Loading

Siny świt wybudza muezinów, a poranna bryza niesie nuty ich nawoływań do modlitwy zakurzonymi uliczkami. Mogadishu wybudza się, przez chwilę jeszcze spokojne, chociaż teraz z każdą minutą, jego uliczki będzie wypełniać gorąc i tumult. Często, gdy ludzie słyszą o Mogadishu, przed oczami staje im obraz bitwy z filmu „Helikopter w ogniu”. Somalijczycy niechętnie wspominają tamten okres i chociaż ten czas już dawno minął, to wojna domowa trwa. Zmienił się tylko rodzaj terroru, poza tym ich rzeczywistość jest bardzo podobna. Nadal uciekają przed wojną, przemocą, walczą z głodem, a cała ich egzystencja sprowadza się do próby przeżycia kolejnego dnia.

Mogadishu

autor Marcin Suder
Rozpocznij
Materiał zawiera sceny drastyczne

Miasto

Mogadishu było znane jako biała perła Oceanu Indyjskiego. Dzisiaj to prawie dwuipółmilionowe miasto jest upiorem swoich dawnych czasów i okresu wojen, które targały nim i jego mieszkańcami. Usłane ruinami, obozami uchodźców i wypełnione cierpieniem ludzkim, powoli powraca do normalności i marzenia o swojej dawnej świetności.

Mogadiszu jest stolicą Somalii, państwa położonego w tzw. Rogu Afryki. W roku 1960 uzyskała niepodległość – z połączenia Somali Brytyjskiego i Włoskiego powstała Republika Somalii, kończąc okres kolonialny w swojej historii. Powoli budowane struktury nowego państwa zachwiały się, gdy w roku 1969 został zamordowany ówczesny prezydent Abdirashid Ali Shermarke. Niedługo potem nastąpił bezkrwawy zamach stanu zorganizowany przez generała Mohammeda Siada Barrego, który  de facto przejął władzę, stojąc na czele nowo powstałej Najwyższej Rady Rewolucyjnej.

Siad Barre, który w latach sześćdziesiątych odbył szkolenie wojskowe w Moskwie, został propagatorem systemu marksistowskiego i po przejęciu władzy próbował wprowadzić w Somalii socjalizm oparty na Koranie i marksizmie. W myśl jego – aresztowano członków byłego rządu, rozwiązano partie polityczne, parlament oraz Sąd Najwyższy, a także zawieszono konstytucję. Ale równocześnie Mogadiszu zmieniło się w nowoczesne, rozwijające się i piękne miasto. Pokryte białymi domami, położonymi na brzegu Oceanu Indyjskiego, było nazywane „perłą oceanu” i mogło się stać wspaniałym kurortem wypoczynkowym.

Nigdy jednak do tego nie doszło. W niedługim czasie rozpoczęła się wojna z odwiecznym wrogiem – Etiopią, a potem kolejne, w których Somalia stała się pionkiem, w zimnowojennych rozgrywkach mocarstw Zachodu i Związku Radzieckiego o strefy wpływów na świecie.

Siad Barre prowadził politykę, która miała wykorzenić system oparty na podziałach klanowych. Niestety, by utrzymać się przy władzy, sam otaczał się ludźmi ze swojego klanu i doprowadził do sytuacji, gdy coraz więcej Somalijczyków było rozczarowanych polityką reżimu, który dążył do wprowadzenia systemu totalitarnego, aż finalnie wywołało to wojnę domową. Powoli toczył się proces degradacji państwa, aż osiągnął taki punkt, że w latach dziewięćdziesiątych rząd, system oraz po prostu państwo się rozpadło i nastał czas warlordów.

Rozpoczął się mroczny okres, kiedy dla Somalijczyków prawo przestało istnieć a worlordowie z gangami i milicjami przejęli kontrolę nad Mogadiszu. Nastąpił czas strachu, biedy, głodu i śmierci, o których mieszkańcy miasta do dzisiaj niechętnie mówią. To wtedy odbyła się tam niesławna, okrutna bitwa, opisana i zekranizowana później w filmie „Helikopter w ogniu” , podczas której zginęło osiemnastu żołnierzy amerykańskich i ponad tysiąc Somalijczyków.

Koniec lat dziewięćdziesiątych był czasem, kiedy obywatele Somalii postanowili podjąć próbę odbudowy kraju. Wielu z nich powróciło z uchodźstwa i w 2004 r. stworzyło przejściowy rząd federalny.

W 2006 r. powstał również Związek Sądów Islamskich, założony przez sądy szariackie, który przy pomocy jednego z warlordów doprowadził do upadku pozostałych milicji i gangów oraz przejął władzę w mieście.

Wojna domowa toczyła się dalej, tylko teraz pomiędzy przejściowym rządem federalnym, wspieranym przez armię etiopską i uznawanym przez społeczność międzynarodową, a ugrupowaniami wspierającymi sądy islamskie. Rząd przejściowy z pomocą armii etiopskiej i wojsk Unii Afrykańskiej pokonał siły islamistów i zdobył panowanie w stolicy Somalii, gdzie przeniósł się ze swojej dotychczasowej siedziby w Baidoa. Pokonany Związek Sądów Islamskich rozpadł się na mniejsze grupy i w tym czasie uformowała się organizacja AL-Shabaab, uznawana za terrorystyczną, która rozpoczęła walkę z rządem generalnym. Do dzisiaj ją prowadzi i jest odpowiedzialna za wiele krwawych ataków bombowych w Mogadishu.

Od tego momentu miasto zaczęło powracać do życia, prawa i cywilizacji, chociaż powoli, ponieważ hamowane było przez ciągłe ataki Al-Shabaab. Można wciąż obejrzeć zdjęcia Mogadiszu z lat siedemdziesiątych. Patrząc na to miasto dzisiaj, trudno sobie wyobrazić, że jest tym samym , co na starych fotografiach. Jeszcze trudniej zrozumieć, jak ludzie żyli w czasie, gdy państwo i prawo przestały tu istnieć, oraz jak – pomimo przemian – nadal żyją w tym mieście. Przez mroczny okres prawa warlordów powstał pewien, w pełni zasłużony, stereotyp tego miasta jako ekstremalnie niebezpiecznego, które nawet dziennikarze określali jako „no go”, ze względu na wysokie ryzyko.

Ale to miasto, które było symbolem strachu, cierpienia i śmierci, jest też symbolem nadziei. Tego, że przy wsparciu społeczności międzynarodowej, takie miejsca mogą się odmienić i powrócić do normalności. A ci przerażający Somalijczycy na miejscu okazują się przemiłymi i ciągle, mimo ich rzeczywistości, uśmiechniętymi ludźmi, których jedynym marzeniem jest normalnie żyć w mieście, które znów  stanie się „perłą oceanu”.

Mogadiszu jest stolicą Somalii, państwa położonego w tzw. Rogu Afryki. W roku 1960 uzyskała niepodległość – z połączenia Somali Brytyjskiego i Włoskiego powstała Republika Somalii, kończąc okres kolonialny w swojej historii. Powoli budowane struktury nowego państwa zachwiały się, gdy w roku 1969 został zamordowany ówczesny prezydent Abdirashid Ali Shermarke. Niedługo potem nastąpił bezkrwawy zamach stanu zorganizowany przez generała Mohammeda Siada Barrego, który  de facto przejął władzę, stojąc na czele nowo powstałej Najwyższej Rady Rewolucyjnej.

Siad Barre, który w latach sześćdziesiątych odbył szkolenie wojskowe w Moskwie, został propagatorem systemu marksistowskiego i po przejęciu władzy próbował wprowadzić w Somalii socjalizm oparty na Koranie i marksizmie. W myśl jego – aresztowano członków byłego rządu, rozwiązano partie polityczne, parlament oraz Sąd Najwyższy, a także zawieszono konstytucję. Ale równocześnie Mogadiszu zmieniło się w nowoczesne, rozwijające się i piękne miasto. Pokryte białymi domami, położonymi na brzegu Oceanu Indyjskiego, było nazywane „perłą oceanu” i mogło się stać wspaniałym kurortem wypoczynkowym.

Nigdy jednak do tego nie doszło. W niedługim czasie rozpoczęła się wojna z odwiecznym wrogiem – Etiopią, a potem kolejne, w których Somalia stała się pionkiem, w zimnowojennych rozgrywkach mocarstw Zachodu i Związku Radzieckiego o strefy wpływów na świecie.

Siad Barre prowadził politykę, która miała wykorzenić system oparty na podziałach klanowych. Niestety, by utrzymać się przy władzy, sam otaczał się ludźmi ze swojego klanu i doprowadził do sytuacji, gdy coraz więcej Somalijczyków było rozczarowanych polityką reżimu, który dążył do wprowadzenia systemu totalitarnego, aż finalnie wywołało to wojnę domową. Powoli toczył się proces degradacji państwa, aż osiągnął taki punkt, że w latach dziewięćdziesiątych rząd, system oraz po prostu państwo się rozpadło i nastał czas warlordów.

Rozpoczął się mroczny okres, kiedy dla Somalijczyków prawo przestało istnieć a worlordowie z gangami i milicjami przejęli kontrolę nad Mogadiszu. Nastąpił czas strachu, biedy, głodu i śmierci, o których mieszkańcy miasta do dzisiaj niechętnie mówią. To wtedy odbyła się tam niesławna, okrutna bitwa, opisana i zekranizowana później w filmie „Helikopter w ogniu” , podczas której zginęło osiemnastu żołnierzy amerykańskich i ponad tysiąc Somalijczyków.

Koniec lat dziewięćdziesiątych był czasem, kiedy obywatele Somalii postanowili podjąć próbę odbudowy kraju. Wielu z nich powróciło z uchodźstwa i w 2004 r. stworzyło przejściowy rząd federalny.

W 2006 r. powstał również Związek Sądów Islamskich, założony przez sądy szariackie, który przy pomocy jednego z warlordów doprowadził do upadku pozostałych milicji i gangów oraz przejął władzę w mieście.

Wojna domowa toczyła się dalej, tylko teraz pomiędzy przejściowym rządem federalnym, wspieranym przez armię etiopską i uznawanym przez społeczność międzynarodową, a ugrupowaniami wspierającymi sądy islamskie. Rząd przejściowy z pomocą armii etiopskiej i wojsk Unii Afrykańskiej pokonał siły islamistów i zdobył panowanie w stolicy Somalii, gdzie przeniósł się ze swojej dotychczasowej siedziby w Baidoa. Pokonany Związek Sądów Islamskich rozpadł się na mniejsze grupy i w tym czasie uformowała się organizacja AL-Shabaab, uznawana za terrorystyczną, która rozpoczęła walkę z rządem generalnym. Do dzisiaj ją prowadzi i jest odpowiedzialna za wiele krwawych ataków bombowych w Mogadishu.

Od tego momentu miasto zaczęło powracać do życia, prawa i cywilizacji, chociaż powoli, ponieważ hamowane było przez ciągłe ataki Al-Shabaab. Można wciąż obejrzeć zdjęcia Mogadiszu z lat siedemdziesiątych. Patrząc na to miasto dzisiaj, trudno sobie wyobrazić, że jest tym samym , co na starych fotografiach. Jeszcze trudniej zrozumieć, jak ludzie żyli w czasie, gdy państwo i prawo przestały tu istnieć, oraz jak – pomimo przemian – nadal żyją w tym mieście. Przez mroczny okres prawa warlordów powstał pewien, w pełni zasłużony, stereotyp tego miasta jako ekstremalnie niebezpiecznego, które nawet dziennikarze określali jako „no go”, ze względu na wysokie ryzyko.

Ale to miasto, które było symbolem strachu, cierpienia i śmierci, jest też symbolem nadziei. Tego, że przy wsparciu społeczności międzynarodowej, takie miejsca mogą się odmienić i powrócić do normalności. A ci przerażający Somalijczycy na miejscu okazują się przemiłymi i ciągle, mimo ich rzeczywistości, uśmiechniętymi ludźmi, których jedynym marzeniem jest normalnie żyć w mieście, które znów  stanie się „perłą oceanu”.

Mogadiszu jest stolicą Somalii, państwa położonego w tzw. Rogu Afryki. W roku 1960 uzyskała niepodległość – z połączenia Somali Brytyjskiego i Włoskiego powstała Republika Somalii, kończąc okres kolonialny w swojej historii. Powoli budowane struktury nowego państwa zachwiały się, gdy w roku 1969 został zamordowany ówczesny prezydent Abdirashid Ali Shermarke. Niedługo potem nastąpił bezkrwawy zamach stanu zorganizowany przez generała Mohammeda Siada Barrego, który  de facto przejął władzę, stojąc na czele nowo powstałej Najwyższej Rady Rewolucyjnej.

Siad Barre, który w latach sześćdziesiątych odbył szkolenie wojskowe w Moskwie, został propagatorem systemu marksistowskiego i po przejęciu władzy próbował wprowadzić w Somalii socjalizm oparty na Koranie i marksizmie. W myśl jego – aresztowano członków byłego rządu, rozwiązano partie polityczne, parlament oraz Sąd Najwyższy, a także zawieszono konstytucję. Ale równocześnie Mogadiszu zmieniło się w nowoczesne, rozwijające się i piękne miasto. Pokryte białymi domami, położonymi na brzegu Oceanu Indyjskiego, było nazywane „perłą oceanu” i mogło się stać wspaniałym kurortem wypoczynkowym.

Nigdy jednak do tego nie doszło. W niedługim czasie rozpoczęła się wojna z odwiecznym wrogiem – Etiopią, a potem kolejne, w których Somalia stała się pionkiem, w zimnowojennych rozgrywkach mocarstw Zachodu i Związku Radzieckiego o strefy wpływów na świecie.

Siad Barre prowadził politykę, która miała wykorzenić system oparty na podziałach klanowych. Niestety, by utrzymać się przy władzy, sam otaczał się ludźmi ze swojego klanu i doprowadził do sytuacji, gdy coraz więcej Somalijczyków było rozczarowanych polityką reżimu, który dążył do wprowadzenia systemu totalitarnego, aż finalnie wywołało to wojnę domową. Powoli toczył się proces degradacji państwa, aż osiągnął taki punkt, że w latach dziewięćdziesiątych rząd, system oraz po prostu państwo się rozpadło i nastał czas warlordów.

Rozpoczął się mroczny okres, kiedy dla Somalijczyków prawo przestało istnieć a worlordowie z gangami i milicjami przejęli kontrolę nad Mogadiszu. Nastąpił czas strachu, biedy, głodu i śmierci, o których mieszkańcy miasta do dzisiaj niechętnie mówią. To wtedy odbyła się tam niesławna, okrutna bitwa, opisana i zekranizowana później w filmie „Helikopter w ogniu” , podczas której zginęło osiemnastu żołnierzy amerykańskich i ponad tysiąc Somalijczyków.

Koniec lat dziewięćdziesiątych był czasem, kiedy obywatele Somalii postanowili podjąć próbę odbudowy kraju. Wielu z nich powróciło z uchodźstwa i w 2004 r. stworzyło przejściowy rząd federalny.

W 2006 r. powstał również Związek Sądów Islamskich, założony przez sądy szariackie, który przy pomocy jednego z warlordów doprowadził do upadku pozostałych milicji i gangów oraz przejął władzę w mieście.

Wojna domowa toczyła się dalej, tylko teraz pomiędzy przejściowym rządem federalnym, wspieranym przez armię etiopską i uznawanym przez społeczność międzynarodową, a ugrupowaniami wspierającymi sądy islamskie. Rząd przejściowy z pomocą armii etiopskiej i wojsk Unii Afrykańskiej pokonał siły islamistów i zdobył panowanie w stolicy Somalii, gdzie przeniósł się ze swojej dotychczasowej siedziby w Baidoa. Pokonany Związek Sądów Islamskich rozpadł się na mniejsze grupy i w tym czasie uformowała się organizacja AL-Shabaab, uznawana za terrorystyczną, która rozpoczęła walkę z rządem generalnym. Do dzisiaj ją prowadzi i jest odpowiedzialna za wiele krwawych ataków bombowych w Mogadishu.

Od tego momentu miasto zaczęło powracać do życia, prawa i cywilizacji, chociaż powoli, ponieważ hamowane było przez ciągłe ataki Al-Shabaab. Można wciąż obejrzeć zdjęcia Mogadiszu z lat siedemdziesiątych. Patrząc na to miasto dzisiaj, trudno sobie wyobrazić, że jest tym samym , co na starych fotografiach. Jeszcze trudniej zrozumieć, jak ludzie żyli w czasie, gdy państwo i prawo przestały tu istnieć, oraz jak – pomimo przemian – nadal żyją w tym mieście. Przez mroczny okres prawa warlordów powstał pewien, w pełni zasłużony, stereotyp tego miasta jako ekstremalnie niebezpiecznego, które nawet dziennikarze określali jako „no go”, ze względu na wysokie ryzyko.

Ale to miasto, które było symbolem strachu, cierpienia i śmierci, jest też symbolem nadziei. Tego, że przy wsparciu społeczności międzynarodowej, takie miejsca mogą się odmienić i powrócić do normalności. A ci przerażający Somalijczycy na miejscu okazują się przemiłymi i ciągle, mimo ich rzeczywistości, uśmiechniętymi ludźmi, których jedynym marzeniem jest normalnie żyć w mieście, które znów  stanie się „perłą oceanu”.

Mogadiszu jest stolicą Somalii, państwa położonego w tzw. Rogu Afryki. W roku 1960 uzyskała niepodległość – z połączenia Somali Brytyjskiego i Włoskiego powstała Republika Somalii, kończąc okres kolonialny w swojej historii. Powoli budowane struktury nowego państwa zachwiały się, gdy w roku 1969 został zamordowany ówczesny prezydent Abdirashid Ali Shermarke. Niedługo potem nastąpił bezkrwawy zamach stanu zorganizowany przez generała Mohammeda Siada Barrego, który  de facto przejął władzę, stojąc na czele nowo powstałej Najwyższej Rady Rewolucyjnej.

Siad Barre, który w latach sześćdziesiątych odbył szkolenie wojskowe w Moskwie, został propagatorem systemu marksistowskiego i po przejęciu władzy próbował wprowadzić w Somalii socjalizm oparty na Koranie i marksizmie. W myśl jego – aresztowano członków byłego rządu, rozwiązano partie polityczne, parlament oraz Sąd Najwyższy, a także zawieszono konstytucję. Ale równocześnie Mogadiszu zmieniło się w nowoczesne, rozwijające się i piękne miasto. Pokryte białymi domami, położonymi na brzegu Oceanu Indyjskiego, było nazywane „perłą oceanu” i mogło się stać wspaniałym kurortem wypoczynkowym.

Nigdy jednak do tego nie doszło. W niedługim czasie rozpoczęła się wojna z odwiecznym wrogiem – Etiopią, a potem kolejne, w których Somalia stała się pionkiem, w zimnowojennych rozgrywkach mocarstw Zachodu i Związku Radzieckiego o strefy wpływów na świecie.

Siad Barre prowadził politykę, która miała wykorzenić system oparty na podziałach klanowych. Niestety, by utrzymać się przy władzy, sam otaczał się ludźmi ze swojego klanu i doprowadził do sytuacji, gdy coraz więcej Somalijczyków było rozczarowanych polityką reżimu, który dążył do wprowadzenia systemu totalitarnego, aż finalnie wywołało to wojnę domową. Powoli toczył się proces degradacji państwa, aż osiągnął taki punkt, że w latach dziewięćdziesiątych rząd, system oraz po prostu państwo się rozpadło i nastał czas warlordów.

Rozpoczął się mroczny okres, kiedy dla Somalijczyków prawo przestało istnieć a worlordowie z gangami i milicjami przejęli kontrolę nad Mogadiszu. Nastąpił czas strachu, biedy, głodu i śmierci, o których mieszkańcy miasta do dzisiaj niechętnie mówią. To wtedy odbyła się tam niesławna, okrutna bitwa, opisana i zekranizowana później w filmie „Helikopter w ogniu” , podczas której zginęło osiemnastu żołnierzy amerykańskich i ponad tysiąc Somalijczyków.

Koniec lat dziewięćdziesiątych był czasem, kiedy obywatele Somalii postanowili podjąć próbę odbudowy kraju. Wielu z nich powróciło z uchodźstwa i w 2004 r. stworzyło przejściowy rząd federalny.

W 2006 r. powstał również Związek Sądów Islamskich, założony przez sądy szariackie, który przy pomocy jednego z warlordów doprowadził do upadku pozostałych milicji i gangów oraz przejął władzę w mieście.

Wojna domowa toczyła się dalej, tylko teraz pomiędzy przejściowym rządem federalnym, wspieranym przez armię etiopską i uznawanym przez społeczność międzynarodową, a ugrupowaniami wspierającymi sądy islamskie. Rząd przejściowy z pomocą armii etiopskiej i wojsk Unii Afrykańskiej pokonał siły islamistów i zdobył panowanie w stolicy Somalii, gdzie przeniósł się ze swojej dotychczasowej siedziby w Baidoa. Pokonany Związek Sądów Islamskich rozpadł się na mniejsze grupy i w tym czasie uformowała się organizacja AL-Shabaab, uznawana za terrorystyczną, która rozpoczęła walkę z rządem generalnym. Do dzisiaj ją prowadzi i jest odpowiedzialna za wiele krwawych ataków bombowych w Mogadishu.

Od tego momentu miasto zaczęło powracać do życia, prawa i cywilizacji, chociaż powoli, ponieważ hamowane było przez ciągłe ataki Al-Shabaab. Można wciąż obejrzeć zdjęcia Mogadiszu z lat siedemdziesiątych. Patrząc na to miasto dzisiaj, trudno sobie wyobrazić, że jest tym samym , co na starych fotografiach. Jeszcze trudniej zrozumieć, jak ludzie żyli w czasie, gdy państwo i prawo przestały tu istnieć, oraz jak – pomimo przemian – nadal żyją w tym mieście. Przez mroczny okres prawa warlordów powstał pewien, w pełni zasłużony, stereotyp tego miasta jako ekstremalnie niebezpiecznego, które nawet dziennikarze określali jako „no go”, ze względu na wysokie ryzyko.

Ale to miasto, które było symbolem strachu, cierpienia i śmierci, jest też symbolem nadziei. Tego, że przy wsparciu społeczności międzynarodowej, takie miejsca mogą się odmienić i powrócić do normalności. A ci przerażający Somalijczycy na miejscu okazują się przemiłymi i ciągle, mimo ich rzeczywistości, uśmiechniętymi ludźmi, których jedynym marzeniem jest normalnie żyć w mieście, które znów  stanie się „perłą oceanu”.

Mogadiszu jest stolicą Somalii, państwa położonego w tzw. Rogu Afryki. W roku 1960 uzyskała niepodległość – z połączenia Somali Brytyjskiego i Włoskiego powstała Republika Somalii, kończąc okres kolonialny w swojej historii. Powoli budowane struktury nowego państwa zachwiały się, gdy w roku 1969 został zamordowany ówczesny prezydent Abdirashid Ali Shermarke. Niedługo potem nastąpił bezkrwawy zamach stanu zorganizowany przez generała Mohammeda Siada Barrego, który  de facto przejął władzę, stojąc na czele nowo powstałej Najwyższej Rady Rewolucyjnej.

Siad Barre, który w latach sześćdziesiątych odbył szkolenie wojskowe w Moskwie, został propagatorem systemu marksistowskiego i po przejęciu władzy próbował wprowadzić w Somalii socjalizm oparty na Koranie i marksizmie. W myśl jego – aresztowano członków byłego rządu, rozwiązano partie polityczne, parlament oraz Sąd Najwyższy, a także zawieszono konstytucję. Ale równocześnie Mogadiszu zmieniło się w nowoczesne, rozwijające się i piękne miasto. Pokryte białymi domami, położonymi na brzegu Oceanu Indyjskiego, było nazywane „perłą oceanu” i mogło się stać wspaniałym kurortem wypoczynkowym.

Nigdy jednak do tego nie doszło. W niedługim czasie rozpoczęła się wojna z odwiecznym wrogiem – Etiopią, a potem kolejne, w których Somalia stała się pionkiem, w zimnowojennych rozgrywkach mocarstw Zachodu i Związku Radzieckiego o strefy wpływów na świecie.

Siad Barre prowadził politykę, która miała wykorzenić system oparty na podziałach klanowych. Niestety, by utrzymać się przy władzy, sam otaczał się ludźmi ze swojego klanu i doprowadził do sytuacji, gdy coraz więcej Somalijczyków było rozczarowanych polityką reżimu, który dążył do wprowadzenia systemu totalitarnego, aż finalnie wywołało to wojnę domową. Powoli toczył się proces degradacji państwa, aż osiągnął taki punkt, że w latach dziewięćdziesiątych rząd, system oraz po prostu państwo się rozpadło i nastał czas warlordów.

Rozpoczął się mroczny okres, kiedy dla Somalijczyków prawo przestało istnieć a worlordowie z gangami i milicjami przejęli kontrolę nad Mogadiszu. Nastąpił czas strachu, biedy, głodu i śmierci, o których mieszkańcy miasta do dzisiaj niechętnie mówią. To wtedy odbyła się tam niesławna, okrutna bitwa, opisana i zekranizowana później w filmie „Helikopter w ogniu” , podczas której zginęło osiemnastu żołnierzy amerykańskich i ponad tysiąc Somalijczyków.

Koniec lat dziewięćdziesiątych był czasem, kiedy obywatele Somalii postanowili podjąć próbę odbudowy kraju. Wielu z nich powróciło z uchodźstwa i w 2004 r. stworzyło przejściowy rząd federalny.

W 2006 r. powstał również Związek Sądów Islamskich, założony przez sądy szariackie, który przy pomocy jednego z warlordów doprowadził do upadku pozostałych milicji i gangów oraz przejął władzę w mieście.

Wojna domowa toczyła się dalej, tylko teraz pomiędzy przejściowym rządem federalnym, wspieranym przez armię etiopską i uznawanym przez społeczność międzynarodową, a ugrupowaniami wspierającymi sądy islamskie. Rząd przejściowy z pomocą armii etiopskiej i wojsk Unii Afrykańskiej pokonał siły islamistów i zdobył panowanie w stolicy Somalii, gdzie przeniósł się ze swojej dotychczasowej siedziby w Baidoa. Pokonany Związek Sądów Islamskich rozpadł się na mniejsze grupy i w tym czasie uformowała się organizacja AL-Shabaab, uznawana za terrorystyczną, która rozpoczęła walkę z rządem generalnym. Do dzisiaj ją prowadzi i jest odpowiedzialna za wiele krwawych ataków bombowych w Mogadishu.

Od tego momentu miasto zaczęło powracać do życia, prawa i cywilizacji, chociaż powoli, ponieważ hamowane było przez ciągłe ataki Al-Shabaab. Można wciąż obejrzeć zdjęcia Mogadiszu z lat siedemdziesiątych. Patrząc na to miasto dzisiaj, trudno sobie wyobrazić, że jest tym samym , co na starych fotografiach. Jeszcze trudniej zrozumieć, jak ludzie żyli w czasie, gdy państwo i prawo przestały tu istnieć, oraz jak – pomimo przemian – nadal żyją w tym mieście. Przez mroczny okres prawa warlordów powstał pewien, w pełni zasłużony, stereotyp tego miasta jako ekstremalnie niebezpiecznego, które nawet dziennikarze określali jako „no go”, ze względu na wysokie ryzyko.

Ale to miasto, które było symbolem strachu, cierpienia i śmierci, jest też symbolem nadziei. Tego, że przy wsparciu społeczności międzynarodowej, takie miejsca mogą się odmienić i powrócić do normalności. A ci przerażający Somalijczycy na miejscu okazują się przemiłymi i ciągle, mimo ich rzeczywistości, uśmiechniętymi ludźmi, których jedynym marzeniem jest normalnie żyć w mieście, które znów  stanie się „perłą oceanu”.

Mogadiszu jest stolicą Somalii, państwa położonego w tzw. Rogu Afryki. W roku 1960 uzyskała niepodległość – z połączenia Somali Brytyjskiego i Włoskiego powstała Republika Somalii, kończąc okres kolonialny w swojej historii. Powoli budowane struktury nowego państwa zachwiały się, gdy w roku 1969 został zamordowany ówczesny prezydent Abdirashid Ali Shermarke. Niedługo potem nastąpił bezkrwawy zamach stanu zorganizowany przez generała Mohammeda Siada Barrego, który  de facto przejął władzę, stojąc na czele nowo powstałej Najwyższej Rady Rewolucyjnej.

Siad Barre, który w latach sześćdziesiątych odbył szkolenie wojskowe w Moskwie, został propagatorem systemu marksistowskiego i po przejęciu władzy próbował wprowadzić w Somalii socjalizm oparty na Koranie i marksizmie. W myśl jego – aresztowano członków byłego rządu, rozwiązano partie polityczne, parlament oraz Sąd Najwyższy, a także zawieszono konstytucję. Ale równocześnie Mogadiszu zmieniło się w nowoczesne, rozwijające się i piękne miasto. Pokryte białymi domami, położonymi na brzegu Oceanu Indyjskiego, było nazywane „perłą oceanu” i mogło się stać wspaniałym kurortem wypoczynkowym.

Nigdy jednak do tego nie doszło. W niedługim czasie rozpoczęła się wojna z odwiecznym wrogiem – Etiopią, a potem kolejne, w których Somalia stała się pionkiem, w zimnowojennych rozgrywkach mocarstw Zachodu i Związku Radzieckiego o strefy wpływów na świecie.

Siad Barre prowadził politykę, która miała wykorzenić system oparty na podziałach klanowych. Niestety, by utrzymać się przy władzy, sam otaczał się ludźmi ze swojego klanu i doprowadził do sytuacji, gdy coraz więcej Somalijczyków było rozczarowanych polityką reżimu, który dążył do wprowadzenia systemu totalitarnego, aż finalnie wywołało to wojnę domową. Powoli toczył się proces degradacji państwa, aż osiągnął taki punkt, że w latach dziewięćdziesiątych rząd, system oraz po prostu państwo się rozpadło i nastał czas warlordów.

Rozpoczął się mroczny okres, kiedy dla Somalijczyków prawo przestało istnieć a worlordowie z gangami i milicjami przejęli kontrolę nad Mogadiszu. Nastąpił czas strachu, biedy, głodu i śmierci, o których mieszkańcy miasta do dzisiaj niechętnie mówią. To wtedy odbyła się tam niesławna, okrutna bitwa, opisana i zekranizowana później w filmie „Helikopter w ogniu” , podczas której zginęło osiemnastu żołnierzy amerykańskich i ponad tysiąc Somalijczyków.

Koniec lat dziewięćdziesiątych był czasem, kiedy obywatele Somalii postanowili podjąć próbę odbudowy kraju. Wielu z nich powróciło z uchodźstwa i w 2004 r. stworzyło przejściowy rząd federalny.

W 2006 r. powstał również Związek Sądów Islamskich, założony przez sądy szariackie, który przy pomocy jednego z warlordów doprowadził do upadku pozostałych milicji i gangów oraz przejął władzę w mieście.

Wojna domowa toczyła się dalej, tylko teraz pomiędzy przejściowym rządem federalnym, wspieranym przez armię etiopską i uznawanym przez społeczność międzynarodową, a ugrupowaniami wspierającymi sądy islamskie. Rząd przejściowy z pomocą armii etiopskiej i wojsk Unii Afrykańskiej pokonał siły islamistów i zdobył panowanie w stolicy Somalii, gdzie przeniósł się ze swojej dotychczasowej siedziby w Baidoa. Pokonany Związek Sądów Islamskich rozpadł się na mniejsze grupy i w tym czasie uformowała się organizacja AL-Shabaab, uznawana za terrorystyczną, która rozpoczęła walkę z rządem generalnym. Do dzisiaj ją prowadzi i jest odpowiedzialna za wiele krwawych ataków bombowych w Mogadishu.

Od tego momentu miasto zaczęło powracać do życia, prawa i cywilizacji, chociaż powoli, ponieważ hamowane było przez ciągłe ataki Al-Shabaab. Można wciąż obejrzeć zdjęcia Mogadiszu z lat siedemdziesiątych. Patrząc na to miasto dzisiaj, trudno sobie wyobrazić, że jest tym samym , co na starych fotografiach. Jeszcze trudniej zrozumieć, jak ludzie żyli w czasie, gdy państwo i prawo przestały tu istnieć, oraz jak – pomimo przemian – nadal żyją w tym mieście. Przez mroczny okres prawa warlordów powstał pewien, w pełni zasłużony, stereotyp tego miasta jako ekstremalnie niebezpiecznego, które nawet dziennikarze określali jako „no go”, ze względu na wysokie ryzyko.

Ale to miasto, które było symbolem strachu, cierpienia i śmierci, jest też symbolem nadziei. Tego, że przy wsparciu społeczności międzynarodowej, takie miejsca mogą się odmienić i powrócić do normalności. A ci przerażający Somalijczycy na miejscu okazują się przemiłymi i ciągle, mimo ich rzeczywistości, uśmiechniętymi ludźmi, których jedynym marzeniem jest normalnie żyć w mieście, które znów  stanie się „perłą oceanu”.

Mogadiszu jest stolicą Somalii, państwa położonego w tzw. Rogu Afryki. W roku 1960 uzyskała niepodległość – z połączenia Somali Brytyjskiego i Włoskiego powstała Republika Somalii, kończąc okres kolonialny w swojej historii. Powoli budowane struktury nowego państwa zachwiały się, gdy w roku 1969 został zamordowany ówczesny prezydent Abdirashid Ali Shermarke. Niedługo potem nastąpił bezkrwawy zamach stanu zorganizowany przez generała Mohammeda Siada Barrego, który  de facto przejął władzę, stojąc na czele nowo powstałej Najwyższej Rady Rewolucyjnej.

Siad Barre, który w latach sześćdziesiątych odbył szkolenie wojskowe w Moskwie, został propagatorem systemu marksistowskiego i po przejęciu władzy próbował wprowadzić w Somalii socjalizm oparty na Koranie i marksizmie. W myśl jego – aresztowano członków byłego rządu, rozwiązano partie polityczne, parlament oraz Sąd Najwyższy, a także zawieszono konstytucję. Ale równocześnie Mogadiszu zmieniło się w nowoczesne, rozwijające się i piękne miasto. Pokryte białymi domami, położonymi na brzegu Oceanu Indyjskiego, było nazywane „perłą oceanu” i mogło się stać wspaniałym kurortem wypoczynkowym.

Nigdy jednak do tego nie doszło. W niedługim czasie rozpoczęła się wojna z odwiecznym wrogiem – Etiopią, a potem kolejne, w których Somalia stała się pionkiem, w zimnowojennych rozgrywkach mocarstw Zachodu i Związku Radzieckiego o strefy wpływów na świecie.

Siad Barre prowadził politykę, która miała wykorzenić system oparty na podziałach klanowych. Niestety, by utrzymać się przy władzy, sam otaczał się ludźmi ze swojego klanu i doprowadził do sytuacji, gdy coraz więcej Somalijczyków było rozczarowanych polityką reżimu, który dążył do wprowadzenia systemu totalitarnego, aż finalnie wywołało to wojnę domową. Powoli toczył się proces degradacji państwa, aż osiągnął taki punkt, że w latach dziewięćdziesiątych rząd, system oraz po prostu państwo się rozpadło i nastał czas warlordów.

Rozpoczął się mroczny okres, kiedy dla Somalijczyków prawo przestało istnieć a worlordowie z gangami i milicjami przejęli kontrolę nad Mogadiszu. Nastąpił czas strachu, biedy, głodu i śmierci, o których mieszkańcy miasta do dzisiaj niechętnie mówią. To wtedy odbyła się tam niesławna, okrutna bitwa, opisana i zekranizowana później w filmie „Helikopter w ogniu” , podczas której zginęło osiemnastu żołnierzy amerykańskich i ponad tysiąc Somalijczyków.

Koniec lat dziewięćdziesiątych był czasem, kiedy obywatele Somalii postanowili podjąć próbę odbudowy kraju. Wielu z nich powróciło z uchodźstwa i w 2004 r. stworzyło przejściowy rząd federalny.

W 2006 r. powstał również Związek Sądów Islamskich, założony przez sądy szariackie, który przy pomocy jednego z warlordów doprowadził do upadku pozostałych milicji i gangów oraz przejął władzę w mieście.

Wojna domowa toczyła się dalej, tylko teraz pomiędzy przejściowym rządem federalnym, wspieranym przez armię etiopską i uznawanym przez społeczność międzynarodową, a ugrupowaniami wspierającymi sądy islamskie. Rząd przejściowy z pomocą armii etiopskiej i wojsk Unii Afrykańskiej pokonał siły islamistów i zdobył panowanie w stolicy Somalii, gdzie przeniósł się ze swojej dotychczasowej siedziby w Baidoa. Pokonany Związek Sądów Islamskich rozpadł się na mniejsze grupy i w tym czasie uformowała się organizacja AL-Shabaab, uznawana za terrorystyczną, która rozpoczęła walkę z rządem generalnym. Do dzisiaj ją prowadzi i jest odpowiedzialna za wiele krwawych ataków bombowych w Mogadishu.

Od tego momentu miasto zaczęło powracać do życia, prawa i cywilizacji, chociaż powoli, ponieważ hamowane było przez ciągłe ataki Al-Shabaab. Można wciąż obejrzeć zdjęcia Mogadiszu z lat siedemdziesiątych. Patrząc na to miasto dzisiaj, trudno sobie wyobrazić, że jest tym samym , co na starych fotografiach. Jeszcze trudniej zrozumieć, jak ludzie żyli w czasie, gdy państwo i prawo przestały tu istnieć, oraz jak – pomimo przemian – nadal żyją w tym mieście. Przez mroczny okres prawa warlordów powstał pewien, w pełni zasłużony, stereotyp tego miasta jako ekstremalnie niebezpiecznego, które nawet dziennikarze określali jako „no go”, ze względu na wysokie ryzyko.

Ale to miasto, które było symbolem strachu, cierpienia i śmierci, jest też symbolem nadziei. Tego, że przy wsparciu społeczności międzynarodowej, takie miejsca mogą się odmienić i powrócić do normalności. A ci przerażający Somalijczycy na miejscu okazują się przemiłymi i ciągle, mimo ich rzeczywistości, uśmiechniętymi ludźmi, których jedynym marzeniem jest normalnie żyć w mieście, które znów  stanie się „perłą oceanu”.

Mogadiszu jest stolicą Somalii, państwa położonego w tzw. Rogu Afryki. W roku 1960 uzyskała niepodległość – z połączenia Somali Brytyjskiego i Włoskiego powstała Republika Somalii, kończąc okres kolonialny w swojej historii. Powoli budowane struktury nowego państwa zachwiały się, gdy w roku 1969 został zamordowany ówczesny prezydent Abdirashid Ali Shermarke. Niedługo potem nastąpił bezkrwawy zamach stanu zorganizowany przez generała Mohammeda Siada Barrego, który  de facto przejął władzę, stojąc na czele nowo powstałej Najwyższej Rady Rewolucyjnej.

Siad Barre, który w latach sześćdziesiątych odbył szkolenie wojskowe w Moskwie, został propagatorem systemu marksistowskiego i po przejęciu władzy próbował wprowadzić w Somalii socjalizm oparty na Koranie i marksizmie. W myśl jego – aresztowano członków byłego rządu, rozwiązano partie polityczne, parlament oraz Sąd Najwyższy, a także zawieszono konstytucję. Ale równocześnie Mogadiszu zmieniło się w nowoczesne, rozwijające się i piękne miasto. Pokryte białymi domami, położonymi na brzegu Oceanu Indyjskiego, było nazywane „perłą oceanu” i mogło się stać wspaniałym kurortem wypoczynkowym.

Nigdy jednak do tego nie doszło. W niedługim czasie rozpoczęła się wojna z odwiecznym wrogiem – Etiopią, a potem kolejne, w których Somalia stała się pionkiem, w zimnowojennych rozgrywkach mocarstw Zachodu i Związku Radzieckiego o strefy wpływów na świecie.

Siad Barre prowadził politykę, która miała wykorzenić system oparty na podziałach klanowych. Niestety, by utrzymać się przy władzy, sam otaczał się ludźmi ze swojego klanu i doprowadził do sytuacji, gdy coraz więcej Somalijczyków było rozczarowanych polityką reżimu, który dążył do wprowadzenia systemu totalitarnego, aż finalnie wywołało to wojnę domową. Powoli toczył się proces degradacji państwa, aż osiągnął taki punkt, że w latach dziewięćdziesiątych rząd, system oraz po prostu państwo się rozpadło i nastał czas warlordów.

Rozpoczął się mroczny okres, kiedy dla Somalijczyków prawo przestało istnieć a worlordowie z gangami i milicjami przejęli kontrolę nad Mogadiszu. Nastąpił czas strachu, biedy, głodu i śmierci, o których mieszkańcy miasta do dzisiaj niechętnie mówią. To wtedy odbyła się tam niesławna, okrutna bitwa, opisana i zekranizowana później w filmie „Helikopter w ogniu” , podczas której zginęło osiemnastu żołnierzy amerykańskich i ponad tysiąc Somalijczyków.

Koniec lat dziewięćdziesiątych był czasem, kiedy obywatele Somalii postanowili podjąć próbę odbudowy kraju. Wielu z nich powróciło z uchodźstwa i w 2004 r. stworzyło przejściowy rząd federalny.

W 2006 r. powstał również Związek Sądów Islamskich, założony przez sądy szariackie, który przy pomocy jednego z warlordów doprowadził do upadku pozostałych milicji i gangów oraz przejął władzę w mieście.

Wojna domowa toczyła się dalej, tylko teraz pomiędzy przejściowym rządem federalnym, wspieranym przez armię etiopską i uznawanym przez społeczność międzynarodową, a ugrupowaniami wspierającymi sądy islamskie. Rząd przejściowy z pomocą armii etiopskiej i wojsk Unii Afrykańskiej pokonał siły islamistów i zdobył panowanie w stolicy Somalii, gdzie przeniósł się ze swojej dotychczasowej siedziby w Baidoa. Pokonany Związek Sądów Islamskich rozpadł się na mniejsze grupy i w tym czasie uformowała się organizacja AL-Shabaab, uznawana za terrorystyczną, która rozpoczęła walkę z rządem generalnym. Do dzisiaj ją prowadzi i jest odpowiedzialna za wiele krwawych ataków bombowych w Mogadishu.

Od tego momentu miasto zaczęło powracać do życia, prawa i cywilizacji, chociaż powoli, ponieważ hamowane było przez ciągłe ataki Al-Shabaab. Można wciąż obejrzeć zdjęcia Mogadiszu z lat siedemdziesiątych. Patrząc na to miasto dzisiaj, trudno sobie wyobrazić, że jest tym samym , co na starych fotografiach. Jeszcze trudniej zrozumieć, jak ludzie żyli w czasie, gdy państwo i prawo przestały tu istnieć, oraz jak – pomimo przemian – nadal żyją w tym mieście. Przez mroczny okres prawa warlordów powstał pewien, w pełni zasłużony, stereotyp tego miasta jako ekstremalnie niebezpiecznego, które nawet dziennikarze określali jako „no go”, ze względu na wysokie ryzyko.

Ale to miasto, które było symbolem strachu, cierpienia i śmierci, jest też symbolem nadziei. Tego, że przy wsparciu społeczności międzynarodowej, takie miejsca mogą się odmienić i powrócić do normalności. A ci przerażający Somalijczycy na miejscu okazują się przemiłymi i ciągle, mimo ich rzeczywistości, uśmiechniętymi ludźmi, których jedynym marzeniem jest normalnie żyć w mieście, które znów  stanie się „perłą oceanu”.

Mogadiszu jest stolicą Somalii, państwa położonego w tzw. Rogu Afryki. W roku 1960 uzyskała niepodległość – z połączenia Somali Brytyjskiego i Włoskiego powstała Republika Somalii, kończąc okres kolonialny w swojej historii. Powoli budowane struktury nowego państwa zachwiały się, gdy w roku 1969 został zamordowany ówczesny prezydent Abdirashid Ali Shermarke. Niedługo potem nastąpił bezkrwawy zamach stanu zorganizowany przez generała Mohammeda Siada Barrego, który  de facto przejął władzę, stojąc na czele nowo powstałej Najwyższej Rady Rewolucyjnej.

Siad Barre, który w latach sześćdziesiątych odbył szkolenie wojskowe w Moskwie, został propagatorem systemu marksistowskiego i po przejęciu władzy próbował wprowadzić w Somalii socjalizm oparty na Koranie i marksizmie. W myśl jego – aresztowano członków byłego rządu, rozwiązano partie polityczne, parlament oraz Sąd Najwyższy, a także zawieszono konstytucję. Ale równocześnie Mogadiszu zmieniło się w nowoczesne, rozwijające się i piękne miasto. Pokryte białymi domami, położonymi na brzegu Oceanu Indyjskiego, było nazywane „perłą oceanu” i mogło się stać wspaniałym kurortem wypoczynkowym.

Nigdy jednak do tego nie doszło. W niedługim czasie rozpoczęła się wojna z odwiecznym wrogiem – Etiopią, a potem kolejne, w których Somalia stała się pionkiem, w zimnowojennych rozgrywkach mocarstw Zachodu i Związku Radzieckiego o strefy wpływów na świecie.

Siad Barre prowadził politykę, która miała wykorzenić system oparty na podziałach klanowych. Niestety, by utrzymać się przy władzy, sam otaczał się ludźmi ze swojego klanu i doprowadził do sytuacji, gdy coraz więcej Somalijczyków było rozczarowanych polityką reżimu, który dążył do wprowadzenia systemu totalitarnego, aż finalnie wywołało to wojnę domową. Powoli toczył się proces degradacji państwa, aż osiągnął taki punkt, że w latach dziewięćdziesiątych rząd, system oraz po prostu państwo się rozpadło i nastał czas warlordów.

Rozpoczął się mroczny okres, kiedy dla Somalijczyków prawo przestało istnieć a worlordowie z gangami i milicjami przejęli kontrolę nad Mogadiszu. Nastąpił czas strachu, biedy, głodu i śmierci, o których mieszkańcy miasta do dzisiaj niechętnie mówią. To wtedy odbyła się tam niesławna, okrutna bitwa, opisana i zekranizowana później w filmie „Helikopter w ogniu” , podczas której zginęło osiemnastu żołnierzy amerykańskich i ponad tysiąc Somalijczyków.

Koniec lat dziewięćdziesiątych był czasem, kiedy obywatele Somalii postanowili podjąć próbę odbudowy kraju. Wielu z nich powróciło z uchodźstwa i w 2004 r. stworzyło przejściowy rząd federalny.

W 2006 r. powstał również Związek Sądów Islamskich, założony przez sądy szariackie, który przy pomocy jednego z warlordów doprowadził do upadku pozostałych milicji i gangów oraz przejął władzę w mieście.

Wojna domowa toczyła się dalej, tylko teraz pomiędzy przejściowym rządem federalnym, wspieranym przez armię etiopską i uznawanym przez społeczność międzynarodową, a ugrupowaniami wspierającymi sądy islamskie. Rząd przejściowy z pomocą armii etiopskiej i wojsk Unii Afrykańskiej pokonał siły islamistów i zdobył panowanie w stolicy Somalii, gdzie przeniósł się ze swojej dotychczasowej siedziby w Baidoa. Pokonany Związek Sądów Islamskich rozpadł się na mniejsze grupy i w tym czasie uformowała się organizacja AL-Shabaab, uznawana za terrorystyczną, która rozpoczęła walkę z rządem generalnym. Do dzisiaj ją prowadzi i jest odpowiedzialna za wiele krwawych ataków bombowych w Mogadishu.

Od tego momentu miasto zaczęło powracać do życia, prawa i cywilizacji, chociaż powoli, ponieważ hamowane było przez ciągłe ataki Al-Shabaab. Można wciąż obejrzeć zdjęcia Mogadiszu z lat siedemdziesiątych. Patrząc na to miasto dzisiaj, trudno sobie wyobrazić, że jest tym samym , co na starych fotografiach. Jeszcze trudniej zrozumieć, jak ludzie żyli w czasie, gdy państwo i prawo przestały tu istnieć, oraz jak – pomimo przemian – nadal żyją w tym mieście. Przez mroczny okres prawa warlordów powstał pewien, w pełni zasłużony, stereotyp tego miasta jako ekstremalnie niebezpiecznego, które nawet dziennikarze określali jako „no go”, ze względu na wysokie ryzyko.

Ale to miasto, które było symbolem strachu, cierpienia i śmierci, jest też symbolem nadziei. Tego, że przy wsparciu społeczności międzynarodowej, takie miejsca mogą się odmienić i powrócić do normalności. A ci przerażający Somalijczycy na miejscu okazują się przemiłymi i ciągle, mimo ich rzeczywistości, uśmiechniętymi ludźmi, których jedynym marzeniem jest normalnie żyć w mieście, które znów  stanie się „perłą oceanu”.

Mogadiszu jest stolicą Somalii, państwa położonego w tzw. Rogu Afryki. W roku 1960 uzyskała niepodległość – z połączenia Somali Brytyjskiego i Włoskiego powstała Republika Somalii, kończąc okres kolonialny w swojej historii. Powoli budowane struktury nowego państwa zachwiały się, gdy w roku 1969 został zamordowany ówczesny prezydent Abdirashid Ali Shermarke. Niedługo potem nastąpił bezkrwawy zamach stanu zorganizowany przez generała Mohammeda Siada Barrego, który  de facto przejął władzę, stojąc na czele nowo powstałej Najwyższej Rady Rewolucyjnej.

Siad Barre, który w latach sześćdziesiątych odbył szkolenie wojskowe w Moskwie, został propagatorem systemu marksistowskiego i po przejęciu władzy próbował wprowadzić w Somalii socjalizm oparty na Koranie i marksizmie. W myśl jego – aresztowano członków byłego rządu, rozwiązano partie polityczne, parlament oraz Sąd Najwyższy, a także zawieszono konstytucję. Ale równocześnie Mogadiszu zmieniło się w nowoczesne, rozwijające się i piękne miasto. Pokryte białymi domami, położonymi na brzegu Oceanu Indyjskiego, było nazywane „perłą oceanu” i mogło się stać wspaniałym kurortem wypoczynkowym.

Nigdy jednak do tego nie doszło. W niedługim czasie rozpoczęła się wojna z odwiecznym wrogiem – Etiopią, a potem kolejne, w których Somalia stała się pionkiem, w zimnowojennych rozgrywkach mocarstw Zachodu i Związku Radzieckiego o strefy wpływów na świecie.

Siad Barre prowadził politykę, która miała wykorzenić system oparty na podziałach klanowych. Niestety, by utrzymać się przy władzy, sam otaczał się ludźmi ze swojego klanu i doprowadził do sytuacji, gdy coraz więcej Somalijczyków było rozczarowanych polityką reżimu, który dążył do wprowadzenia systemu totalitarnego, aż finalnie wywołało to wojnę domową. Powoli toczył się proces degradacji państwa, aż osiągnął taki punkt, że w latach dziewięćdziesiątych rząd, system oraz po prostu państwo się rozpadło i nastał czas warlordów.

Rozpoczął się mroczny okres, kiedy dla Somalijczyków prawo przestało istnieć a worlordowie z gangami i milicjami przejęli kontrolę nad Mogadiszu. Nastąpił czas strachu, biedy, głodu i śmierci, o których mieszkańcy miasta do dzisiaj niechętnie mówią. To wtedy odbyła się tam niesławna, okrutna bitwa, opisana i zekranizowana później w filmie „Helikopter w ogniu” , podczas której zginęło osiemnastu żołnierzy amerykańskich i ponad tysiąc Somalijczyków.

Koniec lat dziewięćdziesiątych był czasem, kiedy obywatele Somalii postanowili podjąć próbę odbudowy kraju. Wielu z nich powróciło z uchodźstwa i w 2004 r. stworzyło przejściowy rząd federalny.

W 2006 r. powstał również Związek Sądów Islamskich, założony przez sądy szariackie, który przy pomocy jednego z warlordów doprowadził do upadku pozostałych milicji i gangów oraz przejął władzę w mieście.

Wojna domowa toczyła się dalej, tylko teraz pomiędzy przejściowym rządem federalnym, wspieranym przez armię etiopską i uznawanym przez społeczność międzynarodową, a ugrupowaniami wspierającymi sądy islamskie. Rząd przejściowy z pomocą armii etiopskiej i wojsk Unii Afrykańskiej pokonał siły islamistów i zdobył panowanie w stolicy Somalii, gdzie przeniósł się ze swojej dotychczasowej siedziby w Baidoa. Pokonany Związek Sądów Islamskich rozpadł się na mniejsze grupy i w tym czasie uformowała się organizacja AL-Shabaab, uznawana za terrorystyczną, która rozpoczęła walkę z rządem generalnym. Do dzisiaj ją prowadzi i jest odpowiedzialna za wiele krwawych ataków bombowych w Mogadishu.

Od tego momentu miasto zaczęło powracać do życia, prawa i cywilizacji, chociaż powoli, ponieważ hamowane było przez ciągłe ataki Al-Shabaab. Można wciąż obejrzeć zdjęcia Mogadiszu z lat siedemdziesiątych. Patrząc na to miasto dzisiaj, trudno sobie wyobrazić, że jest tym samym , co na starych fotografiach. Jeszcze trudniej zrozumieć, jak ludzie żyli w czasie, gdy państwo i prawo przestały tu istnieć, oraz jak – pomimo przemian – nadal żyją w tym mieście. Przez mroczny okres prawa warlordów powstał pewien, w pełni zasłużony, stereotyp tego miasta jako ekstremalnie niebezpiecznego, które nawet dziennikarze określali jako „no go”, ze względu na wysokie ryzyko.

Ale to miasto, które było symbolem strachu, cierpienia i śmierci, jest też symbolem nadziei. Tego, że przy wsparciu społeczności międzynarodowej, takie miejsca mogą się odmienić i powrócić do normalności. A ci przerażający Somalijczycy na miejscu okazują się przemiłymi i ciągle, mimo ich rzeczywistości, uśmiechniętymi ludźmi, których jedynym marzeniem jest normalnie żyć w mieście, które znów  stanie się „perłą oceanu”.

Mogadiszu jest stolicą Somalii, państwa położonego w tzw. Rogu Afryki. W roku 1960 uzyskała niepodległość – z połączenia Somali Brytyjskiego i Włoskiego powstała Republika Somalii, kończąc okres kolonialny w swojej historii. Powoli budowane struktury nowego państwa zachwiały się, gdy w roku 1969 został zamordowany ówczesny prezydent Abdirashid Ali Shermarke. Niedługo potem nastąpił bezkrwawy zamach stanu zorganizowany przez generała Mohammeda Siada Barrego, który  de facto przejął władzę, stojąc na czele nowo powstałej Najwyższej Rady Rewolucyjnej.

Siad Barre, który w latach sześćdziesiątych odbył szkolenie wojskowe w Moskwie, został propagatorem systemu marksistowskiego i po przejęciu władzy próbował wprowadzić w Somalii socjalizm oparty na Koranie i marksizmie. W myśl jego – aresztowano członków byłego rządu, rozwiązano partie polityczne, parlament oraz Sąd Najwyższy, a także zawieszono konstytucję. Ale równocześnie Mogadiszu zmieniło się w nowoczesne, rozwijające się i piękne miasto. Pokryte białymi domami, położonymi na brzegu Oceanu Indyjskiego, było nazywane „perłą oceanu” i mogło się stać wspaniałym kurortem wypoczynkowym.

Nigdy jednak do tego nie doszło. W niedługim czasie rozpoczęła się wojna z odwiecznym wrogiem – Etiopią, a potem kolejne, w których Somalia stała się pionkiem, w zimnowojennych rozgrywkach mocarstw Zachodu i Związku Radzieckiego o strefy wpływów na świecie.

Siad Barre prowadził politykę, która miała wykorzenić system oparty na podziałach klanowych. Niestety, by utrzymać się przy władzy, sam otaczał się ludźmi ze swojego klanu i doprowadził do sytuacji, gdy coraz więcej Somalijczyków było rozczarowanych polityką reżimu, który dążył do wprowadzenia systemu totalitarnego, aż finalnie wywołało to wojnę domową. Powoli toczył się proces degradacji państwa, aż osiągnął taki punkt, że w latach dziewięćdziesiątych rząd, system oraz po prostu państwo się rozpadło i nastał czas warlordów.

Rozpoczął się mroczny okres, kiedy dla Somalijczyków prawo przestało istnieć a worlordowie z gangami i milicjami przejęli kontrolę nad Mogadiszu. Nastąpił czas strachu, biedy, głodu i śmierci, o których mieszkańcy miasta do dzisiaj niechętnie mówią. To wtedy odbyła się tam niesławna, okrutna bitwa, opisana i zekranizowana później w filmie „Helikopter w ogniu” , podczas której zginęło osiemnastu żołnierzy amerykańskich i ponad tysiąc Somalijczyków.

Koniec lat dziewięćdziesiątych był czasem, kiedy obywatele Somalii postanowili podjąć próbę odbudowy kraju. Wielu z nich powróciło z uchodźstwa i w 2004 r. stworzyło przejściowy rząd federalny.

W 2006 r. powstał również Związek Sądów Islamskich, założony przez sądy szariackie, który przy pomocy jednego z warlordów doprowadził do upadku pozostałych milicji i gangów oraz przejął władzę w mieście.

Wojna domowa toczyła się dalej, tylko teraz pomiędzy przejściowym rządem federalnym, wspieranym przez armię etiopską i uznawanym przez społeczność międzynarodową, a ugrupowaniami wspierającymi sądy islamskie. Rząd przejściowy z pomocą armii etiopskiej i wojsk Unii Afrykańskiej pokonał siły islamistów i zdobył panowanie w stolicy Somalii, gdzie przeniósł się ze swojej dotychczasowej siedziby w Baidoa. Pokonany Związek Sądów Islamskich rozpadł się na mniejsze grupy i w tym czasie uformowała się organizacja AL-Shabaab, uznawana za terrorystyczną, która rozpoczęła walkę z rządem generalnym. Do dzisiaj ją prowadzi i jest odpowiedzialna za wiele krwawych ataków bombowych w Mogadishu.

Od tego momentu miasto zaczęło powracać do życia, prawa i cywilizacji, chociaż powoli, ponieważ hamowane było przez ciągłe ataki Al-Shabaab. Można wciąż obejrzeć zdjęcia Mogadiszu z lat siedemdziesiątych. Patrząc na to miasto dzisiaj, trudno sobie wyobrazić, że jest tym samym , co na starych fotografiach. Jeszcze trudniej zrozumieć, jak ludzie żyli w czasie, gdy państwo i prawo przestały tu istnieć, oraz jak – pomimo przemian – nadal żyją w tym mieście. Przez mroczny okres prawa warlordów powstał pewien, w pełni zasłużony, stereotyp tego miasta jako ekstremalnie niebezpiecznego, które nawet dziennikarze określali jako „no go”, ze względu na wysokie ryzyko.

Ale to miasto, które było symbolem strachu, cierpienia i śmierci, jest też symbolem nadziei. Tego, że przy wsparciu społeczności międzynarodowej, takie miejsca mogą się odmienić i powrócić do normalności. A ci przerażający Somalijczycy na miejscu okazują się przemiłymi i ciągle, mimo ich rzeczywistości, uśmiechniętymi ludźmi, których jedynym marzeniem jest normalnie żyć w mieście, które znów  stanie się „perłą oceanu”.

Mogadiszu jest stolicą Somalii, państwa położonego w tzw. Rogu Afryki. W roku 1960 uzyskała niepodległość – z połączenia Somali Brytyjskiego i Włoskiego powstała Republika Somalii, kończąc okres kolonialny w swojej historii. Powoli budowane struktury nowego państwa zachwiały się, gdy w roku 1969 został zamordowany ówczesny prezydent Abdirashid Ali Shermarke. Niedługo potem nastąpił bezkrwawy zamach stanu zorganizowany przez generała Mohammeda Siada Barrego, który  de facto przejął władzę, stojąc na czele nowo powstałej Najwyższej Rady Rewolucyjnej.

Siad Barre, który w latach sześćdziesiątych odbył szkolenie wojskowe w Moskwie, został propagatorem systemu marksistowskiego i po przejęciu władzy próbował wprowadzić w Somalii socjalizm oparty na Koranie i marksizmie. W myśl jego – aresztowano członków byłego rządu, rozwiązano partie polityczne, parlament oraz Sąd Najwyższy, a także zawieszono konstytucję. Ale równocześnie Mogadiszu zmieniło się w nowoczesne, rozwijające się i piękne miasto. Pokryte białymi domami, położonymi na brzegu Oceanu Indyjskiego, było nazywane „perłą oceanu” i mogło się stać wspaniałym kurortem wypoczynkowym.

Nigdy jednak do tego nie doszło. W niedługim czasie rozpoczęła się wojna z odwiecznym wrogiem – Etiopią, a potem kolejne, w których Somalia stała się pionkiem, w zimnowojennych rozgrywkach mocarstw Zachodu i Związku Radzieckiego o strefy wpływów na świecie.

Siad Barre prowadził politykę, która miała wykorzenić system oparty na podziałach klanowych. Niestety, by utrzymać się przy władzy, sam otaczał się ludźmi ze swojego klanu i doprowadził do sytuacji, gdy coraz więcej Somalijczyków było rozczarowanych polityką reżimu, który dążył do wprowadzenia systemu totalitarnego, aż finalnie wywołało to wojnę domową. Powoli toczył się proces degradacji państwa, aż osiągnął taki punkt, że w latach dziewięćdziesiątych rząd, system oraz po prostu państwo się rozpadło i nastał czas warlordów.

