i potrzebne leki.

– Podczas pierwszej fali ludzie bardziej się obawiali, nosili maseczki i kupowali wszystkie odpowiednie leki. A teraz są przekonani, że przeżyją drugą falę…

– Dla lekarzy to ostry dyżur, który trwa cały czas. Dla laika to próby uwierzenia, że ​​wszystko jest dobrze, chociaż nie jest to prawdą. Ludzie starają się chronić siebie i swoich bliskich, ale nie do końca wierzą w to, co się wokół nich dzieje. Wybieramy między foliowymi czapeczkami na głowę a maseczkami. Niestety, maseczka ​​nie zawsze jest dostępna natychmiast.

Zamknij
pl   |   en
Menu
Home
Brief
Wspomóż