Rozpoczął się mroczny okres, kiedy dla Somalijczyków prawo przestało istnieć a worlordowie z gangami i milicjami przejęli kontrolę nad Mogadiszu. Nastąpił czas strachu, biedy, głodu i śmierci, o których mieszkańcy miasta do dzisiaj niechętnie mówią. To wtedy odbyła się tam niesławna, okrutna bitwa, opisana i zekranizowana później w filmie „Helikopter w ogniu” , podczas której zginęło osiemnastu żołnierzy amerykańskich i ponad tysiąc Somalijczyków.

Koniec lat dziewięćdziesiątych był czasem, kiedy obywatele Somalii postanowili podjąć próbę odbudowy kraju. Wielu z nich powróciło z uchodźstwa i w 2004 r. stworzyło przejściowy rząd federalny.

W 2006 r. powstał również Związek Sądów Islamskich, założony przez sądy szariackie, który przy pomocy jednego z warlordów doprowadził do upadku pozostałych milicji i gangów oraz przejął władzę w mieście.

Wojna domowa toczyła się dalej, tylko teraz pomiędzy przejściowym rządem federalnym, wspieranym przez armię etiopską i uznawanym przez społeczność międzynarodową, a ugrupowaniami wspierającymi sądy islamskie. Rząd przejściowy z pomocą armii etiopskiej i wojsk Unii Afrykańskiej pokonał siły islamistów i zdobył panowanie w stolicy Somalii, gdzie przeniósł się ze swojej dotychczasowej siedziby w Baidoa. Pokonany Związek Sądów Islamskich rozpadł się na mniejsze grupy i w tym czasie uformowała się organizacja AL-Shabaab, uznawana za terrorystyczną, która rozpoczęła walkę z rządem generalnym. Do dzisiaj ją prowadzi i jest odpowiedzialna za wiele krwawych ataków bombowych w Mogadishu.

Od tego momentu miasto zaczęło powracać do życia, prawa i cywilizacji, chociaż powoli, ponieważ hamowane było przez ciągłe ataki Al-Shabaab. Można wciąż obejrzeć zdjęcia Mogadiszu z lat siedemdziesiątych. Patrząc na to miasto dzisiaj, trudno sobie wyobrazić, że jest tym samym , co na starych fotografiach. Jeszcze trudniej zrozumieć, jak ludzie żyli w czasie, gdy państwo i prawo przestały tu istnieć, oraz jak – pomimo przemian – nadal żyją w tym mieście. Przez mroczny okres prawa warlordów powstał pewien, w pełni zasłużony, stereotyp tego miasta jako ekstremalnie niebezpiecznego, które nawet dziennikarze określali jako „no go”, ze względu na wysokie ryzyko.

Ale to miasto, które było symbolem strachu, cierpienia i śmierci, jest też symbolem nadziei. Tego, że przy wsparciu społeczności międzynarodowej, takie miejsca mogą się odmienić i powrócić do normalności. A ci przerażający Somalijczycy na miejscu okazują się przemiłymi i ciągle, mimo ich rzeczywistości, uśmiechniętymi ludźmi, których jedynym marzeniem jest normalnie żyć w mieście, które znów  stanie się „perłą oceanu”.

Mogadiszu jest stolicą Somalii, państwa położonego w tzw. Rogu Afryki. W roku 1960 uzyskała niepodległość – z połączenia Somali Brytyjskiego i Włoskiego powstała Republika Somalii, kończąc okres kolonialny w swojej historii. Powoli budowane struktury nowego państwa zachwiały się, gdy w roku 1969 został zamordowany ówczesny prezydent Abdirashid Ali Shermarke. Niedługo potem nastąpił bezkrwawy zamach stanu zorganizowany przez generała Mohammeda Siada Barrego, który  de facto przejął władzę, stojąc na czele nowo powstałej Najwyższej Rady Rewolucyjnej.

Siad Barre, który w latach sześćdziesiątych odbył szkolenie wojskowe w Moskwie, został propagatorem systemu marksistowskiego i po przejęciu władzy próbował wprowadzić w Somalii socjalizm oparty na Koranie i marksizmie. W myśl jego – aresztowano członków byłego rządu, rozwiązano partie polityczne, parlament oraz Sąd Najwyższy, a także zawieszono konstytucję. Ale równocześnie Mogadiszu zmieniło się w nowoczesne, rozwijające się i piękne miasto. Pokryte białymi domami, położonymi na brzegu Oceanu Indyjskiego, było nazywane „perłą oceanu” i mogło się stać wspaniałym kurortem wypoczynkowym.

Nigdy jednak do tego nie doszło. W niedługim czasie rozpoczęła się wojna z odwiecznym wrogiem – Etiopią, a potem kolejne, w których Somalia stała się pionkiem, w zimnowojennych rozgrywkach mocarstw Zachodu i Związku Radzieckiego o strefy wpływów na świecie.

Siad Barre prowadził politykę, która miała wykorzenić system oparty na podziałach klanowych. Niestety, by utrzymać się przy władzy, sam otaczał się ludźmi ze swojego klanu i doprowadził do sytuacji, gdy coraz więcej Somalijczyków było rozczarowanych polityką reżimu, który dążył do wprowadzenia systemu totalitarnego, aż finalnie wywołało to wojnę domową. Powoli toczył się proces degradacji państwa, aż osiągnął taki punkt, że w latach dziewięćdziesiątych rząd, system oraz po prostu państwo się rozpadło i nastał czas warlordów.

Rozpoczął się mroczny okres, kiedy dla Somalijczyków prawo przestało istnieć a worlordowie z gangami i milicjami przejęli kontrolę nad Mogadiszu. Nastąpił czas strachu, biedy, głodu i śmierci, o których mieszkańcy miasta do dzisiaj niechętnie mówią. To wtedy odbyła się tam niesławna, okrutna bitwa, opisana i zekranizowana później w filmie „Helikopter w ogniu” , podczas której zginęło osiemnastu żołnierzy amerykańskich i ponad tysiąc Somalijczyków.

Koniec lat dziewięćdziesiątych był czasem, kiedy obywatele Somalii postanowili podjąć próbę odbudowy kraju. Wielu z nich powróciło z uchodźstwa i w 2004 r. stworzyło przejściowy rząd federalny.

W 2006 r. powstał również Związek Sądów Islamskich, założony przez sądy szariackie, który przy pomocy jednego z warlordów doprowadził do upadku pozostałych milicji i gangów oraz przejął władzę w mieście.

Wojna domowa toczyła się dalej, tylko teraz pomiędzy przejściowym rządem federalnym, wspieranym przez armię etiopską i uznawanym przez społeczność międzynarodową, a ugrupowaniami wspierającymi sądy islamskie. Rząd przejściowy z pomocą armii etiopskiej i wojsk Unii Afrykańskiej pokonał siły islamistów i zdobył panowanie w stolicy Somalii, gdzie przeniósł się ze swojej dotychczasowej siedziby w Baidoa. Pokonany Związek Sądów Islamskich rozpadł się na mniejsze grupy i w tym czasie uformowała się organizacja AL-Shabaab, uznawana za terrorystyczną, która rozpoczęła walkę z rządem generalnym. Do dzisiaj ją prowadzi i jest odpowiedzialna za wiele krwawych ataków bombowych w Mogadishu.

Od tego momentu miasto zaczęło powracać do życia, prawa i cywilizacji, chociaż powoli, ponieważ hamowane było przez ciągłe ataki Al-Shabaab. Można wciąż obejrzeć zdjęcia Mogadiszu z lat siedemdziesiątych. Patrząc na to miasto dzisiaj, trudno sobie wyobrazić, że jest tym samym , co na starych fotografiach. Jeszcze trudniej zrozumieć, jak ludzie żyli w czasie, gdy państwo i prawo przestały tu istnieć, oraz jak – pomimo przemian – nadal żyją w tym mieście. Przez mroczny okres prawa warlordów powstał pewien, w pełni zasłużony, stereotyp tego miasta jako ekstremalnie niebezpiecznego, które nawet dziennikarze określali jako „no go”, ze względu na wysokie ryzyko.

Ale to miasto, które było symbolem strachu, cierpienia i śmierci, jest też symbolem nadziei. Tego, że przy wsparciu społeczności międzynarodowej, takie miejsca mogą się odmienić i powrócić do normalności. A ci przerażający Somalijczycy na miejscu okazują się przemiłymi i ciągle, mimo ich rzeczywistości, uśmiechniętymi ludźmi, których jedynym marzeniem jest normalnie żyć w mieście, które znów  stanie się „perłą oceanu”.

Mogadiszu jest stolicą Somalii, państwa położonego w tzw. Rogu Afryki. W roku 1960 uzyskała niepodległość – z połączenia Somali Brytyjskiego i Włoskiego powstała Republika Somalii, kończąc okres kolonialny w swojej historii. Powoli budowane struktury nowego państwa zachwiały się, gdy w roku 1969 został zamordowany ówczesny prezydent Abdirashid Ali Shermarke. Niedługo potem nastąpił bezkrwawy zamach stanu zorganizowany przez generała Mohammeda Siada Barrego, który  de facto przejął władzę, stojąc na czele nowo powstałej Najwyższej Rady Rewolucyjnej.

Siad Barre, który w latach sześćdziesiątych odbył szkolenie wojskowe w Moskwie, został propagatorem systemu marksistowskiego i po przejęciu władzy próbował wprowadzić w Somalii socjalizm oparty na Koranie i marksizmie. W myśl jego – aresztowano członków byłego rządu, rozwiązano partie polityczne, parlament oraz Sąd Najwyższy, a także zawieszono konstytucję. Ale równocześnie Mogadiszu zmieniło się w nowoczesne, rozwijające się i piękne miasto. Pokryte białymi domami, położonymi na brzegu Oceanu Indyjskiego, było nazywane „perłą oceanu” i mogło się stać wspaniałym kurortem wypoczynkowym.

Nigdy jednak do tego nie doszło. W niedługim czasie rozpoczęła się wojna z odwiecznym wrogiem – Etiopią, a potem kolejne, w których Somalia stała się pionkiem, w zimnowojennych rozgrywkach mocarstw Zachodu i Związku Radzieckiego o strefy wpływów na świecie.

Siad Barre prowadził politykę, która miała wykorzenić system oparty na podziałach klanowych. Niestety, by utrzymać się przy władzy, sam otaczał się ludźmi ze swojego klanu i doprowadził do sytuacji, gdy coraz więcej Somalijczyków było rozczarowanych polityką reżimu, który dążył do wprowadzenia systemu totalitarnego, aż finalnie wywołało to wojnę domową. Powoli toczył się proces degradacji państwa, aż osiągnął taki punkt, że w latach dziewięćdziesiątych rząd, system oraz po prostu państwo się rozpadło i nastał czas warlordów.

Rozpoczął się mroczny okres, kiedy dla Somalijczyków prawo przestało istnieć a worlordowie z gangami i milicjami przejęli kontrolę nad Mogadiszu. Nastąpił czas strachu, biedy, głodu i śmierci, o których mieszkańcy miasta do dzisiaj niechętnie mówią. To wtedy odbyła się tam niesławna, okrutna bitwa, opisana i zekranizowana później w filmie „Helikopter w ogniu” , podczas której zginęło osiemnastu żołnierzy amerykańskich i ponad tysiąc Somalijczyków.

Koniec lat dziewięćdziesiątych był czasem, kiedy obywatele Somalii postanowili podjąć próbę odbudowy kraju. Wielu z nich powróciło z uchodźstwa i w 2004 r. stworzyło przejściowy rząd federalny.

W 2006 r. powstał również Związek Sądów Islamskich, założony przez sądy szariackie, który przy pomocy jednego z warlordów doprowadził do upadku pozostałych milicji i gangów oraz przejął władzę w mieście.

Wojna domowa toczyła się dalej, tylko teraz pomiędzy przejściowym rządem federalnym, wspieranym przez armię etiopską i uznawanym przez społeczność międzynarodową, a ugrupowaniami wspierającymi sądy islamskie. Rząd przejściowy z pomocą armii etiopskiej i wojsk Unii Afrykańskiej pokonał siły islamistów i zdobył panowanie w stolicy Somalii, gdzie przeniósł się ze swojej dotychczasowej siedziby w Baidoa. Pokonany Związek Sądów Islamskich rozpadł się na mniejsze grupy i w tym czasie uformowała się organizacja AL-Shabaab, uznawana za terrorystyczną, która rozpoczęła walkę z rządem generalnym. Do dzisiaj ją prowadzi i jest odpowiedzialna za wiele krwawych ataków bombowych w Mogadishu.

Od tego momentu miasto zaczęło powracać do życia, prawa i cywilizacji, chociaż powoli, ponieważ hamowane było przez ciągłe ataki Al-Shabaab. Można wciąż obejrzeć zdjęcia Mogadiszu z lat siedemdziesiątych. Patrząc na to miasto dzisiaj, trudno sobie wyobrazić, że jest tym samym , co na starych fotografiach. Jeszcze trudniej zrozumieć, jak ludzie żyli w czasie, gdy państwo i prawo przestały tu istnieć, oraz jak – pomimo przemian – nadal żyją w tym mieście. Przez mroczny okres prawa warlordów powstał pewien, w pełni zasłużony, stereotyp tego miasta jako ekstremalnie niebezpiecznego, które nawet dziennikarze określali jako „no go”, ze względu na wysokie ryzyko.

Ale to miasto, które było symbolem strachu, cierpienia i śmierci, jest też symbolem nadziei. Tego, że przy wsparciu społeczności międzynarodowej, takie miejsca mogą się odmienić i powrócić do normalności. A ci przerażający Somalijczycy na miejscu okazują się przemiłymi i ciągle, mimo ich rzeczywistości, uśmiechniętymi ludźmi, których jedynym marzeniem jest normalnie żyć w mieście, które znów  stanie się „perłą oceanu”.

Mogadiszu jest stolicą Somalii, państwa położonego w tzw. Rogu Afryki. W roku 1960 uzyskała niepodległość – z połączenia Somali Brytyjskiego i Włoskiego powstała Republika Somalii, kończąc okres kolonialny w swojej historii. Powoli budowane struktury nowego państwa zachwiały się, gdy w roku 1969 został zamordowany ówczesny prezydent Abdirashid Ali Shermarke. Niedługo potem nastąpił bezkrwawy zamach stanu zorganizowany przez generała Mohammeda Siada Barrego, który  de facto przejął władzę, stojąc na czele nowo powstałej Najwyższej Rady Rewolucyjnej.

Siad Barre, który w latach sześćdziesiątych odbył szkolenie wojskowe w Moskwie, został propagatorem systemu marksistowskiego i po przejęciu władzy próbował wprowadzić w Somalii socjalizm oparty na Koranie i marksizmie. W myśl jego – aresztowano członków byłego rządu, rozwiązano partie polityczne, parlament oraz Sąd Najwyższy, a także zawieszono konstytucję. Ale równocześnie Mogadiszu zmieniło się w nowoczesne, rozwijające się i piękne miasto. Pokryte białymi domami, położonymi na brzegu Oceanu Indyjskiego, było nazywane „perłą oceanu” i mogło się stać wspaniałym kurortem wypoczynkowym.

Nigdy jednak do tego nie doszło. W niedługim czasie rozpoczęła się wojna z odwiecznym wrogiem – Etiopią, a potem kolejne, w których Somalia stała się pionkiem, w zimnowojennych rozgrywkach mocarstw Zachodu i Związku Radzieckiego o strefy wpływów na świecie.

Siad Barre prowadził politykę, która miała wykorzenić system oparty na podziałach klanowych. Niestety, by utrzymać się przy władzy, sam otaczał się ludźmi ze swojego klanu i doprowadził do sytuacji, gdy coraz więcej Somalijczyków było rozczarowanych polityką reżimu, który dążył do wprowadzenia systemu totalitarnego, aż finalnie wywołało to wojnę domową. Powoli toczył się proces degradacji państwa, aż osiągnął taki punkt, że w latach dziewięćdziesiątych rząd, system oraz po prostu państwo się rozpadło i nastał czas warlordów.

Rozpoczął się mroczny okres, kiedy dla Somalijczyków prawo przestało istnieć a worlordowie z gangami i milicjami przejęli kontrolę nad Mogadiszu. Nastąpił czas strachu, biedy, głodu i śmierci, o których mieszkańcy miasta do dzisiaj niechętnie mówią. To wtedy odbyła się tam niesławna, okrutna bitwa, opisana i zekranizowana później w filmie „Helikopter w ogniu” , podczas której zginęło osiemnastu żołnierzy amerykańskich i ponad tysiąc Somalijczyków.

Koniec lat dziewięćdziesiątych był czasem, kiedy obywatele Somalii postanowili podjąć próbę odbudowy kraju. Wielu z nich powróciło z uchodźstwa i w 2004 r. stworzyło przejściowy rząd federalny.

W 2006 r. powstał również Związek Sądów Islamskich, założony przez sądy szariackie, który przy pomocy jednego z warlordów doprowadził do upadku pozostałych milicji i gangów oraz przejął władzę w mieście.

Wojna domowa toczyła się dalej, tylko teraz pomiędzy przejściowym rządem federalnym, wspieranym przez armię etiopską i uznawanym przez społeczność międzynarodową, a ugrupowaniami wspierającymi sądy islamskie. Rząd przejściowy z pomocą armii etiopskiej i wojsk Unii Afrykańskiej pokonał siły islamistów i zdobył panowanie w stolicy Somalii, gdzie przeniósł się ze swojej dotychczasowej siedziby w Baidoa. Pokonany Związek Sądów Islamskich rozpadł się na mniejsze grupy i w tym czasie uformowała się organizacja AL-Shabaab, uznawana za terrorystyczną, która rozpoczęła walkę z rządem generalnym. Do dzisiaj ją prowadzi i jest odpowiedzialna za wiele krwawych ataków bombowych w Mogadishu.

Od tego momentu miasto zaczęło powracać do życia, prawa i cywilizacji, chociaż powoli, ponieważ hamowane było przez ciągłe ataki Al-Shabaab. Można wciąż obejrzeć zdjęcia Mogadiszu z lat siedemdziesiątych. Patrząc na to miasto dzisiaj, trudno sobie wyobrazić, że jest tym samym , co na starych fotografiach. Jeszcze trudniej zrozumieć, jak ludzie żyli w czasie, gdy państwo i prawo przestały tu istnieć, oraz jak – pomimo przemian – nadal żyją w tym mieście. Przez mroczny okres prawa warlordów powstał pewien, w pełni zasłużony, stereotyp tego miasta jako ekstremalnie niebezpiecznego, które nawet dziennikarze określali jako „no go”, ze względu na wysokie ryzyko.

Ale to miasto, które było symbolem strachu, cierpienia i śmierci, jest też symbolem nadziei. Tego, że przy wsparciu społeczności międzynarodowej, takie miejsca mogą się odmienić i powrócić do normalności. A ci przerażający Somalijczycy na miejscu okazują się przemiłymi i ciągle, mimo ich rzeczywistości, uśmiechniętymi ludźmi, których jedynym marzeniem jest normalnie żyć w mieście, które znów  stanie się „perłą oceanu”.

Mogadiszu jest stolicą Somalii, państwa położonego w tzw. Rogu Afryki. W roku 1960 uzyskała niepodległość – z połączenia Somali Brytyjskiego i Włoskiego powstała Republika Somalii, kończąc okres kolonialny w swojej historii. Powoli budowane struktury nowego państwa zachwiały się, gdy w roku 1969 został zamordowany ówczesny prezydent Abdirashid Ali Shermarke. Niedługo potem nastąpił bezkrwawy zamach stanu zorganizowany przez generała Mohammeda Siada Barrego, który  de facto przejął władzę, stojąc na czele nowo powstałej Najwyższej Rady Rewolucyjnej.

Siad Barre, który w latach sześćdziesiątych odbył szkolenie wojskowe w Moskwie, został propagatorem systemu marksistowskiego i po przejęciu władzy próbował wprowadzić w Somalii socjalizm oparty na Koranie i marksizmie. W myśl jego – aresztowano członków byłego rządu, rozwiązano partie polityczne, parlament oraz Sąd Najwyższy, a także zawieszono konstytucję. Ale równocześnie Mogadiszu zmieniło się w nowoczesne, rozwijające się i piękne miasto. Pokryte białymi domami, położonymi na brzegu Oceanu Indyjskiego, było nazywane „perłą oceanu” i mogło się stać wspaniałym kurortem wypoczynkowym.

Nigdy jednak do tego nie doszło. W niedługim czasie rozpoczęła się wojna z odwiecznym wrogiem – Etiopią, a potem kolejne, w których Somalia stała się pionkiem, w zimnowojennych rozgrywkach mocarstw Zachodu i Związku Radzieckiego o strefy wpływów na świecie.

Siad Barre prowadził politykę, która miała wykorzenić system oparty na podziałach klanowych. Niestety, by utrzymać się przy władzy, sam otaczał się ludźmi ze swojego klanu i doprowadził do sytuacji, gdy coraz więcej Somalijczyków było rozczarowanych polityką reżimu, który dążył do wprowadzenia systemu totalitarnego, aż finalnie wywołało to wojnę domową. Powoli toczył się proces degradacji państwa, aż osiągnął taki punkt, że w latach dziewięćdziesiątych rząd, system oraz po prostu państwo się rozpadło i nastał czas warlordów.

Rozpoczął się mroczny okres, kiedy dla Somalijczyków prawo przestało istnieć a worlordowie z gangami i milicjami przejęli kontrolę nad Mogadiszu. Nastąpił czas strachu, biedy, głodu i śmierci, o których mieszkańcy miasta do dzisiaj niechętnie mówią. To wtedy odbyła się tam niesławna, okrutna bitwa, opisana i zekranizowana później w filmie „Helikopter w ogniu” , podczas której zginęło osiemnastu żołnierzy amerykańskich i ponad tysiąc Somalijczyków.

Koniec lat dziewięćdziesiątych był czasem, kiedy obywatele Somalii postanowili podjąć próbę odbudowy kraju. Wielu z nich powróciło z uchodźstwa i w 2004 r. stworzyło przejściowy rząd federalny.

W 2006 r. powstał również Związek Sądów Islamskich, założony przez sądy szariackie, który przy pomocy jednego z warlordów doprowadził do upadku pozostałych milicji i gangów oraz przejął władzę w mieście.

Wojna domowa toczyła się dalej, tylko teraz pomiędzy przejściowym rządem federalnym, wspieranym przez armię etiopską i uznawanym przez społeczność międzynarodową, a ugrupowaniami wspierającymi sądy islamskie. Rząd przejściowy z pomocą armii etiopskiej i wojsk Unii Afrykańskiej pokonał siły islamistów i zdobył panowanie w stolicy Somalii, gdzie przeniósł się ze swojej dotychczasowej siedziby w Baidoa. Pokonany Związek Sądów Islamskich rozpadł się na mniejsze grupy i w tym czasie uformowała się organizacja AL-Shabaab, uznawana za terrorystyczną, która rozpoczęła walkę z rządem generalnym. Do dzisiaj ją prowadzi i jest odpowiedzialna za wiele krwawych ataków bombowych w Mogadishu.

Od tego momentu miasto zaczęło powracać do życia, prawa i cywilizacji, chociaż powoli, ponieważ hamowane było przez ciągłe ataki Al-Shabaab. Można wciąż obejrzeć zdjęcia Mogadiszu z lat siedemdziesiątych. Patrząc na to miasto dzisiaj, trudno sobie wyobrazić, że jest tym samym , co na starych fotografiach. Jeszcze trudniej zrozumieć, jak ludzie żyli w czasie, gdy państwo i prawo przestały tu istnieć, oraz jak – pomimo przemian – nadal żyją w tym mieście. Przez mroczny okres prawa warlordów powstał pewien, w pełni zasłużony, stereotyp tego miasta jako ekstremalnie niebezpiecznego, które nawet dziennikarze określali jako „no go”, ze względu na wysokie ryzyko.

Ale to miasto, które było symbolem strachu, cierpienia i śmierci, jest też symbolem nadziei. Tego, że przy wsparciu społeczności międzynarodowej, takie miejsca mogą się odmienić i powrócić do normalności. A ci przerażający Somalijczycy na miejscu okazują się przemiłymi i ciągle, mimo ich rzeczywistości, uśmiechniętymi ludźmi, których jedynym marzeniem jest normalnie żyć w mieście, które znów  stanie się „perłą oceanu”.

Mogadiszu jest stolicą Somalii, państwa położonego w tzw. Rogu Afryki. W roku 1960 uzyskała niepodległość – z połączenia Somali Brytyjskiego i Włoskiego powstała Republika Somalii, kończąc okres kolonialny w swojej historii. Powoli budowane struktury nowego państwa zachwiały się, gdy w roku 1969 został zamordowany ówczesny prezydent Abdirashid Ali Shermarke. Niedługo potem nastąpił bezkrwawy zamach stanu zorganizowany przez generała Mohammeda Siada Barrego, który  de facto przejął władzę, stojąc na czele nowo powstałej Najwyższej Rady Rewolucyjnej.

Siad Barre, który w latach sześćdziesiątych odbył szkolenie wojskowe w Moskwie, został propagatorem systemu marksistowskiego i po przejęciu władzy próbował wprowadzić w Somalii socjalizm oparty na Koranie i marksizmie. W myśl jego – aresztowano członków byłego rządu, rozwiązano partie polityczne, parlament oraz Sąd Najwyższy, a także zawieszono konstytucję. Ale równocześnie Mogadiszu zmieniło się w nowoczesne, rozwijające się i piękne miasto. Pokryte białymi domami, położonymi na brzegu Oceanu Indyjskiego, było nazywane „perłą oceanu” i mogło się stać wspaniałym kurortem wypoczynkowym.

Nigdy jednak do tego nie doszło. W niedługim czasie rozpoczęła się wojna z odwiecznym wrogiem – Etiopią, a potem kolejne, w których Somalia stała się pionkiem, w zimnowojennych rozgrywkach mocarstw Zachodu i Związku Radzieckiego o strefy wpływów na świecie.

Siad Barre prowadził politykę, która miała wykorzenić system oparty na podziałach klanowych. Niestety, by utrzymać się przy władzy, sam otaczał się ludźmi ze swojego klanu i doprowadził do sytuacji, gdy coraz więcej Somalijczyków było rozczarowanych polityką reżimu, który dążył do wprowadzenia systemu totalitarnego, aż finalnie wywołało to wojnę domową. Powoli toczył się proces degradacji państwa, aż osiągnął taki punkt, że w latach dziewięćdziesiątych rząd, system oraz po prostu państwo się rozpadło i nastał czas warlordów.

Rozpoczął się mroczny okres, kiedy dla Somalijczyków prawo przestało istnieć a worlordowie z gangami i milicjami przejęli kontrolę nad Mogadiszu. Nastąpił czas strachu, biedy, głodu i śmierci, o których mieszkańcy miasta do dzisiaj niechętnie mówią. To wtedy odbyła się tam niesławna, okrutna bitwa, opisana i zekranizowana później w filmie „Helikopter w ogniu” , podczas której zginęło osiemnastu żołnierzy amerykańskich i ponad tysiąc Somalijczyków.

Koniec lat dziewięćdziesiątych był czasem, kiedy obywatele Somalii postanowili podjąć próbę odbudowy kraju. Wielu z nich powróciło z uchodźstwa i w 2004 r. stworzyło przejściowy rząd federalny.

W 2006 r. powstał również Związek Sądów Islamskich, założony przez sądy szariackie, który przy pomocy jednego z warlordów doprowadził do upadku pozostałych milicji i gangów oraz przejął władzę w mieście.

Wojna domowa toczyła się dalej, tylko teraz pomiędzy przejściowym rządem federalnym, wspieranym przez armię etiopską i uznawanym przez społeczność międzynarodową, a ugrupowaniami wspierającymi sądy islamskie. Rząd przejściowy z pomocą armii etiopskiej i wojsk Unii Afrykańskiej pokonał siły islamistów i zdobył panowanie w stolicy Somalii, gdzie przeniósł się ze swojej dotychczasowej siedziby w Baidoa. Pokonany Związek Sądów Islamskich rozpadł się na mniejsze grupy i w tym czasie uformowała się organizacja AL-Shabaab, uznawana za terrorystyczną, która rozpoczęła walkę z rządem generalnym. Do dzisiaj ją prowadzi i jest odpowiedzialna za wiele krwawych ataków bombowych w Mogadishu.

Od tego momentu miasto zaczęło powracać do życia, prawa i cywilizacji, chociaż powoli, ponieważ hamowane było przez ciągłe ataki Al-Shabaab. Można wciąż obejrzeć zdjęcia Mogadiszu z lat siedemdziesiątych. Patrząc na to miasto dzisiaj, trudno sobie wyobrazić, że jest tym samym , co na starych fotografiach. Jeszcze trudniej zrozumieć, jak ludzie żyli w czasie, gdy państwo i prawo przestały tu istnieć, oraz jak – pomimo przemian – nadal żyją w tym mieście. Przez mroczny okres prawa warlordów powstał pewien, w pełni zasłużony, stereotyp tego miasta jako ekstremalnie niebezpiecznego, które nawet dziennikarze określali jako „no go”, ze względu na wysokie ryzyko.

Ale to miasto, które było symbolem strachu, cierpienia i śmierci, jest też symbolem nadziei. Tego, że przy wsparciu społeczności międzynarodowej, takie miejsca mogą się odmienić i powrócić do normalności. A ci przerażający Somalijczycy na miejscu okazują się przemiłymi i ciągle, mimo ich rzeczywistości, uśmiechniętymi ludźmi, których jedynym marzeniem jest normalnie żyć w mieście, które znów  stanie się „perłą oceanu”.

Mogadiszu jest stolicą Somalii, państwa położonego w tzw. Rogu Afryki. W roku 1960 uzyskała niepodległość – z połączenia Somali Brytyjskiego i Włoskiego powstała Republika Somalii, kończąc okres kolonialny w swojej historii. Powoli budowane struktury nowego państwa zachwiały się, gdy w roku 1969 został zamordowany ówczesny prezydent Abdirashid Ali Shermarke. Niedługo potem nastąpił bezkrwawy zamach stanu zorganizowany przez generała Mohammeda Siada Barrego, który  de facto przejął władzę, stojąc na czele nowo powstałej Najwyższej Rady Rewolucyjnej.

Siad Barre, który w latach sześćdziesiątych odbył szkolenie wojskowe w Moskwie, został propagatorem systemu marksistowskiego i po przejęciu władzy próbował wprowadzić w Somalii socjalizm oparty na Koranie i marksizmie. W myśl jego – aresztowano członków byłego rządu, rozwiązano partie polityczne, parlament oraz Sąd Najwyższy, a także zawieszono konstytucję. Ale równocześnie Mogadiszu zmieniło się w nowoczesne, rozwijające się i piękne miasto. Pokryte białymi domami, położonymi na brzegu Oceanu Indyjskiego, było nazywane „perłą oceanu” i mogło się stać wspaniałym kurortem wypoczynkowym.

Nigdy jednak do tego nie doszło. W niedługim czasie rozpoczęła się wojna z odwiecznym wrogiem – Etiopią, a potem kolejne, w których Somalia stała się pionkiem, w zimnowojennych rozgrywkach mocarstw Zachodu i Związku Radzieckiego o strefy wpływów na świecie.

Siad Barre prowadził politykę, która miała wykorzenić system oparty na podziałach klanowych. Niestety, by utrzymać się przy władzy, sam otaczał się ludźmi ze swojego klanu i doprowadził do sytuacji, gdy coraz więcej Somalijczyków było rozczarowanych polityką reżimu, który dążył do wprowadzenia systemu totalitarnego, aż finalnie wywołało to wojnę domową. Powoli toczył się proces degradacji państwa, aż osiągnął taki punkt, że w latach dziewięćdziesiątych rząd, system oraz po prostu państwo się rozpadło i nastał czas warlordów.

Rozpoczął się mroczny okres, kiedy dla Somalijczyków prawo przestało istnieć a worlordowie z gangami i milicjami przejęli kontrolę nad Mogadiszu. Nastąpił czas strachu, biedy, głodu i śmierci, o których mieszkańcy miasta do dzisiaj niechętnie mówią. To wtedy odbyła się tam niesławna, okrutna bitwa, opisana i zekranizowana później w filmie „Helikopter w ogniu” , podczas której zginęło osiemnastu żołnierzy amerykańskich i ponad tysiąc Somalijczyków.

Koniec lat dziewięćdziesiątych był czasem, kiedy obywatele Somalii postanowili podjąć próbę odbudowy kraju. Wielu z nich powróciło z uchodźstwa i w 2004 r. stworzyło przejściowy rząd federalny.

W 2006 r. powstał również Związek Sądów Islamskich, założony przez sądy szariackie, który przy pomocy jednego z warlordów doprowadził do upadku pozostałych milicji i gangów oraz przejął władzę w mieście.

Wojna domowa toczyła się dalej, tylko teraz pomiędzy przejściowym rządem federalnym, wspieranym przez armię etiopską i uznawanym przez społeczność międzynarodową, a ugrupowaniami wspierającymi sądy islamskie. Rząd przejściowy z pomocą armii etiopskiej i wojsk Unii Afrykańskiej pokonał siły islamistów i zdobył panowanie w stolicy Somalii, gdzie przeniósł się ze swojej dotychczasowej siedziby w Baidoa. Pokonany Związek Sądów Islamskich rozpadł się na mniejsze grupy i w tym czasie uformowała się organizacja AL-Shabaab, uznawana za terrorystyczną, która rozpoczęła walkę z rządem generalnym. Do dzisiaj ją prowadzi i jest odpowiedzialna za wiele krwawych ataków bombowych w Mogadishu.

Od tego momentu miasto zaczęło powracać do życia, prawa i cywilizacji, chociaż powoli, ponieważ hamowane było przez ciągłe ataki Al-Shabaab. Można wciąż obejrzeć zdjęcia Mogadiszu z lat siedemdziesiątych. Patrząc na to miasto dzisiaj, trudno sobie wyobrazić, że jest tym samym , co na starych fotografiach. Jeszcze trudniej zrozumieć, jak ludzie żyli w czasie, gdy państwo i prawo przestały tu istnieć, oraz jak – pomimo przemian – nadal żyją w tym mieście. Przez mroczny okres prawa warlordów powstał pewien, w pełni zasłużony, stereotyp tego miasta jako ekstremalnie niebezpiecznego, które nawet dziennikarze określali jako „no go”, ze względu na wysokie ryzyko.

Ale to miasto, które było symbolem strachu, cierpienia i śmierci, jest też symbolem nadziei. Tego, że przy wsparciu społeczności międzynarodowej, takie miejsca mogą się odmienić i powrócić do normalności. A ci przerażający Somalijczycy na miejscu okazują się przemiłymi i ciągle, mimo ich rzeczywistości, uśmiechniętymi ludźmi, których jedynym marzeniem jest normalnie żyć w mieście, które znów  stanie się „perłą oceanu”.

Mogadiszu jest stolicą Somalii, państwa położonego w tzw. Rogu Afryki. W roku 1960 uzyskała niepodległość – z połączenia Somali Brytyjskiego i Włoskiego powstała Republika Somalii, kończąc okres kolonialny w swojej historii. Powoli budowane struktury nowego państwa zachwiały się, gdy w roku 1969 został zamordowany ówczesny prezydent Abdirashid Ali Shermarke. Niedługo potem nastąpił bezkrwawy zamach stanu zorganizowany przez generała Mohammeda Siada Barrego, który  de facto przejął władzę, stojąc na czele nowo powstałej Najwyższej Rady Rewolucyjnej.

Siad Barre, który w latach sześćdziesiątych odbył szkolenie wojskowe w Moskwie, został propagatorem systemu marksistowskiego i po przejęciu władzy próbował wprowadzić w Somalii socjalizm oparty na Koranie i marksizmie. W myśl jego – aresztowano członków byłego rządu, rozwiązano partie polityczne, parlament oraz Sąd Najwyższy, a także zawieszono konstytucję. Ale równocześnie Mogadiszu zmieniło się w nowoczesne, rozwijające się i piękne miasto. Pokryte białymi domami, położonymi na brzegu Oceanu Indyjskiego, było nazywane „perłą oceanu” i mogło się stać wspaniałym kurortem wypoczynkowym.

Nigdy jednak do tego nie doszło. W niedługim czasie rozpoczęła się wojna z odwiecznym wrogiem – Etiopią, a potem kolejne, w których Somalia stała się pionkiem, w zimnowojennych rozgrywkach mocarstw Zachodu i Związku Radzieckiego o strefy wpływów na świecie.

Siad Barre prowadził politykę, która miała wykorzenić system oparty na podziałach klanowych. Niestety, by utrzymać się przy władzy, sam otaczał się ludźmi ze swojego klanu i doprowadził do sytuacji, gdy coraz więcej Somalijczyków było rozczarowanych polityką reżimu, który dążył do wprowadzenia systemu totalitarnego, aż finalnie wywołało to wojnę domową. Powoli toczył się proces degradacji państwa, aż osiągnął taki punkt, że w latach dziewięćdziesiątych rząd, system oraz po prostu państwo się rozpadło i nastał czas warlordów.

Rozpoczął się mroczny okres, kiedy dla Somalijczyków prawo przestało istnieć a worlordowie z gangami i milicjami przejęli kontrolę nad Mogadiszu. Nastąpił czas strachu, biedy, głodu i śmierci, o których mieszkańcy miasta do dzisiaj niechętnie mówią. To wtedy odbyła się tam niesławna, okrutna bitwa, opisana i zekranizowana później w filmie „Helikopter w ogniu” , podczas której zginęło osiemnastu żołnierzy amerykańskich i ponad tysiąc Somalijczyków.

Koniec lat dziewięćdziesiątych był czasem, kiedy obywatele Somalii postanowili podjąć próbę odbudowy kraju. Wielu z nich powróciło z uchodźstwa i w 2004 r. stworzyło przejściowy rząd federalny.

W 2006 r. powstał również Związek Sądów Islamskich, założony przez sądy szariackie, który przy pomocy jednego z warlordów doprowadził do upadku pozostałych milicji i gangów oraz przejął władzę w mieście.

Wojna domowa toczyła się dalej, tylko teraz pomiędzy przejściowym rządem federalnym, wspieranym przez armię etiopską i uznawanym przez społeczność międzynarodową, a ugrupowaniami wspierającymi sądy islamskie. Rząd przejściowy z pomocą armii etiopskiej i wojsk Unii Afrykańskiej pokonał siły islamistów i zdobył panowanie w stolicy Somalii, gdzie przeniósł się ze swojej dotychczasowej siedziby w Baidoa. Pokonany Związek Sądów Islamskich rozpadł się na mniejsze grupy i w tym czasie uformowała się organizacja AL-Shabaab, uznawana za terrorystyczną, która rozpoczęła walkę z rządem generalnym. Do dzisiaj ją prowadzi i jest odpowiedzialna za wiele krwawych ataków bombowych w Mogadishu.

Od tego momentu miasto zaczęło powracać do życia, prawa i cywilizacji, chociaż powoli, ponieważ hamowane było przez ciągłe ataki Al-Shabaab. Można wciąż obejrzeć zdjęcia Mogadiszu z lat siedemdziesiątych. Patrząc na to miasto dzisiaj, trudno sobie wyobrazić, że jest tym samym , co na starych fotografiach. Jeszcze trudniej zrozumieć, jak ludzie żyli w czasie, gdy państwo i prawo przestały tu istnieć, oraz jak – pomimo przemian – nadal żyją w tym mieście. Przez mroczny okres prawa warlordów powstał pewien, w pełni zasłużony, stereotyp tego miasta jako ekstremalnie niebezpiecznego, które nawet dziennikarze określali jako „no go”, ze względu na wysokie ryzyko.

Ale to miasto, które było symbolem strachu, cierpienia i śmierci, jest też symbolem nadziei. Tego, że przy wsparciu społeczności międzynarodowej, takie miejsca mogą się odmienić i powrócić do normalności. A ci przerażający Somalijczycy na miejscu okazują się przemiłymi i ciągle, mimo ich rzeczywistości, uśmiechniętymi ludźmi, których jedynym marzeniem jest normalnie żyć w mieście, które znów  stanie się „perłą oceanu”.

Mogadiszu jest stolicą Somalii, państwa położonego w tzw. Rogu Afryki. W roku 1960 uzyskała niepodległość – z połączenia Somali Brytyjskiego i Włoskiego powstała Republika Somalii, kończąc okres kolonialny w swojej historii. Powoli budowane struktury nowego państwa zachwiały się, gdy w roku 1969 został zamordowany ówczesny prezydent Abdirashid Ali Shermarke. Niedługo potem nastąpił bezkrwawy zamach stanu zorganizowany przez generała Mohammeda Siada Barrego, który  de facto przejął władzę, stojąc na czele nowo powstałej Najwyższej Rady Rewolucyjnej.

Siad Barre, który w latach sześćdziesiątych odbył szkolenie wojskowe w Moskwie, został propagatorem systemu marksistowskiego i po przejęciu władzy próbował wprowadzić w Somalii socjalizm oparty na Koranie i marksizmie. W myśl jego – aresztowano członków byłego rządu, rozwiązano partie polityczne, parlament oraz Sąd Najwyższy, a także zawieszono konstytucję. Ale równocześnie Mogadiszu zmieniło się w nowoczesne, rozwijające się i piękne miasto. Pokryte białymi domami, położonymi na brzegu Oceanu Indyjskiego, było nazywane „perłą oceanu” i mogło się stać wspaniałym kurortem wypoczynkowym.

Nigdy jednak do tego nie doszło. W niedługim czasie rozpoczęła się wojna z odwiecznym wrogiem – Etiopią, a potem kolejne, w których Somalia stała się pionkiem, w zimnowojennych rozgrywkach mocarstw Zachodu i Związku Radzieckiego o strefy wpływów na świecie.

Siad Barre prowadził politykę, która miała wykorzenić system oparty na podziałach klanowych. Niestety, by utrzymać się przy władzy, sam otaczał się ludźmi ze swojego klanu i doprowadził do sytuacji, gdy coraz więcej Somalijczyków było rozczarowanych polityką reżimu, który dążył do wprowadzenia systemu totalitarnego, aż finalnie wywołało to wojnę domową. Powoli toczył się proces degradacji państwa, aż osiągnął taki punkt, że w latach dziewięćdziesiątych rząd, system oraz po prostu państwo się rozpadło i nastał czas warlordów.

Rozpoczął się mroczny okres, kiedy dla Somalijczyków prawo przestało istnieć a worlordowie z gangami i milicjami przejęli kontrolę nad Mogadiszu. Nastąpił czas strachu, biedy, głodu i śmierci, o których mieszkańcy miasta do dzisiaj niechętnie mówią. To wtedy odbyła się tam niesławna, okrutna bitwa, opisana i zekranizowana później w filmie „Helikopter w ogniu” , podczas której zginęło osiemnastu żołnierzy amerykańskich i ponad tysiąc Somalijczyków.

Koniec lat dziewięćdziesiątych był czasem, kiedy obywatele Somalii postanowili podjąć próbę odbudowy kraju. Wielu z nich powróciło z uchodźstwa i w 2004 r. stworzyło przejściowy rząd federalny.

W 2006 r. powstał również Związek Sądów Islamskich, założony przez sądy szariackie, który przy pomocy jednego z warlordów doprowadził do upadku pozostałych milicji i gangów oraz przejął władzę w mieście.

Wojna domowa toczyła się dalej, tylko teraz pomiędzy przejściowym rządem federalnym, wspieranym przez armię etiopską i uznawanym przez społeczność międzynarodową, a ugrupowaniami wspierającymi sądy islamskie. Rząd przejściowy z pomocą armii etiopskiej i wojsk Unii Afrykańskiej pokonał siły islamistów i zdobył panowanie w stolicy Somalii, gdzie przeniósł się ze swojej dotychczasowej siedziby w Baidoa. Pokonany Związek Sądów Islamskich rozpadł się na mniejsze grupy i w tym czasie uformowała się organizacja AL-Shabaab, uznawana za terrorystyczną, która rozpoczęła walkę z rządem generalnym. Do dzisiaj ją prowadzi i jest odpowiedzialna za wiele krwawych ataków bombowych w Mogadishu.

Od tego momentu miasto zaczęło powracać do życia, prawa i cywilizacji, chociaż powoli, ponieważ hamowane było przez ciągłe ataki Al-Shabaab. Można wciąż obejrzeć zdjęcia Mogadiszu z lat siedemdziesiątych. Patrząc na to miasto dzisiaj, trudno sobie wyobrazić, że jest tym samym , co na starych fotografiach. Jeszcze trudniej zrozumieć, jak ludzie żyli w czasie, gdy państwo i prawo przestały tu istnieć, oraz jak – pomimo przemian – nadal żyją w tym mieście. Przez mroczny okres prawa warlordów powstał pewien, w pełni zasłużony, stereotyp tego miasta jako ekstremalnie niebezpiecznego, które nawet dziennikarze określali jako „no go”, ze względu na wysokie ryzyko.

Ale to miasto, które było symbolem strachu, cierpienia i śmierci, jest też symbolem nadziei. Tego, że przy wsparciu społeczności międzynarodowej, takie miejsca mogą się odmienić i powrócić do normalności. A ci przerażający Somalijczycy na miejscu okazują się przemiłymi i ciągle, mimo ich rzeczywistości, uśmiechniętymi ludźmi, których jedynym marzeniem jest normalnie żyć w mieście, które znów  stanie się „perłą oceanu”.

Mogadiszu jest stolicą Somalii, państwa położonego w tzw. Rogu Afryki. W roku 1960 uzyskała niepodległość – z połączenia Somali Brytyjskiego i Włoskiego powstała Republika Somalii, kończąc okres kolonialny w swojej historii. Powoli budowane struktury nowego państwa zachwiały się, gdy w roku 1969 został zamordowany ówczesny prezydent Abdirashid Ali Shermarke. Niedługo potem nastąpił bezkrwawy zamach stanu zorganizowany przez generała Mohammeda Siada Barrego, który  de facto przejął władzę, stojąc na czele nowo powstałej Najwyższej Rady Rewolucyjnej.

Siad Barre, który w latach sześćdziesiątych odbył szkolenie wojskowe w Moskwie, został propagatorem systemu marksistowskiego i po przejęciu władzy próbował wprowadzić w Somalii socjalizm oparty na Koranie i marksizmie. W myśl jego – aresztowano członków byłego rządu, rozwiązano partie polityczne, parlament oraz Sąd Najwyższy, a także zawieszono konstytucję. Ale równocześnie Mogadiszu zmieniło się w nowoczesne, rozwijające się i piękne miasto. Pokryte białymi domami, położonymi na brzegu Oceanu Indyjskiego, było nazywane „perłą oceanu” i mogło się stać wspaniałym kurortem wypoczynkowym.

Nigdy jednak do tego nie doszło. W niedługim czasie rozpoczęła się wojna z odwiecznym wrogiem – Etiopią, a potem kolejne, w których Somalia stała się pionkiem, w zimnowojennych rozgrywkach mocarstw Zachodu i Związku Radzieckiego o strefy wpływów na świecie.

Siad Barre prowadził politykę, która miała wykorzenić system oparty na podziałach klanowych. Niestety, by utrzymać się przy władzy, sam otaczał się ludźmi ze swojego klanu i doprowadził do sytuacji, gdy coraz więcej Somalijczyków było rozczarowanych polityką reżimu, który dążył do wprowadzenia systemu totalitarnego, aż finalnie wywołało to wojnę domową. Powoli toczył się proces degradacji państwa, aż osiągnął taki punkt, że w latach dziewięćdziesiątych rząd, system oraz po prostu państwo się rozpadło i nastał czas warlordów.

Rozpoczął się mroczny okres, kiedy dla Somalijczyków prawo przestało istnieć a worlordowie z gangami i milicjami przejęli kontrolę nad Mogadiszu. Nastąpił czas strachu, biedy, głodu i śmierci, o których mieszkańcy miasta do dzisiaj niechętnie mówią. To wtedy odbyła się tam niesławna, okrutna bitwa, opisana i zekranizowana później w filmie „Helikopter w ogniu” , podczas której zginęło osiemnastu żołnierzy amerykańskich i ponad tysiąc Somalijczyków.

Koniec lat dziewięćdziesiątych był czasem, kiedy obywatele Somalii postanowili podjąć próbę odbudowy kraju. Wielu z nich powróciło z uchodźstwa i w 2004 r. stworzyło przejściowy rząd federalny.

W 2006 r. powstał również Związek Sądów Islamskich, założony przez sądy szariackie, który przy pomocy jednego z warlordów doprowadził do upadku pozostałych milicji i gangów oraz przejął władzę w mieście.

Wojna domowa toczyła się dalej, tylko teraz pomiędzy przejściowym rządem federalnym, wspieranym przez armię etiopską i uznawanym przez społeczność międzynarodową, a ugrupowaniami wspierającymi sądy islamskie. Rząd przejściowy z pomocą armii etiopskiej i wojsk Unii Afrykańskiej pokonał siły islamistów i zdobył panowanie w stolicy Somalii, gdzie przeniósł się ze swojej dotychczasowej siedziby w Baidoa. Pokonany Związek Sądów Islamskich rozpadł się na mniejsze grupy i w tym czasie uformowała się organizacja AL-Shabaab, uznawana za terrorystyczną, która rozpoczęła walkę z rządem generalnym. Do dzisiaj ją prowadzi i jest odpowiedzialna za wiele krwawych ataków bombowych w Mogadishu.

Od tego momentu miasto zaczęło powracać do życia, prawa i cywilizacji, chociaż powoli, ponieważ hamowane było przez ciągłe ataki Al-Shabaab. Można wciąż obejrzeć zdjęcia Mogadiszu z lat siedemdziesiątych. Patrząc na to miasto dzisiaj, trudno sobie wyobrazić, że jest tym samym , co na starych fotografiach. Jeszcze trudniej zrozumieć, jak ludzie żyli w czasie, gdy państwo i prawo przestały tu istnieć, oraz jak – pomimo przemian – nadal żyją w tym mieście. Przez mroczny okres prawa warlordów powstał pewien, w pełni zasłużony, stereotyp tego miasta jako ekstremalnie niebezpiecznego, które nawet dziennikarze określali jako „no go”, ze względu na wysokie ryzyko.

Ale to miasto, które było symbolem strachu, cierpienia i śmierci, jest też symbolem nadziei. Tego, że przy wsparciu społeczności międzynarodowej, takie miejsca mogą się odmienić i powrócić do normalności. A ci przerażający Somalijczycy na miejscu okazują się przemiłymi i ciągle, mimo ich rzeczywistości, uśmiechniętymi ludźmi, których jedynym marzeniem jest normalnie żyć w mieście, które znów  stanie się „perłą oceanu”.

Mogadiszu jest stolicą Somalii, państwa położonego w tzw. Rogu Afryki. W roku 1960 uzyskała niepodległość – z połączenia Somali Brytyjskiego i Włoskiego powstała Republika Somalii, kończąc okres kolonialny w swojej historii. Powoli budowane struktury nowego państwa zachwiały się, gdy w roku 1969 został zamordowany ówczesny prezydent Abdirashid Ali Shermarke. Niedługo potem nastąpił bezkrwawy zamach stanu zorganizowany przez generała Mohammeda Siada Barrego, który  de facto przejął władzę, stojąc na czele nowo powstałej Najwyższej Rady Rewolucyjnej.

Siad Barre, który w latach sześćdziesiątych odbył szkolenie wojskowe w Moskwie, został propagatorem systemu marksistowskiego i po przejęciu władzy próbował wprowadzić w Somalii socjalizm oparty na Koranie i marksizmie. W myśl jego – aresztowano członków byłego rządu, rozwiązano partie polityczne, parlament oraz Sąd Najwyższy, a także zawieszono konstytucję. Ale równocześnie Mogadiszu zmieniło się w nowoczesne, rozwijające się i piękne miasto. Pokryte białymi domami, położonymi na brzegu Oceanu Indyjskiego, było nazywane „perłą oceanu” i mogło się stać wspaniałym kurortem wypoczynkowym.

Nigdy jednak do tego nie doszło. W niedługim czasie rozpoczęła się wojna z odwiecznym wrogiem – Etiopią, a potem kolejne, w których Somalia stała się pionkiem, w zimnowojennych rozgrywkach mocarstw Zachodu i Związku Radzieckiego o strefy wpływów na świecie.

Siad Barre prowadził politykę, która miała wykorzenić system oparty na podziałach klanowych. Niestety, by utrzymać się przy władzy, sam otaczał się ludźmi ze swojego klanu i doprowadził do sytuacji, gdy coraz więcej Somalijczyków było rozczarowanych polityką reżimu, który dążył do wprowadzenia systemu totalitarnego, aż finalnie wywołało to wojnę domową. Powoli toczył się proces degradacji państwa, aż osiągnął taki punkt, że w latach dziewięćdziesiątych rząd, system oraz po prostu państwo się rozpadło i nastał czas warlordów.

Rozpoczął się mroczny okres, kiedy dla Somalijczyków prawo przestało istnieć a worlordowie z gangami i milicjami przejęli kontrolę nad Mogadiszu. Nastąpił czas strachu, biedy, głodu i śmierci, o których mieszkańcy miasta do dzisiaj niechętnie mówią. To wtedy odbyła się tam niesławna, okrutna bitwa, opisana i zekranizowana później w filmie „Helikopter w ogniu” , podczas której zginęło osiemnastu żołnierzy amerykańskich i ponad tysiąc Somalijczyków.

Koniec lat dziewięćdziesiątych był czasem, kiedy obywatele Somalii postanowili podjąć próbę odbudowy kraju. Wielu z nich powróciło z uchodźstwa i w 2004 r. stworzyło przejściowy rząd federalny.

W 2006 r. powstał również Związek Sądów Islamskich, założony przez sądy szariackie, który przy pomocy jednego z warlordów doprowadził do upadku pozostałych milicji i gangów oraz przejął władzę w mieście.

Wojna domowa toczyła się dalej, tylko teraz pomiędzy przejściowym rządem federalnym, wspieranym przez armię etiopską i uznawanym przez społeczność międzynarodową, a ugrupowaniami wspierającymi sądy islamskie. Rząd przejściowy z pomocą armii etiopskiej i wojsk Unii Afrykańskiej pokonał siły islamistów i zdobył panowanie w stolicy Somalii, gdzie przeniósł się ze swojej dotychczasowej siedziby w Baidoa. Pokonany Związek Sądów Islamskich rozpadł się na mniejsze grupy i w tym czasie uformowała się organizacja AL-Shabaab, uznawana za terrorystyczną, która rozpoczęła walkę z rządem generalnym. Do dzisiaj ją prowadzi i jest odpowiedzialna za wiele krwawych ataków bombowych w Mogadishu.

Od tego momentu miasto zaczęło powracać do życia, prawa i cywilizacji, chociaż powoli, ponieważ hamowane było przez ciągłe ataki Al-Shabaab. Można wciąż obejrzeć zdjęcia Mogadiszu z lat siedemdziesiątych. Patrząc na to miasto dzisiaj, trudno sobie wyobrazić, że jest tym samym , co na starych fotografiach. Jeszcze trudniej zrozumieć, jak ludzie żyli w czasie, gdy państwo i prawo przestały tu istnieć, oraz jak – pomimo przemian – nadal żyją w tym mieście. Przez mroczny okres prawa warlordów powstał pewien, w pełni zasłużony, stereotyp tego miasta jako ekstremalnie niebezpiecznego, które nawet dziennikarze określali jako „no go”, ze względu na wysokie ryzyko.

Ale to miasto, które było symbolem strachu, cierpienia i śmierci, jest też symbolem nadziei. Tego, że przy wsparciu społeczności międzynarodowej, takie miejsca mogą się odmienić i powrócić do normalności. A ci przerażający Somalijczycy na miejscu okazują się przemiłymi i ciągle, mimo ich rzeczywistości, uśmiechniętymi ludźmi, których jedynym marzeniem jest normalnie żyć w mieście, które znów  stanie się „perłą oceanu”.

Mogadiszu jest stolicą Somalii, państwa położonego w tzw. Rogu Afryki. W roku 1960 uzyskała niepodległość – z połączenia Somali Brytyjskiego i Włoskiego powstała Republika Somalii, kończąc okres kolonialny w swojej historii. Powoli budowane struktury nowego państwa zachwiały się, gdy w roku 1969 został zamordowany ówczesny prezydent Abdirashid Ali Shermarke. Niedługo potem nastąpił bezkrwawy zamach stanu zorganizowany przez generała Mohammeda Siada Barrego, który  de facto przejął władzę, stojąc na czele nowo powstałej Najwyższej Rady Rewolucyjnej.

Siad Barre, który w latach sześćdziesiątych odbył szkolenie wojskowe w Moskwie, został propagatorem systemu marksistowskiego i po przejęciu władzy próbował wprowadzić w Somalii socjalizm oparty na Koranie i marksizmie. W myśl jego – aresztowano członków byłego rządu, rozwiązano partie polityczne, parlament oraz Sąd Najwyższy, a także zawieszono konstytucję. Ale równocześnie Mogadiszu zmieniło się w nowoczesne, rozwijające się i piękne miasto. Pokryte białymi domami, położonymi na brzegu Oceanu Indyjskiego, było nazywane „perłą oceanu” i mogło się stać wspaniałym kurortem wypoczynkowym.

Nigdy jednak do tego nie doszło. W niedługim czasie rozpoczęła się wojna z odwiecznym wrogiem – Etiopią, a potem kolejne, w których Somalia stała się pionkiem, w zimnowojennych rozgrywkach mocarstw Zachodu i Związku Radzieckiego o strefy wpływów na świecie.

Siad Barre prowadził politykę, która miała wykorzenić system oparty na podziałach klanowych. Niestety, by utrzymać się przy władzy, sam otaczał się ludźmi ze swojego klanu i doprowadził do sytuacji, gdy coraz więcej Somalijczyków było rozczarowanych polityką reżimu, który dążył do wprowadzenia systemu totalitarnego, aż finalnie wywołało to wojnę domową. Powoli toczył się proces degradacji państwa, aż osiągnął taki punkt, że w latach dziewięćdziesiątych rząd, system oraz po prostu państwo się rozpadło i nastał czas warlordów.

Rozpoczął się mroczny okres, kiedy dla Somalijczyków prawo przestało istnieć a worlordowie z gangami i milicjami przejęli kontrolę nad Mogadiszu. Nastąpił czas strachu, biedy, głodu i śmierci, o których mieszkańcy miasta do dzisiaj niechętnie mówią. To wtedy odbyła się tam niesławna, okrutna bitwa, opisana i zekranizowana później w filmie „Helikopter w ogniu” , podczas której zginęło osiemnastu żołnierzy amerykańskich i ponad tysiąc Somalijczyków.

Koniec lat dziewięćdziesiątych był czasem, kiedy obywatele Somalii postanowili podjąć próbę odbudowy kraju. Wielu z nich powróciło z uchodźstwa i w 2004 r. stworzyło przejściowy rząd federalny.

W 2006 r. powstał również Związek Sądów Islamskich, założony przez sądy szariackie, który przy pomocy jednego z warlordów doprowadził do upadku pozostałych milicji i gangów oraz przejął władzę w mieście.

Wojna domowa toczyła się dalej, tylko teraz pomiędzy przejściowym rządem federalnym, wspieranym przez armię etiopską i uznawanym przez społeczność międzynarodową, a ugrupowaniami wspierającymi sądy islamskie. Rząd przejściowy z pomocą armii etiopskiej i wojsk Unii Afrykańskiej pokonał siły islamistów i zdobył panowanie w stolicy Somalii, gdzie przeniósł się ze swojej dotychczasowej siedziby w Baidoa. Pokonany Związek Sądów Islamskich rozpadł się na mniejsze grupy i w tym czasie uformowała się organizacja AL-Shabaab, uznawana za terrorystyczną, która rozpoczęła walkę z rządem generalnym. Do dzisiaj ją prowadzi i jest odpowiedzialna za wiele krwawych ataków bombowych w Mogadishu.

Od tego momentu miasto zaczęło powracać do życia, prawa i cywilizacji, chociaż powoli, ponieważ hamowane było przez ciągłe ataki Al-Shabaab. Można wciąż obejrzeć zdjęcia Mogadiszu z lat siedemdziesiątych. Patrząc na to miasto dzisiaj, trudno sobie wyobrazić, że jest tym samym , co na starych fotografiach. Jeszcze trudniej zrozumieć, jak ludzie żyli w czasie, gdy państwo i prawo przestały tu istnieć, oraz jak – pomimo przemian – nadal żyją w tym mieście. Przez mroczny okres prawa warlordów powstał pewien, w pełni zasłużony, stereotyp tego miasta jako ekstremalnie niebezpiecznego, które nawet dziennikarze określali jako „no go”, ze względu na wysokie ryzyko.

Ale to miasto, które było symbolem strachu, cierpienia i śmierci, jest też symbolem nadziei. Tego, że przy wsparciu społeczności międzynarodowej, takie miejsca mogą się odmienić i powrócić do normalności. A ci przerażający Somalijczycy na miejscu okazują się przemiłymi i ciągle, mimo ich rzeczywistości, uśmiechniętymi ludźmi, których jedynym marzeniem jest normalnie żyć w mieście, które znów  stanie się „perłą oceanu”.

Mogadiszu jest stolicą Somalii, państwa położonego w tzw. Rogu Afryki. W roku 1960 uzyskała niepodległość – z połączenia Somali Brytyjskiego i Włoskiego powstała Republika Somalii, kończąc okres kolonialny w swojej historii. Powoli budowane struktury nowego państwa zachwiały się, gdy w roku 1969 został zamordowany ówczesny prezydent Abdirashid Ali Shermarke. Niedługo potem nastąpił bezkrwawy zamach stanu zorganizowany przez generała Mohammeda Siada Barrego, który  de facto przejął władzę, stojąc na czele nowo powstałej Najwyższej Rady Rewolucyjnej.

Siad Barre, który w latach sześćdziesiątych odbył szkolenie wojskowe w Moskwie, został propagatorem systemu marksistowskiego i po przejęciu władzy próbował wprowadzić w Somalii socjalizm oparty na Koranie i marksizmie. W myśl jego – aresztowano członków byłego rządu, rozwiązano partie polityczne, parlament oraz Sąd Najwyższy, a także zawieszono konstytucję. Ale równocześnie Mogadiszu zmieniło się w nowoczesne, rozwijające się i piękne miasto. Pokryte białymi domami, położonymi na brzegu Oceanu Indyjskiego, było nazywane „perłą oceanu” i mogło się stać wspaniałym kurortem wypoczynkowym.

Nigdy jednak do tego nie doszło. W niedługim czasie rozpoczęła się wojna z odwiecznym wrogiem – Etiopią, a potem kolejne, w których Somalia stała się pionkiem, w zimnowojennych rozgrywkach mocarstw Zachodu i Związku Radzieckiego o strefy wpływów na świecie.

Siad Barre prowadził politykę, która miała wykorzenić system oparty na podziałach klanowych. Niestety, by utrzymać się przy władzy, sam otaczał się ludźmi ze swojego klanu i doprowadził do sytuacji, gdy coraz więcej Somalijczyków było rozczarowanych polityką reżimu, który dążył do wprowadzenia systemu totalitarnego, aż finalnie wywołało to wojnę domową. Powoli toczył się proces degradacji państwa, aż osiągnął taki punkt, że w latach dziewięćdziesiątych rząd, system oraz po prostu państwo się rozpadło i nastał czas warlordów.

Rozpoczął się mroczny okres, kiedy dla Somalijczyków prawo przestało istnieć a worlordowie z gangami i milicjami przejęli kontrolę nad Mogadiszu. Nastąpił czas strachu, biedy, głodu i śmierci, o których mieszkańcy miasta do dzisiaj niechętnie mówią. To wtedy odbyła się tam niesławna, okrutna bitwa, opisana i zekranizowana później w filmie „Helikopter w ogniu” , podczas której zginęło osiemnastu żołnierzy amerykańskich i ponad tysiąc Somalijczyków.

Koniec lat dziewięćdziesiątych był czasem, kiedy obywatele Somalii postanowili podjąć próbę odbudowy kraju. Wielu z nich powróciło z uchodźstwa i w 2004 r. stworzyło przejściowy rząd federalny.

W 2006 r. powstał również Związek Sądów Islamskich, założony przez sądy szariackie, który przy pomocy jednego z warlordów doprowadził do upadku pozostałych milicji i gangów oraz przejął władzę w mieście.

Wojna domowa toczyła się dalej, tylko teraz pomiędzy przejściowym rządem federalnym, wspieranym przez armię etiopską i uznawanym przez społeczność międzynarodową, a ugrupowaniami wspierającymi sądy islamskie. Rząd przejściowy z pomocą armii etiopskiej i wojsk Unii Afrykańskiej pokonał siły islamistów i zdobył panowanie w stolicy Somalii, gdzie przeniósł się ze swojej dotychczasowej siedziby w Baidoa. Pokonany Związek Sądów Islamskich rozpadł się na mniejsze grupy i w tym czasie uformowała się organizacja AL-Shabaab, uznawana za terrorystyczną, która rozpoczęła walkę z rządem generalnym. Do dzisiaj ją prowadzi i jest odpowiedzialna za wiele krwawych ataków bombowych w Mogadishu.

Od tego momentu miasto zaczęło powracać do życia, prawa i cywilizacji, chociaż powoli, ponieważ hamowane było przez ciągłe ataki Al-Shabaab. Można wciąż obejrzeć zdjęcia Mogadiszu z lat siedemdziesiątych. Patrząc na to miasto dzisiaj, trudno sobie wyobrazić, że jest tym samym , co na starych fotografiach. Jeszcze trudniej zrozumieć, jak ludzie żyli w czasie, gdy państwo i prawo przestały tu istnieć, oraz jak – pomimo przemian – nadal żyją w tym mieście. Przez mroczny okres prawa warlordów powstał pewien, w pełni zasłużony, stereotyp tego miasta jako ekstremalnie niebezpiecznego, które nawet dziennikarze określali jako „no go”, ze względu na wysokie ryzyko.

Ale to miasto, które było symbolem strachu, cierpienia i śmierci, jest też symbolem nadziei. Tego, że przy wsparciu społeczności międzynarodowej, takie miejsca mogą się odmienić i powrócić do normalności. A ci przerażający Somalijczycy na miejscu okazują się przemiłymi i ciągle, mimo ich rzeczywistości, uśmiechniętymi ludźmi, których jedynym marzeniem jest normalnie żyć w mieście, które znów  stanie się „perłą oceanu”.

Mogadiszu jest stolicą Somalii, państwa położonego w tzw. Rogu Afryki. W roku 1960 uzyskała niepodległość – z połączenia Somali Brytyjskiego i Włoskiego powstała Republika Somalii, kończąc okres kolonialny w swojej historii. Powoli budowane struktury nowego państwa zachwiały się, gdy w roku 1969 został zamordowany ówczesny prezydent Abdirashid Ali Shermarke. Niedługo potem nastąpił bezkrwawy zamach stanu zorganizowany przez generała Mohammeda Siada Barrego, który  de facto przejął władzę, stojąc na czele nowo powstałej Najwyższej Rady Rewolucyjnej.

Siad Barre, który w latach sześćdziesiątych odbył szkolenie wojskowe w Moskwie, został propagatorem systemu marksistowskiego i po przejęciu władzy próbował wprowadzić w Somalii socjalizm oparty na Koranie i marksizmie. W myśl jego – aresztowano członków byłego rządu, rozwiązano partie polityczne, parlament oraz Sąd Najwyższy, a także zawieszono konstytucję. Ale równocześnie Mogadiszu zmieniło się w nowoczesne, rozwijające się i piękne miasto. Pokryte białymi domami, położonymi na brzegu Oceanu Indyjskiego, było nazywane „perłą oceanu” i mogło się stać wspaniałym kurortem wypoczynkowym.

Nigdy jednak do tego nie doszło. W niedługim czasie rozpoczęła się wojna z odwiecznym wrogiem – Etiopią, a potem kolejne, w których Somalia stała się pionkiem, w zimnowojennych rozgrywkach mocarstw Zachodu i Związku Radzieckiego o strefy wpływów na świecie.

Siad Barre prowadził politykę, która miała wykorzenić system oparty na podziałach klanowych. Niestety, by utrzymać się przy władzy, sam otaczał się ludźmi ze swojego klanu i doprowadził do sytuacji, gdy coraz więcej Somalijczyków było rozczarowanych polityką reżimu, który dążył do wprowadzenia systemu totalitarnego, aż finalnie wywołało to wojnę domową. Powoli toczył się proces degradacji państwa, aż osiągnął taki punkt, że w latach dziewięćdziesiątych rząd, system oraz po prostu państwo się rozpadło i nastał czas warlordów.

Rozpoczął się mroczny okres, kiedy dla Somalijczyków prawo przestało istnieć a worlordowie z gangami i milicjami przejęli kontrolę nad Mogadiszu. Nastąpił czas strachu, biedy, głodu i śmierci, o których mieszkańcy miasta do dzisiaj niechętnie mówią. To wtedy odbyła się tam niesławna, okrutna bitwa, opisana i zekranizowana później w filmie „Helikopter w ogniu” , podczas której zginęło osiemnastu żołnierzy amerykańskich i ponad tysiąc Somalijczyków.

Koniec lat dziewięćdziesiątych był czasem, kiedy obywatele Somalii postanowili podjąć próbę odbudowy kraju. Wielu z nich powróciło z uchodźstwa i w 2004 r. stworzyło przejściowy rząd federalny.

W 2006 r. powstał również Związek Sądów Islamskich, założony przez sądy szariackie, który przy pomocy jednego z warlordów doprowadził do upadku pozostałych milicji i gangów oraz przejął władzę w mieście.

Wojna domowa toczyła się dalej, tylko teraz pomiędzy przejściowym rządem federalnym, wspieranym przez armię etiopską i uznawanym przez społeczność międzynarodową, a ugrupowaniami wspierającymi sądy islamskie. Rząd przejściowy z pomocą armii etiopskiej i wojsk Unii Afrykańskiej pokonał siły islamistów i zdobył panowanie w stolicy Somalii, gdzie przeniósł się ze swojej dotychczasowej siedziby w Baidoa. Pokonany Związek Sądów Islamskich rozpadł się na mniejsze grupy i w tym czasie uformowała się organizacja AL-Shabaab, uznawana za terrorystyczną, która rozpoczęła walkę z rządem generalnym. Do dzisiaj ją prowadzi i jest odpowiedzialna za wiele krwawych ataków bombowych w Mogadishu.

Od tego momentu miasto zaczęło powracać do życia, prawa i cywilizacji, chociaż powoli, ponieważ hamowane było przez ciągłe ataki Al-Shabaab. Można wciąż obejrzeć zdjęcia Mogadiszu z lat siedemdziesiątych. Patrząc na to miasto dzisiaj, trudno sobie wyobrazić, że jest tym samym , co na starych fotografiach. Jeszcze trudniej zrozumieć, jak ludzie żyli w czasie, gdy państwo i prawo przestały tu istnieć, oraz jak – pomimo przemian – nadal żyją w tym mieście. Przez mroczny okres prawa warlordów powstał pewien, w pełni zasłużony, stereotyp tego miasta jako ekstremalnie niebezpiecznego, które nawet dziennikarze określali jako „no go”, ze względu na wysokie ryzyko.

Ale to miasto, które było symbolem strachu, cierpienia i śmierci, jest też symbolem nadziei. Tego, że przy wsparciu społeczności międzynarodowej, takie miejsca mogą się odmienić i powrócić do normalności. A ci przerażający Somalijczycy na miejscu okazują się przemiłymi i ciągle, mimo ich rzeczywistości, uśmiechniętymi ludźmi, których jedynym marzeniem jest normalnie żyć w mieście, które znów  stanie się „perłą oceanu”.

Mogadiszu jest stolicą Somalii, państwa położonego w tzw. Rogu Afryki. W roku 1960 uzyskała niepodległość – z połączenia Somali Brytyjskiego i Włoskiego powstała Republika Somalii, kończąc okres kolonialny w swojej historii. Powoli budowane struktury nowego państwa zachwiały się, gdy w roku 1969 został zamordowany ówczesny prezydent Abdirashid Ali Shermarke. Niedługo potem nastąpił bezkrwawy zamach stanu zorganizowany przez generała Mohammeda Siada Barrego, który  de facto przejął władzę, stojąc na czele nowo powstałej Najwyższej Rady Rewolucyjnej.

Siad Barre, który w latach sześćdziesiątych odbył szkolenie wojskowe w Moskwie, został propagatorem systemu marksistowskiego i po przejęciu władzy próbował wprowadzić w Somalii socjalizm oparty na Koranie i marksizmie. W myśl jego – aresztowano członków byłego rządu, rozwiązano partie polityczne, parlament oraz Sąd Najwyższy, a także zawieszono konstytucję. Ale równocześnie Mogadiszu zmieniło się w nowoczesne, rozwijające się i piękne miasto. Pokryte białymi domami, położonymi na brzegu Oceanu Indyjskiego, było nazywane „perłą oceanu” i mogło się stać wspaniałym kurortem wypoczynkowym.

Nigdy jednak do tego nie doszło. W niedługim czasie rozpoczęła się wojna z odwiecznym wrogiem – Etiopią, a potem kolejne, w których Somalia stała się pionkiem, w zimnowojennych rozgrywkach mocarstw Zachodu i Związku Radzieckiego o strefy wpływów na świecie.

Siad Barre prowadził politykę, która miała wykorzenić system oparty na podziałach klanowych. Niestety, by utrzymać się przy władzy, sam otaczał się ludźmi ze swojego klanu i doprowadził do sytuacji, gdy coraz więcej Somalijczyków było rozczarowanych polityką reżimu, który dążył do wprowadzenia systemu totalitarnego, aż finalnie wywołało to wojnę domową. Powoli toczył się proces degradacji państwa, aż osiągnął taki punkt, że w latach dziewięćdziesiątych rząd, system oraz po prostu państwo się rozpadło i nastał czas warlordów.

Rozpoczął się mroczny okres, kiedy dla Somalijczyków prawo przestało istnieć a worlordowie z gangami i milicjami przejęli kontrolę nad Mogadiszu. Nastąpił czas strachu, biedy, głodu i śmierci, o których mieszkańcy miasta do dzisiaj niechętnie mówią. To wtedy odbyła się tam niesławna, okrutna bitwa, opisana i zekranizowana później w filmie „Helikopter w ogniu” , podczas której zginęło osiemnastu żołnierzy amerykańskich i ponad tysiąc Somalijczyków.

Koniec lat dziewięćdziesiątych był czasem, kiedy obywatele Somalii postanowili podjąć próbę odbudowy kraju. Wielu z nich powróciło z uchodźstwa i w 2004 r. stworzyło przejściowy rząd federalny.

W 2006 r. powstał również Związek Sądów Islamskich, założony przez sądy szariackie, który przy pomocy jednego z warlordów doprowadził do upadku pozostałych milicji i gangów oraz przejął władzę w mieście.

Wojna domowa toczyła się dalej, tylko teraz pomiędzy przejściowym rządem federalnym, wspieranym przez armię etiopską i uznawanym przez społeczność międzynarodową, a ugrupowaniami wspierającymi sądy islamskie. Rząd przejściowy z pomocą armii etiopskiej i wojsk Unii Afrykańskiej pokonał siły islamistów i zdobył panowanie w stolicy Somalii, gdzie przeniósł się ze swojej dotychczasowej siedziby w Baidoa. Pokonany Związek Sądów Islamskich rozpadł się na mniejsze grupy i w tym czasie uformowała się organizacja AL-Shabaab, uznawana za terrorystyczną, która rozpoczęła walkę z rządem generalnym. Do dzisiaj ją prowadzi i jest odpowiedzialna za wiele krwawych ataków bombowych w Mogadishu.

Od tego momentu miasto zaczęło powracać do życia, prawa i cywilizacji, chociaż powoli, ponieważ hamowane było przez ciągłe ataki Al-Shabaab. Można wciąż obejrzeć zdjęcia Mogadiszu z lat siedemdziesiątych. Patrząc na to miasto dzisiaj, trudno sobie wyobrazić, że jest tym samym , co na starych fotografiach. Jeszcze trudniej zrozumieć, jak ludzie żyli w czasie, gdy państwo i prawo przestały tu istnieć, oraz jak – pomimo przemian – nadal żyją w tym mieście. Przez mroczny okres prawa warlordów powstał pewien, w pełni zasłużony, stereotyp tego miasta jako ekstremalnie niebezpiecznego, które nawet dziennikarze określali jako „no go”, ze względu na wysokie ryzyko.

Ale to miasto, które było symbolem strachu, cierpienia i śmierci, jest też symbolem nadziei. Tego, że przy wsparciu społeczności międzynarodowej, takie miejsca mogą się odmienić i powrócić do normalności. A ci przerażający Somalijczycy na miejscu okazują się przemiłymi i ciągle, mimo ich rzeczywistości, uśmiechniętymi ludźmi, których jedynym marzeniem jest normalnie żyć w mieście, które znów  stanie się „perłą oceanu”.

Mogadiszu jest stolicą Somalii, państwa położonego w tzw. Rogu Afryki. W roku 1960 uzyskała niepodległość – z połączenia Somali Brytyjskiego i Włoskiego powstała Republika Somalii, kończąc okres kolonialny w swojej historii. Powoli budowane struktury nowego państwa zachwiały się, gdy w roku 1969 został zamordowany ówczesny prezydent Abdirashid Ali Shermarke. Niedługo potem nastąpił bezkrwawy zamach stanu zorganizowany przez generała Mohammeda Siada Barrego, który  de facto przejął władzę, stojąc na czele nowo powstałej Najwyższej Rady Rewolucyjnej.

Siad Barre, który w latach sześćdziesiątych odbył szkolenie wojskowe w Moskwie, został propagatorem systemu marksistowskiego i po przejęciu władzy próbował wprowadzić w Somalii socjalizm oparty na Koranie i marksizmie. W myśl jego – aresztowano członków byłego rządu, rozwiązano partie polityczne, parlament oraz Sąd Najwyższy, a także zawieszono konstytucję. Ale równocześnie Mogadiszu zmieniło się w nowoczesne, rozwijające się i piękne miasto. Pokryte białymi domami, położonymi na brzegu Oceanu Indyjskiego, było nazywane „perłą oceanu” i mogło się stać wspaniałym kurortem wypoczynkowym.

Nigdy jednak do tego nie doszło. W niedługim czasie rozpoczęła się wojna z odwiecznym wrogiem – Etiopią, a potem kolejne, w których Somalia stała się pionkiem, w zimnowojennych rozgrywkach mocarstw Zachodu i Związku Radzieckiego o strefy wpływów na świecie.

Siad Barre prowadził politykę, która miała wykorzenić system oparty na podziałach klanowych. Niestety, by utrzymać się przy władzy, sam otaczał się ludźmi ze swojego klanu i doprowadził do sytuacji, gdy coraz więcej Somalijczyków było rozczarowanych polityką reżimu, który dążył do wprowadzenia systemu totalitarnego, aż finalnie wywołało to wojnę domową. Powoli toczył się proces degradacji państwa, aż osiągnął taki punkt, że w latach dziewięćdziesiątych rząd, system oraz po prostu państwo się rozpadło i nastał czas warlordów.

Rozpoczął się mroczny okres, kiedy dla Somalijczyków prawo przestało istnieć a worlordowie z gangami i milicjami przejęli kontrolę nad Mogadiszu. Nastąpił czas strachu, biedy, głodu i śmierci, o których mieszkańcy miasta do dzisiaj niechętnie mówią. To wtedy odbyła się tam niesławna, okrutna bitwa, opisana i zekranizowana później w filmie „Helikopter w ogniu” , podczas której zginęło osiemnastu żołnierzy amerykańskich i ponad tysiąc Somalijczyków.

Koniec lat dziewięćdziesiątych był czasem, kiedy obywatele Somalii postanowili podjąć próbę odbudowy kraju. Wielu z nich powróciło z uchodźstwa i w 2004 r. stworzyło przejściowy rząd federalny.

W 2006 r. powstał również Związek Sądów Islamskich, założony przez sądy szariackie, który przy pomocy jednego z warlordów doprowadził do upadku pozostałych milicji i gangów oraz przejął władzę w mieście.

Wojna domowa toczyła się dalej, tylko teraz pomiędzy przejściowym rządem federalnym, wspieranym przez armię etiopską i uznawanym przez społeczność międzynarodową, a ugrupowaniami wspierającymi sądy islamskie. Rząd przejściowy z pomocą armii etiopskiej i wojsk Unii Afrykańskiej pokonał siły islamistów i zdobył panowanie w stolicy Somalii, gdzie przeniósł się ze swojej dotychczasowej siedziby w Baidoa. Pokonany Związek Sądów Islamskich rozpadł się na mniejsze grupy i w tym czasie uformowała się organizacja AL-Shabaab, uznawana za terrorystyczną, która rozpoczęła walkę z rządem generalnym. Do dzisiaj ją prowadzi i jest odpowiedzialna za wiele krwawych ataków bombowych w Mogadishu.

Od tego momentu miasto zaczęło powracać do życia, prawa i cywilizacji, chociaż powoli, ponieważ hamowane było przez ciągłe ataki Al-Shabaab. Można wciąż obejrzeć zdjęcia Mogadiszu z lat siedemdziesiątych. Patrząc na to miasto dzisiaj, trudno sobie wyobrazić, że jest tym samym , co na starych fotografiach. Jeszcze trudniej zrozumieć, jak ludzie żyli w czasie, gdy państwo i prawo przestały tu istnieć, oraz jak – pomimo przemian – nadal żyją w tym mieście. Przez mroczny okres prawa warlordów powstał pewien, w pełni zasłużony, stereotyp tego miasta jako ekstremalnie niebezpiecznego, które nawet dziennikarze określali jako „no go”, ze względu na wysokie ryzyko.

Ale to miasto, które było symbolem strachu, cierpienia i śmierci, jest też symbolem nadziei. Tego, że przy wsparciu społeczności międzynarodowej, takie miejsca mogą się odmienić i powrócić do normalności. A ci przerażający Somalijczycy na miejscu okazują się przemiłymi i ciągle, mimo ich rzeczywistości, uśmiechniętymi ludźmi, których jedynym marzeniem jest normalnie żyć w mieście, które znów  stanie się „perłą oceanu”.

Mogadiszu jest stolicą Somalii, państwa położonego w tzw. Rogu Afryki. W roku 1960 uzyskała niepodległość – z połączenia Somali Brytyjskiego i Włoskiego powstała Republika Somalii, kończąc okres kolonialny w swojej historii. Powoli budowane struktury nowego państwa zachwiały się, gdy w roku 1969 został zamordowany ówczesny prezydent Abdirashid Ali Shermarke. Niedługo potem nastąpił bezkrwawy zamach stanu zorganizowany przez generała Mohammeda Siada Barrego, który  de facto przejął władzę, stojąc na czele nowo powstałej Najwyższej Rady Rewolucyjnej.

Siad Barre, który w latach sześćdziesiątych odbył szkolenie wojskowe w Moskwie, został propagatorem systemu marksistowskiego i po przejęciu władzy próbował wprowadzić w Somalii socjalizm oparty na Koranie i marksizmie. W myśl jego – aresztowano członków byłego rządu, rozwiązano partie polityczne, parlament oraz Sąd Najwyższy, a także zawieszono konstytucję. Ale równocześnie Mogadiszu zmieniło się w nowoczesne, rozwijające się i piękne miasto. Pokryte białymi domami, położonymi na brzegu Oceanu Indyjskiego, było nazywane „perłą oceanu” i mogło się stać wspaniałym kurortem wypoczynkowym.

Nigdy jednak do tego nie doszło. W niedługim czasie rozpoczęła się wojna z odwiecznym wrogiem – Etiopią, a potem kolejne, w których Somalia stała się pionkiem, w zimnowojennych rozgrywkach mocarstw Zachodu i Związku Radzieckiego o strefy wpływów na świecie.

Siad Barre prowadził politykę, która miała wykorzenić system oparty na podziałach klanowych. Niestety, by utrzymać się przy władzy, sam otaczał się ludźmi ze swojego klanu i doprowadził do sytuacji, gdy coraz więcej Somalijczyków było rozczarowanych polityką reżimu, który dążył do wprowadzenia systemu totalitarnego, aż finalnie wywołało to wojnę domową. Powoli toczył się proces degradacji państwa, aż osiągnął taki punkt, że w latach dziewięćdziesiątych rząd, system oraz po prostu państwo się rozpadło i nastał czas warlordów.

Rozpoczął się mroczny okres, kiedy dla Somalijczyków prawo przestało istnieć a worlordowie z gangami i milicjami przejęli kontrolę nad Mogadiszu. Nastąpił czas strachu, biedy, głodu i śmierci, o których mieszkańcy miasta do dzisiaj niechętnie mówią. To wtedy odbyła się tam niesławna, okrutna bitwa, opisana i zekranizowana później w filmie „Helikopter w ogniu” , podczas której zginęło osiemnastu żołnierzy amerykańskich i ponad tysiąc Somalijczyków.

Koniec lat dziewięćdziesiątych był czasem, kiedy obywatele Somalii postanowili podjąć próbę odbudowy kraju. Wielu z nich powróciło z uchodźstwa i w 2004 r. stworzyło przejściowy rząd federalny.

W 2006 r. powstał również Związek Sądów Islamskich, założony przez sądy szariackie, który przy pomocy jednego z warlordów doprowadził do upadku pozostałych milicji i gangów oraz przejął władzę w mieście.

Wojna domowa toczyła się dalej, tylko teraz pomiędzy przejściowym rządem federalnym, wspieranym przez armię etiopską i uznawanym przez społeczność międzynarodową, a ugrupowaniami wspierającymi sądy islamskie. Rząd przejściowy z pomocą armii etiopskiej i wojsk Unii Afrykańskiej pokonał siły islamistów i zdobył panowanie w stolicy Somalii, gdzie przeniósł się ze swojej dotychczasowej siedziby w Baidoa. Pokonany Związek Sądów Islamskich rozpadł się na mniejsze grupy i w tym czasie uformowała się organizacja AL-Shabaab, uznawana za terrorystyczną, która rozpoczęła walkę z rządem generalnym. Do dzisiaj ją prowadzi i jest odpowiedzialna za wiele krwawych ataków bombowych w Mogadishu.

Od tego momentu miasto zaczęło powracać do życia, prawa i cywilizacji, chociaż powoli, ponieważ hamowane było przez ciągłe ataki Al-Shabaab. Można wciąż obejrzeć zdjęcia Mogadiszu z lat siedemdziesiątych. Patrząc na to miasto dzisiaj, trudno sobie wyobrazić, że jest tym samym , co na starych fotografiach. Jeszcze trudniej zrozumieć, jak ludzie żyli w czasie, gdy państwo i prawo przestały tu istnieć, oraz jak – pomimo przemian – nadal żyją w tym mieście. Przez mroczny okres prawa warlordów powstał pewien, w pełni zasłużony, stereotyp tego miasta jako ekstremalnie niebezpiecznego, które nawet dziennikarze określali jako „no go”, ze względu na wysokie ryzyko.

Ale to miasto, które było symbolem strachu, cierpienia i śmierci, jest też symbolem nadziei. Tego, że przy wsparciu społeczności międzynarodowej, takie miejsca mogą się odmienić i powrócić do normalności. A ci przerażający Somalijczycy na miejscu okazują się przemiłymi i ciągle, mimo ich rzeczywistości, uśmiechniętymi ludźmi, których jedynym marzeniem jest normalnie żyć w mieście, które znów  stanie się „perłą oceanu”.

Mogadiszu jest stolicą Somalii, państwa położonego w tzw. Rogu Afryki. W roku 1960 uzyskała niepodległość – z połączenia Somali Brytyjskiego i Włoskiego powstała Republika Somalii, kończąc okres kolonialny w swojej historii. Powoli budowane struktury nowego państwa zachwiały się, gdy w roku 1969 został zamordowany ówczesny prezydent Abdirashid Ali Shermarke. Niedługo potem nastąpił bezkrwawy zamach stanu zorganizowany przez generała Mohammeda Siada Barrego, który  de facto przejął władzę, stojąc na czele nowo powstałej Najwyższej Rady Rewolucyjnej.

Siad Barre, który w latach sześćdziesiątych odbył szkolenie wojskowe w Moskwie, został propagatorem systemu marksistowskiego i po przejęciu władzy próbował wprowadzić w Somalii socjalizm oparty na Koranie i marksizmie. W myśl jego – aresztowano członków byłego rządu, rozwiązano partie polityczne, parlament oraz Sąd Najwyższy, a także zawieszono konstytucję. Ale równocześnie Mogadiszu zmieniło się w nowoczesne, rozwijające się i piękne miasto. Pokryte białymi domami, położonymi na brzegu Oceanu Indyjskiego, było nazywane „perłą oceanu” i mogło się stać wspaniałym kurortem wypoczynkowym.

Nigdy jednak do tego nie doszło. W niedługim czasie rozpoczęła się wojna z odwiecznym wrogiem – Etiopią, a potem kolejne, w których Somalia stała się pionkiem, w zimnowojennych rozgrywkach mocarstw Zachodu i Związku Radzieckiego o strefy wpływów na świecie.

Siad Barre prowadził politykę, która miała wykorzenić system oparty na podziałach klanowych. Niestety, by utrzymać się przy władzy, sam otaczał się ludźmi ze swojego klanu i doprowadził do sytuacji, gdy coraz więcej Somalijczyków było rozczarowanych polityką reżimu, który dążył do wprowadzenia systemu totalitarnego, aż finalnie wywołało to wojnę domową. Powoli toczył się proces degradacji państwa, aż osiągnął taki punkt, że w latach dziewięćdziesiątych rząd, system oraz po prostu państwo się rozpadło i nastał czas warlordów.

Rozpoczął się mroczny okres, kiedy dla Somalijczyków prawo przestało istnieć a worlordowie z gangami i milicjami przejęli kontrolę nad Mogadiszu. Nastąpił czas strachu, biedy, głodu i śmierci, o których mieszkańcy miasta do dzisiaj niechętnie mówią. To wtedy odbyła się tam niesławna, okrutna bitwa, opisana i zekranizowana później w filmie „Helikopter w ogniu” , podczas której zginęło osiemnastu żołnierzy amerykańskich i ponad tysiąc Somalijczyków.

Koniec lat dziewięćdziesiątych był czasem, kiedy obywatele Somalii postanowili podjąć próbę odbudowy kraju. Wielu z nich powróciło z uchodźstwa i w 2004 r. stworzyło przejściowy rząd federalny.

W 2006 r. powstał również Związek Sądów Islamskich, założony przez sądy szariackie, który przy pomocy jednego z warlordów doprowadził do upadku pozostałych milicji i gangów oraz przejął władzę w mieście.

Wojna domowa toczyła się dalej, tylko teraz pomiędzy przejściowym rządem federalnym, wspieranym przez armię etiopską i uznawanym przez społeczność międzynarodową, a ugrupowaniami wspierającymi sądy islamskie. Rząd przejściowy z pomocą armii etiopskiej i wojsk Unii Afrykańskiej pokonał siły islamistów i zdobył panowanie w stolicy Somalii, gdzie przeniósł się ze swojej dotychczasowej siedziby w Baidoa. Pokonany Związek Sądów Islamskich rozpadł się na mniejsze grupy i w tym czasie uformowała się organizacja AL-Shabaab, uznawana za terrorystyczną, która rozpoczęła walkę z rządem generalnym. Do dzisiaj ją prowadzi i jest odpowiedzialna za wiele krwawych ataków bombowych w Mogadishu.

Od tego momentu miasto zaczęło powracać do życia, prawa i cywilizacji, chociaż powoli, ponieważ hamowane było przez ciągłe ataki Al-Shabaab. Można wciąż obejrzeć zdjęcia Mogadiszu z lat siedemdziesiątych. Patrząc na to miasto dzisiaj, trudno sobie wyobrazić, że jest tym samym , co na starych fotografiach. Jeszcze trudniej zrozumieć, jak ludzie żyli w czasie, gdy państwo i prawo przestały tu istnieć, oraz jak – pomimo przemian – nadal żyją w tym mieście. Przez mroczny okres prawa warlordów powstał pewien, w pełni zasłużony, stereotyp tego miasta jako ekstremalnie niebezpiecznego, które nawet dziennikarze określali jako „no go”, ze względu na wysokie ryzyko.

Ale to miasto, które było symbolem strachu, cierpienia i śmierci, jest też symbolem nadziei. Tego, że przy wsparciu społeczności międzynarodowej, takie miejsca mogą się odmienić i powrócić do normalności. A ci przerażający Somalijczycy na miejscu okazują się przemiłymi i ciągle, mimo ich rzeczywistości, uśmiechniętymi ludźmi, których jedynym marzeniem jest normalnie żyć w mieście, które znów  stanie się „perłą oceanu”.

Mogadiszu jest stolicą Somalii, państwa położonego w tzw. Rogu Afryki. W roku 1960 uzyskała niepodległość – z połączenia Somali Brytyjskiego i Włoskiego powstała Republika Somalii, kończąc okres kolonialny w swojej historii. Powoli budowane struktury nowego państwa zachwiały się, gdy w roku 1969 został zamordowany ówczesny prezydent Abdirashid Ali Shermarke. Niedługo potem nastąpił bezkrwawy zamach stanu zorganizowany przez generała Mohammeda Siada Barrego, który  de facto przejął władzę, stojąc na czele nowo powstałej Najwyższej Rady Rewolucyjnej.

Siad Barre, który w latach sześćdziesiątych odbył szkolenie wojskowe w Moskwie, został propagatorem systemu marksistowskiego i po przejęciu władzy próbował wprowadzić w Somalii socjalizm oparty na Koranie i marksizmie. W myśl jego – aresztowano członków byłego rządu, rozwiązano partie polityczne, parlament oraz Sąd Najwyższy, a także zawieszono konstytucję. Ale równocześnie Mogadiszu zmieniło się w nowoczesne, rozwijające się i piękne miasto. Pokryte białymi domami, położonymi na brzegu Oceanu Indyjskiego, było nazywane „perłą oceanu” i mogło się stać wspaniałym kurortem wypoczynkowym.

Nigdy jednak do tego nie doszło. W niedługim czasie rozpoczęła się wojna z odwiecznym wrogiem – Etiopią, a potem kolejne, w których Somalia stała się pionkiem, w zimnowojennych rozgrywkach mocarstw Zachodu i Związku Radzieckiego o strefy wpływów na świecie.

Siad Barre prowadził politykę, która miała wykorzenić system oparty na podziałach klanowych. Niestety, by utrzymać się przy władzy, sam otaczał się ludźmi ze swojego klanu i doprowadził do sytuacji, gdy coraz więcej Somalijczyków było rozczarowanych polityką reżimu, który dążył do wprowadzenia systemu totalitarnego, aż finalnie wywołało to wojnę domową. Powoli toczył się proces degradacji państwa, aż osiągnął taki punkt, że w latach dziewięćdziesiątych rząd, system oraz po prostu państwo się rozpadło i nastał czas warlordów.

Rozpoczął się mroczny okres, kiedy dla Somalijczyków prawo przestało istnieć a worlordowie z gangami i milicjami przejęli kontrolę nad Mogadiszu. Nastąpił czas strachu, biedy, głodu i śmierci, o których mieszkańcy miasta do dzisiaj niechętnie mówią. To wtedy odbyła się tam niesławna, okrutna bitwa, opisana i zekranizowana później w filmie „Helikopter w ogniu” , podczas której zginęło osiemnastu żołnierzy amerykańskich i ponad tysiąc Somalijczyków.

Koniec lat dziewięćdziesiątych był czasem, kiedy obywatele Somalii postanowili podjąć próbę odbudowy kraju. Wielu z nich powróciło z uchodźstwa i w 2004 r. stworzyło przejściowy rząd federalny.

W 2006 r. powstał również Związek Sądów Islamskich, założony przez sądy szariackie, który przy pomocy jednego z warlordów doprowadził do upadku pozostałych milicji i gangów oraz przejął władzę w mieście.

Wojna domowa toczyła się dalej, tylko teraz pomiędzy przejściowym rządem federalnym, wspieranym przez armię etiopską i uznawanym przez społeczność międzynarodową, a ugrupowaniami wspierającymi sądy islamskie. Rząd przejściowy z pomocą armii etiopskiej i wojsk Unii Afrykańskiej pokonał siły islamistów i zdobył panowanie w stolicy Somalii, gdzie przeniósł się ze swojej dotychczasowej siedziby w Baidoa. Pokonany Związek Sądów Islamskich rozpadł się na mniejsze grupy i w tym czasie uformowała się organizacja AL-Shabaab, uznawana za terrorystyczną, która rozpoczęła walkę z rządem generalnym. Do dzisiaj ją prowadzi i jest odpowiedzialna za wiele krwawych ataków bombowych w Mogadishu.

Od tego momentu miasto zaczęło powracać do życia, prawa i cywilizacji, chociaż powoli, ponieważ hamowane było przez ciągłe ataki Al-Shabaab. Można wciąż obejrzeć zdjęcia Mogadiszu z lat siedemdziesiątych. Patrząc na to miasto dzisiaj, trudno sobie wyobrazić, że jest tym samym , co na starych fotografiach. Jeszcze trudniej zrozumieć, jak ludzie żyli w czasie, gdy państwo i prawo przestały tu istnieć, oraz jak – pomimo przemian – nadal żyją w tym mieście. Przez mroczny okres prawa warlordów powstał pewien, w pełni zasłużony, stereotyp tego miasta jako ekstremalnie niebezpiecznego, które nawet dziennikarze określali jako „no go”, ze względu na wysokie ryzyko.

Ale to miasto, które było symbolem strachu, cierpienia i śmierci, jest też symbolem nadziei. Tego, że przy wsparciu społeczności międzynarodowej, takie miejsca mogą się odmienić i powrócić do normalności. A ci przerażający Somalijczycy na miejscu okazują się przemiłymi i ciągle, mimo ich rzeczywistości, uśmiechniętymi ludźmi, których jedynym marzeniem jest normalnie żyć w mieście, które znów  stanie się „perłą oceanu”.

Mogadiszu jest stolicą Somalii, państwa położonego w tzw. Rogu Afryki. W roku 1960 uzyskała niepodległość – z połączenia Somali Brytyjskiego i Włoskiego powstała Republika Somalii, kończąc okres kolonialny w swojej historii. Powoli budowane struktury nowego państwa zachwiały się, gdy w roku 1969 został zamordowany ówczesny prezydent Abdirashid Ali Shermarke. Niedługo potem nastąpił bezkrwawy zamach stanu zorganizowany przez generała Mohammeda Siada Barrego, który  de facto przejął władzę, stojąc na czele nowo powstałej Najwyższej Rady Rewolucyjnej.

Siad Barre, który w latach sześćdziesiątych odbył szkolenie wojskowe w Moskwie, został propagatorem systemu marksistowskiego i po przejęciu władzy próbował wprowadzić w Somalii socjalizm oparty na Koranie i marksizmie. W myśl jego – aresztowano członków byłego rządu, rozwiązano partie polityczne, parlament oraz Sąd Najwyższy, a także zawieszono konstytucję. Ale równocześnie Mogadiszu zmieniło się w nowoczesne, rozwijające się i piękne miasto. Pokryte białymi domami, położonymi na brzegu Oceanu Indyjskiego, było nazywane „perłą oceanu” i mogło się stać wspaniałym kurortem wypoczynkowym.

Nigdy jednak do tego nie doszło. W niedługim czasie rozpoczęła się wojna z odwiecznym wrogiem – Etiopią, a potem kolejne, w których Somalia stała się pionkiem, w zimnowojennych rozgrywkach mocarstw Zachodu i Związku Radzieckiego o strefy wpływów na świecie.

Siad Barre prowadził politykę, która miała wykorzenić system oparty na podziałach klanowych. Niestety, by utrzymać się przy władzy, sam otaczał się ludźmi ze swojego klanu i doprowadził do sytuacji, gdy coraz więcej Somalijczyków było rozczarowanych polityką reżimu, który dążył do wprowadzenia systemu totalitarnego, aż finalnie wywołało to wojnę domową. Powoli toczył się proces degradacji państwa, aż osiągnął taki punkt, że w latach dziewięćdziesiątych rząd, system oraz po prostu państwo się rozpadło i nastał czas warlordów.

Rozpoczął się mroczny okres, kiedy dla Somalijczyków prawo przestało istnieć a worlordowie z gangami i milicjami przejęli kontrolę nad Mogadiszu. Nastąpił czas strachu, biedy, głodu i śmierci, o których mieszkańcy miasta do dzisiaj niechętnie mówią. To wtedy odbyła się tam niesławna, okrutna bitwa, opisana i zekranizowana później w filmie „Helikopter w ogniu” , podczas której zginęło osiemnastu żołnierzy amerykańskich i ponad tysiąc Somalijczyków.

Koniec lat dziewięćdziesiątych był czasem, kiedy obywatele Somalii postanowili podjąć próbę odbudowy kraju. Wielu z nich powróciło z uchodźstwa i w 2004 r. stworzyło przejściowy rząd federalny.

W 2006 r. powstał również Związek Sądów Islamskich, założony przez sądy szariackie, który przy pomocy jednego z warlordów doprowadził do upadku pozostałych milicji i gangów oraz przejął władzę w mieście.

Wojna domowa toczyła się dalej, tylko teraz pomiędzy przejściowym rządem federalnym, wspieranym przez armię etiopską i uznawanym przez społeczność międzynarodową, a ugrupowaniami wspierającymi sądy islamskie. Rząd przejściowy z pomocą armii etiopskiej i wojsk Unii Afrykańskiej pokonał siły islamistów i zdobył panowanie w stolicy Somalii, gdzie przeniósł się ze swojej dotychczasowej siedziby w Baidoa. Pokonany Związek Sądów Islamskich rozpadł się na mniejsze grupy i w tym czasie uformowała się organizacja AL-Shabaab, uznawana za terrorystyczną, która rozpoczęła walkę z rządem generalnym. Do dzisiaj ją prowadzi i jest odpowiedzialna za wiele krwawych ataków bombowych w Mogadishu.

Od tego momentu miasto zaczęło powracać do życia, prawa i cywilizacji, chociaż powoli, ponieważ hamowane było przez ciągłe ataki Al-Shabaab. Można wciąż obejrzeć zdjęcia Mogadiszu z lat siedemdziesiątych. Patrząc na to miasto dzisiaj, trudno sobie wyobrazić, że jest tym samym , co na starych fotografiach. Jeszcze trudniej zrozumieć, jak ludzie żyli w czasie, gdy państwo i prawo przestały tu istnieć, oraz jak – pomimo przemian – nadal żyją w tym mieście. Przez mroczny okres prawa warlordów powstał pewien, w pełni zasłużony, stereotyp tego miasta jako ekstremalnie niebezpiecznego, które nawet dziennikarze określali jako „no go”, ze względu na wysokie ryzyko.

Ale to miasto, które było symbolem strachu, cierpienia i śmierci, jest też symbolem nadziei. Tego, że przy wsparciu społeczności międzynarodowej, takie miejsca mogą się odmienić i powrócić do normalności. A ci przerażający Somalijczycy na miejscu okazują się przemiłymi i ciągle, mimo ich rzeczywistości, uśmiechniętymi ludźmi, których jedynym marzeniem jest normalnie żyć w mieście, które znów  stanie się „perłą oceanu”.

Mogadiszu jest stolicą Somalii, państwa położonego w tzw. Rogu Afryki. W roku 1960 uzyskała niepodległość – z połączenia Somali Brytyjskiego i Włoskiego powstała Republika Somalii, kończąc okres kolonialny w swojej historii. Powoli budowane struktury nowego państwa zachwiały się, gdy w roku 1969 został zamordowany ówczesny prezydent Abdirashid Ali Shermarke. Niedługo potem nastąpił bezkrwawy zamach stanu zorganizowany przez generała Mohammeda Siada Barrego, który  de facto przejął władzę, stojąc na czele nowo powstałej Najwyższej Rady Rewolucyjnej.

Siad Barre, który w latach sześćdziesiątych odbył szkolenie wojskowe w Moskwie, został propagatorem systemu marksistowskiego i po przejęciu władzy próbował wprowadzić w Somalii socjalizm oparty na Koranie i marksizmie. W myśl jego – aresztowano członków byłego rządu, rozwiązano partie polityczne, parlament oraz Sąd Najwyższy, a także zawieszono konstytucję. Ale równocześnie Mogadiszu zmieniło się w nowoczesne, rozwijające się i piękne miasto. Pokryte białymi domami, położonymi na brzegu Oceanu Indyjskiego, było nazywane „perłą oceanu” i mogło się stać wspaniałym kurortem wypoczynkowym.

Nigdy jednak do tego nie doszło. W niedługim czasie rozpoczęła się wojna z odwiecznym wrogiem – Etiopią, a potem kolejne, w których Somalia stała się pionkiem, w zimnowojennych rozgrywkach mocarstw Zachodu i Związku Radzieckiego o strefy wpływów na świecie.

Siad Barre prowadził politykę, która miała wykorzenić system oparty na podziałach klanowych. Niestety, by utrzymać się przy władzy, sam otaczał się ludźmi ze swojego klanu i doprowadził do sytuacji, gdy coraz więcej Somalijczyków było rozczarowanych polityką reżimu, który dążył do wprowadzenia systemu totalitarnego, aż finalnie wywołało to wojnę domową. Powoli toczył się proces degradacji państwa, aż osiągnął taki punkt, że w latach dziewięćdziesiątych rząd, system oraz po prostu państwo się rozpadło i nastał czas warlordów.

Rozpoczął się mroczny okres, kiedy dla Somalijczyków prawo przestało istnieć a worlordowie z gangami i milicjami przejęli kontrolę nad Mogadiszu. Nastąpił czas strachu, biedy, głodu i śmierci, o których mieszkańcy miasta do dzisiaj niechętnie mówią. To wtedy odbyła się tam niesławna, okrutna bitwa, opisana i zekranizowana później w filmie „Helikopter w ogniu” , podczas której zginęło osiemnastu żołnierzy amerykańskich i ponad tysiąc Somalijczyków.

Koniec lat dziewięćdziesiątych był czasem, kiedy obywatele Somalii postanowili podjąć próbę odbudowy kraju. Wielu z nich powróciło z uchodźstwa i w 2004 r. stworzyło przejściowy rząd federalny.

W 2006 r. powstał również Związek Sądów Islamskich, założony przez sądy szariackie, który przy pomocy jednego z warlordów doprowadził do upadku pozostałych milicji i gangów oraz przejął władzę w mieście.

Wojna domowa toczyła się dalej, tylko teraz pomiędzy przejściowym rządem federalnym, wspieranym przez armię etiopską i uznawanym przez społeczność międzynarodową, a ugrupowaniami wspierającymi sądy islamskie. Rząd przejściowy z pomocą armii etiopskiej i wojsk Unii Afrykańskiej pokonał siły islamistów i zdobył panowanie w stolicy Somalii, gdzie przeniósł się ze swojej dotychczasowej siedziby w Baidoa. Pokonany Związek Sądów Islamskich rozpadł się na mniejsze grupy i w tym czasie uformowała się organizacja AL-Shabaab, uznawana za terrorystyczną, która rozpoczęła walkę z rządem generalnym. Do dzisiaj ją prowadzi i jest odpowiedzialna za wiele krwawych ataków bombowych w Mogadishu.

Od tego momentu miasto zaczęło powracać do życia, prawa i cywilizacji, chociaż powoli, ponieważ hamowane było przez ciągłe ataki Al-Shabaab. Można wciąż obejrzeć zdjęcia Mogadiszu z lat siedemdziesiątych. Patrząc na to miasto dzisiaj, trudno sobie wyobrazić, że jest tym samym , co na starych fotografiach. Jeszcze trudniej zrozumieć, jak ludzie żyli w czasie, gdy państwo i prawo przestały tu istnieć, oraz jak – pomimo przemian – nadal żyją w tym mieście. Przez mroczny okres prawa warlordów powstał pewien, w pełni zasłużony, stereotyp tego miasta jako ekstremalnie niebezpiecznego, które nawet dziennikarze określali jako „no go”, ze względu na wysokie ryzyko.

Ale to miasto, które było symbolem strachu, cierpienia i śmierci, jest też symbolem nadziei. Tego, że przy wsparciu społeczności międzynarodowej, takie miejsca mogą się odmienić i powrócić do normalności. A ci przerażający Somalijczycy na miejscu okazują się przemiłymi i ciągle, mimo ich rzeczywistości, uśmiechniętymi ludźmi, których jedynym marzeniem jest normalnie żyć w mieście, które znów  stanie się „perłą oceanu”.

Mogadiszu jest stolicą Somalii, państwa położonego w tzw. Rogu Afryki. W roku 1960 uzyskała niepodległość – z połączenia Somali Brytyjskiego i Włoskiego powstała Republika Somalii, kończąc okres kolonialny w swojej historii. Powoli budowane struktury nowego państwa zachwiały się, gdy w roku 1969 został zamordowany ówczesny prezydent Abdirashid Ali Shermarke. Niedługo potem nastąpił bezkrwawy zamach stanu zorganizowany przez generała Mohammeda Siada Barrego, który  de facto przejął władzę, stojąc na czele nowo powstałej Najwyższej Rady Rewolucyjnej.

Siad Barre, który w latach sześćdziesiątych odbył szkolenie wojskowe w Moskwie, został propagatorem systemu marksistowskiego i po przejęciu władzy próbował wprowadzić w Somalii socjalizm oparty na Koranie i marksizmie. W myśl jego – aresztowano członków byłego rządu, rozwiązano partie polityczne, parlament oraz Sąd Najwyższy, a także zawieszono konstytucję. Ale równocześnie Mogadiszu zmieniło się w nowoczesne, rozwijające się i piękne miasto. Pokryte białymi domami, położonymi na brzegu Oceanu Indyjskiego, było nazywane „perłą oceanu” i mogło się stać wspaniałym kurortem wypoczynkowym.

Nigdy jednak do tego nie doszło. W niedługim czasie rozpoczęła się wojna z odwiecznym wrogiem – Etiopią, a potem kolejne, w których Somalia stała się pionkiem, w zimnowojennych rozgrywkach mocarstw Zachodu i Związku Radzieckiego o strefy wpływów na świecie.

Siad Barre prowadził politykę, która miała wykorzenić system oparty na podziałach klanowych. Niestety, by utrzymać się przy władzy, sam otaczał się ludźmi ze swojego klanu i doprowadził do sytuacji, gdy coraz więcej Somalijczyków było rozczarowanych polityką reżimu, który dążył do wprowadzenia systemu totalitarnego, aż finalnie wywołało to wojnę domową. Powoli toczył się proces degradacji państwa, aż osiągnął taki punkt, że w latach dziewięćdziesiątych rząd, system oraz po prostu państwo się rozpadło i nastał czas warlordów.

Rozpoczął się mroczny okres, kiedy dla Somalijczyków prawo przestało istnieć a worlordowie z gangami i milicjami przejęli kontrolę nad Mogadiszu. Nastąpił czas strachu, biedy, głodu i śmierci, o których mieszkańcy miasta do dzisiaj niechętnie mówią. To wtedy odbyła się tam niesławna, okrutna bitwa, opisana i zekranizowana później w filmie „Helikopter w ogniu” , podczas której zginęło osiemnastu żołnierzy amerykańskich i ponad tysiąc Somalijczyków.

Koniec lat dziewięćdziesiątych był czasem, kiedy obywatele Somalii postanowili podjąć próbę odbudowy kraju. Wielu z nich powróciło z uchodźstwa i w 2004 r. stworzyło przejściowy rząd federalny.

W 2006 r. powstał również Związek Sądów Islamskich, założony przez sądy szariackie, który przy pomocy jednego z warlordów doprowadził do upadku pozostałych milicji i gangów oraz przejął władzę w mieście.

Wojna domowa toczyła się dalej, tylko teraz pomiędzy przejściowym rządem federalnym, wspieranym przez armię etiopską i uznawanym przez społeczność międzynarodową, a ugrupowaniami wspierającymi sądy islamskie. Rząd przejściowy z pomocą armii etiopskiej i wojsk Unii Afrykańskiej pokonał siły islamistów i zdobył panowanie w stolicy Somalii, gdzie przeniósł się ze swojej dotychczasowej siedziby w Baidoa. Pokonany Związek Sądów Islamskich rozpadł się na mniejsze grupy i w tym czasie uformowała się organizacja AL-Shabaab, uznawana za terrorystyczną, która rozpoczęła walkę z rządem generalnym. Do dzisiaj ją prowadzi i jest odpowiedzialna za wiele krwawych ataków bombowych w Mogadishu.

Od tego momentu miasto zaczęło powracać do życia, prawa i cywilizacji, chociaż powoli, ponieważ hamowane było przez ciągłe ataki Al-Shabaab. Można wciąż obejrzeć zdjęcia Mogadiszu z lat siedemdziesiątych. Patrząc na to miasto dzisiaj, trudno sobie wyobrazić, że jest tym samym , co na starych fotografiach. Jeszcze trudniej zrozumieć, jak ludzie żyli w czasie, gdy państwo i prawo przestały tu istnieć, oraz jak – pomimo przemian – nadal żyją w tym mieście. Przez mroczny okres prawa warlordów powstał pewien, w pełni zasłużony, stereotyp tego miasta jako ekstremalnie niebezpiecznego, które nawet dziennikarze określali jako „no go”, ze względu na wysokie ryzyko.

Ale to miasto, które było symbolem strachu, cierpienia i śmierci, jest też symbolem nadziei. Tego, że przy wsparciu społeczności międzynarodowej, takie miejsca mogą się odmienić i powrócić do normalności. A ci przerażający Somalijczycy na miejscu okazują się przemiłymi i ciągle, mimo ich rzeczywistości, uśmiechniętymi ludźmi, których jedynym marzeniem jest normalnie żyć w mieście, które znów  stanie się „perłą oceanu”.

Mogadiszu jest stolicą Somalii, państwa położonego w tzw. Rogu Afryki. W roku 1960 uzyskała niepodległość – z połączenia Somali Brytyjskiego i Włoskiego powstała Republika Somalii, kończąc okres kolonialny w swojej historii. Powoli budowane struktury nowego państwa zachwiały się, gdy w roku 1969 został zamordowany ówczesny prezydent Abdirashid Ali Shermarke. Niedługo potem nastąpił bezkrwawy zamach stanu zorganizowany przez generała Mohammeda Siada Barrego, który  de facto przejął władzę, stojąc na czele nowo powstałej Najwyższej Rady Rewolucyjnej.

Siad Barre, który w latach sześćdziesiątych odbył szkolenie wojskowe w Moskwie, został propagatorem systemu marksistowskiego i po przejęciu władzy próbował wprowadzić w Somalii socjalizm oparty na Koranie i marksizmie. W myśl jego – aresztowano członków byłego rządu, rozwiązano partie polityczne, parlament oraz Sąd Najwyższy, a także zawieszono konstytucję. Ale równocześnie Mogadiszu zmieniło się w nowoczesne, rozwijające się i piękne miasto. Pokryte białymi domami, położonymi na brzegu Oceanu Indyjskiego, było nazywane „perłą oceanu” i mogło się stać wspaniałym kurortem wypoczynkowym.

Nigdy jednak do tego nie doszło. W niedługim czasie rozpoczęła się wojna z odwiecznym wrogiem – Etiopią, a potem kolejne, w których Somalia stała się pionkiem, w zimnowojennych rozgrywkach mocarstw Zachodu i Związku Radzieckiego o strefy wpływów na świecie.

Siad Barre prowadził politykę, która miała wykorzenić system oparty na podziałach klanowych. Niestety, by utrzymać się przy władzy, sam otaczał się ludźmi ze swojego klanu i doprowadził do sytuacji, gdy coraz więcej Somalijczyków było rozczarowanych polityką reżimu, który dążył do wprowadzenia systemu totalitarnego, aż finalnie wywołało to wojnę domową. Powoli toczył się proces degradacji państwa, aż osiągnął taki punkt, że w latach dziewięćdziesiątych rząd, system oraz po prostu państwo się rozpadło i nastał czas warlordów.

Rozpoczął się mroczny okres, kiedy dla Somalijczyków prawo przestało istnieć a worlordowie z gangami i milicjami przejęli kontrolę nad Mogadiszu. Nastąpił czas strachu, biedy, głodu i śmierci, o których mieszkańcy miasta do dzisiaj niechętnie mówią. To wtedy odbyła się tam niesławna, okrutna bitwa, opisana i zekranizowana później w filmie „Helikopter w ogniu” , podczas której zginęło osiemnastu żołnierzy amerykańskich i ponad tysiąc Somalijczyków.

Koniec lat dziewięćdziesiątych był czasem, kiedy obywatele Somalii postanowili podjąć próbę odbudowy kraju. Wielu z nich powróciło z uchodźstwa i w 2004 r. stworzyło przejściowy rząd federalny.

W 2006 r. powstał również Związek Sądów Islamskich, założony przez sądy szariackie, który przy pomocy jednego z warlordów doprowadził do upadku pozostałych milicji i gangów oraz przejął władzę w mieście.

Wojna domowa toczyła się dalej, tylko teraz pomiędzy przejściowym rządem federalnym, wspieranym przez armię etiopską i uznawanym przez społeczność międzynarodową, a ugrupowaniami wspierającymi sądy islamskie. Rząd przejściowy z pomocą armii etiopskiej i wojsk Unii Afrykańskiej pokonał siły islamistów i zdobył panowanie w stolicy Somalii, gdzie przeniósł się ze swojej dotychczasowej siedziby w Baidoa. Pokonany Związek Sądów Islamskich rozpadł się na mniejsze grupy i w tym czasie uformowała się organizacja AL-Shabaab, uznawana za terrorystyczną, która rozpoczęła walkę z rządem generalnym. Do dzisiaj ją prowadzi i jest odpowiedzialna za wiele krwawych ataków bombowych w Mogadishu.

Od tego momentu miasto zaczęło powracać do życia, prawa i cywilizacji, chociaż powoli, ponieważ hamowane było przez ciągłe ataki Al-Shabaab. Można wciąż obejrzeć zdjęcia Mogadiszu z lat siedemdziesiątych. Patrząc na to miasto dzisiaj, trudno sobie wyobrazić, że jest tym samym , co na starych fotografiach. Jeszcze trudniej zrozumieć, jak ludzie żyli w czasie, gdy państwo i prawo przestały tu istnieć, oraz jak – pomimo przemian – nadal żyją w tym mieście. Przez mroczny okres prawa warlordów powstał pewien, w pełni zasłużony, stereotyp tego miasta jako ekstremalnie niebezpiecznego, które nawet dziennikarze określali jako „no go”, ze względu na wysokie ryzyko.

Ale to miasto, które było symbolem strachu, cierpienia i śmierci, jest też symbolem nadziei. Tego, że przy wsparciu społeczności międzynarodowej, takie miejsca mogą się odmienić i powrócić do normalności. A ci przerażający Somalijczycy na miejscu okazują się przemiłymi i ciągle, mimo ich rzeczywistości, uśmiechniętymi ludźmi, których jedynym marzeniem jest normalnie żyć w mieście, które znów  stanie się „perłą oceanu”.

Mogadiszu jest stolicą Somalii, państwa położonego w tzw. Rogu Afryki. W roku 1960 uzyskała niepodległość – z połączenia Somali Brytyjskiego i Włoskiego powstała Republika Somalii, kończąc okres kolonialny w swojej historii. Powoli budowane struktury nowego państwa zachwiały się, gdy w roku 1969 został zamordowany ówczesny prezydent Abdirashid Ali Shermarke. Niedługo potem nastąpił bezkrwawy zamach stanu zorganizowany przez generała Mohammeda Siada Barrego, który  de facto przejął władzę, stojąc na czele nowo powstałej Najwyższej Rady Rewolucyjnej.

Siad Barre, który w latach sześćdziesiątych odbył szkolenie wojskowe w Moskwie, został propagatorem systemu marksistowskiego i po przejęciu władzy próbował wprowadzić w Somalii socjalizm oparty na Koranie i marksizmie. W myśl jego – aresztowano członków byłego rządu, rozwiązano partie polityczne, parlament oraz Sąd Najwyższy, a także zawieszono konstytucję. Ale równocześnie Mogadiszu zmieniło się w nowoczesne, rozwijające się i piękne miasto. Pokryte białymi domami, położonymi na brzegu Oceanu Indyjskiego, było nazywane „perłą oceanu” i mogło się stać wspaniałym kurortem wypoczynkowym.

Nigdy jednak do tego nie doszło. W niedługim czasie rozpoczęła się wojna z odwiecznym wrogiem – Etiopią, a potem kolejne, w których Somalia stała się pionkiem, w zimnowojennych rozgrywkach mocarstw Zachodu i Związku Radzieckiego o strefy wpływów na świecie.

Siad Barre prowadził politykę, która miała wykorzenić system oparty na podziałach klanowych. Niestety, by utrzymać się przy władzy, sam otaczał się ludźmi ze swojego klanu i doprowadził do sytuacji, gdy coraz więcej Somalijczyków było rozczarowanych polityką reżimu, który dążył do wprowadzenia systemu totalitarnego, aż finalnie wywołało to wojnę domową. Powoli toczył się proces degradacji państwa, aż osiągnął taki punkt, że w latach dziewięćdziesiątych rząd, system oraz po prostu państwo się rozpadło i nastał czas warlordów.

Rozpoczął się mroczny okres, kiedy dla Somalijczyków prawo przestało istnieć a worlordowie z gangami i milicjami przejęli kontrolę nad Mogadiszu. Nastąpił czas strachu, biedy, głodu i śmierci, o których mieszkańcy miasta do dzisiaj niechętnie mówią. To wtedy odbyła się tam niesławna, okrutna bitwa, opisana i zekranizowana później w filmie „Helikopter w ogniu” , podczas której zginęło osiemnastu żołnierzy amerykańskich i ponad tysiąc Somalijczyków.

Koniec lat dziewięćdziesiątych był czasem, kiedy obywatele Somalii postanowili podjąć próbę odbudowy kraju. Wielu z nich powróciło z uchodźstwa i w 2004 r. stworzyło przejściowy rząd federalny.

W 2006 r. powstał również Związek Sądów Islamskich, założony przez sądy szariackie, który przy pomocy jednego z warlordów doprowadził do upadku pozostałych milicji i gangów oraz przejął władzę w mieście.

Wojna domowa toczyła się dalej, tylko teraz pomiędzy przejściowym rządem federalnym, wspieranym przez armię etiopską i uznawanym przez społeczność międzynarodową, a ugrupowaniami wspierającymi sądy islamskie. Rząd przejściowy z pomocą armii etiopskiej i wojsk Unii Afrykańskiej pokonał siły islamistów i zdobył panowanie w stolicy Somalii, gdzie przeniósł się ze swojej dotychczasowej siedziby w Baidoa. Pokonany Związek Sądów Islamskich rozpadł się na mniejsze grupy i w tym czasie uformowała się organizacja AL-Shabaab, uznawana za terrorystyczną, która rozpoczęła walkę z rządem generalnym. Do dzisiaj ją prowadzi i jest odpowiedzialna za wiele krwawych ataków bombowych w Mogadishu.

Od tego momentu miasto zaczęło powracać do życia, prawa i cywilizacji, chociaż powoli, ponieważ hamowane było przez ciągłe ataki Al-Shabaab. Można wciąż obejrzeć zdjęcia Mogadiszu z lat siedemdziesiątych. Patrząc na to miasto dzisiaj, trudno sobie wyobrazić, że jest tym samym , co na starych fotografiach. Jeszcze trudniej zrozumieć, jak ludzie żyli w czasie, gdy państwo i prawo przestały tu istnieć, oraz jak – pomimo przemian – nadal żyją w tym mieście. Przez mroczny okres prawa warlordów powstał pewien, w pełni zasłużony, stereotyp tego miasta jako ekstremalnie niebezpiecznego, które nawet dziennikarze określali jako „no go”, ze względu na wysokie ryzyko.

Ale to miasto, które było symbolem strachu, cierpienia i śmierci, jest też symbolem nadziei. Tego, że przy wsparciu społeczności międzynarodowej, takie miejsca mogą się odmienić i powrócić do normalności. A ci przerażający Somalijczycy na miejscu okazują się przemiłymi i ciągle, mimo ich rzeczywistości, uśmiechniętymi ludźmi, których jedynym marzeniem jest normalnie żyć w mieście, które znów  stanie się „perłą oceanu”.

Mogadiszu jest stolicą Somalii, państwa położonego w tzw. Rogu Afryki. W roku 1960 uzyskała niepodległość – z połączenia Somali Brytyjskiego i Włoskiego powstała Republika Somalii, kończąc okres kolonialny w swojej historii. Powoli budowane struktury nowego państwa zachwiały się, gdy w roku 1969 został zamordowany ówczesny prezydent Abdirashid Ali Shermarke. Niedługo potem nastąpił bezkrwawy zamach stanu zorganizowany przez generała Mohammeda Siada Barrego, który  de facto przejął władzę, stojąc na czele nowo powstałej Najwyższej Rady Rewolucyjnej.

Siad Barre, który w latach sześćdziesiątych odbył szkolenie wojskowe w Moskwie, został propagatorem systemu marksistowskiego i po przejęciu władzy próbował wprowadzić w Somalii socjalizm oparty na Koranie i marksizmie. W myśl jego – aresztowano członków byłego rządu, rozwiązano partie polityczne, parlament oraz Sąd Najwyższy, a także zawieszono konstytucję. Ale równocześnie Mogadiszu zmieniło się w nowoczesne, rozwijające się i piękne miasto. Pokryte białymi domami, położonymi na brzegu Oceanu Indyjskiego, było nazywane „perłą oceanu” i mogło się stać wspaniałym kurortem wypoczynkowym.

Nigdy jednak do tego nie doszło. W niedługim czasie rozpoczęła się wojna z odwiecznym wrogiem – Etiopią, a potem kolejne, w których Somalia stała się pionkiem, w zimnowojennych rozgrywkach mocarstw Zachodu i Związku Radzieckiego o strefy wpływów na świecie.

Siad Barre prowadził politykę, która miała wykorzenić system oparty na podziałach klanowych. Niestety, by utrzymać się przy władzy, sam otaczał się ludźmi ze swojego klanu i doprowadził do sytuacji, gdy coraz więcej Somalijczyków było rozczarowanych polityką reżimu, który dążył do wprowadzenia systemu totalitarnego, aż finalnie wywołało to wojnę domową. Powoli toczył się proces degradacji państwa, aż osiągnął taki punkt, że w latach dziewięćdziesiątych rząd, system oraz po prostu państwo się rozpadło i nastał czas warlordów.

Rozpoczął się mroczny okres, kiedy dla Somalijczyków prawo przestało istnieć a worlordowie z gangami i milicjami przejęli kontrolę nad Mogadiszu. Nastąpił czas strachu, biedy, głodu i śmierci, o których mieszkańcy miasta do dzisiaj niechętnie mówią. To wtedy odbyła się tam niesławna, okrutna bitwa, opisana i zekranizowana później w filmie „Helikopter w ogniu” , podczas której zginęło osiemnastu żołnierzy amerykańskich i ponad tysiąc Somalijczyków.

Koniec lat dziewięćdziesiątych był czasem, kiedy obywatele Somalii postanowili podjąć próbę odbudowy kraju. Wielu z nich powróciło z uchodźstwa i w 2004 r. stworzyło przejściowy rząd federalny.

W 2006 r. powstał również Związek Sądów Islamskich, założony przez sądy szariackie, który przy pomocy jednego z warlordów doprowadził do upadku pozostałych milicji i gangów oraz przejął władzę w mieście.

Wojna domowa toczyła się dalej, tylko teraz pomiędzy przejściowym rządem federalnym, wspieranym przez armię etiopską i uznawanym przez społeczność międzynarodową, a ugrupowaniami wspierającymi sądy islamskie. Rząd przejściowy z pomocą armii etiopskiej i wojsk Unii Afrykańskiej pokonał siły islamistów i zdobył panowanie w stolicy Somalii, gdzie przeniósł się ze swojej dotychczasowej siedziby w Baidoa. Pokonany Związek Sądów Islamskich rozpadł się na mniejsze grupy i w tym czasie uformowała się organizacja AL-Shabaab, uznawana za terrorystyczną, która rozpoczęła walkę z rządem generalnym. Do dzisiaj ją prowadzi i jest odpowiedzialna za wiele krwawych ataków bombowych w Mogadishu.

Od tego momentu miasto zaczęło powracać do życia, prawa i cywilizacji, chociaż powoli, ponieważ hamowane było przez ciągłe ataki Al-Shabaab. Można wciąż obejrzeć zdjęcia Mogadiszu z lat siedemdziesiątych. Patrząc na to miasto dzisiaj, trudno sobie wyobrazić, że jest tym samym , co na starych fotografiach. Jeszcze trudniej zrozumieć, jak ludzie żyli w czasie, gdy państwo i prawo przestały tu istnieć, oraz jak – pomimo przemian – nadal żyją w tym mieście. Przez mroczny okres prawa warlordów powstał pewien, w pełni zasłużony, stereotyp tego miasta jako ekstremalnie niebezpiecznego, które nawet dziennikarze określali jako „no go”, ze względu na wysokie ryzyko.

Ale to miasto, które było symbolem strachu, cierpienia i śmierci, jest też symbolem nadziei. Tego, że przy wsparciu społeczności międzynarodowej, takie miejsca mogą się odmienić i powrócić do normalności. A ci przerażający Somalijczycy na miejscu okazują się przemiłymi i ciągle, mimo ich rzeczywistości, uśmiechniętymi ludźmi, których jedynym marzeniem jest normalnie żyć w mieście, które znów  stanie się „perłą oceanu”.

Zdjęcia oraz komentarz: Marcin Suder
***
Projekt graficzny: Arkadiusz Sołdon
Kodowanie: Piotr Kliks
Obróbka audio: Marcin Hinz

Ten materiał jak wszystkie nasze treści jest darmowy, dzięki dobrowolnym wpłatom od Was.

Dobre dziennikarstwo powinno być dostępne dla wszystkich bez wyjątku – potrzebujemy Twojego wsparcia, by dalej działać.

Zobacz pozostałe historie

Dzieci ulicy

Dzieci są ciągłością nas samych, dlatego tak trudno zaakceptować, gdy stają się ofiarami rzeczywistości, w której trwają. Nie jest znana dokładna liczba dzieci ulicy, żyjących w Mogadishu, ale uważa się, że jest ich około kilku tysięcy. Te zdziczałe, byłe dzieci-żołnierze, sieroty, żyjące na ulicach w grupach, których spoiwem są uzależniające, narkotyczne opary kleju, są symbolem okrutnych czasów, których miasto wraz ze swoimi mieszkańcami doświadczyli.

Wojna to nie tylko zabijanie, to wiele tragicznych historii, które produkuje wokół siebie.

Kiedy poruszasz się po Mogadiszu i jesteś uważnym obserwatorem, zauważysz na ulicach chłopców snujących się z zamglonymi oczami, troskliwie ściskającymi w rękach plastikową butelkę. Po jakimś czasie zdasz sobie sprawę, że to dzieci ulicy. Młodzi chłopcy, uzależnieni od narkotyków, noszący w swoich butelkach klej do wąchania.

W Somalii istnieje olbrzymi problem z uzależnieniem od narkotyków. Szczególnie z jednym, najbardziej pożądanym – khatem.

Często można zobaczyć ludzi, trzymających w ręce wiązanki drobnych patyczków z listkami. Kobiety nimi handlują na ulicy, a mężczyźni żują, siedząc w ulicznych kawiarniach lub po prostu na chodniku. To khat, który jest również bardzo popularny w Kenii i Jemenie.

Jest drogi i gdy nie ma pieniędzy pozostaje już tylko klej.

Często ofiarami wojny stają się dzieci. Nie tylko śmiertelnymi ofiarami. Wojna produkuje sieroty, ale także rodzice tracą swoje dzieci, które są porywane i siłą wcielane do wojska czy milicji. Potem, by stały się skutecznymi maszynami do zabijania, uzależnia się je od narkotyków. Wszystko po to, by stały się bezwolnymi, okrutnymi zabójcami, co pożera ich dusze i umysły równie skutecznie jak narkotyk.

Dzieciaki, gdy stają się w końcu niepotrzebne lub uda im się uwolnić i uciec, niestety z reguły lądują na ulicy, trawione przez uzależnienie, nieznające niczego poza zabijaniem.

By przeżyć, łączą się w grupy, które potem powiększają się o sieroty, które po śmierci rodziców, nie mając innych krewnych, lądują też na ulicy, a szansą przeżycia dla nich jest przyłączenie się do grupy. I, jak to bywa w zbiorowościach, podlegają wpływowi grupy i też uzależniają się od narkotyków.

Ich dni toczą się wokół prób zdobycia narkotyku, a czasem jedzenia. Przemierzają miasto, przeglądając śmietniki, żebrząc lub próbując coś ukraść. Liczy się tylko zaspokojenie głodu – najpierw narkotykowego, a później tego prawdziwego, ale ten jest mniej ważny.

Niektóre organizacje NGO stawiają im blaszane chatki, by nie spały na ulicy, ale grupy się powiększają i zaczyna brakować miejsca, więc część i tak śpi na ulicy lub pod mostem.

Są także organizacje prowadzące sierocińce, które wysyłają swoich pracowników, by znajdowali te dzieci na ulicy i sprowadzali je do sierocińca, ale nie jest to proste, ponieważ warunek to zerwanie z nałogiem i rozpoczęcie nauki. Do tego uzależnienie i wpływ grupy są bardzo mocne, a na dodatek w grupie dzieci potrafią być bardzo agresywne i niebezpieczne, więc niewiele z nich daje się przekonać i korzysta z szansy na nowe życie. Są także ludzie jak madame Fatima, żyjący w sąsiedztwie, którzy nie potrafią obojętnie przejść, patrząc na los tych dzieci i mimo że ich życie nie jest lekkie, starają się zebrać pieniądze lub żywność, żeby co jakiś czas ugotować im jeśli nie prawdziwy posiłek to chociaż ryż.

Moment, kiedy to miasto powróci do normalności, kiedy odbuduje się państwowość i społeczeństwo, to będzie chwila, kiedy te dzieci zostaną wyrwane ze szponów ulicy, nałogu i powrócą do wspólnoty.

Wojna to nie tylko zabijanie, to wiele tragicznych historii, które produkuje wokół siebie.

Kiedy poruszasz się po Mogadiszu i jesteś uważnym obserwatorem, zauważysz na ulicach chłopców snujących się z zamglonymi oczami, troskliwie ściskającymi w rękach plastikową butelkę. Po jakimś czasie zdasz sobie sprawę, że to dzieci ulicy. Młodzi chłopcy, uzależnieni od narkotyków, noszący w swoich butelkach klej do wąchania.

W Somalii istnieje olbrzymi problem z uzależnieniem od narkotyków. Szczególnie z jednym, najbardziej pożądanym – khatem.

Często można zobaczyć ludzi, trzymających w ręce wiązanki drobnych patyczków z listkami. Kobiety nimi handlują na ulicy, a mężczyźni żują, siedząc w ulicznych kawiarniach lub po prostu na chodniku. To khat, który jest również bardzo popularny w Kenii i Jemenie.

Jest drogi i gdy nie ma pieniędzy pozostaje już tylko klej.

Często ofiarami wojny stają się dzieci. Nie tylko śmiertelnymi ofiarami. Wojna produkuje sieroty, ale także rodzice tracą swoje dzieci, które są porywane i siłą wcielane do wojska czy milicji. Potem, by stały się skutecznymi maszynami do zabijania, uzależnia się je od narkotyków. Wszystko po to, by stały się bezwolnymi, okrutnymi zabójcami, co pożera ich dusze i umysły równie skutecznie jak narkotyk.

Dzieciaki, gdy stają się w końcu niepotrzebne lub uda im się uwolnić i uciec, niestety z reguły lądują na ulicy, trawione przez uzależnienie, nieznające niczego poza zabijaniem.

By przeżyć, łączą się w grupy, które potem powiększają się o sieroty, które po śmierci rodziców, nie mając innych krewnych, lądują też na ulicy, a szansą przeżycia dla nich jest przyłączenie się do grupy. I, jak to bywa w zbiorowościach, podlegają wpływowi grupy i też uzależniają się od narkotyków.

Ich dni toczą się wokół prób zdobycia narkotyku, a czasem jedzenia. Przemierzają miasto, przeglądając śmietniki, żebrząc lub próbując coś ukraść. Liczy się tylko zaspokojenie głodu – najpierw narkotykowego, a później tego prawdziwego, ale ten jest mniej ważny.

Niektóre organizacje NGO stawiają im blaszane chatki, by nie spały na ulicy, ale grupy się powiększają i zaczyna brakować miejsca, więc część i tak śpi na ulicy lub pod mostem.

Są także organizacje prowadzące sierocińce, które wysyłają swoich pracowników, by znajdowali te dzieci na ulicy i sprowadzali je do sierocińca, ale nie jest to proste, ponieważ warunek to zerwanie z nałogiem i rozpoczęcie nauki. Do tego uzależnienie i wpływ grupy są bardzo mocne, a na dodatek w grupie dzieci potrafią być bardzo agresywne i niebezpieczne, więc niewiele z nich daje się przekonać i korzysta z szansy na nowe życie. Są także ludzie jak madame Fatima, żyjący w sąsiedztwie, którzy nie potrafią obojętnie przejść, patrząc na los tych dzieci i mimo że ich życie nie jest lekkie, starają się zebrać pieniądze lub żywność, żeby co jakiś czas ugotować im jeśli nie prawdziwy posiłek to chociaż ryż.

Moment, kiedy to miasto powróci do normalności, kiedy odbuduje się państwowość i społeczeństwo, to będzie chwila, kiedy te dzieci zostaną wyrwane ze szponów ulicy, nałogu i powrócą do wspólnoty.

Wojna to nie tylko zabijanie, to wiele tragicznych historii, które produkuje wokół siebie.

Kiedy poruszasz się po Mogadiszu i jesteś uważnym obserwatorem, zauważysz na ulicach chłopców snujących się z zamglonymi oczami, troskliwie ściskającymi w rękach plastikową butelkę. Po jakimś czasie zdasz sobie sprawę, że to dzieci ulicy. Młodzi chłopcy, uzależnieni od narkotyków, noszący w swoich butelkach klej do wąchania.

W Somalii istnieje olbrzymi problem z uzależnieniem od narkotyków. Szczególnie z jednym, najbardziej pożądanym – khatem.

Często można zobaczyć ludzi, trzymających w ręce wiązanki drobnych patyczków z listkami. Kobiety nimi handlują na ulicy, a mężczyźni żują, siedząc w ulicznych kawiarniach lub po prostu na chodniku. To khat, który jest również bardzo popularny w Kenii i Jemenie.

Jest drogi i gdy nie ma pieniędzy pozostaje już tylko klej.

Często ofiarami wojny stają się dzieci. Nie tylko śmiertelnymi ofiarami. Wojna produkuje sieroty, ale także rodzice tracą swoje dzieci, które są porywane i siłą wcielane do wojska czy milicji. Potem, by stały się skutecznymi maszynami do zabijania, uzależnia się je od narkotyków. Wszystko po to, by stały się bezwolnymi, okrutnymi zabójcami, co pożera ich dusze i umysły równie skutecznie jak narkotyk.

Dzieciaki, gdy stają się w końcu niepotrzebne lub uda im się uwolnić i uciec, niestety z reguły lądują na ulicy, trawione przez uzależnienie, nieznające niczego poza zabijaniem.

By przeżyć, łączą się w grupy, które potem powiększają się o sieroty, które po śmierci rodziców, nie mając innych krewnych, lądują też na ulicy, a szansą przeżycia dla nich jest przyłączenie się do grupy. I, jak to bywa w zbiorowościach, podlegają wpływowi grupy i też uzależniają się od narkotyków.

Ich dni toczą się wokół prób zdobycia narkotyku, a czasem jedzenia. Przemierzają miasto, przeglądając śmietniki, żebrząc lub próbując coś ukraść. Liczy się tylko zaspokojenie głodu – najpierw narkotykowego, a później tego prawdziwego, ale ten jest mniej ważny.

Niektóre organizacje NGO stawiają im blaszane chatki, by nie spały na ulicy, ale grupy się powiększają i zaczyna brakować miejsca, więc część i tak śpi na ulicy lub pod mostem.

Są także organizacje prowadzące sierocińce, które wysyłają swoich pracowników, by znajdowali te dzieci na ulicy i sprowadzali je do sierocińca, ale nie jest to proste, ponieważ warunek to zerwanie z nałogiem i rozpoczęcie nauki. Do tego uzależnienie i wpływ grupy są bardzo mocne, a na dodatek w grupie dzieci potrafią być bardzo agresywne i niebezpieczne, więc niewiele z nich daje się przekonać i korzysta z szansy na nowe życie. Są także ludzie jak madame Fatima, żyjący w sąsiedztwie, którzy nie potrafią obojętnie przejść, patrząc na los tych dzieci i mimo że ich życie nie jest lekkie, starają się zebrać pieniądze lub żywność, żeby co jakiś czas ugotować im jeśli nie prawdziwy posiłek to chociaż ryż.

Moment, kiedy to miasto powróci do normalności, kiedy odbuduje się państwowość i społeczeństwo, to będzie chwila, kiedy te dzieci zostaną wyrwane ze szponów ulicy, nałogu i powrócą do wspólnoty.

Wojna to nie tylko zabijanie, to wiele tragicznych historii, które produkuje wokół siebie.

Kiedy poruszasz się po Mogadiszu i jesteś uważnym obserwatorem, zauważysz na ulicach chłopców snujących się z zamglonymi oczami, troskliwie ściskającymi w rękach plastikową butelkę. Po jakimś czasie zdasz sobie sprawę, że to dzieci ulicy. Młodzi chłopcy, uzależnieni od narkotyków, noszący w swoich butelkach klej do wąchania.

W Somalii istnieje olbrzymi problem z uzależnieniem od narkotyków. Szczególnie z jednym, najbardziej pożądanym – khatem.

Często można zobaczyć ludzi, trzymających w ręce wiązanki drobnych patyczków z listkami. Kobiety nimi handlują na ulicy, a mężczyźni żują, siedząc w ulicznych kawiarniach lub po prostu na chodniku. To khat, który jest również bardzo popularny w Kenii i Jemenie.

Jest drogi i gdy nie ma pieniędzy pozostaje już tylko klej.

Często ofiarami wojny stają się dzieci. Nie tylko śmiertelnymi ofiarami. Wojna produkuje sieroty, ale także rodzice tracą swoje dzieci, które są porywane i siłą wcielane do wojska czy milicji. Potem, by stały się skutecznymi maszynami do zabijania, uzależnia się je od narkotyków. Wszystko po to, by stały się bezwolnymi, okrutnymi zabójcami, co pożera ich dusze i umysły równie skutecznie jak narkotyk.

Dzieciaki, gdy stają się w końcu niepotrzebne lub uda im się uwolnić i uciec, niestety z reguły lądują na ulicy, trawione przez uzależnienie, nieznające niczego poza zabijaniem.

By przeżyć, łączą się w grupy, które potem powiększają się o sieroty, które po śmierci rodziców, nie mając innych krewnych, lądują też na ulicy, a szansą przeżycia dla nich jest przyłączenie się do grupy. I, jak to bywa w zbiorowościach, podlegają wpływowi grupy i też uzależniają się od narkotyków.

Ich dni toczą się wokół prób zdobycia narkotyku, a czasem jedzenia. Przemierzają miasto, przeglądając śmietniki, żebrząc lub próbując coś ukraść. Liczy się tylko zaspokojenie głodu – najpierw narkotykowego, a później tego prawdziwego, ale ten jest mniej ważny.

Niektóre organizacje NGO stawiają im blaszane chatki, by nie spały na ulicy, ale grupy się powiększają i zaczyna brakować miejsca, więc część i tak śpi na ulicy lub pod mostem.

Są także organizacje prowadzące sierocińce, które wysyłają swoich pracowników, by znajdowali te dzieci na ulicy i sprowadzali je do sierocińca, ale nie jest to proste, ponieważ warunek to zerwanie z nałogiem i rozpoczęcie nauki. Do tego uzależnienie i wpływ grupy są bardzo mocne, a na dodatek w grupie dzieci potrafią być bardzo agresywne i niebezpieczne, więc niewiele z nich daje się przekonać i korzysta z szansy na nowe życie. Są także ludzie jak madame Fatima, żyjący w sąsiedztwie, którzy nie potrafią obojętnie przejść, patrząc na los tych dzieci i mimo że ich życie nie jest lekkie, starają się zebrać pieniądze lub żywność, żeby co jakiś czas ugotować im jeśli nie prawdziwy posiłek to chociaż ryż.

Moment, kiedy to miasto powróci do normalności, kiedy odbuduje się państwowość i społeczeństwo, to będzie chwila, kiedy te dzieci zostaną wyrwane ze szponów ulicy, nałogu i powrócą do wspólnoty.

Wojna to nie tylko zabijanie, to wiele tragicznych historii, które produkuje wokół siebie.

Kiedy poruszasz się po Mogadiszu i jesteś uważnym obserwatorem, zauważysz na ulicach chłopców snujących się z zamglonymi oczami, troskliwie ściskającymi w rękach plastikową butelkę. Po jakimś czasie zdasz sobie sprawę, że to dzieci ulicy. Młodzi chłopcy, uzależnieni od narkotyków, noszący w swoich butelkach klej do wąchania.

W Somalii istnieje olbrzymi problem z uzależnieniem od narkotyków. Szczególnie z jednym, najbardziej pożądanym – khatem.

Często można zobaczyć ludzi, trzymających w ręce wiązanki drobnych patyczków z listkami. Kobiety nimi handlują na ulicy, a mężczyźni żują, siedząc w ulicznych kawiarniach lub po prostu na chodniku. To khat, który jest również bardzo popularny w Kenii i Jemenie.

Jest drogi i gdy nie ma pieniędzy pozostaje już tylko klej.

Często ofiarami wojny stają się dzieci. Nie tylko śmiertelnymi ofiarami. Wojna produkuje sieroty, ale także rodzice tracą swoje dzieci, które są porywane i siłą wcielane do wojska czy milicji. Potem, by stały się skutecznymi maszynami do zabijania, uzależnia się je od narkotyków. Wszystko po to, by stały się bezwolnymi, okrutnymi zabójcami, co pożera ich dusze i umysły równie skutecznie jak narkotyk.

Dzieciaki, gdy stają się w końcu niepotrzebne lub uda im się uwolnić i uciec, niestety z reguły lądują na ulicy, trawione przez uzależnienie, nieznające niczego poza zabijaniem.

By przeżyć, łączą się w grupy, które potem powiększają się o sieroty, które po śmierci rodziców, nie mając innych krewnych, lądują też na ulicy, a szansą przeżycia dla nich jest przyłączenie się do grupy. I, jak to bywa w zbiorowościach, podlegają wpływowi grupy i też uzależniają się od narkotyków.

Ich dni toczą się wokół prób zdobycia narkotyku, a czasem jedzenia. Przemierzają miasto, przeglądając śmietniki, żebrząc lub próbując coś ukraść. Liczy się tylko zaspokojenie głodu – najpierw narkotykowego, a później tego prawdziwego, ale ten jest mniej ważny.

Niektóre organizacje NGO stawiają im blaszane chatki, by nie spały na ulicy, ale grupy się powiększają i zaczyna brakować miejsca, więc część i tak śpi na ulicy lub pod mostem.

Są także organizacje prowadzące sierocińce, które wysyłają swoich pracowników, by znajdowali te dzieci na ulicy i sprowadzali je do sierocińca, ale nie jest to proste, ponieważ warunek to zerwanie z nałogiem i rozpoczęcie nauki. Do tego uzależnienie i wpływ grupy są bardzo mocne, a na dodatek w grupie dzieci potrafią być bardzo agresywne i niebezpieczne, więc niewiele z nich daje się przekonać i korzysta z szansy na nowe życie. Są także ludzie jak madame Fatima, żyjący w sąsiedztwie, którzy nie potrafią obojętnie przejść, patrząc na los tych dzieci i mimo że ich życie nie jest lekkie, starają się zebrać pieniądze lub żywność, żeby co jakiś czas ugotować im jeśli nie prawdziwy posiłek to chociaż ryż.

Moment, kiedy to miasto powróci do normalności, kiedy odbuduje się państwowość i społeczeństwo, to będzie chwila, kiedy te dzieci zostaną wyrwane ze szponów ulicy, nałogu i powrócą do wspólnoty.

Wojna to nie tylko zabijanie, to wiele tragicznych historii, które produkuje wokół siebie.

Kiedy poruszasz się po Mogadiszu i jesteś uważnym obserwatorem, zauważysz na ulicach chłopców snujących się z zamglonymi oczami, troskliwie ściskającymi w rękach plastikową butelkę. Po jakimś czasie zdasz sobie sprawę, że to dzieci ulicy. Młodzi chłopcy, uzależnieni od narkotyków, noszący w swoich butelkach klej do wąchania.

W Somalii istnieje olbrzymi problem z uzależnieniem od narkotyków. Szczególnie z jednym, najbardziej pożądanym – khatem.

Często można zobaczyć ludzi, trzymających w ręce wiązanki drobnych patyczków z listkami. Kobiety nimi handlują na ulicy, a mężczyźni żują, siedząc w ulicznych kawiarniach lub po prostu na chodniku. To khat, który jest również bardzo popularny w Kenii i Jemenie.

Jest drogi i gdy nie ma pieniędzy pozostaje już tylko klej.

Często ofiarami wojny stają się dzieci. Nie tylko śmiertelnymi ofiarami. Wojna produkuje sieroty, ale także rodzice tracą swoje dzieci, które są porywane i siłą wcielane do wojska czy milicji. Potem, by stały się skutecznymi maszynami do zabijania, uzależnia się je od narkotyków. Wszystko po to, by stały się bezwolnymi, okrutnymi zabójcami, co pożera ich dusze i umysły równie skutecznie jak narkotyk.

Dzieciaki, gdy stają się w końcu niepotrzebne lub uda im się uwolnić i uciec, niestety z reguły lądują na ulicy, trawione przez uzależnienie, nieznające niczego poza zabijaniem.

By przeżyć, łączą się w grupy, które potem powiększają się o sieroty, które po śmierci rodziców, nie mając innych krewnych, lądują też na ulicy, a szansą przeżycia dla nich jest przyłączenie się do grupy. I, jak to bywa w zbiorowościach, podlegają wpływowi grupy i też uzależniają się od narkotyków.

Ich dni toczą się wokół prób zdobycia narkotyku, a czasem jedzenia. Przemierzają miasto, przeglądając śmietniki, żebrząc lub próbując coś ukraść. Liczy się tylko zaspokojenie głodu – najpierw narkotykowego, a później tego prawdziwego, ale ten jest mniej ważny.

Niektóre organizacje NGO stawiają im blaszane chatki, by nie spały na ulicy, ale grupy się powiększają i zaczyna brakować miejsca, więc część i tak śpi na ulicy lub pod mostem.

Są także organizacje prowadzące sierocińce, które wysyłają swoich pracowników, by znajdowali te dzieci na ulicy i sprowadzali je do sierocińca, ale nie jest to proste, ponieważ warunek to zerwanie z nałogiem i rozpoczęcie nauki. Do tego uzależnienie i wpływ grupy są bardzo mocne, a na dodatek w grupie dzieci potrafią być bardzo agresywne i niebezpieczne, więc niewiele z nich daje się przekonać i korzysta z szansy na nowe życie. Są także ludzie jak madame Fatima, żyjący w sąsiedztwie, którzy nie potrafią obojętnie przejść, patrząc na los tych dzieci i mimo że ich życie nie jest lekkie, starają się zebrać pieniądze lub żywność, żeby co jakiś czas ugotować im jeśli nie prawdziwy posiłek to chociaż ryż.

Moment, kiedy to miasto powróci do normalności, kiedy odbuduje się państwowość i społeczeństwo, to będzie chwila, kiedy te dzieci zostaną wyrwane ze szponów ulicy, nałogu i powrócą do wspólnoty.

Wojna to nie tylko zabijanie, to wiele tragicznych historii, które produkuje wokół siebie.

Kiedy poruszasz się po Mogadiszu i jesteś uważnym obserwatorem, zauważysz na ulicach chłopców snujących się z zamglonymi oczami, troskliwie ściskającymi w rękach plastikową butelkę. Po jakimś czasie zdasz sobie sprawę, że to dzieci ulicy. Młodzi chłopcy, uzależnieni od narkotyków, noszący w swoich butelkach klej do wąchania.

W Somalii istnieje olbrzymi problem z uzależnieniem od narkotyków. Szczególnie z jednym, najbardziej pożądanym – khatem.

Często można zobaczyć ludzi, trzymających w ręce wiązanki drobnych patyczków z listkami. Kobiety nimi handlują na ulicy, a mężczyźni żują, siedząc w ulicznych kawiarniach lub po prostu na chodniku. To khat, który jest również bardzo popularny w Kenii i Jemenie.

Jest drogi i gdy nie ma pieniędzy pozostaje już tylko klej.

Często ofiarami wojny stają się dzieci. Nie tylko śmiertelnymi ofiarami. Wojna produkuje sieroty, ale także rodzice tracą swoje dzieci, które są porywane i siłą wcielane do wojska czy milicji. Potem, by stały się skutecznymi maszynami do zabijania, uzależnia się je od narkotyków. Wszystko po to, by stały się bezwolnymi, okrutnymi zabójcami, co pożera ich dusze i umysły równie skutecznie jak narkotyk.

Dzieciaki, gdy stają się w końcu niepotrzebne lub uda im się uwolnić i uciec, niestety z reguły lądują na ulicy, trawione przez uzależnienie, nieznające niczego poza zabijaniem.

By przeżyć, łączą się w grupy, które potem powiększają się o sieroty, które po śmierci rodziców, nie mając innych krewnych, lądują też na ulicy, a szansą przeżycia dla nich jest przyłączenie się do grupy. I, jak to bywa w zbiorowościach, podlegają wpływowi grupy i też uzależniają się od narkotyków.

Ich dni toczą się wokół prób zdobycia narkotyku, a czasem jedzenia. Przemierzają miasto, przeglądając śmietniki, żebrząc lub próbując coś ukraść. Liczy się tylko zaspokojenie głodu – najpierw narkotykowego, a później tego prawdziwego, ale ten jest mniej ważny.

Niektóre organizacje NGO stawiają im blaszane chatki, by nie spały na ulicy, ale grupy się powiększają i zaczyna brakować miejsca, więc część i tak śpi na ulicy lub pod mostem.

Są także organizacje prowadzące sierocińce, które wysyłają swoich pracowników, by znajdowali te dzieci na ulicy i sprowadzali je do sierocińca, ale nie jest to proste, ponieważ warunek to zerwanie z nałogiem i rozpoczęcie nauki. Do tego uzależnienie i wpływ grupy są bardzo mocne, a na dodatek w grupie dzieci potrafią być bardzo agresywne i niebezpieczne, więc niewiele z nich daje się przekonać i korzysta z szansy na nowe życie. Są także ludzie jak madame Fatima, żyjący w sąsiedztwie, którzy nie potrafią obojętnie przejść, patrząc na los tych dzieci i mimo że ich życie nie jest lekkie, starają się zebrać pieniądze lub żywność, żeby co jakiś czas ugotować im jeśli nie prawdziwy posiłek to chociaż ryż.

Moment, kiedy to miasto powróci do normalności, kiedy odbuduje się państwowość i społeczeństwo, to będzie chwila, kiedy te dzieci zostaną wyrwane ze szponów ulicy, nałogu i powrócą do wspólnoty.

Wojna to nie tylko zabijanie, to wiele tragicznych historii, które produkuje wokół siebie.

Kiedy poruszasz się po Mogadiszu i jesteś uważnym obserwatorem, zauważysz na ulicach chłopców snujących się z zamglonymi oczami, troskliwie ściskającymi w rękach plastikową butelkę. Po jakimś czasie zdasz sobie sprawę, że to dzieci ulicy. Młodzi chłopcy, uzależnieni od narkotyków, noszący w swoich butelkach klej do wąchania.

W Somalii istnieje olbrzymi problem z uzależnieniem od narkotyków. Szczególnie z jednym, najbardziej pożądanym – khatem.

Często można zobaczyć ludzi, trzymających w ręce wiązanki drobnych patyczków z listkami. Kobiety nimi handlują na ulicy, a mężczyźni żują, siedząc w ulicznych kawiarniach lub po prostu na chodniku. To khat, który jest również bardzo popularny w Kenii i Jemenie.

Jest drogi i gdy nie ma pieniędzy pozostaje już tylko klej.

Często ofiarami wojny stają się dzieci. Nie tylko śmiertelnymi ofiarami. Wojna produkuje sieroty, ale także rodzice tracą swoje dzieci, które są porywane i siłą wcielane do wojska czy milicji. Potem, by stały się skutecznymi maszynami do zabijania, uzależnia się je od narkotyków. Wszystko po to, by stały się bezwolnymi, okrutnymi zabójcami, co pożera ich dusze i umysły równie skutecznie jak narkotyk.

Dzieciaki, gdy stają się w końcu niepotrzebne lub uda im się uwolnić i uciec, niestety z reguły lądują na ulicy, trawione przez uzależnienie, nieznające niczego poza zabijaniem.

By przeżyć, łączą się w grupy, które potem powiększają się o sieroty, które po śmierci rodziców, nie mając innych krewnych, lądują też na ulicy, a szansą przeżycia dla nich jest przyłączenie się do grupy. I, jak to bywa w zbiorowościach, podlegają wpływowi grupy i też uzależniają się od narkotyków.

Ich dni toczą się wokół prób zdobycia narkotyku, a czasem jedzenia. Przemierzają miasto, przeglądając śmietniki, żebrząc lub próbując coś ukraść. Liczy się tylko zaspokojenie głodu – najpierw narkotykowego, a później tego prawdziwego, ale ten jest mniej ważny.

Niektóre organizacje NGO stawiają im blaszane chatki, by nie spały na ulicy, ale grupy się powiększają i zaczyna brakować miejsca, więc część i tak śpi na ulicy lub pod mostem.

Są także organizacje prowadzące sierocińce, które wysyłają swoich pracowników, by znajdowali te dzieci na ulicy i sprowadzali je do sierocińca, ale nie jest to proste, ponieważ warunek to zerwanie z nałogiem i rozpoczęcie nauki. Do tego uzależnienie i wpływ grupy są bardzo mocne, a na dodatek w grupie dzieci potrafią być bardzo agresywne i niebezpieczne, więc niewiele z nich daje się przekonać i korzysta z szansy na nowe życie. Są także ludzie jak madame Fatima, żyjący w sąsiedztwie, którzy nie potrafią obojętnie przejść, patrząc na los tych dzieci i mimo że ich życie nie jest lekkie, starają się zebrać pieniądze lub żywność, żeby co jakiś czas ugotować im jeśli nie prawdziwy posiłek to chociaż ryż.

Moment, kiedy to miasto powróci do normalności, kiedy odbuduje się państwowość i społeczeństwo, to będzie chwila, kiedy te dzieci zostaną wyrwane ze szponów ulicy, nałogu i powrócą do wspólnoty.

Wojna to nie tylko zabijanie, to wiele tragicznych historii, które produkuje wokół siebie.

Kiedy poruszasz się po Mogadiszu i jesteś uważnym obserwatorem, zauważysz na ulicach chłopców snujących się z zamglonymi oczami, troskliwie ściskającymi w rękach plastikową butelkę. Po jakimś czasie zdasz sobie sprawę, że to dzieci ulicy. Młodzi chłopcy, uzależnieni od narkotyków, noszący w swoich butelkach klej do wąchania.

W Somalii istnieje olbrzymi problem z uzależnieniem od narkotyków. Szczególnie z jednym, najbardziej pożądanym – khatem.

Często można zobaczyć ludzi, trzymających w ręce wiązanki drobnych patyczków z listkami. Kobiety nimi handlują na ulicy, a mężczyźni żują, siedząc w ulicznych kawiarniach lub po prostu na chodniku. To khat, który jest również bardzo popularny w Kenii i Jemenie.

Jest drogi i gdy nie ma pieniędzy pozostaje już tylko klej.

Często ofiarami wojny stają się dzieci. Nie tylko śmiertelnymi ofiarami. Wojna produkuje sieroty, ale także rodzice tracą swoje dzieci, które są porywane i siłą wcielane do wojska czy milicji. Potem, by stały się skutecznymi maszynami do zabijania, uzależnia się je od narkotyków. Wszystko po to, by stały się bezwolnymi, okrutnymi zabójcami, co pożera ich dusze i umysły równie skutecznie jak narkotyk.

Dzieciaki, gdy stają się w końcu niepotrzebne lub uda im się uwolnić i uciec, niestety z reguły lądują na ulicy, trawione przez uzależnienie, nieznające niczego poza zabijaniem.

By przeżyć, łączą się w grupy, które potem powiększają się o sieroty, które po śmierci rodziców, nie mając innych krewnych, lądują też na ulicy, a szansą przeżycia dla nich jest przyłączenie się do grupy. I, jak to bywa w zbiorowościach, podlegają wpływowi grupy i też uzależniają się od narkotyków.

Ich dni toczą się wokół prób zdobycia narkotyku, a czasem jedzenia. Przemierzają miasto, przeglądając śmietniki, żebrząc lub próbując coś ukraść. Liczy się tylko zaspokojenie głodu – najpierw narkotykowego, a później tego prawdziwego, ale ten jest mniej ważny.

Niektóre organizacje NGO stawiają im blaszane chatki, by nie spały na ulicy, ale grupy się powiększają i zaczyna brakować miejsca, więc część i tak śpi na ulicy lub pod mostem.

Są także organizacje prowadzące sierocińce, które wysyłają swoich pracowników, by znajdowali te dzieci na ulicy i sprowadzali je do sierocińca, ale nie jest to proste, ponieważ warunek to zerwanie z nałogiem i rozpoczęcie nauki. Do tego uzależnienie i wpływ grupy są bardzo mocne, a na dodatek w grupie dzieci potrafią być bardzo agresywne i niebezpieczne, więc niewiele z nich daje się przekonać i korzysta z szansy na nowe życie. Są także ludzie jak madame Fatima, żyjący w sąsiedztwie, którzy nie potrafią obojętnie przejść, patrząc na los tych dzieci i mimo że ich życie nie jest lekkie, starają się zebrać pieniądze lub żywność, żeby co jakiś czas ugotować im jeśli nie prawdziwy posiłek to chociaż ryż.

Moment, kiedy to miasto powróci do normalności, kiedy odbuduje się państwowość i społeczeństwo, to będzie chwila, kiedy te dzieci zostaną wyrwane ze szponów ulicy, nałogu i powrócą do wspólnoty.

Wojna to nie tylko zabijanie, to wiele tragicznych historii, które produkuje wokół siebie.

Kiedy poruszasz się po Mogadiszu i jesteś uważnym obserwatorem, zauważysz na ulicach chłopców snujących się z zamglonymi oczami, troskliwie ściskającymi w rękach plastikową butelkę. Po jakimś czasie zdasz sobie sprawę, że to dzieci ulicy. Młodzi chłopcy, uzależnieni od narkotyków, noszący w swoich butelkach klej do wąchania.

W Somalii istnieje olbrzymi problem z uzależnieniem od narkotyków. Szczególnie z jednym, najbardziej pożądanym – khatem.

Często można zobaczyć ludzi, trzymających w ręce wiązanki drobnych patyczków z listkami. Kobiety nimi handlują na ulicy, a mężczyźni żują, siedząc w ulicznych kawiarniach lub po prostu na chodniku. To khat, który jest również bardzo popularny w Kenii i Jemenie.

Jest drogi i gdy nie ma pieniędzy pozostaje już tylko klej.

Często ofiarami wojny stają się dzieci. Nie tylko śmiertelnymi ofiarami. Wojna produkuje sieroty, ale także rodzice tracą swoje dzieci, które są porywane i siłą wcielane do wojska czy milicji. Potem, by stały się skutecznymi maszynami do zabijania, uzależnia się je od narkotyków. Wszystko po to, by stały się bezwolnymi, okrutnymi zabójcami, co pożera ich dusze i umysły równie skutecznie jak narkotyk.

Dzieciaki, gdy stają się w końcu niepotrzebne lub uda im się uwolnić i uciec, niestety z reguły lądują na ulicy, trawione przez uzależnienie, nieznające niczego poza zabijaniem.

By przeżyć, łączą się w grupy, które potem powiększają się o sieroty, które po śmierci rodziców, nie mając innych krewnych, lądują też na ulicy, a szansą przeżycia dla nich jest przyłączenie się do grupy. I, jak to bywa w zbiorowościach, podlegają wpływowi grupy i też uzależniają się od narkotyków.

Ich dni toczą się wokół prób zdobycia narkotyku, a czasem jedzenia. Przemierzają miasto, przeglądając śmietniki, żebrząc lub próbując coś ukraść. Liczy się tylko zaspokojenie głodu – najpierw narkotykowego, a później tego prawdziwego, ale ten jest mniej ważny.

Niektóre organizacje NGO stawiają im blaszane chatki, by nie spały na ulicy, ale grupy się powiększają i zaczyna brakować miejsca, więc część i tak śpi na ulicy lub pod mostem.

Są także organizacje prowadzące sierocińce, które wysyłają swoich pracowników, by znajdowali te dzieci na ulicy i sprowadzali je do sierocińca, ale nie jest to proste, ponieważ warunek to zerwanie z nałogiem i rozpoczęcie nauki. Do tego uzależnienie i wpływ grupy są bardzo mocne, a na dodatek w grupie dzieci potrafią być bardzo agresywne i niebezpieczne, więc niewiele z nich daje się przekonać i korzysta z szansy na nowe życie. Są także ludzie jak madame Fatima, żyjący w sąsiedztwie, którzy nie potrafią obojętnie przejść, patrząc na los tych dzieci i mimo że ich życie nie jest lekkie, starają się zebrać pieniądze lub żywność, żeby co jakiś czas ugotować im jeśli nie prawdziwy posiłek to chociaż ryż.

Moment, kiedy to miasto powróci do normalności, kiedy odbuduje się państwowość i społeczeństwo, to będzie chwila, kiedy te dzieci zostaną wyrwane ze szponów ulicy, nałogu i powrócą do wspólnoty.

Wojna to nie tylko zabijanie, to wiele tragicznych historii, które produkuje wokół siebie.

Kiedy poruszasz się po Mogadiszu i jesteś uważnym obserwatorem, zauważysz na ulicach chłopców snujących się z zamglonymi oczami, troskliwie ściskającymi w rękach plastikową butelkę. Po jakimś czasie zdasz sobie sprawę, że to dzieci ulicy. Młodzi chłopcy, uzależnieni od narkotyków, noszący w swoich butelkach klej do wąchania.

W Somalii istnieje olbrzymi problem z uzależnieniem od narkotyków. Szczególnie z jednym, najbardziej pożądanym – khatem.

Często można zobaczyć ludzi, trzymających w ręce wiązanki drobnych patyczków z listkami. Kobiety nimi handlują na ulicy, a mężczyźni żują, siedząc w ulicznych kawiarniach lub po prostu na chodniku. To khat, który jest również bardzo popularny w Kenii i Jemenie.

Jest drogi i gdy nie ma pieniędzy pozostaje już tylko klej.

Często ofiarami wojny stają się dzieci. Nie tylko śmiertelnymi ofiarami. Wojna produkuje sieroty, ale także rodzice tracą swoje dzieci, które są porywane i siłą wcielane do wojska czy milicji. Potem, by stały się skutecznymi maszynami do zabijania, uzależnia się je od narkotyków. Wszystko po to, by stały się bezwolnymi, okrutnymi zabójcami, co pożera ich dusze i umysły równie skutecznie jak narkotyk.

Dzieciaki, gdy stają się w końcu niepotrzebne lub uda im się uwolnić i uciec, niestety z reguły lądują na ulicy, trawione przez uzależnienie, nieznające niczego poza zabijaniem.

By przeżyć, łączą się w grupy, które potem powiększają się o sieroty, które po śmierci rodziców, nie mając innych krewnych, lądują też na ulicy, a szansą przeżycia dla nich jest przyłączenie się do grupy. I, jak to bywa w zbiorowościach, podlegają wpływowi grupy i też uzależniają się od narkotyków.

Ich dni toczą się wokół prób zdobycia narkotyku, a czasem jedzenia. Przemierzają miasto, przeglądając śmietniki, żebrząc lub próbując coś ukraść. Liczy się tylko zaspokojenie głodu – najpierw narkotykowego, a później tego prawdziwego, ale ten jest mniej ważny.

Niektóre organizacje NGO stawiają im blaszane chatki, by nie spały na ulicy, ale grupy się powiększają i zaczyna brakować miejsca, więc część i tak śpi na ulicy lub pod mostem.

Są także organizacje prowadzące sierocińce, które wysyłają swoich pracowników, by znajdowali te dzieci na ulicy i sprowadzali je do sierocińca, ale nie jest to proste, ponieważ warunek to zerwanie z nałogiem i rozpoczęcie nauki. Do tego uzależnienie i wpływ grupy są bardzo mocne, a na dodatek w grupie dzieci potrafią być bardzo agresywne i niebezpieczne, więc niewiele z nich daje się przekonać i korzysta z szansy na nowe życie. Są także ludzie jak madame Fatima, żyjący w sąsiedztwie, którzy nie potrafią obojętnie przejść, patrząc na los tych dzieci i mimo że ich życie nie jest lekkie, starają się zebrać pieniądze lub żywność, żeby co jakiś czas ugotować im jeśli nie prawdziwy posiłek to chociaż ryż.

Moment, kiedy to miasto powróci do normalności, kiedy odbuduje się państwowość i społeczeństwo, to będzie chwila, kiedy te dzieci zostaną wyrwane ze szponów ulicy, nałogu i powrócą do wspólnoty.

Wojna to nie tylko zabijanie, to wiele tragicznych historii, które produkuje wokół siebie.

Kiedy poruszasz się po Mogadiszu i jesteś uważnym obserwatorem, zauważysz na ulicach chłopców snujących się z zamglonymi oczami, troskliwie ściskającymi w rękach plastikową butelkę. Po jakimś czasie zdasz sobie sprawę, że to dzieci ulicy. Młodzi chłopcy, uzależnieni od narkotyków, noszący w swoich butelkach klej do wąchania.

W Somalii istnieje olbrzymi problem z uzależnieniem od narkotyków. Szczególnie z jednym, najbardziej pożądanym – khatem.

Często można zobaczyć ludzi, trzymających w ręce wiązanki drobnych patyczków z listkami. Kobiety nimi handlują na ulicy, a mężczyźni żują, siedząc w ulicznych kawiarniach lub po prostu na chodniku. To khat, który jest również bardzo popularny w Kenii i Jemenie.

Jest drogi i gdy nie ma pieniędzy pozostaje już tylko klej.

Często ofiarami wojny stają się dzieci. Nie tylko śmiertelnymi ofiarami. Wojna produkuje sieroty, ale także rodzice tracą swoje dzieci, które są porywane i siłą wcielane do wojska czy milicji. Potem, by stały się skutecznymi maszynami do zabijania, uzależnia się je od narkotyków. Wszystko po to, by stały się bezwolnymi, okrutnymi zabójcami, co pożera ich dusze i umysły równie skutecznie jak narkotyk.

Dzieciaki, gdy stają się w końcu niepotrzebne lub uda im się uwolnić i uciec, niestety z reguły lądują na ulicy, trawione przez uzależnienie, nieznające niczego poza zabijaniem.

By przeżyć, łączą się w grupy, które potem powiększają się o sieroty, które po śmierci rodziców, nie mając innych krewnych, lądują też na ulicy, a szansą przeżycia dla nich jest przyłączenie się do grupy. I, jak to bywa w zbiorowościach, podlegają wpływowi grupy i też uzależniają się od narkotyków.

Ich dni toczą się wokół prób zdobycia narkotyku, a czasem jedzenia. Przemierzają miasto, przeglądając śmietniki, żebrząc lub próbując coś ukraść. Liczy się tylko zaspokojenie głodu – najpierw narkotykowego, a później tego prawdziwego, ale ten jest mniej ważny.

Niektóre organizacje NGO stawiają im blaszane chatki, by nie spały na ulicy, ale grupy się powiększają i zaczyna brakować miejsca, więc część i tak śpi na ulicy lub pod mostem.

Są także organizacje prowadzące sierocińce, które wysyłają swoich pracowników, by znajdowali te dzieci na ulicy i sprowadzali je do sierocińca, ale nie jest to proste, ponieważ warunek to zerwanie z nałogiem i rozpoczęcie nauki. Do tego uzależnienie i wpływ grupy są bardzo mocne, a na dodatek w grupie dzieci potrafią być bardzo agresywne i niebezpieczne, więc niewiele z nich daje się przekonać i korzysta z szansy na nowe życie. Są także ludzie jak madame Fatima, żyjący w sąsiedztwie, którzy nie potrafią obojętnie przejść, patrząc na los tych dzieci i mimo że ich życie nie jest lekkie, starają się zebrać pieniądze lub żywność, żeby co jakiś czas ugotować im jeśli nie prawdziwy posiłek to chociaż ryż.

Moment, kiedy to miasto powróci do normalności, kiedy odbuduje się państwowość i społeczeństwo, to będzie chwila, kiedy te dzieci zostaną wyrwane ze szponów ulicy, nałogu i powrócą do wspólnoty.

Wojna to nie tylko zabijanie, to wiele tragicznych historii, które produkuje wokół siebie.

Kiedy poruszasz się po Mogadiszu i jesteś uważnym obserwatorem, zauważysz na ulicach chłopców snujących się z zamglonymi oczami, troskliwie ściskającymi w rękach plastikową butelkę. Po jakimś czasie zdasz sobie sprawę, że to dzieci ulicy. Młodzi chłopcy, uzależnieni od narkotyków, noszący w swoich butelkach klej do wąchania.

W Somalii istnieje olbrzymi problem z uzależnieniem od narkotyków. Szczególnie z jednym, najbardziej pożądanym – khatem.

Często można zobaczyć ludzi, trzymających w ręce wiązanki drobnych patyczków z listkami. Kobiety nimi handlują na ulicy, a mężczyźni żują, siedząc w ulicznych kawiarniach lub po prostu na chodniku. To khat, który jest również bardzo popularny w Kenii i Jemenie.

Jest drogi i gdy nie ma pieniędzy pozostaje już tylko klej.

Często ofiarami wojny stają się dzieci. Nie tylko śmiertelnymi ofiarami. Wojna produkuje sieroty, ale także rodzice tracą swoje dzieci, które są porywane i siłą wcielane do wojska czy milicji. Potem, by stały się skutecznymi maszynami do zabijania, uzależnia się je od narkotyków. Wszystko po to, by stały się bezwolnymi, okrutnymi zabójcami, co pożera ich dusze i umysły równie skutecznie jak narkotyk.

Dzieciaki, gdy stają się w końcu niepotrzebne lub uda im się uwolnić i uciec, niestety z reguły lądują na ulicy, trawione przez uzależnienie, nieznające niczego poza zabijaniem.

By przeżyć, łączą się w grupy, które potem powiększają się o sieroty, które po śmierci rodziców, nie mając innych krewnych, lądują też na ulicy, a szansą przeżycia dla nich jest przyłączenie się do grupy. I, jak to bywa w zbiorowościach, podlegają wpływowi grupy i też uzależniają się od narkotyków.

Ich dni toczą się wokół prób zdobycia narkotyku, a czasem jedzenia. Przemierzają miasto, przeglądając śmietniki, żebrząc lub próbując coś ukraść. Liczy się tylko zaspokojenie głodu – najpierw narkotykowego, a później tego prawdziwego, ale ten jest mniej ważny.

Niektóre organizacje NGO stawiają im blaszane chatki, by nie spały na ulicy, ale grupy się powiększają i zaczyna brakować miejsca, więc część i tak śpi na ulicy lub pod mostem.

Są także organizacje prowadzące sierocińce, które wysyłają swoich pracowników, by znajdowali te dzieci na ulicy i sprowadzali je do sierocińca, ale nie jest to proste, ponieważ warunek to zerwanie z nałogiem i rozpoczęcie nauki. Do tego uzależnienie i wpływ grupy są bardzo mocne, a na dodatek w grupie dzieci potrafią być bardzo agresywne i niebezpieczne, więc niewiele z nich daje się przekonać i korzysta z szansy na nowe życie. Są także ludzie jak madame Fatima, żyjący w sąsiedztwie, którzy nie potrafią obojętnie przejść, patrząc na los tych dzieci i mimo że ich życie nie jest lekkie, starają się zebrać pieniądze lub żywność, żeby co jakiś czas ugotować im jeśli nie prawdziwy posiłek to chociaż ryż.

Moment, kiedy to miasto powróci do normalności, kiedy odbuduje się państwowość i społeczeństwo, to będzie chwila, kiedy te dzieci zostaną wyrwane ze szponów ulicy, nałogu i powrócą do wspólnoty.

Wojna to nie tylko zabijanie, to wiele tragicznych historii, które produkuje wokół siebie.

Kiedy poruszasz się po Mogadiszu i jesteś uważnym obserwatorem, zauważysz na ulicach chłopców snujących się z zamglonymi oczami, troskliwie ściskającymi w rękach plastikową butelkę. Po jakimś czasie zdasz sobie sprawę, że to dzieci ulicy. Młodzi chłopcy, uzależnieni od narkotyków, noszący w swoich butelkach klej do wąchania.

W Somalii istnieje olbrzymi problem z uzależnieniem od narkotyków. Szczególnie z jednym, najbardziej pożądanym – khatem.

Często można zobaczyć ludzi, trzymających w ręce wiązanki drobnych patyczków z listkami. Kobiety nimi handlują na ulicy, a mężczyźni żują, siedząc w ulicznych kawiarniach lub po prostu na chodniku. To khat, który jest również bardzo popularny w Kenii i Jemenie.

Jest drogi i gdy nie ma pieniędzy pozostaje już tylko klej.

Często ofiarami wojny stają się dzieci. Nie tylko śmiertelnymi ofiarami. Wojna produkuje sieroty, ale także rodzice tracą swoje dzieci, które są porywane i siłą wcielane do wojska czy milicji. Potem, by stały się skutecznymi maszynami do zabijania, uzależnia się je od narkotyków. Wszystko po to, by stały się bezwolnymi, okrutnymi zabójcami, co pożera ich dusze i umysły równie skutecznie jak narkotyk.

Dzieciaki, gdy stają się w końcu niepotrzebne lub uda im się uwolnić i uciec, niestety z reguły lądują na ulicy, trawione przez uzależnienie, nieznające niczego poza zabijaniem.

By przeżyć, łączą się w grupy, które potem powiększają się o sieroty, które po śmierci rodziców, nie mając innych krewnych, lądują też na ulicy, a szansą przeżycia dla nich jest przyłączenie się do grupy. I, jak to bywa w zbiorowościach, podlegają wpływowi grupy i też uzależniają się od narkotyków.

Ich dni toczą się wokół prób zdobycia narkotyku, a czasem jedzenia. Przemierzają miasto, przeglądając śmietniki, żebrząc lub próbując coś ukraść. Liczy się tylko zaspokojenie głodu – najpierw narkotykowego, a później tego prawdziwego, ale ten jest mniej ważny.

Niektóre organizacje NGO stawiają im blaszane chatki, by nie spały na ulicy, ale grupy się powiększają i zaczyna brakować miejsca, więc część i tak śpi na ulicy lub pod mostem.

Są także organizacje prowadzące sierocińce, które wysyłają swoich pracowników, by znajdowali te dzieci na ulicy i sprowadzali je do sierocińca, ale nie jest to proste, ponieważ warunek to zerwanie z nałogiem i rozpoczęcie nauki. Do tego uzależnienie i wpływ grupy są bardzo mocne, a na dodatek w grupie dzieci potrafią być bardzo agresywne i niebezpieczne, więc niewiele z nich daje się przekonać i korzysta z szansy na nowe życie. Są także ludzie jak madame Fatima, żyjący w sąsiedztwie, którzy nie potrafią obojętnie przejść, patrząc na los tych dzieci i mimo że ich życie nie jest lekkie, starają się zebrać pieniądze lub żywność, żeby co jakiś czas ugotować im jeśli nie prawdziwy posiłek to chociaż ryż.

Moment, kiedy to miasto powróci do normalności, kiedy odbuduje się państwowość i społeczeństwo, to będzie chwila, kiedy te dzieci zostaną wyrwane ze szponów ulicy, nałogu i powrócą do wspólnoty.

Wojna to nie tylko zabijanie, to wiele tragicznych historii, które produkuje wokół siebie.

Kiedy poruszasz się po Mogadiszu i jesteś uważnym obserwatorem, zauważysz na ulicach chłopców snujących się z zamglonymi oczami, troskliwie ściskającymi w rękach plastikową butelkę. Po jakimś czasie zdasz sobie sprawę, że to dzieci ulicy. Młodzi chłopcy, uzależnieni od narkotyków, noszący w swoich butelkach klej do wąchania.

W Somalii istnieje olbrzymi problem z uzależnieniem od narkotyków. Szczególnie z jednym, najbardziej pożądanym – khatem.

Często można zobaczyć ludzi, trzymających w ręce wiązanki drobnych patyczków z listkami. Kobiety nimi handlują na ulicy, a mężczyźni żują, siedząc w ulicznych kawiarniach lub po prostu na chodniku. To khat, który jest również bardzo popularny w Kenii i Jemenie.

Jest drogi i gdy nie ma pieniędzy pozostaje już tylko klej.

Często ofiarami wojny stają się dzieci. Nie tylko śmiertelnymi ofiarami. Wojna produkuje sieroty, ale także rodzice tracą swoje dzieci, które są porywane i siłą wcielane do wojska czy milicji. Potem, by stały się skutecznymi maszynami do zabijania, uzależnia się je od narkotyków. Wszystko po to, by stały się bezwolnymi, okrutnymi zabójcami, co pożera ich dusze i umysły równie skutecznie jak narkotyk.

Dzieciaki, gdy stają się w końcu niepotrzebne lub uda im się uwolnić i uciec, niestety z reguły lądują na ulicy, trawione przez uzależnienie, nieznające niczego poza zabijaniem.

By przeżyć, łączą się w grupy, które potem powiększają się o sieroty, które po śmierci rodziców, nie mając innych krewnych, lądują też na ulicy, a szansą przeżycia dla nich jest przyłączenie się do grupy. I, jak to bywa w zbiorowościach, podlegają wpływowi grupy i też uzależniają się od narkotyków.

Ich dni toczą się wokół prób zdobycia narkotyku, a czasem jedzenia. Przemierzają miasto, przeglądając śmietniki, żebrząc lub próbując coś ukraść. Liczy się tylko zaspokojenie głodu – najpierw narkotykowego, a później tego prawdziwego, ale ten jest mniej ważny.

Niektóre organizacje NGO stawiają im blaszane chatki, by nie spały na ulicy, ale grupy się powiększają i zaczyna brakować miejsca, więc część i tak śpi na ulicy lub pod mostem.

Są także organizacje prowadzące sierocińce, które wysyłają swoich pracowników, by znajdowali te dzieci na ulicy i sprowadzali je do sierocińca, ale nie jest to proste, ponieważ warunek to zerwanie z nałogiem i rozpoczęcie nauki. Do tego uzależnienie i wpływ grupy są bardzo mocne, a na dodatek w grupie dzieci potrafią być bardzo agresywne i niebezpieczne, więc niewiele z nich daje się przekonać i korzysta z szansy na nowe życie. Są także ludzie jak madame Fatima, żyjący w sąsiedztwie, którzy nie potrafią obojętnie przejść, patrząc na los tych dzieci i mimo że ich życie nie jest lekkie, starają się zebrać pieniądze lub żywność, żeby co jakiś czas ugotować im jeśli nie prawdziwy posiłek to chociaż ryż.

Moment, kiedy to miasto powróci do normalności, kiedy odbuduje się państwowość i społeczeństwo, to będzie chwila, kiedy te dzieci zostaną wyrwane ze szponów ulicy, nałogu i powrócą do wspólnoty.

Wojna to nie tylko zabijanie, to wiele tragicznych historii, które produkuje wokół siebie.

Kiedy poruszasz się po Mogadiszu i jesteś uważnym obserwatorem, zauważysz na ulicach chłopców snujących się z zamglonymi oczami, troskliwie ściskającymi w rękach plastikową butelkę. Po jakimś czasie zdasz sobie sprawę, że to dzieci ulicy. Młodzi chłopcy, uzależnieni od narkotyków, noszący w swoich butelkach klej do wąchania.

W Somalii istnieje olbrzymi problem z uzależnieniem od narkotyków. Szczególnie z jednym, najbardziej pożądanym – khatem.

Często można zobaczyć ludzi, trzymających w ręce wiązanki drobnych patyczków z listkami. Kobiety nimi handlują na ulicy, a mężczyźni żują, siedząc w ulicznych kawiarniach lub po prostu na chodniku. To khat, który jest również bardzo popularny w Kenii i Jemenie.

Jest drogi i gdy nie ma pieniędzy pozostaje już tylko klej.

Często ofiarami wojny stają się dzieci. Nie tylko śmiertelnymi ofiarami. Wojna produkuje sieroty, ale także rodzice tracą swoje dzieci, które są porywane i siłą wcielane do wojska czy milicji. Potem, by stały się skutecznymi maszynami do zabijania, uzależnia się je od narkotyków. Wszystko po to, by stały się bezwolnymi, okrutnymi zabójcami, co pożera ich dusze i umysły równie skutecznie jak narkotyk.

Dzieciaki, gdy stają się w końcu niepotrzebne lub uda im się uwolnić i uciec, niestety z reguły lądują na ulicy, trawione przez uzależnienie, nieznające niczego poza zabijaniem.

By przeżyć, łączą się w grupy, które potem powiększają się o sieroty, które po śmierci rodziców, nie mając innych krewnych, lądują też na ulicy, a szansą przeżycia dla nich jest przyłączenie się do grupy. I, jak to bywa w zbiorowościach, podlegają wpływowi grupy i też uzależniają się od narkotyków.

Ich dni toczą się wokół prób zdobycia narkotyku, a czasem jedzenia. Przemierzają miasto, przeglądając śmietniki, żebrząc lub próbując coś ukraść. Liczy się tylko zaspokojenie głodu – najpierw narkotykowego, a później tego prawdziwego, ale ten jest mniej ważny.

Niektóre organizacje NGO stawiają im blaszane chatki, by nie spały na ulicy, ale grupy się powiększają i zaczyna brakować miejsca, więc część i tak śpi na ulicy lub pod mostem.

Są także organizacje prowadzące sierocińce, które wysyłają swoich pracowników, by znajdowali te dzieci na ulicy i sprowadzali je do sierocińca, ale nie jest to proste, ponieważ warunek to zerwanie z nałogiem i rozpoczęcie nauki. Do tego uzależnienie i wpływ grupy są bardzo mocne, a na dodatek w grupie dzieci potrafią być bardzo agresywne i niebezpieczne, więc niewiele z nich daje się przekonać i korzysta z szansy na nowe życie. Są także ludzie jak madame Fatima, żyjący w sąsiedztwie, którzy nie potrafią obojętnie przejść, patrząc na los tych dzieci i mimo że ich życie nie jest lekkie, starają się zebrać pieniądze lub żywność, żeby co jakiś czas ugotować im jeśli nie prawdziwy posiłek to chociaż ryż.

Moment, kiedy to miasto powróci do normalności, kiedy odbuduje się państwowość i społeczeństwo, to będzie chwila, kiedy te dzieci zostaną wyrwane ze szponów ulicy, nałogu i powrócą do wspólnoty.

Wojna to nie tylko zabijanie, to wiele tragicznych historii, które produkuje wokół siebie.

Kiedy poruszasz się po Mogadiszu i jesteś uważnym obserwatorem, zauważysz na ulicach chłopców snujących się z zamglonymi oczami, troskliwie ściskającymi w rękach plastikową butelkę. Po jakimś czasie zdasz sobie sprawę, że to dzieci ulicy. Młodzi chłopcy, uzależnieni od narkotyków, noszący w swoich butelkach klej do wąchania.

W Somalii istnieje olbrzymi problem z uzależnieniem od narkotyków. Szczególnie z jednym, najbardziej pożądanym – khatem.

Często można zobaczyć ludzi, trzymających w ręce wiązanki drobnych patyczków z listkami. Kobiety nimi handlują na ulicy, a mężczyźni żują, siedząc w ulicznych kawiarniach lub po prostu na chodniku. To khat, który jest również bardzo popularny w Kenii i Jemenie.

Jest drogi i gdy nie ma pieniędzy pozostaje już tylko klej.

Często ofiarami wojny stają się dzieci. Nie tylko śmiertelnymi ofiarami. Wojna produkuje sieroty, ale także rodzice tracą swoje dzieci, które są porywane i siłą wcielane do wojska czy milicji. Potem, by stały się skutecznymi maszynami do zabijania, uzależnia się je od narkotyków. Wszystko po to, by stały się bezwolnymi, okrutnymi zabójcami, co pożera ich dusze i umysły równie skutecznie jak narkotyk.

Dzieciaki, gdy stają się w końcu niepotrzebne lub uda im się uwolnić i uciec, niestety z reguły lądują na ulicy, trawione przez uzależnienie, nieznające niczego poza zabijaniem.

By przeżyć, łączą się w grupy, które potem powiększają się o sieroty, które po śmierci rodziców, nie mając innych krewnych, lądują też na ulicy, a szansą przeżycia dla nich jest przyłączenie się do grupy. I, jak to bywa w zbiorowościach, podlegają wpływowi grupy i też uzależniają się od narkotyków.

Ich dni toczą się wokół prób zdobycia narkotyku, a czasem jedzenia. Przemierzają miasto, przeglądając śmietniki, żebrząc lub próbując coś ukraść. Liczy się tylko zaspokojenie głodu – najpierw narkotykowego, a później tego prawdziwego, ale ten jest mniej ważny.

Niektóre organizacje NGO stawiają im blaszane chatki, by nie spały na ulicy, ale grupy się powiększają i zaczyna brakować miejsca, więc część i tak śpi na ulicy lub pod mostem.

Są także organizacje prowadzące sierocińce, które wysyłają swoich pracowników, by znajdowali te dzieci na ulicy i sprowadzali je do sierocińca, ale nie jest to proste, ponieważ warunek to zerwanie z nałogiem i rozpoczęcie nauki. Do tego uzależnienie i wpływ grupy są bardzo mocne, a na dodatek w grupie dzieci potrafią być bardzo agresywne i niebezpieczne, więc niewiele z nich daje się przekonać i korzysta z szansy na nowe życie. Są także ludzie jak madame Fatima, żyjący w sąsiedztwie, którzy nie potrafią obojętnie przejść, patrząc na los tych dzieci i mimo że ich życie nie jest lekkie, starają się zebrać pieniądze lub żywność, żeby co jakiś czas ugotować im jeśli nie prawdziwy posiłek to chociaż ryż.

Moment, kiedy to miasto powróci do normalności, kiedy odbuduje się państwowość i społeczeństwo, to będzie chwila, kiedy te dzieci zostaną wyrwane ze szponów ulicy, nałogu i powrócą do wspólnoty.

Wojna to nie tylko zabijanie, to wiele tragicznych historii, które produkuje wokół siebie.

Kiedy poruszasz się po Mogadiszu i jesteś uważnym obserwatorem, zauważysz na ulicach chłopców snujących się z zamglonymi oczami, troskliwie ściskającymi w rękach plastikową butelkę. Po jakimś czasie zdasz sobie sprawę, że to dzieci ulicy. Młodzi chłopcy, uzależnieni od narkotyków, noszący w swoich butelkach klej do wąchania.

W Somalii istnieje olbrzymi problem z uzależnieniem od narkotyków. Szczególnie z jednym, najbardziej pożądanym – khatem.

Często można zobaczyć ludzi, trzymających w ręce wiązanki drobnych patyczków z listkami. Kobiety nimi handlują na ulicy, a mężczyźni żują, siedząc w ulicznych kawiarniach lub po prostu na chodniku. To khat, który jest również bardzo popularny w Kenii i Jemenie.

Jest drogi i gdy nie ma pieniędzy pozostaje już tylko klej.

Często ofiarami wojny stają się dzieci. Nie tylko śmiertelnymi ofiarami. Wojna produkuje sieroty, ale także rodzice tracą swoje dzieci, które są porywane i siłą wcielane do wojska czy milicji. Potem, by stały się skutecznymi maszynami do zabijania, uzależnia się je od narkotyków. Wszystko po to, by stały się bezwolnymi, okrutnymi zabójcami, co pożera ich dusze i umysły równie skutecznie jak narkotyk.

Dzieciaki, gdy stają się w końcu niepotrzebne lub uda im się uwolnić i uciec, niestety z reguły lądują na ulicy, trawione przez uzależnienie, nieznające niczego poza zabijaniem.

By przeżyć, łączą się w grupy, które potem powiększają się o sieroty, które po śmierci rodziców, nie mając innych krewnych, lądują też na ulicy, a szansą przeżycia dla nich jest przyłączenie się do grupy. I, jak to bywa w zbiorowościach, podlegają wpływowi grupy i też uzależniają się od narkotyków.

Ich dni toczą się wokół prób zdobycia narkotyku, a czasem jedzenia. Przemierzają miasto, przeglądając śmietniki, żebrząc lub próbując coś ukraść. Liczy się tylko zaspokojenie głodu – najpierw narkotykowego, a później tego prawdziwego, ale ten jest mniej ważny.

Niektóre organizacje NGO stawiają im blaszane chatki, by nie spały na ulicy, ale grupy się powiększają i zaczyna brakować miejsca, więc część i tak śpi na ulicy lub pod mostem.

Są także organizacje prowadzące sierocińce, które wysyłają swoich pracowników, by znajdowali te dzieci na ulicy i sprowadzali je do sierocińca, ale nie jest to proste, ponieważ warunek to zerwanie z nałogiem i rozpoczęcie nauki. Do tego uzależnienie i wpływ grupy są bardzo mocne, a na dodatek w grupie dzieci potrafią być bardzo agresywne i niebezpieczne, więc niewiele z nich daje się przekonać i korzysta z szansy na nowe życie. Są także ludzie jak madame Fatima, żyjący w sąsiedztwie, którzy nie potrafią obojętnie przejść, patrząc na los tych dzieci i mimo że ich życie nie jest lekkie, starają się zebrać pieniądze lub żywność, żeby co jakiś czas ugotować im jeśli nie prawdziwy posiłek to chociaż ryż.

Moment, kiedy to miasto powróci do normalności, kiedy odbuduje się państwowość i społeczeństwo, to będzie chwila, kiedy te dzieci zostaną wyrwane ze szponów ulicy, nałogu i powrócą do wspólnoty.

Wojna to nie tylko zabijanie, to wiele tragicznych historii, które produkuje wokół siebie.

Kiedy poruszasz się po Mogadiszu i jesteś uważnym obserwatorem, zauważysz na ulicach chłopców snujących się z zamglonymi oczami, troskliwie ściskającymi w rękach plastikową butelkę. Po jakimś czasie zdasz sobie sprawę, że to dzieci ulicy. Młodzi chłopcy, uzależnieni od narkotyków, noszący w swoich butelkach klej do wąchania.

W Somalii istnieje olbrzymi problem z uzależnieniem od narkotyków. Szczególnie z jednym, najbardziej pożądanym – khatem.

Często można zobaczyć ludzi, trzymających w ręce wiązanki drobnych patyczków z listkami. Kobiety nimi handlują na ulicy, a mężczyźni żują, siedząc w ulicznych kawiarniach lub po prostu na chodniku. To khat, który jest również bardzo popularny w Kenii i Jemenie.

Jest drogi i gdy nie ma pieniędzy pozostaje już tylko klej.

Często ofiarami wojny stają się dzieci. Nie tylko śmiertelnymi ofiarami. Wojna produkuje sieroty, ale także rodzice tracą swoje dzieci, które są porywane i siłą wcielane do wojska czy milicji. Potem, by stały się skutecznymi maszynami do zabijania, uzależnia się je od narkotyków. Wszystko po to, by stały się bezwolnymi, okrutnymi zabójcami, co pożera ich dusze i umysły równie skutecznie jak narkotyk.

Dzieciaki, gdy stają się w końcu niepotrzebne lub uda im się uwolnić i uciec, niestety z reguły lądują na ulicy, trawione przez uzależnienie, nieznające niczego poza zabijaniem.

By przeżyć, łączą się w grupy, które potem powiększają się o sieroty, które po śmierci rodziców, nie mając innych krewnych, lądują też na ulicy, a szansą przeżycia dla nich jest przyłączenie się do grupy. I, jak to bywa w zbiorowościach, podlegają wpływowi grupy i też uzależniają się od narkotyków.

Ich dni toczą się wokół prób zdobycia narkotyku, a czasem jedzenia. Przemierzają miasto, przeglądając śmietniki, żebrząc lub próbując coś ukraść. Liczy się tylko zaspokojenie głodu – najpierw narkotykowego, a później tego prawdziwego, ale ten jest mniej ważny.

Niektóre organizacje NGO stawiają im blaszane chatki, by nie spały na ulicy, ale grupy się powiększają i zaczyna brakować miejsca, więc część i tak śpi na ulicy lub pod mostem.

Są także organizacje prowadzące sierocińce, które wysyłają swoich pracowników, by znajdowali te dzieci na ulicy i sprowadzali je do sierocińca, ale nie jest to proste, ponieważ warunek to zerwanie z nałogiem i rozpoczęcie nauki. Do tego uzależnienie i wpływ grupy są bardzo mocne, a na dodatek w grupie dzieci potrafią być bardzo agresywne i niebezpieczne, więc niewiele z nich daje się przekonać i korzysta z szansy na nowe życie. Są także ludzie jak madame Fatima, żyjący w sąsiedztwie, którzy nie potrafią obojętnie przejść, patrząc na los tych dzieci i mimo że ich życie nie jest lekkie, starają się zebrać pieniądze lub żywność, żeby co jakiś czas ugotować im jeśli nie prawdziwy posiłek to chociaż ryż.

Moment, kiedy to miasto powróci do normalności, kiedy odbuduje się państwowość i społeczeństwo, to będzie chwila, kiedy te dzieci zostaną wyrwane ze szponów ulicy, nałogu i powrócą do wspólnoty.

Wojna to nie tylko zabijanie, to wiele tragicznych historii, które produkuje wokół siebie.

Kiedy poruszasz się po Mogadiszu i jesteś uważnym obserwatorem, zauważysz na ulicach chłopców snujących się z zamglonymi oczami, troskliwie ściskającymi w rękach plastikową butelkę. Po jakimś czasie zdasz sobie sprawę, że to dzieci ulicy. Młodzi chłopcy, uzależnieni od narkotyków, noszący w swoich butelkach klej do wąchania.

W Somalii istnieje olbrzymi problem z uzależnieniem od narkotyków. Szczególnie z jednym, najbardziej pożądanym – khatem.

Często można zobaczyć ludzi, trzymających w ręce wiązanki drobnych patyczków z listkami. Kobiety nimi handlują na ulicy, a mężczyźni żują, siedząc w ulicznych kawiarniach lub po prostu na chodniku. To khat, który jest również bardzo popularny w Kenii i Jemenie.

Jest drogi i gdy nie ma pieniędzy pozostaje już tylko klej.

Często ofiarami wojny stają się dzieci. Nie tylko śmiertelnymi ofiarami. Wojna produkuje sieroty, ale także rodzice tracą swoje dzieci, które są porywane i siłą wcielane do wojska czy milicji. Potem, by stały się skutecznymi maszynami do zabijania, uzależnia się je od narkotyków. Wszystko po to, by stały się bezwolnymi, okrutnymi zabójcami, co pożera ich dusze i umysły równie skutecznie jak narkotyk.

Dzieciaki, gdy stają się w końcu niepotrzebne lub uda im się uwolnić i uciec, niestety z reguły lądują na ulicy, trawione przez uzależnienie, nieznające niczego poza zabijaniem.

By przeżyć, łączą się w grupy, które potem powiększają się o sieroty, które po śmierci rodziców, nie mając innych krewnych, lądują też na ulicy, a szansą przeżycia dla nich jest przyłączenie się do grupy. I, jak to bywa w zbiorowościach, podlegają wpływowi grupy i też uzależniają się od narkotyków.

Ich dni toczą się wokół prób zdobycia narkotyku, a czasem jedzenia. Przemierzają miasto, przeglądając śmietniki, żebrząc lub próbując coś ukraść. Liczy się tylko zaspokojenie głodu – najpierw narkotykowego, a później tego prawdziwego, ale ten jest mniej ważny.

Niektóre organizacje NGO stawiają im blaszane chatki, by nie spały na ulicy, ale grupy się powiększają i zaczyna brakować miejsca, więc część i tak śpi na ulicy lub pod mostem.

Są także organizacje prowadzące sierocińce, które wysyłają swoich pracowników, by znajdowali te dzieci na ulicy i sprowadzali je do sierocińca, ale nie jest to proste, ponieważ warunek to zerwanie z nałogiem i rozpoczęcie nauki. Do tego uzależnienie i wpływ grupy są bardzo mocne, a na dodatek w grupie dzieci potrafią być bardzo agresywne i niebezpieczne, więc niewiele z nich daje się przekonać i korzysta z szansy na nowe życie. Są także ludzie jak madame Fatima, żyjący w sąsiedztwie, którzy nie potrafią obojętnie przejść, patrząc na los tych dzieci i mimo że ich życie nie jest lekkie, starają się zebrać pieniądze lub żywność, żeby co jakiś czas ugotować im jeśli nie prawdziwy posiłek to chociaż ryż.

Moment, kiedy to miasto powróci do normalności, kiedy odbuduje się państwowość i społeczeństwo, to będzie chwila, kiedy te dzieci zostaną wyrwane ze szponów ulicy, nałogu i powrócą do wspólnoty.

Wojna to nie tylko zabijanie, to wiele tragicznych historii, które produkuje wokół siebie.

Kiedy poruszasz się po Mogadiszu i jesteś uważnym obserwatorem, zauważysz na ulicach chłopców snujących się z zamglonymi oczami, troskliwie ściskającymi w rękach plastikową butelkę. Po jakimś czasie zdasz sobie sprawę, że to dzieci ulicy. Młodzi chłopcy, uzależnieni od narkotyków, noszący w swoich butelkach klej do wąchania.

W Somalii istnieje olbrzymi problem z uzależnieniem od narkotyków. Szczególnie z jednym, najbardziej pożądanym – khatem.

Często można zobaczyć ludzi, trzymających w ręce wiązanki drobnych patyczków z listkami. Kobiety nimi handlują na ulicy, a mężczyźni żują, siedząc w ulicznych kawiarniach lub po prostu na chodniku. To khat, który jest również bardzo popularny w Kenii i Jemenie.

Jest drogi i gdy nie ma pieniędzy pozostaje już tylko klej.

Często ofiarami wojny stają się dzieci. Nie tylko śmiertelnymi ofiarami. Wojna produkuje sieroty, ale także rodzice tracą swoje dzieci, które są porywane i siłą wcielane do wojska czy milicji. Potem, by stały się skutecznymi maszynami do zabijania, uzależnia się je od narkotyków. Wszystko po to, by stały się bezwolnymi, okrutnymi zabójcami, co pożera ich dusze i umysły równie skutecznie jak narkotyk.

Dzieciaki, gdy stają się w końcu niepotrzebne lub uda im się uwolnić i uciec, niestety z reguły lądują na ulicy, trawione przez uzależnienie, nieznające niczego poza zabijaniem.

By przeżyć, łączą się w grupy, które potem powiększają się o sieroty, które po śmierci rodziców, nie mając innych krewnych, lądują też na ulicy, a szansą przeżycia dla nich jest przyłączenie się do grupy. I, jak to bywa w zbiorowościach, podlegają wpływowi grupy i też uzależniają się od narkotyków.

Ich dni toczą się wokół prób zdobycia narkotyku, a czasem jedzenia. Przemierzają miasto, przeglądając śmietniki, żebrząc lub próbując coś ukraść. Liczy się tylko zaspokojenie głodu – najpierw narkotykowego, a później tego prawdziwego, ale ten jest mniej ważny.

Niektóre organizacje NGO stawiają im blaszane chatki, by nie spały na ulicy, ale grupy się powiększają i zaczyna brakować miejsca, więc część i tak śpi na ulicy lub pod mostem.

Są także organizacje prowadzące sierocińce, które wysyłają swoich pracowników, by znajdowali te dzieci na ulicy i sprowadzali je do sierocińca, ale nie jest to proste, ponieważ warunek to zerwanie z nałogiem i rozpoczęcie nauki. Do tego uzależnienie i wpływ grupy są bardzo mocne, a na dodatek w grupie dzieci potrafią być bardzo agresywne i niebezpieczne, więc niewiele z nich daje się przekonać i korzysta z szansy na nowe życie. Są także ludzie jak madame Fatima, żyjący w sąsiedztwie, którzy nie potrafią obojętnie przejść, patrząc na los tych dzieci i mimo że ich życie nie jest lekkie, starają się zebrać pieniądze lub żywność, żeby co jakiś czas ugotować im jeśli nie prawdziwy posiłek to chociaż ryż.

Moment, kiedy to miasto powróci do normalności, kiedy odbuduje się państwowość i społeczeństwo, to będzie chwila, kiedy te dzieci zostaną wyrwane ze szponów ulicy, nałogu i powrócą do wspólnoty.

Wojna to nie tylko zabijanie, to wiele tragicznych historii, które produkuje wokół siebie.

Kiedy poruszasz się po Mogadiszu i jesteś uważnym obserwatorem, zauważysz na ulicach chłopców snujących się z zamglonymi oczami, troskliwie ściskającymi w rękach plastikową butelkę. Po jakimś czasie zdasz sobie sprawę, że to dzieci ulicy. Młodzi chłopcy, uzależnieni od narkotyków, noszący w swoich butelkach klej do wąchania.

W Somalii istnieje olbrzymi problem z uzależnieniem od narkotyków. Szczególnie z jednym, najbardziej pożądanym – khatem.

Często można zobaczyć ludzi, trzymających w ręce wiązanki drobnych patyczków z listkami. Kobiety nimi handlują na ulicy, a mężczyźni żują, siedząc w ulicznych kawiarniach lub po prostu na chodniku. To khat, który jest również bardzo popularny w Kenii i Jemenie.

Jest drogi i gdy nie ma pieniędzy pozostaje już tylko klej.

Często ofiarami wojny stają się dzieci. Nie tylko śmiertelnymi ofiarami. Wojna produkuje sieroty, ale także rodzice tracą swoje dzieci, które są porywane i siłą wcielane do wojska czy milicji. Potem, by stały się skutecznymi maszynami do zabijania, uzależnia się je od narkotyków. Wszystko po to, by stały się bezwolnymi, okrutnymi zabójcami, co pożera ich dusze i umysły równie skutecznie jak narkotyk.

Dzieciaki, gdy stają się w końcu niepotrzebne lub uda im się uwolnić i uciec, niestety z reguły lądują na ulicy, trawione przez uzależnienie, nieznające niczego poza zabijaniem.

By przeżyć, łączą się w grupy, które potem powiększają się o sieroty, które po śmierci rodziców, nie mając innych krewnych, lądują też na ulicy, a szansą przeżycia dla nich jest przyłączenie się do grupy. I, jak to bywa w zbiorowościach, podlegają wpływowi grupy i też uzależniają się od narkotyków.

Ich dni toczą się wokół prób zdobycia narkotyku, a czasem jedzenia. Przemierzają miasto, przeglądając śmietniki, żebrząc lub próbując coś ukraść. Liczy się tylko zaspokojenie głodu – najpierw narkotykowego, a później tego prawdziwego, ale ten jest mniej ważny.

Niektóre organizacje NGO stawiają im blaszane chatki, by nie spały na ulicy, ale grupy się powiększają i zaczyna brakować miejsca, więc część i tak śpi na ulicy lub pod mostem.

Są także organizacje prowadzące sierocińce, które wysyłają swoich pracowników, by znajdowali te dzieci na ulicy i sprowadzali je do sierocińca, ale nie jest to proste, ponieważ warunek to zerwanie z nałogiem i rozpoczęcie nauki. Do tego uzależnienie i wpływ grupy są bardzo mocne, a na dodatek w grupie dzieci potrafią być bardzo agresywne i niebezpieczne, więc niewiele z nich daje się przekonać i korzysta z szansy na nowe życie. Są także ludzie jak madame Fatima, żyjący w sąsiedztwie, którzy nie potrafią obojętnie przejść, patrząc na los tych dzieci i mimo że ich życie nie jest lekkie, starają się zebrać pieniądze lub żywność, żeby co jakiś czas ugotować im jeśli nie prawdziwy posiłek to chociaż ryż.

Moment, kiedy to miasto powróci do normalności, kiedy odbuduje się państwowość i społeczeństwo, to będzie chwila, kiedy te dzieci zostaną wyrwane ze szponów ulicy, nałogu i powrócą do wspólnoty.

Wojna to nie tylko zabijanie, to wiele tragicznych historii, które produkuje wokół siebie.

Kiedy poruszasz się po Mogadiszu i jesteś uważnym obserwatorem, zauważysz na ulicach chłopców snujących się z zamglonymi oczami, troskliwie ściskającymi w rękach plastikową butelkę. Po jakimś czasie zdasz sobie sprawę, że to dzieci ulicy. Młodzi chłopcy, uzależnieni od narkotyków, noszący w swoich butelkach klej do wąchania.

W Somalii istnieje olbrzymi problem z uzależnieniem od narkotyków. Szczególnie z jednym, najbardziej pożądanym – khatem.

Często można zobaczyć ludzi, trzymających w ręce wiązanki drobnych patyczków z listkami. Kobiety nimi handlują na ulicy, a mężczyźni żują, siedząc w ulicznych kawiarniach lub po prostu na chodniku. To khat, który jest również bardzo popularny w Kenii i Jemenie.

Jest drogi i gdy nie ma pieniędzy pozostaje już tylko klej.

Często ofiarami wojny stają się dzieci. Nie tylko śmiertelnymi ofiarami. Wojna produkuje sieroty, ale także rodzice tracą swoje dzieci, które są porywane i siłą wcielane do wojska czy milicji. Potem, by stały się skutecznymi maszynami do zabijania, uzależnia się je od narkotyków. Wszystko po to, by stały się bezwolnymi, okrutnymi zabójcami, co pożera ich dusze i umysły równie skutecznie jak narkotyk.

Dzieciaki, gdy stają się w końcu niepotrzebne lub uda im się uwolnić i uciec, niestety z reguły lądują na ulicy, trawione przez uzależnienie, nieznające niczego poza zabijaniem.

By przeżyć, łączą się w grupy, które potem powiększają się o sieroty, które po śmierci rodziców, nie mając innych krewnych, lądują też na ulicy, a szansą przeżycia dla nich jest przyłączenie się do grupy. I, jak to bywa w zbiorowościach, podlegają wpływowi grupy i też uzależniają się od narkotyków.

Ich dni toczą się wokół prób zdobycia narkotyku, a czasem jedzenia. Przemierzają miasto, przeglądając śmietniki, żebrząc lub próbując coś ukraść. Liczy się tylko zaspokojenie głodu – najpierw narkotykowego, a później tego prawdziwego, ale ten jest mniej ważny.

Niektóre organizacje NGO stawiają im blaszane chatki, by nie spały na ulicy, ale grupy się powiększają i zaczyna brakować miejsca, więc część i tak śpi na ulicy lub pod mostem.

Są także organizacje prowadzące sierocińce, które wysyłają swoich pracowników, by znajdowali te dzieci na ulicy i sprowadzali je do sierocińca, ale nie jest to proste, ponieważ warunek to zerwanie z nałogiem i rozpoczęcie nauki. Do tego uzależnienie i wpływ grupy są bardzo mocne, a na dodatek w grupie dzieci potrafią być bardzo agresywne i niebezpieczne, więc niewiele z nich daje się przekonać i korzysta z szansy na nowe życie. Są także ludzie jak madame Fatima, żyjący w sąsiedztwie, którzy nie potrafią obojętnie przejść, patrząc na los tych dzieci i mimo że ich życie nie jest lekkie, starają się zebrać pieniądze lub żywność, żeby co jakiś czas ugotować im jeśli nie prawdziwy posiłek to chociaż ryż.

Moment, kiedy to miasto powróci do normalności, kiedy odbuduje się państwowość i społeczeństwo, to będzie chwila, kiedy te dzieci zostaną wyrwane ze szponów ulicy, nałogu i powrócą do wspólnoty.

Wojna to nie tylko zabijanie, to wiele tragicznych historii, które produkuje wokół siebie.

Kiedy poruszasz się po Mogadiszu i jesteś uważnym obserwatorem, zauważysz na ulicach chłopców snujących się z zamglonymi oczami, troskliwie ściskającymi w rękach plastikową butelkę. Po jakimś czasie zdasz sobie sprawę, że to dzieci ulicy. Młodzi chłopcy, uzależnieni od narkotyków, noszący w swoich butelkach klej do wąchania.

W Somalii istnieje olbrzymi problem z uzależnieniem od narkotyków. Szczególnie z jednym, najbardziej pożądanym – khatem.

Często można zobaczyć ludzi, trzymających w ręce wiązanki drobnych patyczków z listkami. Kobiety nimi handlują na ulicy, a mężczyźni żują, siedząc w ulicznych kawiarniach lub po prostu na chodniku. To khat, który jest również bardzo popularny w Kenii i Jemenie.

Jest drogi i gdy nie ma pieniędzy pozostaje już tylko klej.

Często ofiarami wojny stają się dzieci. Nie tylko śmiertelnymi ofiarami. Wojna produkuje sieroty, ale także rodzice tracą swoje dzieci, które są porywane i siłą wcielane do wojska czy milicji. Potem, by stały się skutecznymi maszynami do zabijania, uzależnia się je od narkotyków. Wszystko po to, by stały się bezwolnymi, okrutnymi zabójcami, co pożera ich dusze i umysły równie skutecznie jak narkotyk.

Dzieciaki, gdy stają się w końcu niepotrzebne lub uda im się uwolnić i uciec, niestety z reguły lądują na ulicy, trawione przez uzależnienie, nieznające niczego poza zabijaniem.

By przeżyć, łączą się w grupy, które potem powiększają się o sieroty, które po śmierci rodziców, nie mając innych krewnych, lądują też na ulicy, a szansą przeżycia dla nich jest przyłączenie się do grupy. I, jak to bywa w zbiorowościach, podlegają wpływowi grupy i też uzależniają się od narkotyków.

Ich dni toczą się wokół prób zdobycia narkotyku, a czasem jedzenia. Przemierzają miasto, przeglądając śmietniki, żebrząc lub próbując coś ukraść. Liczy się tylko zaspokojenie głodu – najpierw narkotykowego, a później tego prawdziwego, ale ten jest mniej ważny.

Niektóre organizacje NGO stawiają im blaszane chatki, by nie spały na ulicy, ale grupy się powiększają i zaczyna brakować miejsca, więc część i tak śpi na ulicy lub pod mostem.

Są także organizacje prowadzące sierocińce, które wysyłają swoich pracowników, by znajdowali te dzieci na ulicy i sprowadzali je do sierocińca, ale nie jest to proste, ponieważ warunek to zerwanie z nałogiem i rozpoczęcie nauki. Do tego uzależnienie i wpływ grupy są bardzo mocne, a na dodatek w grupie dzieci potrafią być bardzo agresywne i niebezpieczne, więc niewiele z nich daje się przekonać i korzysta z szansy na nowe życie. Są także ludzie jak madame Fatima, żyjący w sąsiedztwie, którzy nie potrafią obojętnie przejść, patrząc na los tych dzieci i mimo że ich życie nie jest lekkie, starają się zebrać pieniądze lub żywność, żeby co jakiś czas ugotować im jeśli nie prawdziwy posiłek to chociaż ryż.

Moment, kiedy to miasto powróci do normalności, kiedy odbuduje się państwowość i społeczeństwo, to będzie chwila, kiedy te dzieci zostaną wyrwane ze szponów ulicy, nałogu i powrócą do wspólnoty.

Wojna to nie tylko zabijanie, to wiele tragicznych historii, które produkuje wokół siebie.

Kiedy poruszasz się po Mogadiszu i jesteś uważnym obserwatorem, zauważysz na ulicach chłopców snujących się z zamglonymi oczami, troskliwie ściskającymi w rękach plastikową butelkę. Po jakimś czasie zdasz sobie sprawę, że to dzieci ulicy. Młodzi chłopcy, uzależnieni od narkotyków, noszący w swoich butelkach klej do wąchania.

W Somalii istnieje olbrzymi problem z uzależnieniem od narkotyków. Szczególnie z jednym, najbardziej pożądanym – khatem.

Często można zobaczyć ludzi, trzymających w ręce wiązanki drobnych patyczków z listkami. Kobiety nimi handlują na ulicy, a mężczyźni żują, siedząc w ulicznych kawiarniach lub po prostu na chodniku. To khat, który jest również bardzo popularny w Kenii i Jemenie.

Jest drogi i gdy nie ma pieniędzy pozostaje już tylko klej.

Często ofiarami wojny stają się dzieci. Nie tylko śmiertelnymi ofiarami. Wojna produkuje sieroty, ale także rodzice tracą swoje dzieci, które są porywane i siłą wcielane do wojska czy milicji. Potem, by stały się skutecznymi maszynami do zabijania, uzależnia się je od narkotyków. Wszystko po to, by stały się bezwolnymi, okrutnymi zabójcami, co pożera ich dusze i umysły równie skutecznie jak narkotyk.

Dzieciaki, gdy stają się w końcu niepotrzebne lub uda im się uwolnić i uciec, niestety z reguły lądują na ulicy, trawione przez uzależnienie, nieznające niczego poza zabijaniem.

By przeżyć, łączą się w grupy, które potem powiększają się o sieroty, które po śmierci rodziców, nie mając innych krewnych, lądują też na ulicy, a szansą przeżycia dla nich jest przyłączenie się do grupy. I, jak to bywa w zbiorowościach, podlegają wpływowi grupy i też uzależniają się od narkotyków.

Ich dni toczą się wokół prób zdobycia narkotyku, a czasem jedzenia. Przemierzają miasto, przeglądając śmietniki, żebrząc lub próbując coś ukraść. Liczy się tylko zaspokojenie głodu – najpierw narkotykowego, a później tego prawdziwego, ale ten jest mniej ważny.

Niektóre organizacje NGO stawiają im blaszane chatki, by nie spały na ulicy, ale grupy się powiększają i zaczyna brakować miejsca, więc część i tak śpi na ulicy lub pod mostem.

Są także organizacje prowadzące sierocińce, które wysyłają swoich pracowników, by znajdowali te dzieci na ulicy i sprowadzali je do sierocińca, ale nie jest to proste, ponieważ warunek to zerwanie z nałogiem i rozpoczęcie nauki. Do tego uzależnienie i wpływ grupy są bardzo mocne, a na dodatek w grupie dzieci potrafią być bardzo agresywne i niebezpieczne, więc niewiele z nich daje się przekonać i korzysta z szansy na nowe życie. Są także ludzie jak madame Fatima, żyjący w sąsiedztwie, którzy nie potrafią obojętnie przejść, patrząc na los tych dzieci i mimo że ich życie nie jest lekkie, starają się zebrać pieniądze lub żywność, żeby co jakiś czas ugotować im jeśli nie prawdziwy posiłek to chociaż ryż.

Moment, kiedy to miasto powróci do normalności, kiedy odbuduje się państwowość i społeczeństwo, to będzie chwila, kiedy te dzieci zostaną wyrwane ze szponów ulicy, nałogu i powrócą do wspólnoty.

Zdjęcia oraz komentarz: Marcin Suder
***
Projekt graficzny: Arkadiusz Sołdon
Kodowanie: Piotr Kliks
Obróbka audio: Marcin Hinz

Ten materiał jak wszystkie nasze treści jest darmowy, dzięki dobrowolnym wpłatom od Was.

Dobre dziennikarstwo powinno być dostępne dla wszystkich bez wyjątku – potrzebujemy Twojego wsparcia, by dalej działać.

Zobacz pozostałe historie

Przyszłość

Imperatywem postępu jest edukacja. To jak szczepionka na fundamentalizm i indoktrynację. Somalijczycy zdają sobie sprawę, że przepustką do lepszej przyszłości jest wiedza i mądrość następnych pokoleń, dlatego prowadzą prawdziwą walkę o wykształcenie swoich dzieci. Niestety dla państwa, które się odbudowuje po całkowitej degradacji, powszechna i darmowa edukacja jest prawdziwym wyzwaniem. Większość szkół, poza tymi prowadzonymi przez organizacje pozarządowe, pozostaje wciąż w rękach prywatnych, a bieda staje się największą barierą, zarówno dla zwykłych ludzi, jak i dla samego państwa.

Jeśli chcesz zabić naród, zabij jego edukację. Próżnia państwowości, która się wytworzyła, i anarchia doprowadziły do zaniku systemu edukacji w Mogadiszu oraz w całej Somalii. Ponad 75% szkół, jeśli nie wszystkie, zostało zniszczonych. Podręczniki, materiały szkolne stały się niedostępne, a nauczyciele i studenci porzucili edukację i uciekli z kraju, bądź starali się przeżyć ten szalony czas.

Edukacja to fundament społeczności i państwa, ale wciąż niewiele dzieci ma możliwość uczęszczania do szkoły.

Tylko około 30% z nich chodzi do szkoły podstawowej i to w przypadku miast, gdyż na wsi ten odsetek spada do 18%. W wyniku biedy i koczowniczego trybu życia wysyłanie dzieci do szkół nie jest powszechne i często dla rodzin somalijskich jest po prostu niemożliwe.

Tylko 25% kobiet pomiędzy 15 a 24 rokiem życia jest piśmienna, chociaż z całkowitej populacji kobiet w Somalii to mniej niż 40%. Pokolenie 15-24 lat zostało określone jako stracone.

Somalia ma jedną z najniższych wartości rekrutacji do szkół na świecie, a sam system edukacji jest wciąż na granicy rozpadu.

Rząd federalny rozpoczął kilka lat temu program „go 2school”, aby zwiększyć liczbę uczniów w szkołach. Szacuje się, że ponad 4 miliony dzieci na 11 milionów całej populacji w Somalii nie uczęszcza do szkoły. Edukacja to chyba najważniejsza broń w obecnej wojnie domowej. Dostęp do dobrej, podstawowej edukacji jest krytyczny dla przyszłości Somalii, ale też niezwykle istotny w walce o stabilizację kraju i pokonanie Al-Shabaab.

W rejonach rolniczych, gdzie Al-Shabaab jest najbardziej aktywna, szkolnictwo praktycznie nie istnieje poza medresami. Dla wielu rodzin posłanie dziecka do szkoły jest zbyt kosztowne. Bieda zmusza ich do wysłania potomstwa do pracy, aby rodzina w ogóle mogła przeżyć. Dlatego mają bardzo ograniczony dostęp do edukacji i jedyną możliwością pozostaje nauka w szkole koranicznej, gdzie w przypadku niektórych imamów są poddawane indoktrynacji. To jest powód, dla którego Al-Shabaab łatwiej rekrutować, poza samym przymusem psychicznym i groźbami śmierci.

Ministerstwo Edukacji jest przekonane, że edukacja będzie trzymała dzieci poza zasięgiem grupy terrorystycznej i zmniejszy ich szanse na przyłączenia się do milicji.

Jeśli chcesz zabić naród, zabij jego edukację. Próżnia państwowości, która się wytworzyła, i anarchia doprowadziły do zaniku systemu edukacji w Mogadiszu oraz w całej Somalii. Ponad 75% szkół, jeśli nie wszystkie, zostało zniszczonych. Podręczniki, materiały szkolne stały się niedostępne, a nauczyciele i studenci porzucili edukację i uciekli z kraju, bądź starali się przeżyć ten szalony czas.

Edukacja to fundament społeczności i państwa, ale wciąż niewiele dzieci ma możliwość uczęszczania do szkoły.

Tylko około 30% z nich chodzi do szkoły podstawowej i to w przypadku miast, gdyż na wsi ten odsetek spada do 18%. W wyniku biedy i koczowniczego trybu życia wysyłanie dzieci do szkół nie jest powszechne i często dla rodzin somalijskich jest po prostu niemożliwe.

Tylko 25% kobiet pomiędzy 15 a 24 rokiem życia jest piśmienna, chociaż z całkowitej populacji kobiet w Somalii to mniej niż 40%. Pokolenie 15-24 lat zostało określone jako stracone.

Somalia ma jedną z najniższych wartości rekrutacji do szkół na świecie, a sam system edukacji jest wciąż na granicy rozpadu.

Rząd federalny rozpoczął kilka lat temu program „go 2school”, aby zwiększyć liczbę uczniów w szkołach. Szacuje się, że ponad 4 miliony dzieci na 11 milionów całej populacji w Somalii nie uczęszcza do szkoły. Edukacja to chyba najważniejsza broń w obecnej wojnie domowej. Dostęp do dobrej, podstawowej edukacji jest krytyczny dla przyszłości Somalii, ale też niezwykle istotny w walce o stabilizację kraju i pokonanie Al-Shabaab.

W rejonach rolniczych, gdzie Al-Shabaab jest najbardziej aktywna, szkolnictwo praktycznie nie istnieje poza medresami. Dla wielu rodzin posłanie dziecka do szkoły jest zbyt kosztowne. Bieda zmusza ich do wysłania potomstwa do pracy, aby rodzina w ogóle mogła przeżyć. Dlatego mają bardzo ograniczony dostęp do edukacji i jedyną możliwością pozostaje nauka w szkole koranicznej, gdzie w przypadku niektórych imamów są poddawane indoktrynacji. To jest powód, dla którego Al-Shabaab łatwiej rekrutować, poza samym przymusem psychicznym i groźbami śmierci.

Ministerstwo Edukacji jest przekonane, że edukacja będzie trzymała dzieci poza zasięgiem grupy terrorystycznej i zmniejszy ich szanse na przyłączenia się do milicji.

Jeśli chcesz zabić naród, zabij jego edukację. Próżnia państwowości, która się wytworzyła, i anarchia doprowadziły do zaniku systemu edukacji w Mogadiszu oraz w całej Somalii. Ponad 75% szkół, jeśli nie wszystkie, zostało zniszczonych. Podręczniki, materiały szkolne stały się niedostępne, a nauczyciele i studenci porzucili edukację i uciekli z kraju, bądź starali się przeżyć ten szalony czas.

Edukacja to fundament społeczności i państwa, ale wciąż niewiele dzieci ma możliwość uczęszczania do szkoły.

Tylko około 30% z nich chodzi do szkoły podstawowej i to w przypadku miast, gdyż na wsi ten odsetek spada do 18%. W wyniku biedy i koczowniczego trybu życia wysyłanie dzieci do szkół nie jest powszechne i często dla rodzin somalijskich jest po prostu niemożliwe.

Tylko 25% kobiet pomiędzy 15 a 24 rokiem życia jest piśmienna, chociaż z całkowitej populacji kobiet w Somalii to mniej niż 40%. Pokolenie 15-24 lat zostało określone jako stracone.

Somalia ma jedną z najniższych wartości rekrutacji do szkół na świecie, a sam system edukacji jest wciąż na granicy rozpadu.

Rząd federalny rozpoczął kilka lat temu program „go 2school”, aby zwiększyć liczbę uczniów w szkołach. Szacuje się, że ponad 4 miliony dzieci na 11 milionów całej populacji w Somalii nie uczęszcza do szkoły. Edukacja to chyba najważniejsza broń w obecnej wojnie domowej. Dostęp do dobrej, podstawowej edukacji jest krytyczny dla przyszłości Somalii, ale też niezwykle istotny w walce o stabilizację kraju i pokonanie Al-Shabaab.

W rejonach rolniczych, gdzie Al-Shabaab jest najbardziej aktywna, szkolnictwo praktycznie nie istnieje poza medresami. Dla wielu rodzin posłanie dziecka do szkoły jest zbyt kosztowne. Bieda zmusza ich do wysłania potomstwa do pracy, aby rodzina w ogóle mogła przeżyć. Dlatego mają bardzo ograniczony dostęp do edukacji i jedyną możliwością pozostaje nauka w szkole koranicznej, gdzie w przypadku niektórych imamów są poddawane indoktrynacji. To jest powód, dla którego Al-Shabaab łatwiej rekrutować, poza samym przymusem psychicznym i groźbami śmierci.

Ministerstwo Edukacji jest przekonane, że edukacja będzie trzymała dzieci poza zasięgiem grupy terrorystycznej i zmniejszy ich szanse na przyłączenia się do milicji.

Jeśli chcesz zabić naród, zabij jego edukację. Próżnia państwowości, która się wytworzyła, i anarchia doprowadziły do zaniku systemu edukacji w Mogadiszu oraz w całej Somalii. Ponad 75% szkół, jeśli nie wszystkie, zostało zniszczonych. Podręczniki, materiały szkolne stały się niedostępne, a nauczyciele i studenci porzucili edukację i uciekli z kraju, bądź starali się przeżyć ten szalony czas.

Edukacja to fundament społeczności i państwa, ale wciąż niewiele dzieci ma możliwość uczęszczania do szkoły.

Tylko około 30% z nich chodzi do szkoły podstawowej i to w przypadku miast, gdyż na wsi ten odsetek spada do 18%. W wyniku biedy i koczowniczego trybu życia wysyłanie dzieci do szkół nie jest powszechne i często dla rodzin somalijskich jest po prostu niemożliwe.

Tylko 25% kobiet pomiędzy 15 a 24 rokiem życia jest piśmienna, chociaż z całkowitej populacji kobiet w Somalii to mniej niż 40%. Pokolenie 15-24 lat zostało określone jako stracone.

Somalia ma jedną z najniższych wartości rekrutacji do szkół na świecie, a sam system edukacji jest wciąż na granicy rozpadu.

Rząd federalny rozpoczął kilka lat temu program „go 2school”, aby zwiększyć liczbę uczniów w szkołach. Szacuje się, że ponad 4 miliony dzieci na 11 milionów całej populacji w Somalii nie uczęszcza do szkoły. Edukacja to chyba najważniejsza broń w obecnej wojnie domowej. Dostęp do dobrej, podstawowej edukacji jest krytyczny dla przyszłości Somalii, ale też niezwykle istotny w walce o stabilizację kraju i pokonanie Al-Shabaab.

W rejonach rolniczych, gdzie Al-Shabaab jest najbardziej aktywna, szkolnictwo praktycznie nie istnieje poza medresami. Dla wielu rodzin posłanie dziecka do szkoły jest zbyt kosztowne. Bieda zmusza ich do wysłania potomstwa do pracy, aby rodzina w ogóle mogła przeżyć. Dlatego mają bardzo ograniczony dostęp do edukacji i jedyną możliwością pozostaje nauka w szkole koranicznej, gdzie w przypadku niektórych imamów są poddawane indoktrynacji. To jest powód, dla którego Al-Shabaab łatwiej rekrutować, poza samym przymusem psychicznym i groźbami śmierci.

Ministerstwo Edukacji jest przekonane, że edukacja będzie trzymała dzieci poza zasięgiem grupy terrorystycznej i zmniejszy ich szanse na przyłączenia się do milicji.

Jeśli chcesz zabić naród, zabij jego edukację. Próżnia państwowości, która się wytworzyła, i anarchia doprowadziły do zaniku systemu edukacji w Mogadiszu oraz w całej Somalii. Ponad 75% szkół, jeśli nie wszystkie, zostało zniszczonych. Podręczniki, materiały szkolne stały się niedostępne, a nauczyciele i studenci porzucili edukację i uciekli z kraju, bądź starali się przeżyć ten szalony czas.

Edukacja to fundament społeczności i państwa, ale wciąż niewiele dzieci ma możliwość uczęszczania do szkoły.

Tylko około 30% z nich chodzi do szkoły podstawowej i to w przypadku miast, gdyż na wsi ten odsetek spada do 18%. W wyniku biedy i koczowniczego trybu życia wysyłanie dzieci do szkół nie jest powszechne i często dla rodzin somalijskich jest po prostu niemożliwe.

Tylko 25% kobiet pomiędzy 15 a 24 rokiem życia jest piśmienna, chociaż z całkowitej populacji kobiet w Somalii to mniej niż 40%. Pokolenie 15-24 lat zostało określone jako stracone.

Somalia ma jedną z najniższych wartości rekrutacji do szkół na świecie, a sam system edukacji jest wciąż na granicy rozpadu.

Rząd federalny rozpoczął kilka lat temu program „go 2school”, aby zwiększyć liczbę uczniów w szkołach. Szacuje się, że ponad 4 miliony dzieci na 11 milionów całej populacji w Somalii nie uczęszcza do szkoły. Edukacja to chyba najważniejsza broń w obecnej wojnie domowej. Dostęp do dobrej, podstawowej edukacji jest krytyczny dla przyszłości Somalii, ale też niezwykle istotny w walce o stabilizację kraju i pokonanie Al-Shabaab.

W rejonach rolniczych, gdzie Al-Shabaab jest najbardziej aktywna, szkolnictwo praktycznie nie istnieje poza medresami. Dla wielu rodzin posłanie dziecka do szkoły jest zbyt kosztowne. Bieda zmusza ich do wysłania potomstwa do pracy, aby rodzina w ogóle mogła przeżyć. Dlatego mają bardzo ograniczony dostęp do edukacji i jedyną możliwością pozostaje nauka w szkole koranicznej, gdzie w przypadku niektórych imamów są poddawane indoktrynacji. To jest powód, dla którego Al-Shabaab łatwiej rekrutować, poza samym przymusem psychicznym i groźbami śmierci.

Ministerstwo Edukacji jest przekonane, że edukacja będzie trzymała dzieci poza zasięgiem grupy terrorystycznej i zmniejszy ich szanse na przyłączenia się do milicji.

Jeśli chcesz zabić naród, zabij jego edukację. Próżnia państwowości, która się wytworzyła, i anarchia doprowadziły do zaniku systemu edukacji w Mogadiszu oraz w całej Somalii. Ponad 75% szkół, jeśli nie wszystkie, zostało zniszczonych. Podręczniki, materiały szkolne stały się niedostępne, a nauczyciele i studenci porzucili edukację i uciekli z kraju, bądź starali się przeżyć ten szalony czas.

Edukacja to fundament społeczności i państwa, ale wciąż niewiele dzieci ma możliwość uczęszczania do szkoły.

Tylko około 30% z nich chodzi do szkoły podstawowej i to w przypadku miast, gdyż na wsi ten odsetek spada do 18%. W wyniku biedy i koczowniczego trybu życia wysyłanie dzieci do szkół nie jest powszechne i często dla rodzin somalijskich jest po prostu niemożliwe.

Tylko 25% kobiet pomiędzy 15 a 24 rokiem życia jest piśmienna, chociaż z całkowitej populacji kobiet w Somalii to mniej niż 40%. Pokolenie 15-24 lat zostało określone jako stracone.

Somalia ma jedną z najniższych wartości rekrutacji do szkół na świecie, a sam system edukacji jest wciąż na granicy rozpadu.

Rząd federalny rozpoczął kilka lat temu program „go 2school”, aby zwiększyć liczbę uczniów w szkołach. Szacuje się, że ponad 4 miliony dzieci na 11 milionów całej populacji w Somalii nie uczęszcza do szkoły. Edukacja to chyba najważniejsza broń w obecnej wojnie domowej. Dostęp do dobrej, podstawowej edukacji jest krytyczny dla przyszłości Somalii, ale też niezwykle istotny w walce o stabilizację kraju i pokonanie Al-Shabaab.

W rejonach rolniczych, gdzie Al-Shabaab jest najbardziej aktywna, szkolnictwo praktycznie nie istnieje poza medresami. Dla wielu rodzin posłanie dziecka do szkoły jest zbyt kosztowne. Bieda zmusza ich do wysłania potomstwa do pracy, aby rodzina w ogóle mogła przeżyć. Dlatego mają bardzo ograniczony dostęp do edukacji i jedyną możliwością pozostaje nauka w szkole koranicznej, gdzie w przypadku niektórych imamów są poddawane indoktrynacji. To jest powód, dla którego Al-Shabaab łatwiej rekrutować, poza samym przymusem psychicznym i groźbami śmierci.

Ministerstwo Edukacji jest przekonane, że edukacja będzie trzymała dzieci poza zasięgiem grupy terrorystycznej i zmniejszy ich szanse na przyłączenia się do milicji.

Jeśli chcesz zabić naród, zabij jego edukację. Próżnia państwowości, która się wytworzyła, i anarchia doprowadziły do zaniku systemu edukacji w Mogadiszu oraz w całej Somalii. Ponad 75% szkół, jeśli nie wszystkie, zostało zniszczonych. Podręczniki, materiały szkolne stały się niedostępne, a nauczyciele i studenci porzucili edukację i uciekli z kraju, bądź starali się przeżyć ten szalony czas.

Edukacja to fundament społeczności i państwa, ale wciąż niewiele dzieci ma możliwość uczęszczania do szkoły.

Tylko około 30% z nich chodzi do szkoły podstawowej i to w przypadku miast, gdyż na wsi ten odsetek spada do 18%. W wyniku biedy i koczowniczego trybu życia wysyłanie dzieci do szkół nie jest powszechne i często dla rodzin somalijskich jest po prostu niemożliwe.

Tylko 25% kobiet pomiędzy 15 a 24 rokiem życia jest piśmienna, chociaż z całkowitej populacji kobiet w Somalii to mniej niż 40%. Pokolenie 15-24 lat zostało określone jako stracone.

Somalia ma jedną z najniższych wartości rekrutacji do szkół na świecie, a sam system edukacji jest wciąż na granicy rozpadu.

Rząd federalny rozpoczął kilka lat temu program „go 2school”, aby zwiększyć liczbę uczniów w szkołach. Szacuje się, że ponad 4 miliony dzieci na 11 milionów całej populacji w Somalii nie uczęszcza do szkoły. Edukacja to chyba najważniejsza broń w obecnej wojnie domowej. Dostęp do dobrej, podstawowej edukacji jest krytyczny dla przyszłości Somalii, ale też niezwykle istotny w walce o stabilizację kraju i pokonanie Al-Shabaab.

W rejonach rolniczych, gdzie Al-Shabaab jest najbardziej aktywna, szkolnictwo praktycznie nie istnieje poza medresami. Dla wielu rodzin posłanie dziecka do szkoły jest zbyt kosztowne. Bieda zmusza ich do wysłania potomstwa do pracy, aby rodzina w ogóle mogła przeżyć. Dlatego mają bardzo ograniczony dostęp do edukacji i jedyną możliwością pozostaje nauka w szkole koranicznej, gdzie w przypadku niektórych imamów są poddawane indoktrynacji. To jest powód, dla którego Al-Shabaab łatwiej rekrutować, poza samym przymusem psychicznym i groźbami śmierci.

Ministerstwo Edukacji jest przekonane, że edukacja będzie trzymała dzieci poza zasięgiem grupy terrorystycznej i zmniejszy ich szanse na przyłączenia się do milicji.

Jeśli chcesz zabić naród, zabij jego edukację. Próżnia państwowości, która się wytworzyła, i anarchia doprowadziły do zaniku systemu edukacji w Mogadiszu oraz w całej Somalii. Ponad 75% szkół, jeśli nie wszystkie, zostało zniszczonych. Podręczniki, materiały szkolne stały się niedostępne, a nauczyciele i studenci porzucili edukację i uciekli z kraju, bądź starali się przeżyć ten szalony czas.

Edukacja to fundament społeczności i państwa, ale wciąż niewiele dzieci ma możliwość uczęszczania do szkoły.

Tylko około 30% z nich chodzi do szkoły podstawowej i to w przypadku miast, gdyż na wsi ten odsetek spada do 18%. W wyniku biedy i koczowniczego trybu życia wysyłanie dzieci do szkół nie jest powszechne i często dla rodzin somalijskich jest po prostu niemożliwe.

Tylko 25% kobiet pomiędzy 15 a 24 rokiem życia jest piśmienna, chociaż z całkowitej populacji kobiet w Somalii to mniej niż 40%. Pokolenie 15-24 lat zostało określone jako stracone.

Somalia ma jedną z najniższych wartości rekrutacji do szkół na świecie, a sam system edukacji jest wciąż na granicy rozpadu.

Rząd federalny rozpoczął kilka lat temu program „go 2school”, aby zwiększyć liczbę uczniów w szkołach. Szacuje się, że ponad 4 miliony dzieci na 11 milionów całej populacji w Somalii nie uczęszcza do szkoły. Edukacja to chyba najważniejsza broń w obecnej wojnie domowej. Dostęp do dobrej, podstawowej edukacji jest krytyczny dla przyszłości Somalii, ale też niezwykle istotny w walce o stabilizację kraju i pokonanie Al-Shabaab.

W rejonach rolniczych, gdzie Al-Shabaab jest najbardziej aktywna, szkolnictwo praktycznie nie istnieje poza medresami. Dla wielu rodzin posłanie dziecka do szkoły jest zbyt kosztowne. Bieda zmusza ich do wysłania potomstwa do pracy, aby rodzina w ogóle mogła przeżyć. Dlatego mają bardzo ograniczony dostęp do edukacji i jedyną możliwością pozostaje nauka w szkole koranicznej, gdzie w przypadku niektórych imamów są poddawane indoktrynacji. To jest powód, dla którego Al-Shabaab łatwiej rekrutować, poza samym przymusem psychicznym i groźbami śmierci.

Ministerstwo Edukacji jest przekonane, że edukacja będzie trzymała dzieci poza zasięgiem grupy terrorystycznej i zmniejszy ich szanse na przyłączenia się do milicji.

Jeśli chcesz zabić naród, zabij jego edukację. Próżnia państwowości, która się wytworzyła, i anarchia doprowadziły do zaniku systemu edukacji w Mogadiszu oraz w całej Somalii. Ponad 75% szkół, jeśli nie wszystkie, zostało zniszczonych. Podręczniki, materiały szkolne stały się niedostępne, a nauczyciele i studenci porzucili edukację i uciekli z kraju, bądź starali się przeżyć ten szalony czas.

Edukacja to fundament społeczności i państwa, ale wciąż niewiele dzieci ma możliwość uczęszczania do szkoły.

Tylko około 30% z nich chodzi do szkoły podstawowej i to w przypadku miast, gdyż na wsi ten odsetek spada do 18%. W wyniku biedy i koczowniczego trybu życia wysyłanie dzieci do szkół nie jest powszechne i często dla rodzin somalijskich jest po prostu niemożliwe.

Tylko 25% kobiet pomiędzy 15 a 24 rokiem życia jest piśmienna, chociaż z całkowitej populacji kobiet w Somalii to mniej niż 40%. Pokolenie 15-24 lat zostało określone jako stracone.

Somalia ma jedną z najniższych wartości rekrutacji do szkół na świecie, a sam system edukacji jest wciąż na granicy rozpadu.

Rząd federalny rozpoczął kilka lat temu program „go 2school”, aby zwiększyć liczbę uczniów w szkołach. Szacuje się, że ponad 4 miliony dzieci na 11 milionów całej populacji w Somalii nie uczęszcza do szkoły. Edukacja to chyba najważniejsza broń w obecnej wojnie domowej. Dostęp do dobrej, podstawowej edukacji jest krytyczny dla przyszłości Somalii, ale też niezwykle istotny w walce o stabilizację kraju i pokonanie Al-Shabaab.

W rejonach rolniczych, gdzie Al-Shabaab jest najbardziej aktywna, szkolnictwo praktycznie nie istnieje poza medresami. Dla wielu rodzin posłanie dziecka do szkoły jest zbyt kosztowne. Bieda zmusza ich do wysłania potomstwa do pracy, aby rodzina w ogóle mogła przeżyć. Dlatego mają bardzo ograniczony dostęp do edukacji i jedyną możliwością pozostaje nauka w szkole koranicznej, gdzie w przypadku niektórych imamów są poddawane indoktrynacji. To jest powód, dla którego Al-Shabaab łatwiej rekrutować, poza samym przymusem psychicznym i groźbami śmierci.

Ministerstwo Edukacji jest przekonane, że edukacja będzie trzymała dzieci poza zasięgiem grupy terrorystycznej i zmniejszy ich szanse na przyłączenia się do milicji.

Jeśli chcesz zabić naród, zabij jego edukację. Próżnia państwowości, która się wytworzyła, i anarchia doprowadziły do zaniku systemu edukacji w Mogadiszu oraz w całej Somalii. Ponad 75% szkół, jeśli nie wszystkie, zostało zniszczonych. Podręczniki, materiały szkolne stały się niedostępne, a nauczyciele i studenci porzucili edukację i uciekli z kraju, bądź starali się przeżyć ten szalony czas.

Edukacja to fundament społeczności i państwa, ale wciąż niewiele dzieci ma możliwość uczęszczania do szkoły.

Tylko około 30% z nich chodzi do szkoły podstawowej i to w przypadku miast, gdyż na wsi ten odsetek spada do 18%. W wyniku biedy i koczowniczego trybu życia wysyłanie dzieci do szkół nie jest powszechne i często dla rodzin somalijskich jest po prostu niemożliwe.

Tylko 25% kobiet pomiędzy 15 a 24 rokiem życia jest piśmienna, chociaż z całkowitej populacji kobiet w Somalii to mniej niż 40%. Pokolenie 15-24 lat zostało określone jako stracone.

Somalia ma jedną z najniższych wartości rekrutacji do szkół na świecie, a sam system edukacji jest wciąż na granicy rozpadu.

Rząd federalny rozpoczął kilka lat temu program „go 2school”, aby zwiększyć liczbę uczniów w szkołach. Szacuje się, że ponad 4 miliony dzieci na 11 milionów całej populacji w Somalii nie uczęszcza do szkoły. Edukacja to chyba najważniejsza broń w obecnej wojnie domowej. Dostęp do dobrej, podstawowej edukacji jest krytyczny dla przyszłości Somalii, ale też niezwykle istotny w walce o stabilizację kraju i pokonanie Al-Shabaab.

W rejonach rolniczych, gdzie Al-Shabaab jest najbardziej aktywna, szkolnictwo praktycznie nie istnieje poza medresami. Dla wielu rodzin posłanie dziecka do szkoły jest zbyt kosztowne. Bieda zmusza ich do wysłania potomstwa do pracy, aby rodzina w ogóle mogła przeżyć. Dlatego mają bardzo ograniczony dostęp do edukacji i jedyną możliwością pozostaje nauka w szkole koranicznej, gdzie w przypadku niektórych imamów są poddawane indoktrynacji. To jest powód, dla którego Al-Shabaab łatwiej rekrutować, poza samym przymusem psychicznym i groźbami śmierci.

Ministerstwo Edukacji jest przekonane, że edukacja będzie trzymała dzieci poza zasięgiem grupy terrorystycznej i zmniejszy ich szanse na przyłączenia się do milicji.

Jeśli chcesz zabić naród, zabij jego edukację. Próżnia państwowości, która się wytworzyła, i anarchia doprowadziły do zaniku systemu edukacji w Mogadiszu oraz w całej Somalii. Ponad 75% szkół, jeśli nie wszystkie, zostało zniszczonych. Podręczniki, materiały szkolne stały się niedostępne, a nauczyciele i studenci porzucili edukację i uciekli z kraju, bądź starali się przeżyć ten szalony czas.

Edukacja to fundament społeczności i państwa, ale wciąż niewiele dzieci ma możliwość uczęszczania do szkoły.

Tylko około 30% z nich chodzi do szkoły podstawowej i to w przypadku miast, gdyż na wsi ten odsetek spada do 18%. W wyniku biedy i koczowniczego trybu życia wysyłanie dzieci do szkół nie jest powszechne i często dla rodzin somalijskich jest po prostu niemożliwe.

Tylko 25% kobiet pomiędzy 15 a 24 rokiem życia jest piśmienna, chociaż z całkowitej populacji kobiet w Somalii to mniej niż 40%. Pokolenie 15-24 lat zostało określone jako stracone.

Somalia ma jedną z najniższych wartości rekrutacji do szkół na świecie, a sam system edukacji jest wciąż na granicy rozpadu.

Rząd federalny rozpoczął kilka lat temu program „go 2school”, aby zwiększyć liczbę uczniów w szkołach. Szacuje się, że ponad 4 miliony dzieci na 11 milionów całej populacji w Somalii nie uczęszcza do szkoły. Edukacja to chyba najważniejsza broń w obecnej wojnie domowej. Dostęp do dobrej, podstawowej edukacji jest krytyczny dla przyszłości Somalii, ale też niezwykle istotny w walce o stabilizację kraju i pokonanie Al-Shabaab.

W rejonach rolniczych, gdzie Al-Shabaab jest najbardziej aktywna, szkolnictwo praktycznie nie istnieje poza medresami. Dla wielu rodzin posłanie dziecka do szkoły jest zbyt kosztowne. Bieda zmusza ich do wysłania potomstwa do pracy, aby rodzina w ogóle mogła przeżyć. Dlatego mają bardzo ograniczony dostęp do edukacji i jedyną możliwością pozostaje nauka w szkole koranicznej, gdzie w przypadku niektórych imamów są poddawane indoktrynacji. To jest powód, dla którego Al-Shabaab łatwiej rekrutować, poza samym przymusem psychicznym i groźbami śmierci.

Ministerstwo Edukacji jest przekonane, że edukacja będzie trzymała dzieci poza zasięgiem grupy terrorystycznej i zmniejszy ich szanse na przyłączenia się do milicji.

Jeśli chcesz zabić naród, zabij jego edukację. Próżnia państwowości, która się wytworzyła, i anarchia doprowadziły do zaniku systemu edukacji w Mogadiszu oraz w całej Somalii. Ponad 75% szkół, jeśli nie wszystkie, zostało zniszczonych. Podręczniki, materiały szkolne stały się niedostępne, a nauczyciele i studenci porzucili edukację i uciekli z kraju, bądź starali się przeżyć ten szalony czas.

Edukacja to fundament społeczności i państwa, ale wciąż niewiele dzieci ma możliwość uczęszczania do szkoły.

Tylko około 30% z nich chodzi do szkoły podstawowej i to w przypadku miast, gdyż na wsi ten odsetek spada do 18%. W wyniku biedy i koczowniczego trybu życia wysyłanie dzieci do szkół nie jest powszechne i często dla rodzin somalijskich jest po prostu niemożliwe.

Tylko 25% kobiet pomiędzy 15 a 24 rokiem życia jest piśmienna, chociaż z całkowitej populacji kobiet w Somalii to mniej niż 40%. Pokolenie 15-24 lat zostało określone jako stracone.

Somalia ma jedną z najniższych wartości rekrutacji do szkół na świecie, a sam system edukacji jest wciąż na granicy rozpadu.

Rząd federalny rozpoczął kilka lat temu program „go 2school”, aby zwiększyć liczbę uczniów w szkołach. Szacuje się, że ponad 4 miliony dzieci na 11 milionów całej populacji w Somalii nie uczęszcza do szkoły. Edukacja to chyba najważniejsza broń w obecnej wojnie domowej. Dostęp do dobrej, podstawowej edukacji jest krytyczny dla przyszłości Somalii, ale też niezwykle istotny w walce o stabilizację kraju i pokonanie Al-Shabaab.

W rejonach rolniczych, gdzie Al-Shabaab jest najbardziej aktywna, szkolnictwo praktycznie nie istnieje poza medresami. Dla wielu rodzin posłanie dziecka do szkoły jest zbyt kosztowne. Bieda zmusza ich do wysłania potomstwa do pracy, aby rodzina w ogóle mogła przeżyć. Dlatego mają bardzo ograniczony dostęp do edukacji i jedyną możliwością pozostaje nauka w szkole koranicznej, gdzie w przypadku niektórych imamów są poddawane indoktrynacji. To jest powód, dla którego Al-Shabaab łatwiej rekrutować, poza samym przymusem psychicznym i groźbami śmierci.

Ministerstwo Edukacji jest przekonane, że edukacja będzie trzymała dzieci poza zasięgiem grupy terrorystycznej i zmniejszy ich szanse na przyłączenia się do milicji.

Jeśli chcesz zabić naród, zabij jego edukację. Próżnia państwowości, która się wytworzyła, i anarchia doprowadziły do zaniku systemu edukacji w Mogadiszu oraz w całej Somalii. Ponad 75% szkół, jeśli nie wszystkie, zostało zniszczonych. Podręczniki, materiały szkolne stały się niedostępne, a nauczyciele i studenci porzucili edukację i uciekli z kraju, bądź starali się przeżyć ten szalony czas.

Edukacja to fundament społeczności i państwa, ale wciąż niewiele dzieci ma możliwość uczęszczania do szkoły.

Tylko około 30% z nich chodzi do szkoły podstawowej i to w przypadku miast, gdyż na wsi ten odsetek spada do 18%. W wyniku biedy i koczowniczego trybu życia wysyłanie dzieci do szkół nie jest powszechne i często dla rodzin somalijskich jest po prostu niemożliwe.

Tylko 25% kobiet pomiędzy 15 a 24 rokiem życia jest piśmienna, chociaż z całkowitej populacji kobiet w Somalii to mniej niż 40%. Pokolenie 15-24 lat zostało określone jako stracone.

Somalia ma jedną z najniższych wartości rekrutacji do szkół na świecie, a sam system edukacji jest wciąż na granicy rozpadu.

Rząd federalny rozpoczął kilka lat temu program „go 2school”, aby zwiększyć liczbę uczniów w szkołach. Szacuje się, że ponad 4 miliony dzieci na 11 milionów całej populacji w Somalii nie uczęszcza do szkoły. Edukacja to chyba najważniejsza broń w obecnej wojnie domowej. Dostęp do dobrej, podstawowej edukacji jest krytyczny dla przyszłości Somalii, ale też niezwykle istotny w walce o stabilizację kraju i pokonanie Al-Shabaab.

W rejonach rolniczych, gdzie Al-Shabaab jest najbardziej aktywna, szkolnictwo praktycznie nie istnieje poza medresami. Dla wielu rodzin posłanie dziecka do szkoły jest zbyt kosztowne. Bieda zmusza ich do wysłania potomstwa do pracy, aby rodzina w ogóle mogła przeżyć. Dlatego mają bardzo ograniczony dostęp do edukacji i jedyną możliwością pozostaje nauka w szkole koranicznej, gdzie w przypadku niektórych imamów są poddawane indoktrynacji. To jest powód, dla którego Al-Shabaab łatwiej rekrutować, poza samym przymusem psychicznym i groźbami śmierci.

Ministerstwo Edukacji jest przekonane, że edukacja będzie trzymała dzieci poza zasięgiem grupy terrorystycznej i zmniejszy ich szanse na przyłączenia się do milicji.

Jeśli chcesz zabić naród, zabij jego edukację. Próżnia państwowości, która się wytworzyła, i anarchia doprowadziły do zaniku systemu edukacji w Mogadiszu oraz w całej Somalii. Ponad 75% szkół, jeśli nie wszystkie, zostało zniszczonych. Podręczniki, materiały szkolne stały się niedostępne, a nauczyciele i studenci porzucili edukację i uciekli z kraju, bądź starali się przeżyć ten szalony czas.

Edukacja to fundament społeczności i państwa, ale wciąż niewiele dzieci ma możliwość uczęszczania do szkoły.

Tylko około 30% z nich chodzi do szkoły podstawowej i to w przypadku miast, gdyż na wsi ten odsetek spada do 18%. W wyniku biedy i koczowniczego trybu życia wysyłanie dzieci do szkół nie jest powszechne i często dla rodzin somalijskich jest po prostu niemożliwe.

Tylko 25% kobiet pomiędzy 15 a 24 rokiem życia jest piśmienna, chociaż z całkowitej populacji kobiet w Somalii to mniej niż 40%. Pokolenie 15-24 lat zostało określone jako stracone.

Somalia ma jedną z najniższych wartości rekrutacji do szkół na świecie, a sam system edukacji jest wciąż na granicy rozpadu.

Rząd federalny rozpoczął kilka lat temu program „go 2school”, aby zwiększyć liczbę uczniów w szkołach. Szacuje się, że ponad 4 miliony dzieci na 11 milionów całej populacji w Somalii nie uczęszcza do szkoły. Edukacja to chyba najważniejsza broń w obecnej wojnie domowej. Dostęp do dobrej, podstawowej edukacji jest krytyczny dla przyszłości Somalii, ale też niezwykle istotny w walce o stabilizację kraju i pokonanie Al-Shabaab.

W rejonach rolniczych, gdzie Al-Shabaab jest najbardziej aktywna, szkolnictwo praktycznie nie istnieje poza medresami. Dla wielu rodzin posłanie dziecka do szkoły jest zbyt kosztowne. Bieda zmusza ich do wysłania potomstwa do pracy, aby rodzina w ogóle mogła przeżyć. Dlatego mają bardzo ograniczony dostęp do edukacji i jedyną możliwością pozostaje nauka w szkole koranicznej, gdzie w przypadku niektórych imamów są poddawane indoktrynacji. To jest powód, dla którego Al-Shabaab łatwiej rekrutować, poza samym przymusem psychicznym i groźbami śmierci.

Ministerstwo Edukacji jest przekonane, że edukacja będzie trzymała dzieci poza zasięgiem grupy terrorystycznej i zmniejszy ich szanse na przyłączenia się do milicji.

Jeśli chcesz zabić naród, zabij jego edukację. Próżnia państwowości, która się wytworzyła, i anarchia doprowadziły do zaniku systemu edukacji w Mogadiszu oraz w całej Somalii. Ponad 75% szkół, jeśli nie wszystkie, zostało zniszczonych. Podręczniki, materiały szkolne stały się niedostępne, a nauczyciele i studenci porzucili edukację i uciekli z kraju, bądź starali się przeżyć ten szalony czas.

Edukacja to fundament społeczności i państwa, ale wciąż niewiele dzieci ma możliwość uczęszczania do szkoły.

Tylko około 30% z nich chodzi do szkoły podstawowej i to w przypadku miast, gdyż na wsi ten odsetek spada do 18%. W wyniku biedy i koczowniczego trybu życia wysyłanie dzieci do szkół nie jest powszechne i często dla rodzin somalijskich jest po prostu niemożliwe.

Tylko 25% kobiet pomiędzy 15 a 24 rokiem życia jest piśmienna, chociaż z całkowitej populacji kobiet w Somalii to mniej niż 40%. Pokolenie 15-24 lat zostało określone jako stracone.

Somalia ma jedną z najniższych wartości rekrutacji do szkół na świecie, a sam system edukacji jest wciąż na granicy rozpadu.

Rząd federalny rozpoczął kilka lat temu program „go 2school”, aby zwiększyć liczbę uczniów w szkołach. Szacuje się, że ponad 4 miliony dzieci na 11 milionów całej populacji w Somalii nie uczęszcza do szkoły. Edukacja to chyba najważniejsza broń w obecnej wojnie domowej. Dostęp do dobrej, podstawowej edukacji jest krytyczny dla przyszłości Somalii, ale też niezwykle istotny w walce o stabilizację kraju i pokonanie Al-Shabaab.

W rejonach rolniczych, gdzie Al-Shabaab jest najbardziej aktywna, szkolnictwo praktycznie nie istnieje poza medresami. Dla wielu rodzin posłanie dziecka do szkoły jest zbyt kosztowne. Bieda zmusza ich do wysłania potomstwa do pracy, aby rodzina w ogóle mogła przeżyć. Dlatego mają bardzo ograniczony dostęp do edukacji i jedyną możliwością pozostaje nauka w szkole koranicznej, gdzie w przypadku niektórych imamów są poddawane indoktrynacji. To jest powód, dla którego Al-Shabaab łatwiej rekrutować, poza samym przymusem psychicznym i groźbami śmierci.

Ministerstwo Edukacji jest przekonane, że edukacja będzie trzymała dzieci poza zasięgiem grupy terrorystycznej i zmniejszy ich szanse na przyłączenia się do milicji.

Jeśli chcesz zabić naród, zabij jego edukację. Próżnia państwowości, która się wytworzyła, i anarchia doprowadziły do zaniku systemu edukacji w Mogadiszu oraz w całej Somalii. Ponad 75% szkół, jeśli nie wszystkie, zostało zniszczonych. Podręczniki, materiały szkolne stały się niedostępne, a nauczyciele i studenci porzucili edukację i uciekli z kraju, bądź starali się przeżyć ten szalony czas.

Edukacja to fundament społeczności i państwa, ale wciąż niewiele dzieci ma możliwość uczęszczania do szkoły.

Tylko około 30% z nich chodzi do szkoły podstawowej i to w przypadku miast, gdyż na wsi ten odsetek spada do 18%. W wyniku biedy i koczowniczego trybu życia wysyłanie dzieci do szkół nie jest powszechne i często dla rodzin somalijskich jest po prostu niemożliwe.

Tylko 25% kobiet pomiędzy 15 a 24 rokiem życia jest piśmienna, chociaż z całkowitej populacji kobiet w Somalii to mniej niż 40%. Pokolenie 15-24 lat zostało określone jako stracone.

Somalia ma jedną z najniższych wartości rekrutacji do szkół na świecie, a sam system edukacji jest wciąż na granicy rozpadu.

Rząd federalny rozpoczął kilka lat temu program „go 2school”, aby zwiększyć liczbę uczniów w szkołach. Szacuje się, że ponad 4 miliony dzieci na 11 milionów całej populacji w Somalii nie uczęszcza do szkoły. Edukacja to chyba najważniejsza broń w obecnej wojnie domowej. Dostęp do dobrej, podstawowej edukacji jest krytyczny dla przyszłości Somalii, ale też niezwykle istotny w walce o stabilizację kraju i pokonanie Al-Shabaab.

W rejonach rolniczych, gdzie Al-Shabaab jest najbardziej aktywna, szkolnictwo praktycznie nie istnieje poza medresami. Dla wielu rodzin posłanie dziecka do szkoły jest zbyt kosztowne. Bieda zmusza ich do wysłania potomstwa do pracy, aby rodzina w ogóle mogła przeżyć. Dlatego mają bardzo ograniczony dostęp do edukacji i jedyną możliwością pozostaje nauka w szkole koranicznej, gdzie w przypadku niektórych imamów są poddawane indoktrynacji. To jest powód, dla którego Al-Shabaab łatwiej rekrutować, poza samym przymusem psychicznym i groźbami śmierci.

Ministerstwo Edukacji jest przekonane, że edukacja będzie trzymała dzieci poza zasięgiem grupy terrorystycznej i zmniejszy ich szanse na przyłączenia się do milicji.

Jeśli chcesz zabić naród, zabij jego edukację. Próżnia państwowości, która się wytworzyła, i anarchia doprowadziły do zaniku systemu edukacji w Mogadiszu oraz w całej Somalii. Ponad 75% szkół, jeśli nie wszystkie, zostało zniszczonych. Podręczniki, materiały szkolne stały się niedostępne, a nauczyciele i studenci porzucili edukację i uciekli z kraju, bądź starali się przeżyć ten szalony czas.

Edukacja to fundament społeczności i państwa, ale wciąż niewiele dzieci ma możliwość uczęszczania do szkoły.

Tylko około 30% z nich chodzi do szkoły podstawowej i to w przypadku miast, gdyż na wsi ten odsetek spada do 18%. W wyniku biedy i koczowniczego trybu życia wysyłanie dzieci do szkół nie jest powszechne i często dla rodzin somalijskich jest po prostu niemożliwe.

Tylko 25% kobiet pomiędzy 15 a 24 rokiem życia jest piśmienna, chociaż z całkowitej populacji kobiet w Somalii to mniej niż 40%. Pokolenie 15-24 lat zostało określone jako stracone.

Somalia ma jedną z najniższych wartości rekrutacji do szkół na świecie, a sam system edukacji jest wciąż na granicy rozpadu.

Rząd federalny rozpoczął kilka lat temu program „go 2school”, aby zwiększyć liczbę uczniów w szkołach. Szacuje się, że ponad 4 miliony dzieci na 11 milionów całej populacji w Somalii nie uczęszcza do szkoły. Edukacja to chyba najważniejsza broń w obecnej wojnie domowej. Dostęp do dobrej, podstawowej edukacji jest krytyczny dla przyszłości Somalii, ale też niezwykle istotny w walce o stabilizację kraju i pokonanie Al-Shabaab.

W rejonach rolniczych, gdzie Al-Shabaab jest najbardziej aktywna, szkolnictwo praktycznie nie istnieje poza medresami. Dla wielu rodzin posłanie dziecka do szkoły jest zbyt kosztowne. Bieda zmusza ich do wysłania potomstwa do pracy, aby rodzina w ogóle mogła przeżyć. Dlatego mają bardzo ograniczony dostęp do edukacji i jedyną możliwością pozostaje nauka w szkole koranicznej, gdzie w przypadku niektórych imamów są poddawane indoktrynacji. To jest powód, dla którego Al-Shabaab łatwiej rekrutować, poza samym przymusem psychicznym i groźbami śmierci.

Ministerstwo Edukacji jest przekonane, że edukacja będzie trzymała dzieci poza zasięgiem grupy terrorystycznej i zmniejszy ich szanse na przyłączenia się do milicji.

Jeśli chcesz zabić naród, zabij jego edukację. Próżnia państwowości, która się wytworzyła, i anarchia doprowadziły do zaniku systemu edukacji w Mogadiszu oraz w całej Somalii. Ponad 75% szkół, jeśli nie wszystkie, zostało zniszczonych. Podręczniki, materiały szkolne stały się niedostępne, a nauczyciele i studenci porzucili edukację i uciekli z kraju, bądź starali się przeżyć ten szalony czas.

Edukacja to fundament społeczności i państwa, ale wciąż niewiele dzieci ma możliwość uczęszczania do szkoły.

Tylko około 30% z nich chodzi do szkoły podstawowej i to w przypadku miast, gdyż na wsi ten odsetek spada do 18%. W wyniku biedy i koczowniczego trybu życia wysyłanie dzieci do szkół nie jest powszechne i często dla rodzin somalijskich jest po prostu niemożliwe.

Tylko 25% kobiet pomiędzy 15 a 24 rokiem życia jest piśmienna, chociaż z całkowitej populacji kobiet w Somalii to mniej niż 40%. Pokolenie 15-24 lat zostało określone jako stracone.

Somalia ma jedną z najniższych wartości rekrutacji do szkół na świecie, a sam system edukacji jest wciąż na granicy rozpadu.

Rząd federalny rozpoczął kilka lat temu program „go 2school”, aby zwiększyć liczbę uczniów w szkołach. Szacuje się, że ponad 4 miliony dzieci na 11 milionów całej populacji w Somalii nie uczęszcza do szkoły. Edukacja to chyba najważniejsza broń w obecnej wojnie domowej. Dostęp do dobrej, podstawowej edukacji jest krytyczny dla przyszłości Somalii, ale też niezwykle istotny w walce o stabilizację kraju i pokonanie Al-Shabaab.

W rejonach rolniczych, gdzie Al-Shabaab jest najbardziej aktywna, szkolnictwo praktycznie nie istnieje poza medresami. Dla wielu rodzin posłanie dziecka do szkoły jest zbyt kosztowne. Bieda zmusza ich do wysłania potomstwa do pracy, aby rodzina w ogóle mogła przeżyć. Dlatego mają bardzo ograniczony dostęp do edukacji i jedyną możliwością pozostaje nauka w szkole koranicznej, gdzie w przypadku niektórych imamów są poddawane indoktrynacji. To jest powód, dla którego Al-Shabaab łatwiej rekrutować, poza samym przymusem psychicznym i groźbami śmierci.

Ministerstwo Edukacji jest przekonane, że edukacja będzie trzymała dzieci poza zasięgiem grupy terrorystycznej i zmniejszy ich szanse na przyłączenia się do milicji.

Jeśli chcesz zabić naród, zabij jego edukację. Próżnia państwowości, która się wytworzyła, i anarchia doprowadziły do zaniku systemu edukacji w Mogadiszu oraz w całej Somalii. Ponad 75% szkół, jeśli nie wszystkie, zostało zniszczonych. Podręczniki, materiały szkolne stały się niedostępne, a nauczyciele i studenci porzucili edukację i uciekli z kraju, bądź starali się przeżyć ten szalony czas.

Edukacja to fundament społeczności i państwa, ale wciąż niewiele dzieci ma możliwość uczęszczania do szkoły.

Tylko około 30% z nich chodzi do szkoły podstawowej i to w przypadku miast, gdyż na wsi ten odsetek spada do 18%. W wyniku biedy i koczowniczego trybu życia wysyłanie dzieci do szkół nie jest powszechne i często dla rodzin somalijskich jest po prostu niemożliwe.

Tylko 25% kobiet pomiędzy 15 a 24 rokiem życia jest piśmienna, chociaż z całkowitej populacji kobiet w Somalii to mniej niż 40%. Pokolenie 15-24 lat zostało określone jako stracone.

Somalia ma jedną z najniższych wartości rekrutacji do szkół na świecie, a sam system edukacji jest wciąż na granicy rozpadu.

Rząd federalny rozpoczął kilka lat temu program „go 2school”, aby zwiększyć liczbę uczniów w szkołach. Szacuje się, że ponad 4 miliony dzieci na 11 milionów całej populacji w Somalii nie uczęszcza do szkoły. Edukacja to chyba najważniejsza broń w obecnej wojnie domowej. Dostęp do dobrej, podstawowej edukacji jest krytyczny dla przyszłości Somalii, ale też niezwykle istotny w walce o stabilizację kraju i pokonanie Al-Shabaab.

W rejonach rolniczych, gdzie Al-Shabaab jest najbardziej aktywna, szkolnictwo praktycznie nie istnieje poza medresami. Dla wielu rodzin posłanie dziecka do szkoły jest zbyt kosztowne. Bieda zmusza ich do wysłania potomstwa do pracy, aby rodzina w ogóle mogła przeżyć. Dlatego mają bardzo ograniczony dostęp do edukacji i jedyną możliwością pozostaje nauka w szkole koranicznej, gdzie w przypadku niektórych imamów są poddawane indoktrynacji. To jest powód, dla którego Al-Shabaab łatwiej rekrutować, poza samym przymusem psychicznym i groźbami śmierci.

Ministerstwo Edukacji jest przekonane, że edukacja będzie trzymała dzieci poza zasięgiem grupy terrorystycznej i zmniejszy ich szanse na przyłączenia się do milicji.

Jeśli chcesz zabić naród, zabij jego edukację. Próżnia państwowości, która się wytworzyła, i anarchia doprowadziły do zaniku systemu edukacji w Mogadiszu oraz w całej Somalii. Ponad 75% szkół, jeśli nie wszystkie, zostało zniszczonych. Podręczniki, materiały szkolne stały się niedostępne, a nauczyciele i studenci porzucili edukację i uciekli z kraju, bądź starali się przeżyć ten szalony czas.

Edukacja to fundament społeczności i państwa, ale wciąż niewiele dzieci ma możliwość uczęszczania do szkoły.

Tylko około 30% z nich chodzi do szkoły podstawowej i to w przypadku miast, gdyż na wsi ten odsetek spada do 18%. W wyniku biedy i koczowniczego trybu życia wysyłanie dzieci do szkół nie jest powszechne i często dla rodzin somalijskich jest po prostu niemożliwe.

Tylko 25% kobiet pomiędzy 15 a 24 rokiem życia jest piśmienna, chociaż z całkowitej populacji kobiet w Somalii to mniej niż 40%. Pokolenie 15-24 lat zostało określone jako stracone.

Somalia ma jedną z najniższych wartości rekrutacji do szkół na świecie, a sam system edukacji jest wciąż na granicy rozpadu.

Rząd federalny rozpoczął kilka lat temu program „go 2school”, aby zwiększyć liczbę uczniów w szkołach. Szacuje się, że ponad 4 miliony dzieci na 11 milionów całej populacji w Somalii nie uczęszcza do szkoły. Edukacja to chyba najważniejsza broń w obecnej wojnie domowej. Dostęp do dobrej, podstawowej edukacji jest krytyczny dla przyszłości Somalii, ale też niezwykle istotny w walce o stabilizację kraju i pokonanie Al-Shabaab.

W rejonach rolniczych, gdzie Al-Shabaab jest najbardziej aktywna, szkolnictwo praktycznie nie istnieje poza medresami. Dla wielu rodzin posłanie dziecka do szkoły jest zbyt kosztowne. Bieda zmusza ich do wysłania potomstwa do pracy, aby rodzina w ogóle mogła przeżyć. Dlatego mają bardzo ograniczony dostęp do edukacji i jedyną możliwością pozostaje nauka w szkole koranicznej, gdzie w przypadku niektórych imamów są poddawane indoktrynacji. To jest powód, dla którego Al-Shabaab łatwiej rekrutować, poza samym przymusem psychicznym i groźbami śmierci.

Ministerstwo Edukacji jest przekonane, że edukacja będzie trzymała dzieci poza zasięgiem grupy terrorystycznej i zmniejszy ich szanse na przyłączenia się do milicji.

Jeśli chcesz zabić naród, zabij jego edukację. Próżnia państwowości, która się wytworzyła, i anarchia doprowadziły do zaniku systemu edukacji w Mogadiszu oraz w całej Somalii. Ponad 75% szkół, jeśli nie wszystkie, zostało zniszczonych. Podręczniki, materiały szkolne stały się niedostępne, a nauczyciele i studenci porzucili edukację i uciekli z kraju, bądź starali się przeżyć ten szalony czas.

Edukacja to fundament społeczności i państwa, ale wciąż niewiele dzieci ma możliwość uczęszczania do szkoły.

Tylko około 30% z nich chodzi do szkoły podstawowej i to w przypadku miast, gdyż na wsi ten odsetek spada do 18%. W wyniku biedy i koczowniczego trybu życia wysyłanie dzieci do szkół nie jest powszechne i często dla rodzin somalijskich jest po prostu niemożliwe.

Tylko 25% kobiet pomiędzy 15 a 24 rokiem życia jest piśmienna, chociaż z całkowitej populacji kobiet w Somalii to mniej niż 40%. Pokolenie 15-24 lat zostało określone jako stracone.

Somalia ma jedną z najniższych wartości rekrutacji do szkół na świecie, a sam system edukacji jest wciąż na granicy rozpadu.

Rząd federalny rozpoczął kilka lat temu program „go 2school”, aby zwiększyć liczbę uczniów w szkołach. Szacuje się, że ponad 4 miliony dzieci na 11 milionów całej populacji w Somalii nie uczęszcza do szkoły. Edukacja to chyba najważniejsza broń w obecnej wojnie domowej. Dostęp do dobrej, podstawowej edukacji jest krytyczny dla przyszłości Somalii, ale też niezwykle istotny w walce o stabilizację kraju i pokonanie Al-Shabaab.

W rejonach rolniczych, gdzie Al-Shabaab jest najbardziej aktywna, szkolnictwo praktycznie nie istnieje poza medresami. Dla wielu rodzin posłanie dziecka do szkoły jest zbyt kosztowne. Bieda zmusza ich do wysłania potomstwa do pracy, aby rodzina w ogóle mogła przeżyć. Dlatego mają bardzo ograniczony dostęp do edukacji i jedyną możliwością pozostaje nauka w szkole koranicznej, gdzie w przypadku niektórych imamów są poddawane indoktrynacji. To jest powód, dla którego Al-Shabaab łatwiej rekrutować, poza samym przymusem psychicznym i groźbami śmierci.

Ministerstwo Edukacji jest przekonane, że edukacja będzie trzymała dzieci poza zasięgiem grupy terrorystycznej i zmniejszy ich szanse na przyłączenia się do milicji.

Jeśli chcesz zabić naród, zabij jego edukację. Próżnia państwowości, która się wytworzyła, i anarchia doprowadziły do zaniku systemu edukacji w Mogadiszu oraz w całej Somalii. Ponad 75% szkół, jeśli nie wszystkie, zostało zniszczonych. Podręczniki, materiały szkolne stały się niedostępne, a nauczyciele i studenci porzucili edukację i uciekli z kraju, bądź starali się przeżyć ten szalony czas.

Edukacja to fundament społeczności i państwa, ale wciąż niewiele dzieci ma możliwość uczęszczania do szkoły.

Tylko około 30% z nich chodzi do szkoły podstawowej i to w przypadku miast, gdyż na wsi ten odsetek spada do 18%. W wyniku biedy i koczowniczego trybu życia wysyłanie dzieci do szkół nie jest powszechne i często dla rodzin somalijskich jest po prostu niemożliwe.

Tylko 25% kobiet pomiędzy 15 a 24 rokiem życia jest piśmienna, chociaż z całkowitej populacji kobiet w Somalii to mniej niż 40%. Pokolenie 15-24 lat zostało określone jako stracone.

Somalia ma jedną z najniższych wartości rekrutacji do szkół na świecie, a sam system edukacji jest wciąż na granicy rozpadu.

Rząd federalny rozpoczął kilka lat temu program „go 2school”, aby zwiększyć liczbę uczniów w szkołach. Szacuje się, że ponad 4 miliony dzieci na 11 milionów całej populacji w Somalii nie uczęszcza do szkoły. Edukacja to chyba najważniejsza broń w obecnej wojnie domowej. Dostęp do dobrej, podstawowej edukacji jest krytyczny dla przyszłości Somalii, ale też niezwykle istotny w walce o stabilizację kraju i pokonanie Al-Shabaab.

W rejonach rolniczych, gdzie Al-Shabaab jest najbardziej aktywna, szkolnictwo praktycznie nie istnieje poza medresami. Dla wielu rodzin posłanie dziecka do szkoły jest zbyt kosztowne. Bieda zmusza ich do wysłania potomstwa do pracy, aby rodzina w ogóle mogła przeżyć. Dlatego mają bardzo ograniczony dostęp do edukacji i jedyną możliwością pozostaje nauka w szkole koranicznej, gdzie w przypadku niektórych imamów są poddawane indoktrynacji. To jest powód, dla którego Al-Shabaab łatwiej rekrutować, poza samym przymusem psychicznym i groźbami śmierci.

Ministerstwo Edukacji jest przekonane, że edukacja będzie trzymała dzieci poza zasięgiem grupy terrorystycznej i zmniejszy ich szanse na przyłączenia się do milicji.

Jeśli chcesz zabić naród, zabij jego edukację. Próżnia państwowości, która się wytworzyła, i anarchia doprowadziły do zaniku systemu edukacji w Mogadiszu oraz w całej Somalii. Ponad 75% szkół, jeśli nie wszystkie, zostało zniszczonych. Podręczniki, materiały szkolne stały się niedostępne, a nauczyciele i studenci porzucili edukację i uciekli z kraju, bądź starali się przeżyć ten szalony czas.

Edukacja to fundament społeczności i państwa, ale wciąż niewiele dzieci ma możliwość uczęszczania do szkoły.

Tylko około 30% z nich chodzi do szkoły podstawowej i to w przypadku miast, gdyż na wsi ten odsetek spada do 18%. W wyniku biedy i koczowniczego trybu życia wysyłanie dzieci do szkół nie jest powszechne i często dla rodzin somalijskich jest po prostu niemożliwe.

Tylko 25% kobiet pomiędzy 15 a 24 rokiem życia jest piśmienna, chociaż z całkowitej populacji kobiet w Somalii to mniej niż 40%. Pokolenie 15-24 lat zostało określone jako stracone.

Somalia ma jedną z najniższych wartości rekrutacji do szkół na świecie, a sam system edukacji jest wciąż na granicy rozpadu.

Rząd federalny rozpoczął kilka lat temu program „go 2school”, aby zwiększyć liczbę uczniów w szkołach. Szacuje się, że ponad 4 miliony dzieci na 11 milionów całej populacji w Somalii nie uczęszcza do szkoły. Edukacja to chyba najważniejsza broń w obecnej wojnie domowej. Dostęp do dobrej, podstawowej edukacji jest krytyczny dla przyszłości Somalii, ale też niezwykle istotny w walce o stabilizację kraju i pokonanie Al-Shabaab.

W rejonach rolniczych, gdzie Al-Shabaab jest najbardziej aktywna, szkolnictwo praktycznie nie istnieje poza medresami. Dla wielu rodzin posłanie dziecka do szkoły jest zbyt kosztowne. Bieda zmusza ich do wysłania potomstwa do pracy, aby rodzina w ogóle mogła przeżyć. Dlatego mają bardzo ograniczony dostęp do edukacji i jedyną możliwością pozostaje nauka w szkole koranicznej, gdzie w przypadku niektórych imamów są poddawane indoktrynacji. To jest powód, dla którego Al-Shabaab łatwiej rekrutować, poza samym przymusem psychicznym i groźbami śmierci.

Ministerstwo Edukacji jest przekonane, że edukacja będzie trzymała dzieci poza zasięgiem grupy terrorystycznej i zmniejszy ich szanse na przyłączenia się do milicji.

Jeśli chcesz zabić naród, zabij jego edukację. Próżnia państwowości, która się wytworzyła, i anarchia doprowadziły do zaniku systemu edukacji w Mogadiszu oraz w całej Somalii. Ponad 75% szkół, jeśli nie wszystkie, zostało zniszczonych. Podręczniki, materiały szkolne stały się niedostępne, a nauczyciele i studenci porzucili edukację i uciekli z kraju, bądź starali się przeżyć ten szalony czas.

Edukacja to fundament społeczności i państwa, ale wciąż niewiele dzieci ma możliwość uczęszczania do szkoły.

Tylko około 30% z nich chodzi do szkoły podstawowej i to w przypadku miast, gdyż na wsi ten odsetek spada do 18%. W wyniku biedy i koczowniczego trybu życia wysyłanie dzieci do szkół nie jest powszechne i często dla rodzin somalijskich jest po prostu niemożliwe.

Tylko 25% kobiet pomiędzy 15 a 24 rokiem życia jest piśmienna, chociaż z całkowitej populacji kobiet w Somalii to mniej niż 40%. Pokolenie 15-24 lat zostało określone jako stracone.

Somalia ma jedną z najniższych wartości rekrutacji do szkół na świecie, a sam system edukacji jest wciąż na granicy rozpadu.

Rząd federalny rozpoczął kilka lat temu program „go 2school”, aby zwiększyć liczbę uczniów w szkołach. Szacuje się, że ponad 4 miliony dzieci na 11 milionów całej populacji w Somalii nie uczęszcza do szkoły. Edukacja to chyba najważniejsza broń w obecnej wojnie domowej. Dostęp do dobrej, podstawowej edukacji jest krytyczny dla przyszłości Somalii, ale też niezwykle istotny w walce o stabilizację kraju i pokonanie Al-Shabaab.

W rejonach rolniczych, gdzie Al-Shabaab jest najbardziej aktywna, szkolnictwo praktycznie nie istnieje poza medresami. Dla wielu rodzin posłanie dziecka do szkoły jest zbyt kosztowne. Bieda zmusza ich do wysłania potomstwa do pracy, aby rodzina w ogóle mogła przeżyć. Dlatego mają bardzo ograniczony dostęp do edukacji i jedyną możliwością pozostaje nauka w szkole koranicznej, gdzie w przypadku niektórych imamów są poddawane indoktrynacji. To jest powód, dla którego Al-Shabaab łatwiej rekrutować, poza samym przymusem psychicznym i groźbami śmierci.

Ministerstwo Edukacji jest przekonane, że edukacja będzie trzymała dzieci poza zasięgiem grupy terrorystycznej i zmniejszy ich szanse na przyłączenia się do milicji.

Jeśli chcesz zabić naród, zabij jego edukację. Próżnia państwowości, która się wytworzyła, i anarchia doprowadziły do zaniku systemu edukacji w Mogadiszu oraz w całej Somalii. Ponad 75% szkół, jeśli nie wszystkie, zostało zniszczonych. Podręczniki, materiały szkolne stały się niedostępne, a nauczyciele i studenci porzucili edukację i uciekli z kraju, bądź starali się przeżyć ten szalony czas.

Edukacja to fundament społeczności i państwa, ale wciąż niewiele dzieci ma możliwość uczęszczania do szkoły.

Tylko około 30% z nich chodzi do szkoły podstawowej i to w przypadku miast, gdyż na wsi ten odsetek spada do 18%. W wyniku biedy i koczowniczego trybu życia wysyłanie dzieci do szkół nie jest powszechne i często dla rodzin somalijskich jest po prostu niemożliwe.

Tylko 25% kobiet pomiędzy 15 a 24 rokiem życia jest piśmienna, chociaż z całkowitej populacji kobiet w Somalii to mniej niż 40%. Pokolenie 15-24 lat zostało określone jako stracone.

Somalia ma jedną z najniższych wartości rekrutacji do szkół na świecie, a sam system edukacji jest wciąż na granicy rozpadu.

Rząd federalny rozpoczął kilka lat temu program „go 2school”, aby zwiększyć liczbę uczniów w szkołach. Szacuje się, że ponad 4 miliony dzieci na 11 milionów całej populacji w Somalii nie uczęszcza do szkoły. Edukacja to chyba najważniejsza broń w obecnej wojnie domowej. Dostęp do dobrej, podstawowej edukacji jest krytyczny dla przyszłości Somalii, ale też niezwykle istotny w walce o stabilizację kraju i pokonanie Al-Shabaab.

W rejonach rolniczych, gdzie Al-Shabaab jest najbardziej aktywna, szkolnictwo praktycznie nie istnieje poza medresami. Dla wielu rodzin posłanie dziecka do szkoły jest zbyt kosztowne. Bieda zmusza ich do wysłania potomstwa do pracy, aby rodzina w ogóle mogła przeżyć. Dlatego mają bardzo ograniczony dostęp do edukacji i jedyną możliwością pozostaje nauka w szkole koranicznej, gdzie w przypadku niektórych imamów są poddawane indoktrynacji. To jest powód, dla którego Al-Shabaab łatwiej rekrutować, poza samym przymusem psychicznym i groźbami śmierci.

Ministerstwo Edukacji jest przekonane, że edukacja będzie trzymała dzieci poza zasięgiem grupy terrorystycznej i zmniejszy ich szanse na przyłączenia się do milicji.

Zdjęcia oraz komentarz: Marcin Suder
***
Projekt graficzny: Arkadiusz Sołdon
Kodowanie: Piotr Kliks
Obróbka audio: Marcin Hinz

Ten materiał jak wszystkie nasze treści jest darmowy, dzięki dobrowolnym wpłatom od Was.

Dobre dziennikarstwo powinno być dostępne dla wszystkich bez wyjątku – potrzebujemy Twojego wsparcia, by dalej działać.

Zobacz pozostałe historie

Banadir

Jeśli człowiekowi szpital kojarzy się z azylem, miejscem, gdzie udzielą mu pomocy i dozna ulgi, to Banadir Hospital był całkowitym zaprzeczeniem takich odczuć. To miejsce, gdzie po przekroczeniu progu, taki człowiek poczułby przerażenie i panikę, do tego wypełnione cierpieniem i beznadziejnością, podobnie jak całe to miasto. Pomimo tego Somalijczycy potrafili jechać kilka dni, by dostać się do tego, przez wiele lat jedynego w całej prowincji, szpitala.

Kilka lat temu Banadir był jedynym szpitalem w Mogadiszu. Właściwie, nawet nie tylko tam, ale w całym regionie. I był miejscem przerażającym. Po przekroczeniu progu człowiek miał wrażenie, jakby trafił do szpitala w oblężonym mieście. – Tłok, cierpienie w wykrzywionych bólem twarzach, panika i beznadziejność w oczach członków rodzin chorych, a w nich błysk błagania o szansę na odwrócenie losu i wynurzenie się z otchłani tej rozpaczy. Nawet wycieńczone latami wojny Mogadiszu wydawało się normalnym miastem w obliczu tego miejsca. Czas wojny unicestwił je, a mimo tego nadal trwało i prowadziło codzienną walkę o swój byt jako szpital.

Tłum, wszędzie tłum, ludzie leżeli nawet w namiotach rozstawionych na dziedzińcu, a wokół byli członkowie ich rodzin piorący, rozwieszający pranie albo gotujący. Tu lekarze i pielęgniarki byli tylko od leczenia, ale nawet do tego celu było ich za mało, więc nie miał się kto opiekować pacjentami, poza ich krewnymi. To był jedyny szpital w regionie i niektórzy byli kilka dni w podróży, żeby tu dotrzeć. A i tak docierali tylko ci, których było na taką podróż stać, mieli dużo desperacji lub szczęścia po drodze.

Szpitale wszędzie mają swój specyficzny zapach. Ale tu człowiek miał wrażenie poruszania się w słodkim, klejącym odorze wilgoci, zgnilizny, potu, bólu i strachu. To pigułka cierpienia tego miasta i kraju. Ofiary wybuchów bomb pułapek, żyjące szkielety dzieci, będące dowodem klęski głodu, i po prostu chorzy, którzy szukają pomocy u lekarza. Wszędzie wokół. Niektórzy siedzą na schodach, inni leżą na szkieletach starych łóżek, starych materacach położonych na podłodze, bądź na chustach. Patrząc na to miejsce, trudno było sobie wyobrazić, że ktoś może tu zostać wyleczony.

W tym szpitalu brakowało wszystkiego, począwszy od personelu, sprzętu, wyposażenia, zaopatrzenia, a kończąc na prądzie, chociaż bardziej na paliwie do generatorów, bo ten olbrzymi szpital prąd miał tylko z generatorów. Jedyne, czego tu nie brakowało, to byli pacjenci. To miejsce trwało tylko dzięki wsparciu organizacji pozarządowych, ponieważ  nie miało żadnego oficjalnego finansowania czy wsparcia.

Dzisiaj ten szpital jest jednym z symboli zmian, jakie powoli zachodzą w tym mieście. Odnowiony, z elektrycznością, personelem i wyposażeniem, zmienił się, ale jego codzienność – nie. Nadal trwa w nim rozpacz ofiar ataków, głodu i ich rodzin. Nadal są tu tłumy, bo w regionie sytuacja wcale się nie zmieniła, ale pojawiła się nadzieja, która wypiera panikę z serc po dotarciu do tego miejsca, które dzisiaj wygląda jak szpital, a nie jak otchłań rozpaczy.

Kilka lat temu Banadir był jedynym szpitalem w Mogadiszu. Właściwie, nawet nie tylko tam, ale w całym regionie. I był miejscem przerażającym. Po przekroczeniu progu człowiek miał wrażenie, jakby trafił do szpitala w oblężonym mieście. – Tłok, cierpienie w wykrzywionych bólem twarzach, panika i beznadziejność w oczach członków rodzin chorych, a w nich błysk błagania o szansę na odwrócenie losu i wynurzenie się z otchłani tej rozpaczy. Nawet wycieńczone latami wojny Mogadiszu wydawało się normalnym miastem w obliczu tego miejsca. Czas wojny unicestwił je, a mimo tego nadal trwało i prowadziło codzienną walkę o swój byt jako szpital.

Tłum, wszędzie tłum, ludzie leżeli nawet w namiotach rozstawionych na dziedzińcu, a wokół byli członkowie ich rodzin piorący, rozwieszający pranie albo gotujący. Tu lekarze i pielęgniarki byli tylko od leczenia, ale nawet do tego celu było ich za mało, więc nie miał się kto opiekować pacjentami, poza ich krewnymi. To był jedyny szpital w regionie i niektórzy byli kilka dni w podróży, żeby tu dotrzeć. A i tak docierali tylko ci, których było na taką podróż stać, mieli dużo desperacji lub szczęścia po drodze.

Szpitale wszędzie mają swój specyficzny zapach. Ale tu człowiek miał wrażenie poruszania się w słodkim, klejącym odorze wilgoci, zgnilizny, potu, bólu i strachu. To pigułka cierpienia tego miasta i kraju. Ofiary wybuchów bomb pułapek, żyjące szkielety dzieci, będące dowodem klęski głodu, i po prostu chorzy, którzy szukają pomocy u lekarza. Wszędzie wokół. Niektórzy siedzą na schodach, inni leżą na szkieletach starych łóżek, starych materacach położonych na podłodze, bądź na chustach. Patrząc na to miejsce, trudno było sobie wyobrazić, że ktoś może tu zostać wyleczony.

W tym szpitalu brakowało wszystkiego, począwszy od personelu, sprzętu, wyposażenia, zaopatrzenia, a kończąc na prądzie, chociaż bardziej na paliwie do generatorów, bo ten olbrzymi szpital prąd miał tylko z generatorów. Jedyne, czego tu nie brakowało, to byli pacjenci. To miejsce trwało tylko dzięki wsparciu organizacji pozarządowych, ponieważ  nie miało żadnego oficjalnego finansowania czy wsparcia.

Dzisiaj ten szpital jest jednym z symboli zmian, jakie powoli zachodzą w tym mieście. Odnowiony, z elektrycznością, personelem i wyposażeniem, zmienił się, ale jego codzienność – nie. Nadal trwa w nim rozpacz ofiar ataków, głodu i ich rodzin. Nadal są tu tłumy, bo w regionie sytuacja wcale się nie zmieniła, ale pojawiła się nadzieja, która wypiera panikę z serc po dotarciu do tego miejsca, które dzisiaj wygląda jak szpital, a nie jak otchłań rozpaczy.

Kilka lat temu Banadir był jedynym szpitalem w Mogadiszu. Właściwie, nawet nie tylko tam, ale w całym regionie. I był miejscem przerażającym. Po przekroczeniu progu człowiek miał wrażenie, jakby trafił do szpitala w oblężonym mieście. – Tłok, cierpienie w wykrzywionych bólem twarzach, panika i beznadziejność w oczach członków rodzin chorych, a w nich błysk błagania o szansę na odwrócenie losu i wynurzenie się z otchłani tej rozpaczy. Nawet wycieńczone latami wojny Mogadiszu wydawało się normalnym miastem w obliczu tego miejsca. Czas wojny unicestwił je, a mimo tego nadal trwało i prowadziło codzienną walkę o swój byt jako szpital.

Tłum, wszędzie tłum, ludzie leżeli nawet w namiotach rozstawionych na dziedzińcu, a wokół byli członkowie ich rodzin piorący, rozwieszający pranie albo gotujący. Tu lekarze i pielęgniarki byli tylko od leczenia, ale nawet do tego celu było ich za mało, więc nie miał się kto opiekować pacjentami, poza ich krewnymi. To był jedyny szpital w regionie i niektórzy byli kilka dni w podróży, żeby tu dotrzeć. A i tak docierali tylko ci, których było na taką podróż stać, mieli dużo desperacji lub szczęścia po drodze.

Szpitale wszędzie mają swój specyficzny zapach. Ale tu człowiek miał wrażenie poruszania się w słodkim, klejącym odorze wilgoci, zgnilizny, potu, bólu i strachu. To pigułka cierpienia tego miasta i kraju. Ofiary wybuchów bomb pułapek, żyjące szkielety dzieci, będące dowodem klęski głodu, i po prostu chorzy, którzy szukają pomocy u lekarza. Wszędzie wokół. Niektórzy siedzą na schodach, inni leżą na szkieletach starych łóżek, starych materacach położonych na podłodze, bądź na chustach. Patrząc na to miejsce, trudno było sobie wyobrazić, że ktoś może tu zostać wyleczony.

W tym szpitalu brakowało wszystkiego, począwszy od personelu, sprzętu, wyposażenia, zaopatrzenia, a kończąc na prądzie, chociaż bardziej na paliwie do generatorów, bo ten olbrzymi szpital prąd miał tylko z generatorów. Jedyne, czego tu nie brakowało, to byli pacjenci. To miejsce trwało tylko dzięki wsparciu organizacji pozarządowych, ponieważ  nie miało żadnego oficjalnego finansowania czy wsparcia.

Dzisiaj ten szpital jest jednym z symboli zmian, jakie powoli zachodzą w tym mieście. Odnowiony, z elektrycznością, personelem i wyposażeniem, zmienił się, ale jego codzienność – nie. Nadal trwa w nim rozpacz ofiar ataków, głodu i ich rodzin. Nadal są tu tłumy, bo w regionie sytuacja wcale się nie zmieniła, ale pojawiła się nadzieja, która wypiera panikę z serc po dotarciu do tego miejsca, które dzisiaj wygląda jak szpital, a nie jak otchłań rozpaczy.

Kilka lat temu Banadir był jedynym szpitalem w Mogadiszu. Właściwie, nawet nie tylko tam, ale w całym regionie. I był miejscem przerażającym. Po przekroczeniu progu człowiek miał wrażenie, jakby trafił do szpitala w oblężonym mieście. – Tłok, cierpienie w wykrzywionych bólem twarzach, panika i beznadziejność w oczach członków rodzin chorych, a w nich błysk błagania o szansę na odwrócenie losu i wynurzenie się z otchłani tej rozpaczy. Nawet wycieńczone latami wojny Mogadiszu wydawało się normalnym miastem w obliczu tego miejsca. Czas wojny unicestwił je, a mimo tego nadal trwało i prowadziło codzienną walkę o swój byt jako szpital.

Tłum, wszędzie tłum, ludzie leżeli nawet w namiotach rozstawionych na dziedzińcu, a wokół byli członkowie ich rodzin piorący, rozwieszający pranie albo gotujący. Tu lekarze i pielęgniarki byli tylko od leczenia, ale nawet do tego celu było ich za mało, więc nie miał się kto opiekować pacjentami, poza ich krewnymi. To był jedyny szpital w regionie i niektórzy byli kilka dni w podróży, żeby tu dotrzeć. A i tak docierali tylko ci, których było na taką podróż stać, mieli dużo desperacji lub szczęścia po drodze.

Szpitale wszędzie mają swój specyficzny zapach. Ale tu człowiek miał wrażenie poruszania się w słodkim, klejącym odorze wilgoci, zgnilizny, potu, bólu i strachu. To pigułka cierpienia tego miasta i kraju. Ofiary wybuchów bomb pułapek, żyjące szkielety dzieci, będące dowodem klęski głodu, i po prostu chorzy, którzy szukają pomocy u lekarza. Wszędzie wokół. Niektórzy siedzą na schodach, inni leżą na szkieletach starych łóżek, starych materacach położonych na podłodze, bądź na chustach. Patrząc na to miejsce, trudno było sobie wyobrazić, że ktoś może tu zostać wyleczony.

W tym szpitalu brakowało wszystkiego, począwszy od personelu, sprzętu, wyposażenia, zaopatrzenia, a kończąc na prądzie, chociaż bardziej na paliwie do generatorów, bo ten olbrzymi szpital prąd miał tylko z generatorów. Jedyne, czego tu nie brakowało, to byli pacjenci. To miejsce trwało tylko dzięki wsparciu organizacji pozarządowych, ponieważ  nie miało żadnego oficjalnego finansowania czy wsparcia.

Dzisiaj ten szpital jest jednym z symboli zmian, jakie powoli zachodzą w tym mieście. Odnowiony, z elektrycznością, personelem i wyposażeniem, zmienił się, ale jego codzienność – nie. Nadal trwa w nim rozpacz ofiar ataków, głodu i ich rodzin. Nadal są tu tłumy, bo w regionie sytuacja wcale się nie zmieniła, ale pojawiła się nadzieja, która wypiera panikę z serc po dotarciu do tego miejsca, które dzisiaj wygląda jak szpital, a nie jak otchłań rozpaczy.

Kilka lat temu Banadir był jedynym szpitalem w Mogadiszu. Właściwie, nawet nie tylko tam, ale w całym regionie. I był miejscem przerażającym. Po przekroczeniu progu człowiek miał wrażenie, jakby trafił do szpitala w oblężonym mieście. – Tłok, cierpienie w wykrzywionych bólem twarzach, panika i beznadziejność w oczach członków rodzin chorych, a w nich błysk błagania o szansę na odwrócenie losu i wynurzenie się z otchłani tej rozpaczy. Nawet wycieńczone latami wojny Mogadiszu wydawało się normalnym miastem w obliczu tego miejsca. Czas wojny unicestwił je, a mimo tego nadal trwało i prowadziło codzienną walkę o swój byt jako szpital.

Tłum, wszędzie tłum, ludzie leżeli nawet w namiotach rozstawionych na dziedzińcu, a wokół byli członkowie ich rodzin piorący, rozwieszający pranie albo gotujący. Tu lekarze i pielęgniarki byli tylko od leczenia, ale nawet do tego celu było ich za mało, więc nie miał się kto opiekować pacjentami, poza ich krewnymi. To był jedyny szpital w regionie i niektórzy byli kilka dni w podróży, żeby tu dotrzeć. A i tak docierali tylko ci, których było na taką podróż stać, mieli dużo desperacji lub szczęścia po drodze.

Szpitale wszędzie mają swój specyficzny zapach. Ale tu człowiek miał wrażenie poruszania się w słodkim, klejącym odorze wilgoci, zgnilizny, potu, bólu i strachu. To pigułka cierpienia tego miasta i kraju. Ofiary wybuchów bomb pułapek, żyjące szkielety dzieci, będące dowodem klęski głodu, i po prostu chorzy, którzy szukają pomocy u lekarza. Wszędzie wokół. Niektórzy siedzą na schodach, inni leżą na szkieletach starych łóżek, starych materacach położonych na podłodze, bądź na chustach. Patrząc na to miejsce, trudno było sobie wyobrazić, że ktoś może tu zostać wyleczony.

W tym szpitalu brakowało wszystkiego, począwszy od personelu, sprzętu, wyposażenia, zaopatrzenia, a kończąc na prądzie, chociaż bardziej na paliwie do generatorów, bo ten olbrzymi szpital prąd miał tylko z generatorów. Jedyne, czego tu nie brakowało, to byli pacjenci. To miejsce trwało tylko dzięki wsparciu organizacji pozarządowych, ponieważ  nie miało żadnego oficjalnego finansowania czy wsparcia.

Dzisiaj ten szpital jest jednym z symboli zmian, jakie powoli zachodzą w tym mieście. Odnowiony, z elektrycznością, personelem i wyposażeniem, zmienił się, ale jego codzienność – nie. Nadal trwa w nim rozpacz ofiar ataków, głodu i ich rodzin. Nadal są tu tłumy, bo w regionie sytuacja wcale się nie zmieniła, ale pojawiła się nadzieja, która wypiera panikę z serc po dotarciu do tego miejsca, które dzisiaj wygląda jak szpital, a nie jak otchłań rozpaczy.

Kilka lat temu Banadir był jedynym szpitalem w Mogadiszu. Właściwie, nawet nie tylko tam, ale w całym regionie. I był miejscem przerażającym. Po przekroczeniu progu człowiek miał wrażenie, jakby trafił do szpitala w oblężonym mieście. – Tłok, cierpienie w wykrzywionych bólem twarzach, panika i beznadziejność w oczach członków rodzin chorych, a w nich błysk błagania o szansę na odwrócenie losu i wynurzenie się z otchłani tej rozpaczy. Nawet wycieńczone latami wojny Mogadiszu wydawało się normalnym miastem w obliczu tego miejsca. Czas wojny unicestwił je, a mimo tego nadal trwało i prowadziło codzienną walkę o swój byt jako szpital.

Tłum, wszędzie tłum, ludzie leżeli nawet w namiotach rozstawionych na dziedzińcu, a wokół byli członkowie ich rodzin piorący, rozwieszający pranie albo gotujący. Tu lekarze i pielęgniarki byli tylko od leczenia, ale nawet do tego celu było ich za mało, więc nie miał się kto opiekować pacjentami, poza ich krewnymi. To był jedyny szpital w regionie i niektórzy byli kilka dni w podróży, żeby tu dotrzeć. A i tak docierali tylko ci, których było na taką podróż stać, mieli dużo desperacji lub szczęścia po drodze.

Szpitale wszędzie mają swój specyficzny zapach. Ale tu człowiek miał wrażenie poruszania się w słodkim, klejącym odorze wilgoci, zgnilizny, potu, bólu i strachu. To pigułka cierpienia tego miasta i kraju. Ofiary wybuchów bomb pułapek, żyjące szkielety dzieci, będące dowodem klęski głodu, i po prostu chorzy, którzy szukają pomocy u lekarza. Wszędzie wokół. Niektórzy siedzą na schodach, inni leżą na szkieletach starych łóżek, starych materacach położonych na podłodze, bądź na chustach. Patrząc na to miejsce, trudno było sobie wyobrazić, że ktoś może tu zostać wyleczony.

W tym szpitalu brakowało wszystkiego, począwszy od personelu, sprzętu, wyposażenia, zaopatrzenia, a kończąc na prądzie, chociaż bardziej na paliwie do generatorów, bo ten olbrzymi szpital prąd miał tylko z generatorów. Jedyne, czego tu nie brakowało, to byli pacjenci. To miejsce trwało tylko dzięki wsparciu organizacji pozarządowych, ponieważ  nie miało żadnego oficjalnego finansowania czy wsparcia.

Dzisiaj ten szpital jest jednym z symboli zmian, jakie powoli zachodzą w tym mieście. Odnowiony, z elektrycznością, personelem i wyposażeniem, zmienił się, ale jego codzienność – nie. Nadal trwa w nim rozpacz ofiar ataków, głodu i ich rodzin. Nadal są tu tłumy, bo w regionie sytuacja wcale się nie zmieniła, ale pojawiła się nadzieja, która wypiera panikę z serc po dotarciu do tego miejsca, które dzisiaj wygląda jak szpital, a nie jak otchłań rozpaczy.

Kilka lat temu Banadir był jedynym szpitalem w Mogadiszu. Właściwie, nawet nie tylko tam, ale w całym regionie. I był miejscem przerażającym. Po przekroczeniu progu człowiek miał wrażenie, jakby trafił do szpitala w oblężonym mieście. – Tłok, cierpienie w wykrzywionych bólem twarzach, panika i beznadziejność w oczach członków rodzin chorych, a w nich błysk błagania o szansę na odwrócenie losu i wynurzenie się z otchłani tej rozpaczy. Nawet wycieńczone latami wojny Mogadiszu wydawało się normalnym miastem w obliczu tego miejsca. Czas wojny unicestwił je, a mimo tego nadal trwało i prowadziło codzienną walkę o swój byt jako szpital.

Tłum, wszędzie tłum, ludzie leżeli nawet w namiotach rozstawionych na dziedzińcu, a wokół byli członkowie ich rodzin piorący, rozwieszający pranie albo gotujący. Tu lekarze i pielęgniarki byli tylko od leczenia, ale nawet do tego celu było ich za mało, więc nie miał się kto opiekować pacjentami, poza ich krewnymi. To był jedyny szpital w regionie i niektórzy byli kilka dni w podróży, żeby tu dotrzeć. A i tak docierali tylko ci, których było na taką podróż stać, mieli dużo desperacji lub szczęścia po drodze.

Szpitale wszędzie mają swój specyficzny zapach. Ale tu człowiek miał wrażenie poruszania się w słodkim, klejącym odorze wilgoci, zgnilizny, potu, bólu i strachu. To pigułka cierpienia tego miasta i kraju. Ofiary wybuchów bomb pułapek, żyjące szkielety dzieci, będące dowodem klęski głodu, i po prostu chorzy, którzy szukają pomocy u lekarza. Wszędzie wokół. Niektórzy siedzą na schodach, inni leżą na szkieletach starych łóżek, starych materacach położonych na podłodze, bądź na chustach. Patrząc na to miejsce, trudno było sobie wyobrazić, że ktoś może tu zostać wyleczony.

W tym szpitalu brakowało wszystkiego, począwszy od personelu, sprzętu, wyposażenia, zaopatrzenia, a kończąc na prądzie, chociaż bardziej na paliwie do generatorów, bo ten olbrzymi szpital prąd miał tylko z generatorów. Jedyne, czego tu nie brakowało, to byli pacjenci. To miejsce trwało tylko dzięki wsparciu organizacji pozarządowych, ponieważ  nie miało żadnego oficjalnego finansowania czy wsparcia.

Dzisiaj ten szpital jest jednym z symboli zmian, jakie powoli zachodzą w tym mieście. Odnowiony, z elektrycznością, personelem i wyposażeniem, zmienił się, ale jego codzienność – nie. Nadal trwa w nim rozpacz ofiar ataków, głodu i ich rodzin. Nadal są tu tłumy, bo w regionie sytuacja wcale się nie zmieniła, ale pojawiła się nadzieja, która wypiera panikę z serc po dotarciu do tego miejsca, które dzisiaj wygląda jak szpital, a nie jak otchłań rozpaczy.

Kilka lat temu Banadir był jedynym szpitalem w Mogadiszu. Właściwie, nawet nie tylko tam, ale w całym regionie. I był miejscem przerażającym. Po przekroczeniu progu człowiek miał wrażenie, jakby trafił do szpitala w oblężonym mieście. – Tłok, cierpienie w wykrzywionych bólem twarzach, panika i beznadziejność w oczach członków rodzin chorych, a w nich błysk błagania o szansę na odwrócenie losu i wynurzenie się z otchłani tej rozpaczy. Nawet wycieńczone latami wojny Mogadiszu wydawało się normalnym miastem w obliczu tego miejsca. Czas wojny unicestwił je, a mimo tego nadal trwało i prowadziło codzienną walkę o swój byt jako szpital.

Tłum, wszędzie tłum, ludzie leżeli nawet w namiotach rozstawionych na dziedzińcu, a wokół byli członkowie ich rodzin piorący, rozwieszający pranie albo gotujący. Tu lekarze i pielęgniarki byli tylko od leczenia, ale nawet do tego celu było ich za mało, więc nie miał się kto opiekować pacjentami, poza ich krewnymi. To był jedyny szpital w regionie i niektórzy byli kilka dni w podróży, żeby tu dotrzeć. A i tak docierali tylko ci, których było na taką podróż stać, mieli dużo desperacji lub szczęścia po drodze.

Szpitale wszędzie mają swój specyficzny zapach. Ale tu człowiek miał wrażenie poruszania się w słodkim, klejącym odorze wilgoci, zgnilizny, potu, bólu i strachu. To pigułka cierpienia tego miasta i kraju. Ofiary wybuchów bomb pułapek, żyjące szkielety dzieci, będące dowodem klęski głodu, i po prostu chorzy, którzy szukają pomocy u lekarza. Wszędzie wokół. Niektórzy siedzą na schodach, inni leżą na szkieletach starych łóżek, starych materacach położonych na podłodze, bądź na chustach. Patrząc na to miejsce, trudno było sobie wyobrazić, że ktoś może tu zostać wyleczony.

W tym szpitalu brakowało wszystkiego, począwszy od personelu, sprzętu, wyposażenia, zaopatrzenia, a kończąc na prądzie, chociaż bardziej na paliwie do generatorów, bo ten olbrzymi szpital prąd miał tylko z generatorów. Jedyne, czego tu nie brakowało, to byli pacjenci. To miejsce trwało tylko dzięki wsparciu organizacji pozarządowych, ponieważ  nie miało żadnego oficjalnego finansowania czy wsparcia.

Dzisiaj ten szpital jest jednym z symboli zmian, jakie powoli zachodzą w tym mieście. Odnowiony, z elektrycznością, personelem i wyposażeniem, zmienił się, ale jego codzienność – nie. Nadal trwa w nim rozpacz ofiar ataków, głodu i ich rodzin. Nadal są tu tłumy, bo w regionie sytuacja wcale się nie zmieniła, ale pojawiła się nadzieja, która wypiera panikę z serc po dotarciu do tego miejsca, które dzisiaj wygląda jak szpital, a nie jak otchłań rozpaczy.

Kilka lat temu Banadir był jedynym szpitalem w Mogadiszu. Właściwie, nawet nie tylko tam, ale w całym regionie. I był miejscem przerażającym. Po przekroczeniu progu człowiek miał wrażenie, jakby trafił do szpitala w oblężonym mieście. – Tłok, cierpienie w wykrzywionych bólem twarzach, panika i beznadziejność w oczach członków rodzin chorych, a w nich błysk błagania o szansę na odwrócenie losu i wynurzenie się z otchłani tej rozpaczy. Nawet wycieńczone latami wojny Mogadiszu wydawało się normalnym miastem w obliczu tego miejsca. Czas wojny unicestwił je, a mimo tego nadal trwało i prowadziło codzienną walkę o swój byt jako szpital.

Tłum, wszędzie tłum, ludzie leżeli nawet w namiotach rozstawionych na dziedzińcu, a wokół byli członkowie ich rodzin piorący, rozwieszający pranie albo gotujący. Tu lekarze i pielęgniarki byli tylko od leczenia, ale nawet do tego celu było ich za mało, więc nie miał się kto opiekować pacjentami, poza ich krewnymi. To był jedyny szpital w regionie i niektórzy byli kilka dni w podróży, żeby tu dotrzeć. A i tak docierali tylko ci, których było na taką podróż stać, mieli dużo desperacji lub szczęścia po drodze.

Szpitale wszędzie mają swój specyficzny zapach. Ale tu człowiek miał wrażenie poruszania się w słodkim, klejącym odorze wilgoci, zgnilizny, potu, bólu i strachu. To pigułka cierpienia tego miasta i kraju. Ofiary wybuchów bomb pułapek, żyjące szkielety dzieci, będące dowodem klęski głodu, i po prostu chorzy, którzy szukają pomocy u lekarza. Wszędzie wokół. Niektórzy siedzą na schodach, inni leżą na szkieletach starych łóżek, starych materacach położonych na podłodze, bądź na chustach. Patrząc na to miejsce, trudno było sobie wyobrazić, że ktoś może tu zostać wyleczony.

W tym szpitalu brakowało wszystkiego, począwszy od personelu, sprzętu, wyposażenia, zaopatrzenia, a kończąc na prądzie, chociaż bardziej na paliwie do generatorów, bo ten olbrzymi szpital prąd miał tylko z generatorów. Jedyne, czego tu nie brakowało, to byli pacjenci. To miejsce trwało tylko dzięki wsparciu organizacji pozarządowych, ponieważ  nie miało żadnego oficjalnego finansowania czy wsparcia.

Dzisiaj ten szpital jest jednym z symboli zmian, jakie powoli zachodzą w tym mieście. Odnowiony, z elektrycznością, personelem i wyposażeniem, zmienił się, ale jego codzienność – nie. Nadal trwa w nim rozpacz ofiar ataków, głodu i ich rodzin. Nadal są tu tłumy, bo w regionie sytuacja wcale się nie zmieniła, ale pojawiła się nadzieja, która wypiera panikę z serc po dotarciu do tego miejsca, które dzisiaj wygląda jak szpital, a nie jak otchłań rozpaczy.

Kilka lat temu Banadir był jedynym szpitalem w Mogadiszu. Właściwie, nawet nie tylko tam, ale w całym regionie. I był miejscem przerażającym. Po przekroczeniu progu człowiek miał wrażenie, jakby trafił do szpitala w oblężonym mieście. – Tłok, cierpienie w wykrzywionych bólem twarzach, panika i beznadziejność w oczach członków rodzin chorych, a w nich błysk błagania o szansę na odwrócenie losu i wynurzenie się z otchłani tej rozpaczy. Nawet wycieńczone latami wojny Mogadiszu wydawało się normalnym miastem w obliczu tego miejsca. Czas wojny unicestwił je, a mimo tego nadal trwało i prowadziło codzienną walkę o swój byt jako szpital.

Tłum, wszędzie tłum, ludzie leżeli nawet w namiotach rozstawionych na dziedzińcu, a wokół byli członkowie ich rodzin piorący, rozwieszający pranie albo gotujący. Tu lekarze i pielęgniarki byli tylko od leczenia, ale nawet do tego celu było ich za mało, więc nie miał się kto opiekować pacjentami, poza ich krewnymi. To był jedyny szpital w regionie i niektórzy byli kilka dni w podróży, żeby tu dotrzeć. A i tak docierali tylko ci, których było na taką podróż stać, mieli dużo desperacji lub szczęścia po drodze.

Szpitale wszędzie mają swój specyficzny zapach. Ale tu człowiek miał wrażenie poruszania się w słodkim, klejącym odorze wilgoci, zgnilizny, potu, bólu i strachu. To pigułka cierpienia tego miasta i kraju. Ofiary wybuchów bomb pułapek, żyjące szkielety dzieci, będące dowodem klęski głodu, i po prostu chorzy, którzy szukają pomocy u lekarza. Wszędzie wokół. Niektórzy siedzą na schodach, inni leżą na szkieletach starych łóżek, starych materacach położonych na podłodze, bądź na chustach. Patrząc na to miejsce, trudno było sobie wyobrazić, że ktoś może tu zostać wyleczony.

W tym szpitalu brakowało wszystkiego, począwszy od personelu, sprzętu, wyposażenia, zaopatrzenia, a kończąc na prądzie, chociaż bardziej na paliwie do generatorów, bo ten olbrzymi szpital prąd miał tylko z generatorów. Jedyne, czego tu nie brakowało, to byli pacjenci. To miejsce trwało tylko dzięki wsparciu organizacji pozarządowych, ponieważ  nie miało żadnego oficjalnego finansowania czy wsparcia.

Dzisiaj ten szpital jest jednym z symboli zmian, jakie powoli zachodzą w tym mieście. Odnowiony, z elektrycznością, personelem i wyposażeniem, zmienił się, ale jego codzienność – nie. Nadal trwa w nim rozpacz ofiar ataków, głodu i ich rodzin. Nadal są tu tłumy, bo w regionie sytuacja wcale się nie zmieniła, ale pojawiła się nadzieja, która wypiera panikę z serc po dotarciu do tego miejsca, które dzisiaj wygląda jak szpital, a nie jak otchłań rozpaczy.

Kilka lat temu Banadir był jedynym szpitalem w Mogadiszu. Właściwie, nawet nie tylko tam, ale w całym regionie. I był miejscem przerażającym. Po przekroczeniu progu człowiek miał wrażenie, jakby trafił do szpitala w oblężonym mieście. – Tłok, cierpienie w wykrzywionych bólem twarzach, panika i beznadziejność w oczach członków rodzin chorych, a w nich błysk błagania o szansę na odwrócenie losu i wynurzenie się z otchłani tej rozpaczy. Nawet wycieńczone latami wojny Mogadiszu wydawało się normalnym miastem w obliczu tego miejsca. Czas wojny unicestwił je, a mimo tego nadal trwało i prowadziło codzienną walkę o swój byt jako szpital.

Tłum, wszędzie tłum, ludzie leżeli nawet w namiotach rozstawionych na dziedzińcu, a wokół byli członkowie ich rodzin piorący, rozwieszający pranie albo gotujący. Tu lekarze i pielęgniarki byli tylko od leczenia, ale nawet do tego celu było ich za mało, więc nie miał się kto opiekować pacjentami, poza ich krewnymi. To był jedyny szpital w regionie i niektórzy byli kilka dni w podróży, żeby tu dotrzeć. A i tak docierali tylko ci, których było na taką podróż stać, mieli dużo desperacji lub szczęścia po drodze.

Szpitale wszędzie mają swój specyficzny zapach. Ale tu człowiek miał wrażenie poruszania się w słodkim, klejącym odorze wilgoci, zgnilizny, potu, bólu i strachu. To pigułka cierpienia tego miasta i kraju. Ofiary wybuchów bomb pułapek, żyjące szkielety dzieci, będące dowodem klęski głodu, i po prostu chorzy, którzy szukają pomocy u lekarza. Wszędzie wokół. Niektórzy siedzą na schodach, inni leżą na szkieletach starych łóżek, starych materacach położonych na podłodze, bądź na chustach. Patrząc na to miejsce, trudno było sobie wyobrazić, że ktoś może tu zostać wyleczony.

W tym szpitalu brakowało wszystkiego, począwszy od personelu, sprzętu, wyposażenia, zaopatrzenia, a kończąc na prądzie, chociaż bardziej na paliwie do generatorów, bo ten olbrzymi szpital prąd miał tylko z generatorów. Jedyne, czego tu nie brakowało, to byli pacjenci. To miejsce trwało tylko dzięki wsparciu organizacji pozarządowych, ponieważ  nie miało żadnego oficjalnego finansowania czy wsparcia.

Dzisiaj ten szpital jest jednym z symboli zmian, jakie powoli zachodzą w tym mieście. Odnowiony, z elektrycznością, personelem i wyposażeniem, zmienił się, ale jego codzienność – nie. Nadal trwa w nim rozpacz ofiar ataków, głodu i ich rodzin. Nadal są tu tłumy, bo w regionie sytuacja wcale się nie zmieniła, ale pojawiła się nadzieja, która wypiera panikę z serc po dotarciu do tego miejsca, które dzisiaj wygląda jak szpital, a nie jak otchłań rozpaczy.

Kilka lat temu Banadir był jedynym szpitalem w Mogadiszu. Właściwie, nawet nie tylko tam, ale w całym regionie. I był miejscem przerażającym. Po przekroczeniu progu człowiek miał wrażenie, jakby trafił do szpitala w oblężonym mieście. – Tłok, cierpienie w wykrzywionych bólem twarzach, panika i beznadziejność w oczach członków rodzin chorych, a w nich błysk błagania o szansę na odwrócenie losu i wynurzenie się z otchłani tej rozpaczy. Nawet wycieńczone latami wojny Mogadiszu wydawało się normalnym miastem w obliczu tego miejsca. Czas wojny unicestwił je, a mimo tego nadal trwało i prowadziło codzienną walkę o swój byt jako szpital.

Tłum, wszędzie tłum, ludzie leżeli nawet w namiotach rozstawionych na dziedzińcu, a wokół byli członkowie ich rodzin piorący, rozwieszający pranie albo gotujący. Tu lekarze i pielęgniarki byli tylko od leczenia, ale nawet do tego celu było ich za mało, więc nie miał się kto opiekować pacjentami, poza ich krewnymi. To był jedyny szpital w regionie i niektórzy byli kilka dni w podróży, żeby tu dotrzeć. A i tak docierali tylko ci, których było na taką podróż stać, mieli dużo desperacji lub szczęścia po drodze.

Szpitale wszędzie mają swój specyficzny zapach. Ale tu człowiek miał wrażenie poruszania się w słodkim, klejącym odorze wilgoci, zgnilizny, potu, bólu i strachu. To pigułka cierpienia tego miasta i kraju. Ofiary wybuchów bomb pułapek, żyjące szkielety dzieci, będące dowodem klęski głodu, i po prostu chorzy, którzy szukają pomocy u lekarza. Wszędzie wokół. Niektórzy siedzą na schodach, inni leżą na szkieletach starych łóżek, starych materacach położonych na podłodze, bądź na chustach. Patrząc na to miejsce, trudno było sobie wyobrazić, że ktoś może tu zostać wyleczony.

W tym szpitalu brakowało wszystkiego, począwszy od personelu, sprzętu, wyposażenia, zaopatrzenia, a kończąc na prądzie, chociaż bardziej na paliwie do generatorów, bo ten olbrzymi szpital prąd miał tylko z generatorów. Jedyne, czego tu nie brakowało, to byli pacjenci. To miejsce trwało tylko dzięki wsparciu organizacji pozarządowych, ponieważ  nie miało żadnego oficjalnego finansowania czy wsparcia.

Dzisiaj ten szpital jest jednym z symboli zmian, jakie powoli zachodzą w tym mieście. Odnowiony, z elektrycznością, personelem i wyposażeniem, zmienił się, ale jego codzienność – nie. Nadal trwa w nim rozpacz ofiar ataków, głodu i ich rodzin. Nadal są tu tłumy, bo w regionie sytuacja wcale się nie zmieniła, ale pojawiła się nadzieja, która wypiera panikę z serc po dotarciu do tego miejsca, które dzisiaj wygląda jak szpital, a nie jak otchłań rozpaczy.

Kilka lat temu Banadir był jedynym szpitalem w Mogadiszu. Właściwie, nawet nie tylko tam, ale w całym regionie. I był miejscem przerażającym. Po przekroczeniu progu człowiek miał wrażenie, jakby trafił do szpitala w oblężonym mieście. – Tłok, cierpienie w wykrzywionych bólem twarzach, panika i beznadziejność w oczach członków rodzin chorych, a w nich błysk błagania o szansę na odwrócenie losu i wynurzenie się z otchłani tej rozpaczy. Nawet wycieńczone latami wojny Mogadiszu wydawało się normalnym miastem w obliczu tego miejsca. Czas wojny unicestwił je, a mimo tego nadal trwało i prowadziło codzienną walkę o swój byt jako szpital.

Tłum, wszędzie tłum, ludzie leżeli nawet w namiotach rozstawionych na dziedzińcu, a wokół byli członkowie ich rodzin piorący, rozwieszający pranie albo gotujący. Tu lekarze i pielęgniarki byli tylko od leczenia, ale nawet do tego celu było ich za mało, więc nie miał się kto opiekować pacjentami, poza ich krewnymi. To był jedyny szpital w regionie i niektórzy byli kilka dni w podróży, żeby tu dotrzeć. A i tak docierali tylko ci, których było na taką podróż stać, mieli dużo desperacji lub szczęścia po drodze.

Szpitale wszędzie mają swój specyficzny zapach. Ale tu człowiek miał wrażenie poruszania się w słodkim, klejącym odorze wilgoci, zgnilizny, potu, bólu i strachu. To pigułka cierpienia tego miasta i kraju. Ofiary wybuchów bomb pułapek, żyjące szkielety dzieci, będące dowodem klęski głodu, i po prostu chorzy, którzy szukają pomocy u lekarza. Wszędzie wokół. Niektórzy siedzą na schodach, inni leżą na szkieletach starych łóżek, starych materacach położonych na podłodze, bądź na chustach. Patrząc na to miejsce, trudno było sobie wyobrazić, że ktoś może tu zostać wyleczony.

W tym szpitalu brakowało wszystkiego, począwszy od personelu, sprzętu, wyposażenia, zaopatrzenia, a kończąc na prądzie, chociaż bardziej na paliwie do generatorów, bo ten olbrzymi szpital prąd miał tylko z generatorów. Jedyne, czego tu nie brakowało, to byli pacjenci. To miejsce trwało tylko dzięki wsparciu organizacji pozarządowych, ponieważ  nie miało żadnego oficjalnego finansowania czy wsparcia.

Dzisiaj ten szpital jest jednym z symboli zmian, jakie powoli zachodzą w tym mieście. Odnowiony, z elektrycznością, personelem i wyposażeniem, zmienił się, ale jego codzienność – nie. Nadal trwa w nim rozpacz ofiar ataków, głodu i ich rodzin. Nadal są tu tłumy, bo w regionie sytuacja wcale się nie zmieniła, ale pojawiła się nadzieja, która wypiera panikę z serc po dotarciu do tego miejsca, które dzisiaj wygląda jak szpital, a nie jak otchłań rozpaczy.

Kilka lat temu Banadir był jedynym szpitalem w Mogadiszu. Właściwie, nawet nie tylko tam, ale w całym regionie. I był miejscem przerażającym. Po przekroczeniu progu człowiek miał wrażenie, jakby trafił do szpitala w oblężonym mieście. – Tłok, cierpienie w wykrzywionych bólem twarzach, panika i beznadziejność w oczach członków rodzin chorych, a w nich błysk błagania o szansę na odwrócenie losu i wynurzenie się z otchłani tej rozpaczy. Nawet wycieńczone latami wojny Mogadiszu wydawało się normalnym miastem w obliczu tego miejsca. Czas wojny unicestwił je, a mimo tego nadal trwało i prowadziło codzienną walkę o swój byt jako szpital.

Tłum, wszędzie tłum, ludzie leżeli nawet w namiotach rozstawionych na dziedzińcu, a wokół byli członkowie ich rodzin piorący, rozwieszający pranie albo gotujący. Tu lekarze i pielęgniarki byli tylko od leczenia, ale nawet do tego celu było ich za mało, więc nie miał się kto opiekować pacjentami, poza ich krewnymi. To był jedyny szpital w regionie i niektórzy byli kilka dni w podróży, żeby tu dotrzeć. A i tak docierali tylko ci, których było na taką podróż stać, mieli dużo desperacji lub szczęścia po drodze.

Szpitale wszędzie mają swój specyficzny zapach. Ale tu człowiek miał wrażenie poruszania się w słodkim, klejącym odorze wilgoci, zgnilizny, potu, bólu i strachu. To pigułka cierpienia tego miasta i kraju. Ofiary wybuchów bomb pułapek, żyjące szkielety dzieci, będące dowodem klęski głodu, i po prostu chorzy, którzy szukają pomocy u lekarza. Wszędzie wokół. Niektórzy siedzą na schodach, inni leżą na szkieletach starych łóżek, starych materacach położonych na podłodze, bądź na chustach. Patrząc na to miejsce, trudno było sobie wyobrazić, że ktoś może tu zostać wyleczony.

W tym szpitalu brakowało wszystkiego, począwszy od personelu, sprzętu, wyposażenia, zaopatrzenia, a kończąc na prądzie, chociaż bardziej na paliwie do generatorów, bo ten olbrzymi szpital prąd miał tylko z generatorów. Jedyne, czego tu nie brakowało, to byli pacjenci. To miejsce trwało tylko dzięki wsparciu organizacji pozarządowych, ponieważ  nie miało żadnego oficjalnego finansowania czy wsparcia.

Dzisiaj ten szpital jest jednym z symboli zmian, jakie powoli zachodzą w tym mieście. Odnowiony, z elektrycznością, personelem i wyposażeniem, zmienił się, ale jego codzienność – nie. Nadal trwa w nim rozpacz ofiar ataków, głodu i ich rodzin. Nadal są tu tłumy, bo w regionie sytuacja wcale się nie zmieniła, ale pojawiła się nadzieja, która wypiera panikę z serc po dotarciu do tego miejsca, które dzisiaj wygląda jak szpital, a nie jak otchłań rozpaczy.

Kilka lat temu Banadir był jedynym szpitalem w Mogadiszu. Właściwie, nawet nie tylko tam, ale w całym regionie. I był miejscem przerażającym. Po przekroczeniu progu człowiek miał wrażenie, jakby trafił do szpitala w oblężonym mieście. – Tłok, cierpienie w wykrzywionych bólem twarzach, panika i beznadziejność w oczach członków rodzin chorych, a w nich błysk błagania o szansę na odwrócenie losu i wynurzenie się z otchłani tej rozpaczy. Nawet wycieńczone latami wojny Mogadiszu wydawało się normalnym miastem w obliczu tego miejsca. Czas wojny unicestwił je, a mimo tego nadal trwało i prowadziło codzienną walkę o swój byt jako szpital.

Tłum, wszędzie tłum, ludzie leżeli nawet w namiotach rozstawionych na dziedzińcu, a wokół byli członkowie ich rodzin piorący, rozwieszający pranie albo gotujący. Tu lekarze i pielęgniarki byli tylko od leczenia, ale nawet do tego celu było ich za mało, więc nie miał się kto opiekować pacjentami, poza ich krewnymi. To był jedyny szpital w regionie i niektórzy byli kilka dni w podróży, żeby tu dotrzeć. A i tak docierali tylko ci, których było na taką podróż stać, mieli dużo desperacji lub szczęścia po drodze.

Szpitale wszędzie mają swój specyficzny zapach. Ale tu człowiek miał wrażenie poruszania się w słodkim, klejącym odorze wilgoci, zgnilizny, potu, bólu i strachu. To pigułka cierpienia tego miasta i kraju. Ofiary wybuchów bomb pułapek, żyjące szkielety dzieci, będące dowodem klęski głodu, i po prostu chorzy, którzy szukają pomocy u lekarza. Wszędzie wokół. Niektórzy siedzą na schodach, inni leżą na szkieletach starych łóżek, starych materacach położonych na podłodze, bądź na chustach. Patrząc na to miejsce, trudno było sobie wyobrazić, że ktoś może tu zostać wyleczony.

W tym szpitalu brakowało wszystkiego, począwszy od personelu, sprzętu, wyposażenia, zaopatrzenia, a kończąc na prądzie, chociaż bardziej na paliwie do generatorów, bo ten olbrzymi szpital prąd miał tylko z generatorów. Jedyne, czego tu nie brakowało, to byli pacjenci. To miejsce trwało tylko dzięki wsparciu organizacji pozarządowych, ponieważ  nie miało żadnego oficjalnego finansowania czy wsparcia.

Dzisiaj ten szpital jest jednym z symboli zmian, jakie powoli zachodzą w tym mieście. Odnowiony, z elektrycznością, personelem i wyposażeniem, zmienił się, ale jego codzienność – nie. Nadal trwa w nim rozpacz ofiar ataków, głodu i ich rodzin. Nadal są tu tłumy, bo w regionie sytuacja wcale się nie zmieniła, ale pojawiła się nadzieja, która wypiera panikę z serc po dotarciu do tego miejsca, które dzisiaj wygląda jak szpital, a nie jak otchłań rozpaczy.

Kilka lat temu Banadir był jedynym szpitalem w Mogadiszu. Właściwie, nawet nie tylko tam, ale w całym regionie. I był miejscem przerażającym. Po przekroczeniu progu człowiek miał wrażenie, jakby trafił do szpitala w oblężonym mieście. – Tłok, cierpienie w wykrzywionych bólem twarzach, panika i beznadziejność w oczach członków rodzin chorych, a w nich błysk błagania o szansę na odwrócenie losu i wynurzenie się z otchłani tej rozpaczy. Nawet wycieńczone latami wojny Mogadiszu wydawało się normalnym miastem w obliczu tego miejsca. Czas wojny unicestwił je, a mimo tego nadal trwało i prowadziło codzienną walkę o swój byt jako szpital.

Tłum, wszędzie tłum, ludzie leżeli nawet w namiotach rozstawionych na dziedzińcu, a wokół byli członkowie ich rodzin piorący, rozwieszający pranie albo gotujący. Tu lekarze i pielęgniarki byli tylko od leczenia, ale nawet do tego celu było ich za mało, więc nie miał się kto opiekować pacjentami, poza ich krewnymi. To był jedyny szpital w regionie i niektórzy byli kilka dni w podróży, żeby tu dotrzeć. A i tak docierali tylko ci, których było na taką podróż stać, mieli dużo desperacji lub szczęścia po drodze.

Szpitale wszędzie mają swój specyficzny zapach. Ale tu człowiek miał wrażenie poruszania się w słodkim, klejącym odorze wilgoci, zgnilizny, potu, bólu i strachu. To pigułka cierpienia tego miasta i kraju. Ofiary wybuchów bomb pułapek, żyjące szkielety dzieci, będące dowodem klęski głodu, i po prostu chorzy, którzy szukają pomocy u lekarza. Wszędzie wokół. Niektórzy siedzą na schodach, inni leżą na szkieletach starych łóżek, starych materacach położonych na podłodze, bądź na chustach. Patrząc na to miejsce, trudno było sobie wyobrazić, że ktoś może tu zostać wyleczony.

W tym szpitalu brakowało wszystkiego, począwszy od personelu, sprzętu, wyposażenia, zaopatrzenia, a kończąc na prądzie, chociaż bardziej na paliwie do generatorów, bo ten olbrzymi szpital prąd miał tylko z generatorów. Jedyne, czego tu nie brakowało, to byli pacjenci. To miejsce trwało tylko dzięki wsparciu organizacji pozarządowych, ponieważ  nie miało żadnego oficjalnego finansowania czy wsparcia.

Dzisiaj ten szpital jest jednym z symboli zmian, jakie powoli zachodzą w tym mieście. Odnowiony, z elektrycznością, personelem i wyposażeniem, zmienił się, ale jego codzienność – nie. Nadal trwa w nim rozpacz ofiar ataków, głodu i ich rodzin. Nadal są tu tłumy, bo w regionie sytuacja wcale się nie zmieniła, ale pojawiła się nadzieja, która wypiera panikę z serc po dotarciu do tego miejsca, które dzisiaj wygląda jak szpital, a nie jak otchłań rozpaczy.

Kilka lat temu Banadir był jedynym szpitalem w Mogadiszu. Właściwie, nawet nie tylko tam, ale w całym regionie. I był miejscem przerażającym. Po przekroczeniu progu człowiek miał wrażenie, jakby trafił do szpitala w oblężonym mieście. – Tłok, cierpienie w wykrzywionych bólem twarzach, panika i beznadziejność w oczach członków rodzin chorych, a w nich błysk błagania o szansę na odwrócenie losu i wynurzenie się z otchłani tej rozpaczy. Nawet wycieńczone latami wojny Mogadiszu wydawało się normalnym miastem w obliczu tego miejsca. Czas wojny unicestwił je, a mimo tego nadal trwało i prowadziło codzienną walkę o swój byt jako szpital.

Tłum, wszędzie tłum, ludzie leżeli nawet w namiotach rozstawionych na dziedzińcu, a wokół byli członkowie ich rodzin piorący, rozwieszający pranie albo gotujący. Tu lekarze i pielęgniarki byli tylko od leczenia, ale nawet do tego celu było ich za mało, więc nie miał się kto opiekować pacjentami, poza ich krewnymi. To był jedyny szpital w regionie i niektórzy byli kilka dni w podróży, żeby tu dotrzeć. A i tak docierali tylko ci, których było na taką podróż stać, mieli dużo desperacji lub szczęścia po drodze.

Szpitale wszędzie mają swój specyficzny zapach. Ale tu człowiek miał wrażenie poruszania się w słodkim, klejącym odorze wilgoci, zgnilizny, potu, bólu i strachu. To pigułka cierpienia tego miasta i kraju. Ofiary wybuchów bomb pułapek, żyjące szkielety dzieci, będące dowodem klęski głodu, i po prostu chorzy, którzy szukają pomocy u lekarza. Wszędzie wokół. Niektórzy siedzą na schodach, inni leżą na szkieletach starych łóżek, starych materacach położonych na podłodze, bądź na chustach. Patrząc na to miejsce, trudno było sobie wyobrazić, że ktoś może tu zostać wyleczony.

W tym szpitalu brakowało wszystkiego, począwszy od personelu, sprzętu, wyposażenia, zaopatrzenia, a kończąc na prądzie, chociaż bardziej na paliwie do generatorów, bo ten olbrzymi szpital prąd miał tylko z generatorów. Jedyne, czego tu nie brakowało, to byli pacjenci. To miejsce trwało tylko dzięki wsparciu organizacji pozarządowych, ponieważ  nie miało żadnego oficjalnego finansowania czy wsparcia.

Dzisiaj ten szpital jest jednym z symboli zmian, jakie powoli zachodzą w tym mieście. Odnowiony, z elektrycznością, personelem i wyposażeniem, zmienił się, ale jego codzienność – nie. Nadal trwa w nim rozpacz ofiar ataków, głodu i ich rodzin. Nadal są tu tłumy, bo w regionie sytuacja wcale się nie zmieniła, ale pojawiła się nadzieja, która wypiera panikę z serc po dotarciu do tego miejsca, które dzisiaj wygląda jak szpital, a nie jak otchłań rozpaczy.

Kilka lat temu Banadir był jedynym szpitalem w Mogadiszu. Właściwie, nawet nie tylko tam, ale w całym regionie. I był miejscem przerażającym. Po przekroczeniu progu człowiek miał wrażenie, jakby trafił do szpitala w oblężonym mieście. – Tłok, cierpienie w wykrzywionych bólem twarzach, panika i beznadziejność w oczach członków rodzin chorych, a w nich błysk błagania o szansę na odwrócenie losu i wynurzenie się z otchłani tej rozpaczy. Nawet wycieńczone latami wojny Mogadiszu wydawało się normalnym miastem w obliczu tego miejsca. Czas wojny unicestwił je, a mimo tego nadal trwało i prowadziło codzienną walkę o swój byt jako szpital.

Tłum, wszędzie tłum, ludzie leżeli nawet w namiotach rozstawionych na dziedzińcu, a wokół byli członkowie ich rodzin piorący, rozwieszający pranie albo gotujący. Tu lekarze i pielęgniarki byli tylko od leczenia, ale nawet do tego celu było ich za mało, więc nie miał się kto opiekować pacjentami, poza ich krewnymi. To był jedyny szpital w regionie i niektórzy byli kilka dni w podróży, żeby tu dotrzeć. A i tak docierali tylko ci, których było na taką podróż stać, mieli dużo desperacji lub szczęścia po drodze.

Szpitale wszędzie mają swój specyficzny zapach. Ale tu człowiek miał wrażenie poruszania się w słodkim, klejącym odorze wilgoci, zgnilizny, potu, bólu i strachu. To pigułka cierpienia tego miasta i kraju. Ofiary wybuchów bomb pułapek, żyjące szkielety dzieci, będące dowodem klęski głodu, i po prostu chorzy, którzy szukają pomocy u lekarza. Wszędzie wokół. Niektórzy siedzą na schodach, inni leżą na szkieletach starych łóżek, starych materacach położonych na podłodze, bądź na chustach. Patrząc na to miejsce, trudno było sobie wyobrazić, że ktoś może tu zostać wyleczony.

W tym szpitalu brakowało wszystkiego, począwszy od personelu, sprzętu, wyposażenia, zaopatrzenia, a kończąc na prądzie, chociaż bardziej na paliwie do generatorów, bo ten olbrzymi szpital prąd miał tylko z generatorów. Jedyne, czego tu nie brakowało, to byli pacjenci. To miejsce trwało tylko dzięki wsparciu organizacji pozarządowych, ponieważ  nie miało żadnego oficjalnego finansowania czy wsparcia.

Dzisiaj ten szpital jest jednym z symboli zmian, jakie powoli zachodzą w tym mieście. Odnowiony, z elektrycznością, personelem i wyposażeniem, zmienił się, ale jego codzienność – nie. Nadal trwa w nim rozpacz ofiar ataków, głodu i ich rodzin. Nadal są tu tłumy, bo w regionie sytuacja wcale się nie zmieniła, ale pojawiła się nadzieja, która wypiera panikę z serc po dotarciu do tego miejsca, które dzisiaj wygląda jak szpital, a nie jak otchłań rozpaczy.

Kilka lat temu Banadir był jedynym szpitalem w Mogadiszu. Właściwie, nawet nie tylko tam, ale w całym regionie. I był miejscem przerażającym. Po przekroczeniu progu człowiek miał wrażenie, jakby trafił do szpitala w oblężonym mieście. – Tłok, cierpienie w wykrzywionych bólem twarzach, panika i beznadziejność w oczach członków rodzin chorych, a w nich błysk błagania o szansę na odwrócenie losu i wynurzenie się z otchłani tej rozpaczy. Nawet wycieńczone latami wojny Mogadiszu wydawało się normalnym miastem w obliczu tego miejsca. Czas wojny unicestwił je, a mimo tego nadal trwało i prowadziło codzienną walkę o swój byt jako szpital.

Tłum, wszędzie tłum, ludzie leżeli nawet w namiotach rozstawionych na dziedzińcu, a wokół byli członkowie ich rodzin piorący, rozwieszający pranie albo gotujący. Tu lekarze i pielęgniarki byli tylko od leczenia, ale nawet do tego celu było ich za mało, więc nie miał się kto opiekować pacjentami, poza ich krewnymi. To był jedyny szpital w regionie i niektórzy byli kilka dni w podróży, żeby tu dotrzeć. A i tak docierali tylko ci, których było na taką podróż stać, mieli dużo desperacji lub szczęścia po drodze.

Szpitale wszędzie mają swój specyficzny zapach. Ale tu człowiek miał wrażenie poruszania się w słodkim, klejącym odorze wilgoci, zgnilizny, potu, bólu i strachu. To pigułka cierpienia tego miasta i kraju. Ofiary wybuchów bomb pułapek, żyjące szkielety dzieci, będące dowodem klęski głodu, i po prostu chorzy, którzy szukają pomocy u lekarza. Wszędzie wokół. Niektórzy siedzą na schodach, inni leżą na szkieletach starych łóżek, starych materacach położonych na podłodze, bądź na chustach. Patrząc na to miejsce, trudno było sobie wyobrazić, że ktoś może tu zostać wyleczony.

W tym szpitalu brakowało wszystkiego, począwszy od personelu, sprzętu, wyposażenia, zaopatrzenia, a kończąc na prądzie, chociaż bardziej na paliwie do generatorów, bo ten olbrzymi szpital prąd miał tylko z generatorów. Jedyne, czego tu nie brakowało, to byli pacjenci. To miejsce trwało tylko dzięki wsparciu organizacji pozarządowych, ponieważ  nie miało żadnego oficjalnego finansowania czy wsparcia.

Dzisiaj ten szpital jest jednym z symboli zmian, jakie powoli zachodzą w tym mieście. Odnowiony, z elektrycznością, personelem i wyposażeniem, zmienił się, ale jego codzienność – nie. Nadal trwa w nim rozpacz ofiar ataków, głodu i ich rodzin. Nadal są tu tłumy, bo w regionie sytuacja wcale się nie zmieniła, ale pojawiła się nadzieja, która wypiera panikę z serc po dotarciu do tego miejsca, które dzisiaj wygląda jak szpital, a nie jak otchłań rozpaczy.

Kilka lat temu Banadir był jedynym szpitalem w Mogadiszu. Właściwie, nawet nie tylko tam, ale w całym regionie. I był miejscem przerażającym. Po przekroczeniu progu człowiek miał wrażenie, jakby trafił do szpitala w oblężonym mieście. – Tłok, cierpienie w wykrzywionych bólem twarzach, panika i beznadziejność w oczach członków rodzin chorych, a w nich błysk błagania o szansę na odwrócenie losu i wynurzenie się z otchłani tej rozpaczy. Nawet wycieńczone latami wojny Mogadiszu wydawało się normalnym miastem w obliczu tego miejsca. Czas wojny unicestwił je, a mimo tego nadal trwało i prowadziło codzienną walkę o swój byt jako szpital.

Tłum, wszędzie tłum, ludzie leżeli nawet w namiotach rozstawionych na dziedzińcu, a wokół byli członkowie ich rodzin piorący, rozwieszający pranie albo gotujący. Tu lekarze i pielęgniarki byli tylko od leczenia, ale nawet do tego celu było ich za mało, więc nie miał się kto opiekować pacjentami, poza ich krewnymi. To był jedyny szpital w regionie i niektórzy byli kilka dni w podróży, żeby tu dotrzeć. A i tak docierali tylko ci, których było na taką podróż stać, mieli dużo desperacji lub szczęścia po drodze.

Szpitale wszędzie mają swój specyficzny zapach. Ale tu człowiek miał wrażenie poruszania się w słodkim, klejącym odorze wilgoci, zgnilizny, potu, bólu i strachu. To pigułka cierpienia tego miasta i kraju. Ofiary wybuchów bomb pułapek, żyjące szkielety dzieci, będące dowodem klęski głodu, i po prostu chorzy, którzy szukają pomocy u lekarza. Wszędzie wokół. Niektórzy siedzą na schodach, inni leżą na szkieletach starych łóżek, starych materacach położonych na podłodze, bądź na chustach. Patrząc na to miejsce, trudno było sobie wyobrazić, że ktoś może tu zostać wyleczony.

W tym szpitalu brakowało wszystkiego, począwszy od personelu, sprzętu, wyposażenia, zaopatrzenia, a kończąc na prądzie, chociaż bardziej na paliwie do generatorów, bo ten olbrzymi szpital prąd miał tylko z generatorów. Jedyne, czego tu nie brakowało, to byli pacjenci. To miejsce trwało tylko dzięki wsparciu organizacji pozarządowych, ponieważ  nie miało żadnego oficjalnego finansowania czy wsparcia.

Dzisiaj ten szpital jest jednym z symboli zmian, jakie powoli zachodzą w tym mieście. Odnowiony, z elektrycznością, personelem i wyposażeniem, zmienił się, ale jego codzienność – nie. Nadal trwa w nim rozpacz ofiar ataków, głodu i ich rodzin. Nadal są tu tłumy, bo w regionie sytuacja wcale się nie zmieniła, ale pojawiła się nadzieja, która wypiera panikę z serc po dotarciu do tego miejsca, które dzisiaj wygląda jak szpital, a nie jak otchłań rozpaczy.

Kilka lat temu Banadir był jedynym szpitalem w Mogadiszu. Właściwie, nawet nie tylko tam, ale w całym regionie. I był miejscem przerażającym. Po przekroczeniu progu człowiek miał wrażenie, jakby trafił do szpitala w oblężonym mieście. – Tłok, cierpienie w wykrzywionych bólem twarzach, panika i beznadziejność w oczach członków rodzin chorych, a w nich błysk błagania o szansę na odwrócenie losu i wynurzenie się z otchłani tej rozpaczy. Nawet wycieńczone latami wojny Mogadiszu wydawało się normalnym miastem w obliczu tego miejsca. Czas wojny unicestwił je, a mimo tego nadal trwało i prowadziło codzienną walkę o swój byt jako szpital.

Tłum, wszędzie tłum, ludzie leżeli nawet w namiotach rozstawionych na dziedzińcu, a wokół byli członkowie ich rodzin piorący, rozwieszający pranie albo gotujący. Tu lekarze i pielęgniarki byli tylko od leczenia, ale nawet do tego celu było ich za mało, więc nie miał się kto opiekować pacjentami, poza ich krewnymi. To był jedyny szpital w regionie i niektórzy byli kilka dni w podróży, żeby tu dotrzeć. A i tak docierali tylko ci, których było na taką podróż stać, mieli dużo desperacji lub szczęścia po drodze.

Szpitale wszędzie mają swój specyficzny zapach. Ale tu człowiek miał wrażenie poruszania się w słodkim, klejącym odorze wilgoci, zgnilizny, potu, bólu i strachu. To pigułka cierpienia tego miasta i kraju. Ofiary wybuchów bomb pułapek, żyjące szkielety dzieci, będące dowodem klęski głodu, i po prostu chorzy, którzy szukają pomocy u lekarza. Wszędzie wokół. Niektórzy siedzą na schodach, inni leżą na szkieletach starych łóżek, starych materacach położonych na podłodze, bądź na chustach. Patrząc na to miejsce, trudno było sobie wyobrazić, że ktoś może tu zostać wyleczony.

W tym szpitalu brakowało wszystkiego, począwszy od personelu, sprzętu, wyposażenia, zaopatrzenia, a kończąc na prądzie, chociaż bardziej na paliwie do generatorów, bo ten olbrzymi szpital prąd miał tylko z generatorów. Jedyne, czego tu nie brakowało, to byli pacjenci. To miejsce trwało tylko dzięki wsparciu organizacji pozarządowych, ponieważ  nie miało żadnego oficjalnego finansowania czy wsparcia.

Dzisiaj ten szpital jest jednym z symboli zmian, jakie powoli zachodzą w tym mieście. Odnowiony, z elektrycznością, personelem i wyposażeniem, zmienił się, ale jego codzienność – nie. Nadal trwa w nim rozpacz ofiar ataków, głodu i ich rodzin. Nadal są tu tłumy, bo w regionie sytuacja wcale się nie zmieniła, ale pojawiła się nadzieja, która wypiera panikę z serc po dotarciu do tego miejsca, które dzisiaj wygląda jak szpital, a nie jak otchłań rozpaczy.

Kilka lat temu Banadir był jedynym szpitalem w Mogadiszu. Właściwie, nawet nie tylko tam, ale w całym regionie. I był miejscem przerażającym. Po przekroczeniu progu człowiek miał wrażenie, jakby trafił do szpitala w oblężonym mieście. – Tłok, cierpienie w wykrzywionych bólem twarzach, panika i beznadziejność w oczach członków rodzin chorych, a w nich błysk błagania o szansę na odwrócenie losu i wynurzenie się z otchłani tej rozpaczy. Nawet wycieńczone latami wojny Mogadiszu wydawało się normalnym miastem w obliczu tego miejsca. Czas wojny unicestwił je, a mimo tego nadal trwało i prowadziło codzienną walkę o swój byt jako szpital.

Tłum, wszędzie tłum, ludzie leżeli nawet w namiotach rozstawionych na dziedzińcu, a wokół byli członkowie ich rodzin piorący, rozwieszający pranie albo gotujący. Tu lekarze i pielęgniarki byli tylko od leczenia, ale nawet do tego celu było ich za mało, więc nie miał się kto opiekować pacjentami, poza ich krewnymi. To był jedyny szpital w regionie i niektórzy byli kilka dni w podróży, żeby tu dotrzeć. A i tak docierali tylko ci, których było na taką podróż stać, mieli dużo desperacji lub szczęścia po drodze.

Szpitale wszędzie mają swój specyficzny zapach. Ale tu człowiek miał wrażenie poruszania się w słodkim, klejącym odorze wilgoci, zgnilizny, potu, bólu i strachu. To pigułka cierpienia tego miasta i kraju. Ofiary wybuchów bomb pułapek, żyjące szkielety dzieci, będące dowodem klęski głodu, i po prostu chorzy, którzy szukają pomocy u lekarza. Wszędzie wokół. Niektórzy siedzą na schodach, inni leżą na szkieletach starych łóżek, starych materacach położonych na podłodze, bądź na chustach. Patrząc na to miejsce, trudno było sobie wyobrazić, że ktoś może tu zostać wyleczony.

W tym szpitalu brakowało wszystkiego, począwszy od personelu, sprzętu, wyposażenia, zaopatrzenia, a kończąc na prądzie, chociaż bardziej na paliwie do generatorów, bo ten olbrzymi szpital prąd miał tylko z generatorów. Jedyne, czego tu nie brakowało, to byli pacjenci. To miejsce trwało tylko dzięki wsparciu organizacji pozarządowych, ponieważ  nie miało żadnego oficjalnego finansowania czy wsparcia.

Dzisiaj ten szpital jest jednym z symboli zmian, jakie powoli zachodzą w tym mieście. Odnowiony, z elektrycznością, personelem i wyposażeniem, zmienił się, ale jego codzienność – nie. Nadal trwa w nim rozpacz ofiar ataków, głodu i ich rodzin. Nadal są tu tłumy, bo w regionie sytuacja wcale się nie zmieniła, ale pojawiła się nadzieja, która wypiera panikę z serc po dotarciu do tego miejsca, które dzisiaj wygląda jak szpital, a nie jak otchłań rozpaczy.

Kilka lat temu Banadir był jedynym szpitalem w Mogadiszu. Właściwie, nawet nie tylko tam, ale w całym regionie. I był miejscem przerażającym. Po przekroczeniu progu człowiek miał wrażenie, jakby trafił do szpitala w oblężonym mieście. – Tłok, cierpienie w wykrzywionych bólem twarzach, panika i beznadziejność w oczach członków rodzin chorych, a w nich błysk błagania o szansę na odwrócenie losu i wynurzenie się z otchłani tej rozpaczy. Nawet wycieńczone latami wojny Mogadiszu wydawało się normalnym miastem w obliczu tego miejsca. Czas wojny unicestwił je, a mimo tego nadal trwało i prowadziło codzienną walkę o swój byt jako szpital.

Tłum, wszędzie tłum, ludzie leżeli nawet w namiotach rozstawionych na dziedzińcu, a wokół byli członkowie ich rodzin piorący, rozwieszający pranie albo gotujący. Tu lekarze i pielęgniarki byli tylko od leczenia, ale nawet do tego celu było ich za mało, więc nie miał się kto opiekować pacjentami, poza ich krewnymi. To był jedyny szpital w regionie i niektórzy byli kilka dni w podróży, żeby tu dotrzeć. A i tak docierali tylko ci, których było na taką podróż stać, mieli dużo desperacji lub szczęścia po drodze.

Szpitale wszędzie mają swój specyficzny zapach. Ale tu człowiek miał wrażenie poruszania się w słodkim, klejącym odorze wilgoci, zgnilizny, potu, bólu i strachu. To pigułka cierpienia tego miasta i kraju. Ofiary wybuchów bomb pułapek, żyjące szkielety dzieci, będące dowodem klęski głodu, i po prostu chorzy, którzy szukają pomocy u lekarza. Wszędzie wokół. Niektórzy siedzą na schodach, inni leżą na szkieletach starych łóżek, starych materacach położonych na podłodze, bądź na chustach. Patrząc na to miejsce, trudno było sobie wyobrazić, że ktoś może tu zostać wyleczony.

W tym szpitalu brakowało wszystkiego, począwszy od personelu, sprzętu, wyposażenia, zaopatrzenia, a kończąc na prądzie, chociaż bardziej na paliwie do generatorów, bo ten olbrzymi szpital prąd miał tylko z generatorów. Jedyne, czego tu nie brakowało, to byli pacjenci. To miejsce trwało tylko dzięki wsparciu organizacji pozarządowych, ponieważ  nie miało żadnego oficjalnego finansowania czy wsparcia.

Dzisiaj ten szpital jest jednym z symboli zmian, jakie powoli zachodzą w tym mieście. Odnowiony, z elektrycznością, personelem i wyposażeniem, zmienił się, ale jego codzienność – nie. Nadal trwa w nim rozpacz ofiar ataków, głodu i ich rodzin. Nadal są tu tłumy, bo w regionie sytuacja wcale się nie zmieniła, ale pojawiła się nadzieja, która wypiera panikę z serc po dotarciu do tego miejsca, które dzisiaj wygląda jak szpital, a nie jak otchłań rozpaczy.

Kilka lat temu Banadir był jedynym szpitalem w Mogadiszu. Właściwie, nawet nie tylko tam, ale w całym regionie. I był miejscem przerażającym. Po przekroczeniu progu człowiek miał wrażenie, jakby trafił do szpitala w oblężonym mieście. – Tłok, cierpienie w wykrzywionych bólem twarzach, panika i beznadziejność w oczach członków rodzin chorych, a w nich błysk błagania o szansę na odwrócenie losu i wynurzenie się z otchłani tej rozpaczy. Nawet wycieńczone latami wojny Mogadiszu wydawało się normalnym miastem w obliczu tego miejsca. Czas wojny unicestwił je, a mimo tego nadal trwało i prowadziło codzienną walkę o swój byt jako szpital.

Tłum, wszędzie tłum, ludzie leżeli nawet w namiotach rozstawionych na dziedzińcu, a wokół byli członkowie ich rodzin piorący, rozwieszający pranie albo gotujący. Tu lekarze i pielęgniarki byli tylko od leczenia, ale nawet do tego celu było ich za mało, więc nie miał się kto opiekować pacjentami, poza ich krewnymi. To był jedyny szpital w regionie i niektórzy byli kilka dni w podróży, żeby tu dotrzeć. A i tak docierali tylko ci, których było na taką podróż stać, mieli dużo desperacji lub szczęścia po drodze.

Szpitale wszędzie mają swój specyficzny zapach. Ale tu człowiek miał wrażenie poruszania się w słodkim, klejącym odorze wilgoci, zgnilizny, potu, bólu i strachu. To pigułka cierpienia tego miasta i kraju. Ofiary wybuchów bomb pułapek, żyjące szkielety dzieci, będące dowodem klęski głodu, i po prostu chorzy, którzy szukają pomocy u lekarza. Wszędzie wokół. Niektórzy siedzą na schodach, inni leżą na szkieletach starych łóżek, starych materacach położonych na podłodze, bądź na chustach. Patrząc na to miejsce, trudno było sobie wyobrazić, że ktoś może tu zostać wyleczony.

W tym szpitalu brakowało wszystkiego, począwszy od personelu, sprzętu, wyposażenia, zaopatrzenia, a kończąc na prądzie, chociaż bardziej na paliwie do generatorów, bo ten olbrzymi szpital prąd miał tylko z generatorów. Jedyne, czego tu nie brakowało, to byli pacjenci. To miejsce trwało tylko dzięki wsparciu organizacji pozarządowych, ponieważ  nie miało żadnego oficjalnego finansowania czy wsparcia.

Dzisiaj ten szpital jest jednym z symboli zmian, jakie powoli zachodzą w tym mieście. Odnowiony, z elektrycznością, personelem i wyposażeniem, zmienił się, ale jego codzienność – nie. Nadal trwa w nim rozpacz ofiar ataków, głodu i ich rodzin. Nadal są tu tłumy, bo w regionie sytuacja wcale się nie zmieniła, ale pojawiła się nadzieja, która wypiera panikę z serc po dotarciu do tego miejsca, które dzisiaj wygląda jak szpital, a nie jak otchłań rozpaczy.

Kilka lat temu Banadir był jedynym szpitalem w Mogadiszu. Właściwie, nawet nie tylko tam, ale w całym regionie. I był miejscem przerażającym. Po przekroczeniu progu człowiek miał wrażenie, jakby trafił do szpitala w oblężonym mieście. – Tłok, cierpienie w wykrzywionych bólem twarzach, panika i beznadziejność w oczach członków rodzin chorych, a w nich błysk błagania o szansę na odwrócenie losu i wynurzenie się z otchłani tej rozpaczy. Nawet wycieńczone latami wojny Mogadiszu wydawało się normalnym miastem w obliczu tego miejsca. Czas wojny unicestwił je, a mimo tego nadal trwało i prowadziło codzienną walkę o swój byt jako szpital.

Tłum, wszędzie tłum, ludzie leżeli nawet w namiotach rozstawionych na dziedzińcu, a wokół byli członkowie ich rodzin piorący, rozwieszający pranie albo gotujący. Tu lekarze i pielęgniarki byli tylko od leczenia, ale nawet do tego celu było ich za mało, więc nie miał się kto opiekować pacjentami, poza ich krewnymi. To był jedyny szpital w regionie i niektórzy byli kilka dni w podróży, żeby tu dotrzeć. A i tak docierali tylko ci, których było na taką podróż stać, mieli dużo desperacji lub szczęścia po drodze.

Szpitale wszędzie mają swój specyficzny zapach. Ale tu człowiek miał wrażenie poruszania się w słodkim, klejącym odorze wilgoci, zgnilizny, potu, bólu i strachu. To pigułka cierpienia tego miasta i kraju. Ofiary wybuchów bomb pułapek, żyjące szkielety dzieci, będące dowodem klęski głodu, i po prostu chorzy, którzy szukają pomocy u lekarza. Wszędzie wokół. Niektórzy siedzą na schodach, inni leżą na szkieletach starych łóżek, starych materacach położonych na podłodze, bądź na chustach. Patrząc na to miejsce, trudno było sobie wyobrazić, że ktoś może tu zostać wyleczony.

W tym szpitalu brakowało wszystkiego, począwszy od personelu, sprzętu, wyposażenia, zaopatrzenia, a kończąc na prądzie, chociaż bardziej na paliwie do generatorów, bo ten olbrzymi szpital prąd miał tylko z generatorów. Jedyne, czego tu nie brakowało, to byli pacjenci. To miejsce trwało tylko dzięki wsparciu organizacji pozarządowych, ponieważ  nie miało żadnego oficjalnego finansowania czy wsparcia.

Dzisiaj ten szpital jest jednym z symboli zmian, jakie powoli zachodzą w tym mieście. Odnowiony, z elektrycznością, personelem i wyposażeniem, zmienił się, ale jego codzienność – nie. Nadal trwa w nim rozpacz ofiar ataków, głodu i ich rodzin. Nadal są tu tłumy, bo w regionie sytuacja wcale się nie zmieniła, ale pojawiła się nadzieja, która wypiera panikę z serc po dotarciu do tego miejsca, które dzisiaj wygląda jak szpital, a nie jak otchłań rozpaczy.

Kilka lat temu Banadir był jedynym szpitalem w Mogadiszu. Właściwie, nawet nie tylko tam, ale w całym regionie. I był miejscem przerażającym. Po przekroczeniu progu człowiek miał wrażenie, jakby trafił do szpitala w oblężonym mieście. – Tłok, cierpienie w wykrzywionych bólem twarzach, panika i beznadziejność w oczach członków rodzin chorych, a w nich błysk błagania o szansę na odwrócenie losu i wynurzenie się z otchłani tej rozpaczy. Nawet wycieńczone latami wojny Mogadiszu wydawało się normalnym miastem w obliczu tego miejsca. Czas wojny unicestwił je, a mimo tego nadal trwało i prowadziło codzienną walkę o swój byt jako szpital.

Tłum, wszędzie tłum, ludzie leżeli nawet w namiotach rozstawionych na dziedzińcu, a wokół byli członkowie ich rodzin piorący, rozwieszający pranie albo gotujący. Tu lekarze i pielęgniarki byli tylko od leczenia, ale nawet do tego celu było ich za mało, więc nie miał się kto opiekować pacjentami, poza ich krewnymi. To był jedyny szpital w regionie i niektórzy byli kilka dni w podróży, żeby tu dotrzeć. A i tak docierali tylko ci, których było na taką podróż stać, mieli dużo desperacji lub szczęścia po drodze.

Szpitale wszędzie mają swój specyficzny zapach. Ale tu człowiek miał wrażenie poruszania się w słodkim, klejącym odorze wilgoci, zgnilizny, potu, bólu i strachu. To pigułka cierpienia tego miasta i kraju. Ofiary wybuchów bomb pułapek, żyjące szkielety dzieci, będące dowodem klęski głodu, i po prostu chorzy, którzy szukają pomocy u lekarza. Wszędzie wokół. Niektórzy siedzą na schodach, inni leżą na szkieletach starych łóżek, starych materacach położonych na podłodze, bądź na chustach. Patrząc na to miejsce, trudno było sobie wyobrazić, że ktoś może tu zostać wyleczony.

W tym szpitalu brakowało wszystkiego, począwszy od personelu, sprzętu, wyposażenia, zaopatrzenia, a kończąc na prądzie, chociaż bardziej na paliwie do generatorów, bo ten olbrzymi szpital prąd miał tylko z generatorów. Jedyne, czego tu nie brakowało, to byli pacjenci. To miejsce trwało tylko dzięki wsparciu organizacji pozarządowych, ponieważ  nie miało żadnego oficjalnego finansowania czy wsparcia.

Dzisiaj ten szpital jest jednym z symboli zmian, jakie powoli zachodzą w tym mieście. Odnowiony, z elektrycznością, personelem i wyposażeniem, zmienił się, ale jego codzienność – nie. Nadal trwa w nim rozpacz ofiar ataków, głodu i ich rodzin. Nadal są tu tłumy, bo w regionie sytuacja wcale się nie zmieniła, ale pojawiła się nadzieja, która wypiera panikę z serc po dotarciu do tego miejsca, które dzisiaj wygląda jak szpital, a nie jak otchłań rozpaczy.

Zdjęcia oraz komentarz: Marcin Suder
***
Projekt graficzny: Arkadiusz Sołdon
Kodowanie: Piotr Kliks
Obróbka audio: Marcin Hinz

Ten materiał jak wszystkie nasze treści jest darmowy, dzięki dobrowolnym wpłatom od Was.

Dobre dziennikarstwo powinno być dostępne dla wszystkich bez wyjątku – potrzebujemy Twojego wsparcia, by dalej działać.

Zobacz pozostałe historie

Weterani

Szpital dla weteranów St. Martino jest historią Somalii w pigułce. Powstał w 1912 roku jako włoski szpital wojskowy w czasach kolonialnych. W latach sześćdziesiątych, gdy Somalia uzyskała niepodległość, był normalnym szpitalem, który znów stał się wojskowym w latach siedemdziesiątych, podczas wojny somalijsko-etiopskiej. Gdy w latach dziewięćdziesiątych runęła państwowość Somalii i Mogadishu przejęli warlordowie z gangami i milicjami, personel medyczny uciekł stamtąd, pozostawiając kalekich weteranów samym sobie. A Ci, nie mając gdzie pójść, zostali i ponad dwadzieścia lat wojennej zawieruchy przetrwali w tym opuszczonym miejscu, które stało się ich domem.

Szpital Martino to podróż przez historię ostatniego stulecia Somalii.

Zbudowany został w 1910 r. przez Włochów i długo, mimo swojego wieku, działał jako szpital. Po przejęciu władzy przez Siada Barrego i rozpoczęciu wojny z Etiopią w 1977 r., został zamieniony na szpital wojskowy dla weteranów. I w tej formie trwał aż do upadku rządu.

Gdy władzę przejęli warlordowie, w szpitalu powtórzyła się historia, jaka wystąpiła we wszystkich społecznych i rządowych instytucjach. – Personel szpitala uciekł do swoich domów, zająć się swoimi rodzinami. Okaleczeni weterani, z których większość była tam od czasu wojny z 1977 r., a także kolejnych konfliktów z lat osiemdziesiątych, pozostali nagle bez opieki i kompletnie sami. Nie mając dokąd się udać, po prostu tam zostali i zasiedlili teren byłego szpitala.

Od tamtego czasu, żyło tam ponad trzystu weteranów, z czasem ta liczba powiększała się o ich małżonki i rodziny. Podczas walk w latach dziewięćdziesiątych, a także w 2006 r. pomiędzy wojskami rządu federalnego a Al-Shabaab, szpital bywał ostrzeliwany z moździerzy, chociaż nigdy nie był celem bezpośredniego ataku. Mimo tego około 97 weteranów zginęło w wyniku ostrzału bądź z głodu.

Wielu z nich nie może pracować i te lata wojny domowej przetrwali dzięki pomocy innych ludzi. W latach 90. pomagała im niemiecka organizacja pozarządowa. – Gotowała posiłki, robiła kursy krawiectwa, żeby dać im możliwość zarobkowania, ale po bitwie z Amerykanami, wiele organizacji opuściło Mogadiszu ze względu na zagrożenie. Potem było już tylko trudniej. Często przez połowę miesiąca żyli bez jedzenia, dostępu do leków praktycznie nie mieli cały czas, a pożywienie, które udało im się wyprosić czy zdobyć, równo dzielili pomiędzy siebie.

I tak, jak historia Mogadiszu toczy się i powoli zmienia się to miasto, tak i zmiany dotarły do Martino. Weterani długo żyli, nie nękani przez nikogo, ale też nikt się nimi nie interesował, więc trwali sobie w budynkach tego porzuconego szpitala. Ale po wyparciu Al-Shabaab z Mogadiszu zaczęli powracać Somalijczycy z migracji, którzy chcieli swoje miasto przywrócić do życia. Powrócili też lekarze, którzy widzieli potrzebę reaktywowania Martino w mieście bez szpitali. O zapomnianych weteranach świat sobie przypomniał i stali się intruzami. Dzisiaj już nie ma ich w Martino, a szpital wkroczył w nowy etap i odbudowany stał się najnowocześniejszym ośrodkiem zdrowia w Somalii.

Szpital Martino to podróż przez historię ostatniego stulecia Somalii.

Zbudowany został w 1910 r. przez Włochów i długo, mimo swojego wieku, działał jako szpital. Po przejęciu władzy przez Siada Barrego i rozpoczęciu wojny z Etiopią w 1977 r., został zamieniony na szpital wojskowy dla weteranów. I w tej formie trwał aż do upadku rządu.

Gdy władzę przejęli warlordowie, w szpitalu powtórzyła się historia, jaka wystąpiła we wszystkich społecznych i rządowych instytucjach. – Personel szpitala uciekł do swoich domów, zająć się swoimi rodzinami. Okaleczeni weterani, z których większość była tam od czasu wojny z 1977 r., a także kolejnych konfliktów z lat osiemdziesiątych, pozostali nagle bez opieki i kompletnie sami. Nie mając dokąd się udać, po prostu tam zostali i zasiedlili teren byłego szpitala.

Od tamtego czasu, żyło tam ponad trzystu weteranów, z czasem ta liczba powiększała się o ich małżonki i rodziny. Podczas walk w latach dziewięćdziesiątych, a także w 2006 r. pomiędzy wojskami rządu federalnego a Al-Shabaab, szpital bywał ostrzeliwany z moździerzy, chociaż nigdy nie był celem bezpośredniego ataku. Mimo tego około 97 weteranów zginęło w wyniku ostrzału bądź z głodu.

Wielu z nich nie może pracować i te lata wojny domowej przetrwali dzięki pomocy innych ludzi. W latach 90. pomagała im niemiecka organizacja pozarządowa. – Gotowała posiłki, robiła kursy krawiectwa, żeby dać im możliwość zarobkowania, ale po bitwie z Amerykanami, wiele organizacji opuściło Mogadiszu ze względu na zagrożenie. Potem było już tylko trudniej. Często przez połowę miesiąca żyli bez jedzenia, dostępu do leków praktycznie nie mieli cały czas, a pożywienie, które udało im się wyprosić czy zdobyć, równo dzielili pomiędzy siebie.

I tak, jak historia Mogadiszu toczy się i powoli zmienia się to miasto, tak i zmiany dotarły do Martino. Weterani długo żyli, nie nękani przez nikogo, ale też nikt się nimi nie interesował, więc trwali sobie w budynkach tego porzuconego szpitala. Ale po wyparciu Al-Shabaab z Mogadiszu zaczęli powracać Somalijczycy z migracji, którzy chcieli swoje miasto przywrócić do życia. Powrócili też lekarze, którzy widzieli potrzebę reaktywowania Martino w mieście bez szpitali. O zapomnianych weteranach świat sobie przypomniał i stali się intruzami. Dzisiaj już nie ma ich w Martino, a szpital wkroczył w nowy etap i odbudowany stał się najnowocześniejszym ośrodkiem zdrowia w Somalii.

Szpital Martino to podróż przez historię ostatniego stulecia Somalii.

Zbudowany został w 1910 r. przez Włochów i długo, mimo swojego wieku, działał jako szpital. Po przejęciu władzy przez Siada Barrego i rozpoczęciu wojny z Etiopią w 1977 r., został zamieniony na szpital wojskowy dla weteranów. I w tej formie trwał aż do upadku rządu.

Gdy władzę przejęli warlordowie, w szpitalu powtórzyła się historia, jaka wystąpiła we wszystkich społecznych i rządowych instytucjach. – Personel szpitala uciekł do swoich domów, zająć się swoimi rodzinami. Okaleczeni weterani, z których większość była tam od czasu wojny z 1977 r., a także kolejnych konfliktów z lat osiemdziesiątych, pozostali nagle bez opieki i kompletnie sami. Nie mając dokąd się udać, po prostu tam zostali i zasiedlili teren byłego szpitala.

Od tamtego czasu, żyło tam ponad trzystu weteranów, z czasem ta liczba powiększała się o ich małżonki i rodziny. Podczas walk w latach dziewięćdziesiątych, a także w 2006 r. pomiędzy wojskami rządu federalnego a Al-Shabaab, szpital bywał ostrzeliwany z moździerzy, chociaż nigdy nie był celem bezpośredniego ataku. Mimo tego około 97 weteranów zginęło w wyniku ostrzału bądź z głodu.

Wielu z nich nie może pracować i te lata wojny domowej przetrwali dzięki pomocy innych ludzi. W latach 90. pomagała im niemiecka organizacja pozarządowa. – Gotowała posiłki, robiła kursy krawiectwa, żeby dać im możliwość zarobkowania, ale po bitwie z Amerykanami, wiele organizacji opuściło Mogadiszu ze względu na zagrożenie. Potem było już tylko trudniej. Często przez połowę miesiąca żyli bez jedzenia, dostępu do leków praktycznie nie mieli cały czas, a pożywienie, które udało im się wyprosić czy zdobyć, równo dzielili pomiędzy siebie.

I tak, jak historia Mogadiszu toczy się i powoli zmienia się to miasto, tak i zmiany dotarły do Martino. Weterani długo żyli, nie nękani przez nikogo, ale też nikt się nimi nie interesował, więc trwali sobie w budynkach tego porzuconego szpitala. Ale po wyparciu Al-Shabaab z Mogadiszu zaczęli powracać Somalijczycy z migracji, którzy chcieli swoje miasto przywrócić do życia. Powrócili też lekarze, którzy widzieli potrzebę reaktywowania Martino w mieście bez szpitali. O zapomnianych weteranach świat sobie przypomniał i stali się intruzami. Dzisiaj już nie ma ich w Martino, a szpital wkroczył w nowy etap i odbudowany stał się najnowocześniejszym ośrodkiem zdrowia w Somalii.

Szpital Martino to podróż przez historię ostatniego stulecia Somalii.

Zbudowany został w 1910 r. przez Włochów i długo, mimo swojego wieku, działał jako szpital. Po przejęciu władzy przez Siada Barrego i rozpoczęciu wojny z Etiopią w 1977 r., został zamieniony na szpital wojskowy dla weteranów. I w tej formie trwał aż do upadku rządu.

Gdy władzę przejęli warlordowie, w szpitalu powtórzyła się historia, jaka wystąpiła we wszystkich społecznych i rządowych instytucjach. – Personel szpitala uciekł do swoich domów, zająć się swoimi rodzinami. Okaleczeni weterani, z których większość była tam od czasu wojny z 1977 r., a także kolejnych konfliktów z lat osiemdziesiątych, pozostali nagle bez opieki i kompletnie sami. Nie mając dokąd się udać, po prostu tam zostali i zasiedlili teren byłego szpitala.

Od tamtego czasu, żyło tam ponad trzystu weteranów, z czasem ta liczba powiększała się o ich małżonki i rodziny. Podczas walk w latach dziewięćdziesiątych, a także w 2006 r. pomiędzy wojskami rządu federalnego a Al-Shabaab, szpital bywał ostrzeliwany z moździerzy, chociaż nigdy nie był celem bezpośredniego ataku. Mimo tego około 97 weteranów zginęło w wyniku ostrzału bądź z głodu.

Wielu z nich nie może pracować i te lata wojny domowej przetrwali dzięki pomocy innych ludzi. W latach 90. pomagała im niemiecka organizacja pozarządowa. – Gotowała posiłki, robiła kursy krawiectwa, żeby dać im możliwość zarobkowania, ale po bitwie z Amerykanami, wiele organizacji opuściło Mogadiszu ze względu na zagrożenie. Potem było już tylko trudniej. Często przez połowę miesiąca żyli bez jedzenia, dostępu do leków praktycznie nie mieli cały czas, a pożywienie, które udało im się wyprosić czy zdobyć, równo dzielili pomiędzy siebie.

I tak, jak historia Mogadiszu toczy się i powoli zmienia się to miasto, tak i zmiany dotarły do Martino. Weterani długo żyli, nie nękani przez nikogo, ale też nikt się nimi nie interesował, więc trwali sobie w budynkach tego porzuconego szpitala. Ale po wyparciu Al-Shabaab z Mogadiszu zaczęli powracać Somalijczycy z migracji, którzy chcieli swoje miasto przywrócić do życia. Powrócili też lekarze, którzy widzieli potrzebę reaktywowania Martino w mieście bez szpitali. O zapomnianych weteranach świat sobie przypomniał i stali się intruzami. Dzisiaj już nie ma ich w Martino, a szpital wkroczył w nowy etap i odbudowany stał się najnowocześniejszym ośrodkiem zdrowia w Somalii.

Szpital Martino to podróż przez historię ostatniego stulecia Somalii.

Zbudowany został w 1910 r. przez Włochów i długo, mimo swojego wieku, działał jako szpital. Po przejęciu władzy przez Siada Barrego i rozpoczęciu wojny z Etiopią w 1977 r., został zamieniony na szpital wojskowy dla weteranów. I w tej formie trwał aż do upadku rządu.

Gdy władzę przejęli warlordowie, w szpitalu powtórzyła się historia, jaka wystąpiła we wszystkich społecznych i rządowych instytucjach. – Personel szpitala uciekł do swoich domów, zająć się swoimi rodzinami. Okaleczeni weterani, z których większość była tam od czasu wojny z 1977 r., a także kolejnych konfliktów z lat osiemdziesiątych, pozostali nagle bez opieki i kompletnie sami. Nie mając dokąd się udać, po prostu tam zostali i zasiedlili teren byłego szpitala.

Od tamtego czasu, żyło tam ponad trzystu weteranów, z czasem ta liczba powiększała się o ich małżonki i rodziny. Podczas walk w latach dziewięćdziesiątych, a także w 2006 r. pomiędzy wojskami rządu federalnego a Al-Shabaab, szpital bywał ostrzeliwany z moździerzy, chociaż nigdy nie był celem bezpośredniego ataku. Mimo tego około 97 weteranów zginęło w wyniku ostrzału bądź z głodu.

Wielu z nich nie może pracować i te lata wojny domowej przetrwali dzięki pomocy innych ludzi. W latach 90. pomagała im niemiecka organizacja pozarządowa. – Gotowała posiłki, robiła kursy krawiectwa, żeby dać im możliwość zarobkowania, ale po bitwie z Amerykanami, wiele organizacji opuściło Mogadiszu ze względu na zagrożenie. Potem było już tylko trudniej. Często przez połowę miesiąca żyli bez jedzenia, dostępu do leków praktycznie nie mieli cały czas, a pożywienie, które udało im się wyprosić czy zdobyć, równo dzielili pomiędzy siebie.

I tak, jak historia Mogadiszu toczy się i powoli zmienia się to miasto, tak i zmiany dotarły do Martino. Weterani długo żyli, nie nękani przez nikogo, ale też nikt się nimi nie interesował, więc trwali sobie w budynkach tego porzuconego szpitala. Ale po wyparciu Al-Shabaab z Mogadiszu zaczęli powracać Somalijczycy z migracji, którzy chcieli swoje miasto przywrócić do życia. Powrócili też lekarze, którzy widzieli potrzebę reaktywowania Martino w mieście bez szpitali. O zapomnianych weteranach świat sobie przypomniał i stali się intruzami. Dzisiaj już nie ma ich w Martino, a szpital wkroczył w nowy etap i odbudowany stał się najnowocześniejszym ośrodkiem zdrowia w Somalii.

Szpital Martino to podróż przez historię ostatniego stulecia Somalii.

Zbudowany został w 1910 r. przez Włochów i długo, mimo swojego wieku, działał jako szpital. Po przejęciu władzy przez Siada Barrego i rozpoczęciu wojny z Etiopią w 1977 r., został zamieniony na szpital wojskowy dla weteranów. I w tej formie trwał aż do upadku rządu.

Gdy władzę przejęli warlordowie, w szpitalu powtórzyła się historia, jaka wystąpiła we wszystkich społecznych i rządowych instytucjach. – Personel szpitala uciekł do swoich domów, zająć się swoimi rodzinami. Okaleczeni weterani, z których większość była tam od czasu wojny z 1977 r., a także kolejnych konfliktów z lat osiemdziesiątych, pozostali nagle bez opieki i kompletnie sami. Nie mając dokąd się udać, po prostu tam zostali i zasiedlili teren byłego szpitala.

Od tamtego czasu, żyło tam ponad trzystu weteranów, z czasem ta liczba powiększała się o ich małżonki i rodziny. Podczas walk w latach dziewięćdziesiątych, a także w 2006 r. pomiędzy wojskami rządu federalnego a Al-Shabaab, szpital bywał ostrzeliwany z moździerzy, chociaż nigdy nie był celem bezpośredniego ataku. Mimo tego około 97 weteranów zginęło w wyniku ostrzału bądź z głodu.

Wielu z nich nie może pracować i te lata wojny domowej przetrwali dzięki pomocy innych ludzi. W latach 90. pomagała im niemiecka organizacja pozarządowa. – Gotowała posiłki, robiła kursy krawiectwa, żeby dać im możliwość zarobkowania, ale po bitwie z Amerykanami, wiele organizacji opuściło Mogadiszu ze względu na zagrożenie. Potem było już tylko trudniej. Często przez połowę miesiąca żyli bez jedzenia, dostępu do leków praktycznie nie mieli cały czas, a pożywienie, które udało im się wyprosić czy zdobyć, równo dzielili pomiędzy siebie.

I tak, jak historia Mogadiszu toczy się i powoli zmienia się to miasto, tak i zmiany dotarły do Martino. Weterani długo żyli, nie nękani przez nikogo, ale też nikt się nimi nie interesował, więc trwali sobie w budynkach tego porzuconego szpitala. Ale po wyparciu Al-Shabaab z Mogadiszu zaczęli powracać Somalijczycy z migracji, którzy chcieli swoje miasto przywrócić do życia. Powrócili też lekarze, którzy widzieli potrzebę reaktywowania Martino w mieście bez szpitali. O zapomnianych weteranach świat sobie przypomniał i stali się intruzami. Dzisiaj już nie ma ich w Martino, a szpital wkroczył w nowy etap i odbudowany stał się najnowocześniejszym ośrodkiem zdrowia w Somalii.

Szpital Martino to podróż przez historię ostatniego stulecia Somalii.

Zbudowany został w 1910 r. przez Włochów i długo, mimo swojego wieku, działał jako szpital. Po przejęciu władzy przez Siada Barrego i rozpoczęciu wojny z Etiopią w 1977 r., został zamieniony na szpital wojskowy dla weteranów. I w tej formie trwał aż do upadku rządu.

Gdy władzę przejęli warlordowie, w szpitalu powtórzyła się historia, jaka wystąpiła we wszystkich społecznych i rządowych instytucjach. – Personel szpitala uciekł do swoich domów, zająć się swoimi rodzinami. Okaleczeni weterani, z których większość była tam od czasu wojny z 1977 r., a także kolejnych konfliktów z lat osiemdziesiątych, pozostali nagle bez opieki i kompletnie sami. Nie mając dokąd się udać, po prostu tam zostali i zasiedlili teren byłego szpitala.

Od tamtego czasu, żyło tam ponad trzystu weteranów, z czasem ta liczba powiększała się o ich małżonki i rodziny. Podczas walk w latach dziewięćdziesiątych, a także w 2006 r. pomiędzy wojskami rządu federalnego a Al-Shabaab, szpital bywał ostrzeliwany z moździerzy, chociaż nigdy nie był celem bezpośredniego ataku. Mimo tego około 97 weteranów zginęło w wyniku ostrzału bądź z głodu.

Wielu z nich nie może pracować i te lata wojny domowej przetrwali dzięki pomocy innych ludzi. W latach 90. pomagała im niemiecka organizacja pozarządowa. – Gotowała posiłki, robiła kursy krawiectwa, żeby dać im możliwość zarobkowania, ale po bitwie z Amerykanami, wiele organizacji opuściło Mogadiszu ze względu na zagrożenie. Potem było już tylko trudniej. Często przez połowę miesiąca żyli bez jedzenia, dostępu do leków praktycznie nie mieli cały czas, a pożywienie, które udało im się wyprosić czy zdobyć, równo dzielili pomiędzy siebie.

I tak, jak historia Mogadiszu toczy się i powoli zmienia się to miasto, tak i zmiany dotarły do Martino. Weterani długo żyli, nie nękani przez nikogo, ale też nikt się nimi nie interesował, więc trwali sobie w budynkach tego porzuconego szpitala. Ale po wyparciu Al-Shabaab z Mogadiszu zaczęli powracać Somalijczycy z migracji, którzy chcieli swoje miasto przywrócić do życia. Powrócili też lekarze, którzy widzieli potrzebę reaktywowania Martino w mieście bez szpitali. O zapomnianych weteranach świat sobie przypomniał i stali się intruzami. Dzisiaj już nie ma ich w Martino, a szpital wkroczył w nowy etap i odbudowany stał się najnowocześniejszym ośrodkiem zdrowia w Somalii.

Szpital Martino to podróż przez historię ostatniego stulecia Somalii.

Zbudowany został w 1910 r. przez Włochów i długo, mimo swojego wieku, działał jako szpital. Po przejęciu władzy przez Siada Barrego i rozpoczęciu wojny z Etiopią w 1977 r., został zamieniony na szpital wojskowy dla weteranów. I w tej formie trwał aż do upadku rządu.

Gdy władzę przejęli warlordowie, w szpitalu powtórzyła się historia, jaka wystąpiła we wszystkich społecznych i rządowych instytucjach. – Personel szpitala uciekł do swoich domów, zająć się swoimi rodzinami. Okaleczeni weterani, z których większość była tam od czasu wojny z 1977 r., a także kolejnych konfliktów z lat osiemdziesiątych, pozostali nagle bez opieki i kompletnie sami. Nie mając dokąd się udać, po prostu tam zostali i zasiedlili teren byłego szpitala.

Od tamtego czasu, żyło tam ponad trzystu weteranów, z czasem ta liczba powiększała się o ich małżonki i rodziny. Podczas walk w latach dziewięćdziesiątych, a także w 2006 r. pomiędzy wojskami rządu federalnego a Al-Shabaab, szpital bywał ostrzeliwany z moździerzy, chociaż nigdy nie był celem bezpośredniego ataku. Mimo tego około 97 weteranów zginęło w wyniku ostrzału bądź z głodu.

Wielu z nich nie może pracować i te lata wojny domowej przetrwali dzięki pomocy innych ludzi. W latach 90. pomagała im niemiecka organizacja pozarządowa. – Gotowała posiłki, robiła kursy krawiectwa, żeby dać im możliwość zarobkowania, ale po bitwie z Amerykanami, wiele organizacji opuściło Mogadiszu ze względu na zagrożenie. Potem było już tylko trudniej. Często przez połowę miesiąca żyli bez jedzenia, dostępu do leków praktycznie nie mieli cały czas, a pożywienie, które udało im się wyprosić czy zdobyć, równo dzielili pomiędzy siebie.

I tak, jak historia Mogadiszu toczy się i powoli zmienia się to miasto, tak i zmiany dotarły do Martino. Weterani długo żyli, nie nękani przez nikogo, ale też nikt się nimi nie interesował, więc trwali sobie w budynkach tego porzuconego szpitala. Ale po wyparciu Al-Shabaab z Mogadiszu zaczęli powracać Somalijczycy z migracji, którzy chcieli swoje miasto przywrócić do życia. Powrócili też lekarze, którzy widzieli potrzebę reaktywowania Martino w mieście bez szpitali. O zapomnianych weteranach świat sobie przypomniał i stali się intruzami. Dzisiaj już nie ma ich w Martino, a szpital wkroczył w nowy etap i odbudowany stał się najnowocześniejszym ośrodkiem zdrowia w Somalii.

Szpital Martino to podróż przez historię ostatniego stulecia Somalii.

Zbudowany został w 1910 r. przez Włochów i długo, mimo swojego wieku, działał jako szpital. Po przejęciu władzy przez Siada Barrego i rozpoczęciu wojny z Etiopią w 1977 r., został zamieniony na szpital wojskowy dla weteranów. I w tej formie trwał aż do upadku rządu.

Gdy władzę przejęli warlordowie, w szpitalu powtórzyła się historia, jaka wystąpiła we wszystkich społecznych i rządowych instytucjach. – Personel szpitala uciekł do swoich domów, zająć się swoimi rodzinami. Okaleczeni weterani, z których większość była tam od czasu wojny z 1977 r., a także kolejnych konfliktów z lat osiemdziesiątych, pozostali nagle bez opieki i kompletnie sami. Nie mając dokąd się udać, po prostu tam zostali i zasiedlili teren byłego szpitala.

Od tamtego czasu, żyło tam ponad trzystu weteranów, z czasem ta liczba powiększała się o ich małżonki i rodziny. Podczas walk w latach dziewięćdziesiątych, a także w 2006 r. pomiędzy wojskami rządu federalnego a Al-Shabaab, szpital bywał ostrzeliwany z moździerzy, chociaż nigdy nie był celem bezpośredniego ataku. Mimo tego około 97 weteranów zginęło w wyniku ostrzału bądź z głodu.

Wielu z nich nie może pracować i te lata wojny domowej przetrwali dzięki pomocy innych ludzi. W latach 90. pomagała im niemiecka organizacja pozarządowa. – Gotowała posiłki, robiła kursy krawiectwa, żeby dać im możliwość zarobkowania, ale po bitwie z Amerykanami, wiele organizacji opuściło Mogadiszu ze względu na zagrożenie. Potem było już tylko trudniej. Często przez połowę miesiąca żyli bez jedzenia, dostępu do leków praktycznie nie mieli cały czas, a pożywienie, które udało im się wyprosić czy zdobyć, równo dzielili pomiędzy siebie.

I tak, jak historia Mogadiszu toczy się i powoli zmienia się to miasto, tak i zmiany dotarły do Martino. Weterani długo żyli, nie nękani przez nikogo, ale też nikt się nimi nie interesował, więc trwali sobie w budynkach tego porzuconego szpitala. Ale po wyparciu Al-Shabaab z Mogadiszu zaczęli powracać Somalijczycy z migracji, którzy chcieli swoje miasto przywrócić do życia. Powrócili też lekarze, którzy widzieli potrzebę reaktywowania Martino w mieście bez szpitali. O zapomnianych weteranach świat sobie przypomniał i stali się intruzami. Dzisiaj już nie ma ich w Martino, a szpital wkroczył w nowy etap i odbudowany stał się najnowocześniejszym ośrodkiem zdrowia w Somalii.

Szpital Martino to podróż przez historię ostatniego stulecia Somalii.

Zbudowany został w 1910 r. przez Włochów i długo, mimo swojego wieku, działał jako szpital. Po przejęciu władzy przez Siada Barrego i rozpoczęciu wojny z Etiopią w 1977 r., został zamieniony na szpital wojskowy dla weteranów. I w tej formie trwał aż do upadku rządu.

Gdy władzę przejęli warlordowie, w szpitalu powtórzyła się historia, jaka wystąpiła we wszystkich społecznych i rządowych instytucjach. – Personel szpitala uciekł do swoich domów, zająć się swoimi rodzinami. Okaleczeni weterani, z których większość była tam od czasu wojny z 1977 r., a także kolejnych konfliktów z lat osiemdziesiątych, pozostali nagle bez opieki i kompletnie sami. Nie mając dokąd się udać, po prostu tam zostali i zasiedlili teren byłego szpitala.

Od tamtego czasu, żyło tam ponad trzystu weteranów, z czasem ta liczba powiększała się o ich małżonki i rodziny. Podczas walk w latach dziewięćdziesiątych, a także w 2006 r. pomiędzy wojskami rządu federalnego a Al-Shabaab, szpital bywał ostrzeliwany z moździerzy, chociaż nigdy nie był celem bezpośredniego ataku. Mimo tego około 97 weteranów zginęło w wyniku ostrzału bądź z głodu.

Wielu z nich nie może pracować i te lata wojny domowej przetrwali dzięki pomocy innych ludzi. W latach 90. pomagała im niemiecka organizacja pozarządowa. – Gotowała posiłki, robiła kursy krawiectwa, żeby dać im możliwość zarobkowania, ale po bitwie z Amerykanami, wiele organizacji opuściło Mogadiszu ze względu na zagrożenie. Potem było już tylko trudniej. Często przez połowę miesiąca żyli bez jedzenia, dostępu do leków praktycznie nie mieli cały czas, a pożywienie, które udało im się wyprosić czy zdobyć, równo dzielili pomiędzy siebie.

I tak, jak historia Mogadiszu toczy się i powoli zmienia się to miasto, tak i zmiany dotarły do Martino. Weterani długo żyli, nie nękani przez nikogo, ale też nikt się nimi nie interesował, więc trwali sobie w budynkach tego porzuconego szpitala. Ale po wyparciu Al-Shabaab z Mogadiszu zaczęli powracać Somalijczycy z migracji, którzy chcieli swoje miasto przywrócić do życia. Powrócili też lekarze, którzy widzieli potrzebę reaktywowania Martino w mieście bez szpitali. O zapomnianych weteranach świat sobie przypomniał i stali się intruzami. Dzisiaj już nie ma ich w Martino, a szpital wkroczył w nowy etap i odbudowany stał się najnowocześniejszym ośrodkiem zdrowia w Somalii.

Szpital Martino to podróż przez historię ostatniego stulecia Somalii.

Zbudowany został w 1910 r. przez Włochów i długo, mimo swojego wieku, działał jako szpital. Po przejęciu władzy przez Siada Barrego i rozpoczęciu wojny z Etiopią w 1977 r., został zamieniony na szpital wojskowy dla weteranów. I w tej formie trwał aż do upadku rządu.

Gdy władzę przejęli warlordowie, w szpitalu powtórzyła się historia, jaka wystąpiła we wszystkich społecznych i rządowych instytucjach. – Personel szpitala uciekł do swoich domów, zająć się swoimi rodzinami. Okaleczeni weterani, z których większość była tam od czasu wojny z 1977 r., a także kolejnych konfliktów z lat osiemdziesiątych, pozostali nagle bez opieki i kompletnie sami. Nie mając dokąd się udać, po prostu tam zostali i zasiedlili teren byłego szpitala.

Od tamtego czasu, żyło tam ponad trzystu weteranów, z czasem ta liczba powiększała się o ich małżonki i rodziny. Podczas walk w latach dziewięćdziesiątych, a także w 2006 r. pomiędzy wojskami rządu federalnego a Al-Shabaab, szpital bywał ostrzeliwany z moździerzy, chociaż nigdy nie był celem bezpośredniego ataku. Mimo tego około 97 weteranów zginęło w wyniku ostrzału bądź z głodu.

Wielu z nich nie może pracować i te lata wojny domowej przetrwali dzięki pomocy innych ludzi. W latach 90. pomagała im niemiecka organizacja pozarządowa. – Gotowała posiłki, robiła kursy krawiectwa, żeby dać im możliwość zarobkowania, ale po bitwie z Amerykanami, wiele organizacji opuściło Mogadiszu ze względu na zagrożenie. Potem było już tylko trudniej. Często przez połowę miesiąca żyli bez jedzenia, dostępu do leków praktycznie nie mieli cały czas, a pożywienie, które udało im się wyprosić czy zdobyć, równo dzielili pomiędzy siebie.

I tak, jak historia Mogadiszu toczy się i powoli zmienia się to miasto, tak i zmiany dotarły do Martino. Weterani długo żyli, nie nękani przez nikogo, ale też nikt się nimi nie interesował, więc trwali sobie w budynkach tego porzuconego szpitala. Ale po wyparciu Al-Shabaab z Mogadiszu zaczęli powracać Somalijczycy z migracji, którzy chcieli swoje miasto przywrócić do życia. Powrócili też lekarze, którzy widzieli potrzebę reaktywowania Martino w mieście bez szpitali. O zapomnianych weteranach świat sobie przypomniał i stali się intruzami. Dzisiaj już nie ma ich w Martino, a szpital wkroczył w nowy etap i odbudowany stał się najnowocześniejszym ośrodkiem zdrowia w Somalii.

Szpital Martino to podróż przez historię ostatniego stulecia Somalii.

Zbudowany został w 1910 r. przez Włochów i długo, mimo swojego wieku, działał jako szpital. Po przejęciu władzy przez Siada Barrego i rozpoczęciu wojny z Etiopią w 1977 r., został zamieniony na szpital wojskowy dla weteranów. I w tej formie trwał aż do upadku rządu.

Gdy władzę przejęli warlordowie, w szpitalu powtórzyła się historia, jaka wystąpiła we wszystkich społecznych i rządowych instytucjach. – Personel szpitala uciekł do swoich domów, zająć się swoimi rodzinami. Okaleczeni weterani, z których większość była tam od czasu wojny z 1977 r., a także kolejnych konfliktów z lat osiemdziesiątych, pozostali nagle bez opieki i kompletnie sami. Nie mając dokąd się udać, po prostu tam zostali i zasiedlili teren byłego szpitala.

Od tamtego czasu, żyło tam ponad trzystu weteranów, z czasem ta liczba powiększała się o ich małżonki i rodziny. Podczas walk w latach dziewięćdziesiątych, a także w 2006 r. pomiędzy wojskami rządu federalnego a Al-Shabaab, szpital bywał ostrzeliwany z moździerzy, chociaż nigdy nie był celem bezpośredniego ataku. Mimo tego około 97 weteranów zginęło w wyniku ostrzału bądź z głodu.

Wielu z nich nie może pracować i te lata wojny domowej przetrwali dzięki pomocy innych ludzi. W latach 90. pomagała im niemiecka organizacja pozarządowa. – Gotowała posiłki, robiła kursy krawiectwa, żeby dać im możliwość zarobkowania, ale po bitwie z Amerykanami, wiele organizacji opuściło Mogadiszu ze względu na zagrożenie. Potem było już tylko trudniej. Często przez połowę miesiąca żyli bez jedzenia, dostępu do leków praktycznie nie mieli cały czas, a pożywienie, które udało im się wyprosić czy zdobyć, równo dzielili pomiędzy siebie.

I tak, jak historia Mogadiszu toczy się i powoli zmienia się to miasto, tak i zmiany dotarły do Martino. Weterani długo żyli, nie nękani przez nikogo, ale też nikt się nimi nie interesował, więc trwali sobie w budynkach tego porzuconego szpitala. Ale po wyparciu Al-Shabaab z Mogadiszu zaczęli powracać Somalijczycy z migracji, którzy chcieli swoje miasto przywrócić do życia. Powrócili też lekarze, którzy widzieli potrzebę reaktywowania Martino w mieście bez szpitali. O zapomnianych weteranach świat sobie przypomniał i stali się intruzami. Dzisiaj już nie ma ich w Martino, a szpital wkroczył w nowy etap i odbudowany stał się najnowocześniejszym ośrodkiem zdrowia w Somalii.

Szpital Martino to podróż przez historię ostatniego stulecia Somalii.

Zbudowany został w 1910 r. przez Włochów i długo, mimo swojego wieku, działał jako szpital. Po przejęciu władzy przez Siada Barrego i rozpoczęciu wojny z Etiopią w 1977 r., został zamieniony na szpital wojskowy dla weteranów. I w tej formie trwał aż do upadku rządu.

Gdy władzę przejęli warlordowie, w szpitalu powtórzyła się historia, jaka wystąpiła we wszystkich społecznych i rządowych instytucjach. – Personel szpitala uciekł do swoich domów, zająć się swoimi rodzinami. Okaleczeni weterani, z których większość była tam od czasu wojny z 1977 r., a także kolejnych konfliktów z lat osiemdziesiątych, pozostali nagle bez opieki i kompletnie sami. Nie mając dokąd się udać, po prostu tam zostali i zasiedlili teren byłego szpitala.

Od tamtego czasu, żyło tam ponad trzystu weteranów, z czasem ta liczba powiększała się o ich małżonki i rodziny. Podczas walk w latach dziewięćdziesiątych, a także w 2006 r. pomiędzy wojskami rządu federalnego a Al-Shabaab, szpital bywał ostrzeliwany z moździerzy, chociaż nigdy nie był celem bezpośredniego ataku. Mimo tego około 97 weteranów zginęło w wyniku ostrzału bądź z głodu.

Wielu z nich nie może pracować i te lata wojny domowej przetrwali dzięki pomocy innych ludzi. W latach 90. pomagała im niemiecka organizacja pozarządowa. – Gotowała posiłki, robiła kursy krawiectwa, żeby dać im możliwość zarobkowania, ale po bitwie z Amerykanami, wiele organizacji opuściło Mogadiszu ze względu na zagrożenie. Potem było już tylko trudniej. Często przez połowę miesiąca żyli bez jedzenia, dostępu do leków praktycznie nie mieli cały czas, a pożywienie, które udało im się wyprosić czy zdobyć, równo dzielili pomiędzy siebie.

I tak, jak historia Mogadiszu toczy się i powoli zmienia się to miasto, tak i zmiany dotarły do Martino. Weterani długo żyli, nie nękani przez nikogo, ale też nikt się nimi nie interesował, więc trwali sobie w budynkach tego porzuconego szpitala. Ale po wyparciu Al-Shabaab z Mogadiszu zaczęli powracać Somalijczycy z migracji, którzy chcieli swoje miasto przywrócić do życia. Powrócili też lekarze, którzy widzieli potrzebę reaktywowania Martino w mieście bez szpitali. O zapomnianych weteranach świat sobie przypomniał i stali się intruzami. Dzisiaj już nie ma ich w Martino, a szpital wkroczył w nowy etap i odbudowany stał się najnowocześniejszym ośrodkiem zdrowia w Somalii.

Szpital Martino to podróż przez historię ostatniego stulecia Somalii.

Zbudowany został w 1910 r. przez Włochów i długo, mimo swojego wieku, działał jako szpital. Po przejęciu władzy przez Siada Barrego i rozpoczęciu wojny z Etiopią w 1977 r., został zamieniony na szpital wojskowy dla weteranów. I w tej formie trwał aż do upadku rządu.

Gdy władzę przejęli warlordowie, w szpitalu powtórzyła się historia, jaka wystąpiła we wszystkich społecznych i rządowych instytucjach. – Personel szpitala uciekł do swoich domów, zająć się swoimi rodzinami. Okaleczeni weterani, z których większość była tam od czasu wojny z 1977 r., a także kolejnych konfliktów z lat osiemdziesiątych, pozostali nagle bez opieki i kompletnie sami. Nie mając dokąd się udać, po prostu tam zostali i zasiedlili teren byłego szpitala.

Od tamtego czasu, żyło tam ponad trzystu weteranów, z czasem ta liczba powiększała się o ich małżonki i rodziny. Podczas walk w latach dziewięćdziesiątych, a także w 2006 r. pomiędzy wojskami rządu federalnego a Al-Shabaab, szpital bywał ostrzeliwany z moździerzy, chociaż nigdy nie był celem bezpośredniego ataku. Mimo tego około 97 weteranów zginęło w wyniku ostrzału bądź z głodu.

Wielu z nich nie może pracować i te lata wojny domowej przetrwali dzięki pomocy innych ludzi. W latach 90. pomagała im niemiecka organizacja pozarządowa. – Gotowała posiłki, robiła kursy krawiectwa, żeby dać im możliwość zarobkowania, ale po bitwie z Amerykanami, wiele organizacji opuściło Mogadiszu ze względu na zagrożenie. Potem było już tylko trudniej. Często przez połowę miesiąca żyli bez jedzenia, dostępu do leków praktycznie nie mieli cały czas, a pożywienie, które udało im się wyprosić czy zdobyć, równo dzielili pomiędzy siebie.

I tak, jak historia Mogadiszu toczy się i powoli zmienia się to miasto, tak i zmiany dotarły do Martino. Weterani długo żyli, nie nękani przez nikogo, ale też nikt się nimi nie interesował, więc trwali sobie w budynkach tego porzuconego szpitala. Ale po wyparciu Al-Shabaab z Mogadiszu zaczęli powracać Somalijczycy z migracji, którzy chcieli swoje miasto przywrócić do życia. Powrócili też lekarze, którzy widzieli potrzebę reaktywowania Martino w mieście bez szpitali. O zapomnianych weteranach świat sobie przypomniał i stali się intruzami. Dzisiaj już nie ma ich w Martino, a szpital wkroczył w nowy etap i odbudowany stał się najnowocześniejszym ośrodkiem zdrowia w Somalii.

Szpital Martino to podróż przez historię ostatniego stulecia Somalii.

Zbudowany został w 1910 r. przez Włochów i długo, mimo swojego wieku, działał jako szpital. Po przejęciu władzy przez Siada Barrego i rozpoczęciu wojny z Etiopią w 1977 r., został zamieniony na szpital wojskowy dla weteranów. I w tej formie trwał aż do upadku rządu.

Gdy władzę przejęli warlordowie, w szpitalu powtórzyła się historia, jaka wystąpiła we wszystkich społecznych i rządowych instytucjach. – Personel szpitala uciekł do swoich domów, zająć się swoimi rodzinami. Okaleczeni weterani, z których większość była tam od czasu wojny z 1977 r., a także kolejnych konfliktów z lat osiemdziesiątych, pozostali nagle bez opieki i kompletnie sami. Nie mając dokąd się udać, po prostu tam zostali i zasiedlili teren byłego szpitala.

Od tamtego czasu, żyło tam ponad trzystu weteranów, z czasem ta liczba powiększała się o ich małżonki i rodziny. Podczas walk w latach dziewięćdziesiątych, a także w 2006 r. pomiędzy wojskami rządu federalnego a Al-Shabaab, szpital bywał ostrzeliwany z moździerzy, chociaż nigdy nie był celem bezpośredniego ataku. Mimo tego około 97 weteranów zginęło w wyniku ostrzału bądź z głodu.

Wielu z nich nie może pracować i te lata wojny domowej przetrwali dzięki pomocy innych ludzi. W latach 90. pomagała im niemiecka organizacja pozarządowa. – Gotowała posiłki, robiła kursy krawiectwa, żeby dać im możliwość zarobkowania, ale po bitwie z Amerykanami, wiele organizacji opuściło Mogadiszu ze względu na zagrożenie. Potem było już tylko trudniej. Często przez połowę miesiąca żyli bez jedzenia, dostępu do leków praktycznie nie mieli cały czas, a pożywienie, które udało im się wyprosić czy zdobyć, równo dzielili pomiędzy siebie.

I tak, jak historia Mogadiszu toczy się i powoli zmienia się to miasto, tak i zmiany dotarły do Martino. Weterani długo żyli, nie nękani przez nikogo, ale też nikt się nimi nie interesował, więc trwali sobie w budynkach tego porzuconego szpitala. Ale po wyparciu Al-Shabaab z Mogadiszu zaczęli powracać Somalijczycy z migracji, którzy chcieli swoje miasto przywrócić do życia. Powrócili też lekarze, którzy widzieli potrzebę reaktywowania Martino w mieście bez szpitali. O zapomnianych weteranach świat sobie przypomniał i stali się intruzami. Dzisiaj już nie ma ich w Martino, a szpital wkroczył w nowy etap i odbudowany stał się najnowocześniejszym ośrodkiem zdrowia w Somalii.

Szpital Martino to podróż przez historię ostatniego stulecia Somalii.

Zbudowany został w 1910 r. przez Włochów i długo, mimo swojego wieku, działał jako szpital. Po przejęciu władzy przez Siada Barrego i rozpoczęciu wojny z Etiopią w 1977 r., został zamieniony na szpital wojskowy dla weteranów. I w tej formie trwał aż do upadku rządu.

Gdy władzę przejęli warlordowie, w szpitalu powtórzyła się historia, jaka wystąpiła we wszystkich społecznych i rządowych instytucjach. – Personel szpitala uciekł do swoich domów, zająć się swoimi rodzinami. Okaleczeni weterani, z których większość była tam od czasu wojny z 1977 r., a także kolejnych konfliktów z lat osiemdziesiątych, pozostali nagle bez opieki i kompletnie sami. Nie mając dokąd się udać, po prostu tam zostali i zasiedlili teren byłego szpitala.

Od tamtego czasu, żyło tam ponad trzystu weteranów, z czasem ta liczba powiększała się o ich małżonki i rodziny. Podczas walk w latach dziewięćdziesiątych, a także w 2006 r. pomiędzy wojskami rządu federalnego a Al-Shabaab, szpital bywał ostrzeliwany z moździerzy, chociaż nigdy nie był celem bezpośredniego ataku. Mimo tego około 97 weteranów zginęło w wyniku ostrzału bądź z głodu.

Wielu z nich nie może pracować i te lata wojny domowej przetrwali dzięki pomocy innych ludzi. W latach 90. pomagała im niemiecka organizacja pozarządowa. – Gotowała posiłki, robiła kursy krawiectwa, żeby dać im możliwość zarobkowania, ale po bitwie z Amerykanami, wiele organizacji opuściło Mogadiszu ze względu na zagrożenie. Potem było już tylko trudniej. Często przez połowę miesiąca żyli bez jedzenia, dostępu do leków praktycznie nie mieli cały czas, a pożywienie, które udało im się wyprosić czy zdobyć, równo dzielili pomiędzy siebie.

I tak, jak historia Mogadiszu toczy się i powoli zmienia się to miasto, tak i zmiany dotarły do Martino. Weterani długo żyli, nie nękani przez nikogo, ale też nikt się nimi nie interesował, więc trwali sobie w budynkach tego porzuconego szpitala. Ale po wyparciu Al-Shabaab z Mogadiszu zaczęli powracać Somalijczycy z migracji, którzy chcieli swoje miasto przywrócić do życia. Powrócili też lekarze, którzy widzieli potrzebę reaktywowania Martino w mieście bez szpitali. O zapomnianych weteranach świat sobie przypomniał i stali się intruzami. Dzisiaj już nie ma ich w Martino, a szpital wkroczył w nowy etap i odbudowany stał się najnowocześniejszym ośrodkiem zdrowia w Somalii.

Szpital Martino to podróż przez historię ostatniego stulecia Somalii.

Zbudowany został w 1910 r. przez Włochów i długo, mimo swojego wieku, działał jako szpital. Po przejęciu władzy przez Siada Barrego i rozpoczęciu wojny z Etiopią w 1977 r., został zamieniony na szpital wojskowy dla weteranów. I w tej formie trwał aż do upadku rządu.

Gdy władzę przejęli warlordowie, w szpitalu powtórzyła się historia, jaka wystąpiła we wszystkich społecznych i rządowych instytucjach. – Personel szpitala uciekł do swoich domów, zająć się swoimi rodzinami. Okaleczeni weterani, z których większość była tam od czasu wojny z 1977 r., a także kolejnych konfliktów z lat osiemdziesiątych, pozostali nagle bez opieki i kompletnie sami. Nie mając dokąd się udać, po prostu tam zostali i zasiedlili teren byłego szpitala.

Od tamtego czasu, żyło tam ponad trzystu weteranów, z czasem ta liczba powiększała się o ich małżonki i rodziny. Podczas walk w latach dziewięćdziesiątych, a także w 2006 r. pomiędzy wojskami rządu federalnego a Al-Shabaab, szpital bywał ostrzeliwany z moździerzy, chociaż nigdy nie był celem bezpośredniego ataku. Mimo tego około 97 weteranów zginęło w wyniku ostrzału bądź z głodu.

Wielu z nich nie może pracować i te lata wojny domowej przetrwali dzięki pomocy innych ludzi. W latach 90. pomagała im niemiecka organizacja pozarządowa. – Gotowała posiłki, robiła kursy krawiectwa, żeby dać im możliwość zarobkowania, ale po bitwie z Amerykanami, wiele organizacji opuściło Mogadiszu ze względu na zagrożenie. Potem było już tylko trudniej. Często przez połowę miesiąca żyli bez jedzenia, dostępu do leków praktycznie nie mieli cały czas, a pożywienie, które udało im się wyprosić czy zdobyć, równo dzielili pomiędzy siebie.

I tak, jak historia Mogadiszu toczy się i powoli zmienia się to miasto, tak i zmiany dotarły do Martino. Weterani długo żyli, nie nękani przez nikogo, ale też nikt się nimi nie interesował, więc trwali sobie w budynkach tego porzuconego szpitala. Ale po wyparciu Al-Shabaab z Mogadiszu zaczęli powracać Somalijczycy z migracji, którzy chcieli swoje miasto przywrócić do życia. Powrócili też lekarze, którzy widzieli potrzebę reaktywowania Martino w mieście bez szpitali. O zapomnianych weteranach świat sobie przypomniał i stali się intruzami. Dzisiaj już nie ma ich w Martino, a szpital wkroczył w nowy etap i odbudowany stał się najnowocześniejszym ośrodkiem zdrowia w Somalii.

Szpital Martino to podróż przez historię ostatniego stulecia Somalii.

Zbudowany został w 1910 r. przez Włochów i długo, mimo swojego wieku, działał jako szpital. Po przejęciu władzy przez Siada Barrego i rozpoczęciu wojny z Etiopią w 1977 r., został zamieniony na szpital wojskowy dla weteranów. I w tej formie trwał aż do upadku rządu.

Gdy władzę przejęli warlordowie, w szpitalu powtórzyła się historia, jaka wystąpiła we wszystkich społecznych i rządowych instytucjach. – Personel szpitala uciekł do swoich domów, zająć się swoimi rodzinami. Okaleczeni weterani, z których większość była tam od czasu wojny z 1977 r., a także kolejnych konfliktów z lat osiemdziesiątych, pozostali nagle bez opieki i kompletnie sami. Nie mając dokąd się udać, po prostu tam zostali i zasiedlili teren byłego szpitala.

Od tamtego czasu, żyło tam ponad trzystu weteranów, z czasem ta liczba powiększała się o ich małżonki i rodziny. Podczas walk w latach dziewięćdziesiątych, a także w 2006 r. pomiędzy wojskami rządu federalnego a Al-Shabaab, szpital bywał ostrzeliwany z moździerzy, chociaż nigdy nie był celem bezpośredniego ataku. Mimo tego około 97 weteranów zginęło w wyniku ostrzału bądź z głodu.

Wielu z nich nie może pracować i te lata wojny domowej przetrwali dzięki pomocy innych ludzi. W latach 90. pomagała im niemiecka organizacja pozarządowa. – Gotowała posiłki, robiła kursy krawiectwa, żeby dać im możliwość zarobkowania, ale po bitwie z Amerykanami, wiele organizacji opuściło Mogadiszu ze względu na zagrożenie. Potem było już tylko trudniej. Często przez połowę miesiąca żyli bez jedzenia, dostępu do leków praktycznie nie mieli cały czas, a pożywienie, które udało im się wyprosić czy zdobyć, równo dzielili pomiędzy siebie.

I tak, jak historia Mogadiszu toczy się i powoli zmienia się to miasto, tak i zmiany dotarły do Martino. Weterani długo żyli, nie nękani przez nikogo, ale też nikt się nimi nie interesował, więc trwali sobie w budynkach tego porzuconego szpitala. Ale po wyparciu Al-Shabaab z Mogadiszu zaczęli powracać Somalijczycy z migracji, którzy chcieli swoje miasto przywrócić do życia. Powrócili też lekarze, którzy widzieli potrzebę reaktywowania Martino w mieście bez szpitali. O zapomnianych weteranach świat sobie przypomniał i stali się intruzami. Dzisiaj już nie ma ich w Martino, a szpital wkroczył w nowy etap i odbudowany stał się najnowocześniejszym ośrodkiem zdrowia w Somalii.

Szpital Martino to podróż przez historię ostatniego stulecia Somalii.

Zbudowany został w 1910 r. przez Włochów i długo, mimo swojego wieku, działał jako szpital. Po przejęciu władzy przez Siada Barrego i rozpoczęciu wojny z Etiopią w 1977 r., został zamieniony na szpital wojskowy dla weteranów. I w tej formie trwał aż do upadku rządu.

Gdy władzę przejęli warlordowie, w szpitalu powtórzyła się historia, jaka wystąpiła we wszystkich społecznych i rządowych instytucjach. – Personel szpitala uciekł do swoich domów, zająć się swoimi rodzinami. Okaleczeni weterani, z których większość była tam od czasu wojny z 1977 r., a także kolejnych konfliktów z lat osiemdziesiątych, pozostali nagle bez opieki i kompletnie sami. Nie mając dokąd się udać, po prostu tam zostali i zasiedlili teren byłego szpitala.

Od tamtego czasu, żyło tam ponad trzystu weteranów, z czasem ta liczba powiększała się o ich małżonki i rodziny. Podczas walk w latach dziewięćdziesiątych, a także w 2006 r. pomiędzy wojskami rządu federalnego a Al-Shabaab, szpital bywał ostrzeliwany z moździerzy, chociaż nigdy nie był celem bezpośredniego ataku. Mimo tego około 97 weteranów zginęło w wyniku ostrzału bądź z głodu.

Wielu z nich nie może pracować i te lata wojny domowej przetrwali dzięki pomocy innych ludzi. W latach 90. pomagała im niemiecka organizacja pozarządowa. – Gotowała posiłki, robiła kursy krawiectwa, żeby dać im możliwość zarobkowania, ale po bitwie z Amerykanami, wiele organizacji opuściło Mogadiszu ze względu na zagrożenie. Potem było już tylko trudniej. Często przez połowę miesiąca żyli bez jedzenia, dostępu do leków praktycznie nie mieli cały czas, a pożywienie, które udało im się wyprosić czy zdobyć, równo dzielili pomiędzy siebie.

I tak, jak historia Mogadiszu toczy się i powoli zmienia się to miasto, tak i zmiany dotarły do Martino. Weterani długo żyli, nie nękani przez nikogo, ale też nikt się nimi nie interesował, więc trwali sobie w budynkach tego porzuconego szpitala. Ale po wyparciu Al-Shabaab z Mogadiszu zaczęli powracać Somalijczycy z migracji, którzy chcieli swoje miasto przywrócić do życia. Powrócili też lekarze, którzy widzieli potrzebę reaktywowania Martino w mieście bez szpitali. O zapomnianych weteranach świat sobie przypomniał i stali się intruzami. Dzisiaj już nie ma ich w Martino, a szpital wkroczył w nowy etap i odbudowany stał się najnowocześniejszym ośrodkiem zdrowia w Somalii.

Szpital Martino to podróż przez historię ostatniego stulecia Somalii.

Zbudowany został w 1910 r. przez Włochów i długo, mimo swojego wieku, działał jako szpital. Po przejęciu władzy przez Siada Barrego i rozpoczęciu wojny z Etiopią w 1977 r., został zamieniony na szpital wojskowy dla weteranów. I w tej formie trwał aż do upadku rządu.

Gdy władzę przejęli warlordowie, w szpitalu powtórzyła się historia, jaka wystąpiła we wszystkich społecznych i rządowych instytucjach. – Personel szpitala uciekł do swoich domów, zająć się swoimi rodzinami. Okaleczeni weterani, z których większość była tam od czasu wojny z 1977 r., a także kolejnych konfliktów z lat osiemdziesiątych, pozostali nagle bez opieki i kompletnie sami. Nie mając dokąd się udać, po prostu tam zostali i zasiedlili teren byłego szpitala.

Od tamtego czasu, żyło tam ponad trzystu weteranów, z czasem ta liczba powiększała się o ich małżonki i rodziny. Podczas walk w latach dziewięćdziesiątych, a także w 2006 r. pomiędzy wojskami rządu federalnego a Al-Shabaab, szpital bywał ostrzeliwany z moździerzy, chociaż nigdy nie był celem bezpośredniego ataku. Mimo tego około 97 weteranów zginęło w wyniku ostrzału bądź z głodu.

Wielu z nich nie może pracować i te lata wojny domowej przetrwali dzięki pomocy innych ludzi. W latach 90. pomagała im niemiecka organizacja pozarządowa. – Gotowała posiłki, robiła kursy krawiectwa, żeby dać im możliwość zarobkowania, ale po bitwie z Amerykanami, wiele organizacji opuściło Mogadiszu ze względu na zagrożenie. Potem było już tylko trudniej. Często przez połowę miesiąca żyli bez jedzenia, dostępu do leków praktycznie nie mieli cały czas, a pożywienie, które udało im się wyprosić czy zdobyć, równo dzielili pomiędzy siebie.

I tak, jak historia Mogadiszu toczy się i powoli zmienia się to miasto, tak i zmiany dotarły do Martino. Weterani długo żyli, nie nękani przez nikogo, ale też nikt się nimi nie interesował, więc trwali sobie w budynkach tego porzuconego szpitala. Ale po wyparciu Al-Shabaab z Mogadiszu zaczęli powracać Somalijczycy z migracji, którzy chcieli swoje miasto przywrócić do życia. Powrócili też lekarze, którzy widzieli potrzebę reaktywowania Martino w mieście bez szpitali. O zapomnianych weteranach świat sobie przypomniał i stali się intruzami. Dzisiaj już nie ma ich w Martino, a szpital wkroczył w nowy etap i odbudowany stał się najnowocześniejszym ośrodkiem zdrowia w Somalii.

Szpital Martino to podróż przez historię ostatniego stulecia Somalii.

Zbudowany został w 1910 r. przez Włochów i długo, mimo swojego wieku, działał jako szpital. Po przejęciu władzy przez Siada Barrego i rozpoczęciu wojny z Etiopią w 1977 r., został zamieniony na szpital wojskowy dla weteranów. I w tej formie trwał aż do upadku rządu.

Gdy władzę przejęli warlordowie, w szpitalu powtórzyła się historia, jaka wystąpiła we wszystkich społecznych i rządowych instytucjach. – Personel szpitala uciekł do swoich domów, zająć się swoimi rodzinami. Okaleczeni weterani, z których większość była tam od czasu wojny z 1977 r., a także kolejnych konfliktów z lat osiemdziesiątych, pozostali nagle bez opieki i kompletnie sami. Nie mając dokąd się udać, po prostu tam zostali i zasiedlili teren byłego szpitala.

Od tamtego czasu, żyło tam ponad trzystu weteranów, z czasem ta liczba powiększała się o ich małżonki i rodziny. Podczas walk w latach dziewięćdziesiątych, a także w 2006 r. pomiędzy wojskami rządu federalnego a Al-Shabaab, szpital bywał ostrzeliwany z moździerzy, chociaż nigdy nie był celem bezpośredniego ataku. Mimo tego około 97 weteranów zginęło w wyniku ostrzału bądź z głodu.

Wielu z nich nie może pracować i te lata wojny domowej przetrwali dzięki pomocy innych ludzi. W latach 90. pomagała im niemiecka organizacja pozarządowa. – Gotowała posiłki, robiła kursy krawiectwa, żeby dać im możliwość zarobkowania, ale po bitwie z Amerykanami, wiele organizacji opuściło Mogadiszu ze względu na zagrożenie. Potem było już tylko trudniej. Często przez połowę miesiąca żyli bez jedzenia, dostępu do leków praktycznie nie mieli cały czas, a pożywienie, które udało im się wyprosić czy zdobyć, równo dzielili pomiędzy siebie.

I tak, jak historia Mogadiszu toczy się i powoli zmienia się to miasto, tak i zmiany dotarły do Martino. Weterani długo żyli, nie nękani przez nikogo, ale też nikt się nimi nie interesował, więc trwali sobie w budynkach tego porzuconego szpitala. Ale po wyparciu Al-Shabaab z Mogadiszu zaczęli powracać Somalijczycy z migracji, którzy chcieli swoje miasto przywrócić do życia. Powrócili też lekarze, którzy widzieli potrzebę reaktywowania Martino w mieście bez szpitali. O zapomnianych weteranach świat sobie przypomniał i stali się intruzami. Dzisiaj już nie ma ich w Martino, a szpital wkroczył w nowy etap i odbudowany stał się najnowocześniejszym ośrodkiem zdrowia w Somalii.

Szpital Martino to podróż przez historię ostatniego stulecia Somalii.

Zbudowany został w 1910 r. przez Włochów i długo, mimo swojego wieku, działał jako szpital. Po przejęciu władzy przez Siada Barrego i rozpoczęciu wojny z Etiopią w 1977 r., został zamieniony na szpital wojskowy dla weteranów. I w tej formie trwał aż do upadku rządu.

Gdy władzę przejęli warlordowie, w szpitalu powtórzyła się historia, jaka wystąpiła we wszystkich społecznych i rządowych instytucjach. – Personel szpitala uciekł do swoich domów, zająć się swoimi rodzinami. Okaleczeni weterani, z których większość była tam od czasu wojny z 1977 r., a także kolejnych konfliktów z lat osiemdziesiątych, pozostali nagle bez opieki i kompletnie sami. Nie mając dokąd się udać, po prostu tam zostali i zasiedlili teren byłego szpitala.

Od tamtego czasu, żyło tam ponad trzystu weteranów, z czasem ta liczba powiększała się o ich małżonki i rodziny. Podczas walk w latach dziewięćdziesiątych, a także w 2006 r. pomiędzy wojskami rządu federalnego a Al-Shabaab, szpital bywał ostrzeliwany z moździerzy, chociaż nigdy nie był celem bezpośredniego ataku. Mimo tego około 97 weteranów zginęło w wyniku ostrzału bądź z głodu.

Wielu z nich nie może pracować i te lata wojny domowej przetrwali dzięki pomocy innych ludzi. W latach 90. pomagała im niemiecka organizacja pozarządowa. – Gotowała posiłki, robiła kursy krawiectwa, żeby dać im możliwość zarobkowania, ale po bitwie z Amerykanami, wiele organizacji opuściło Mogadiszu ze względu na zagrożenie. Potem było już tylko trudniej. Często przez połowę miesiąca żyli bez jedzenia, dostępu do leków praktycznie nie mieli cały czas, a pożywienie, które udało im się wyprosić czy zdobyć, równo dzielili pomiędzy siebie.

I tak, jak historia Mogadiszu toczy się i powoli zmienia się to miasto, tak i zmiany dotarły do Martino. Weterani długo żyli, nie nękani przez nikogo, ale też nikt się nimi nie interesował, więc trwali sobie w budynkach tego porzuconego szpitala. Ale po wyparciu Al-Shabaab z Mogadiszu zaczęli powracać Somalijczycy z migracji, którzy chcieli swoje miasto przywrócić do życia. Powrócili też lekarze, którzy widzieli potrzebę reaktywowania Martino w mieście bez szpitali. O zapomnianych weteranach świat sobie przypomniał i stali się intruzami. Dzisiaj już nie ma ich w Martino, a szpital wkroczył w nowy etap i odbudowany stał się najnowocześniejszym ośrodkiem zdrowia w Somalii.

Szpital Martino to podróż przez historię ostatniego stulecia Somalii.

Zbudowany został w 1910 r. przez Włochów i długo, mimo swojego wieku, działał jako szpital. Po przejęciu władzy przez Siada Barrego i rozpoczęciu wojny z Etiopią w 1977 r., został zamieniony na szpital wojskowy dla weteranów. I w tej formie trwał aż do upadku rządu.

Gdy władzę przejęli warlordowie, w szpitalu powtórzyła się historia, jaka wystąpiła we wszystkich społecznych i rządowych instytucjach. – Personel szpitala uciekł do swoich domów, zająć się swoimi rodzinami. Okaleczeni weterani, z których większość była tam od czasu wojny z 1977 r., a także kolejnych konfliktów z lat osiemdziesiątych, pozostali nagle bez opieki i kompletnie sami. Nie mając dokąd się udać, po prostu tam zostali i zasiedlili teren byłego szpitala.

Od tamtego czasu, żyło tam ponad trzystu weteranów, z czasem ta liczba powiększała się o ich małżonki i rodziny. Podczas walk w latach dziewięćdziesiątych, a także w 2006 r. pomiędzy wojskami rządu federalnego a Al-Shabaab, szpital bywał ostrzeliwany z moździerzy, chociaż nigdy nie był celem bezpośredniego ataku. Mimo tego około 97 weteranów zginęło w wyniku ostrzału bądź z głodu.

Wielu z nich nie może pracować i te lata wojny domowej przetrwali dzięki pomocy innych ludzi. W latach 90. pomagała im niemiecka organizacja pozarządowa. – Gotowała posiłki, robiła kursy krawiectwa, żeby dać im możliwość zarobkowania, ale po bitwie z Amerykanami, wiele organizacji opuściło Mogadiszu ze względu na zagrożenie. Potem było już tylko trudniej. Często przez połowę miesiąca żyli bez jedzenia, dostępu do leków praktycznie nie mieli cały czas, a pożywienie, które udało im się wyprosić czy zdobyć, równo dzielili pomiędzy siebie.

I tak, jak historia Mogadiszu toczy się i powoli zmienia się to miasto, tak i zmiany dotarły do Martino. Weterani długo żyli, nie nękani przez nikogo, ale też nikt się nimi nie interesował, więc trwali sobie w budynkach tego porzuconego szpitala. Ale po wyparciu Al-Shabaab z Mogadiszu zaczęli powracać Somalijczycy z migracji, którzy chcieli swoje miasto przywrócić do życia. Powrócili też lekarze, którzy widzieli potrzebę reaktywowania Martino w mieście bez szpitali. O zapomnianych weteranach świat sobie przypomniał i stali się intruzami. Dzisiaj już nie ma ich w Martino, a szpital wkroczył w nowy etap i odbudowany stał się najnowocześniejszym ośrodkiem zdrowia w Somalii.

Szpital Martino to podróż przez historię ostatniego stulecia Somalii.

Zbudowany został w 1910 r. przez Włochów i długo, mimo swojego wieku, działał jako szpital. Po przejęciu władzy przez Siada Barrego i rozpoczęciu wojny z Etiopią w 1977 r., został zamieniony na szpital wojskowy dla weteranów. I w tej formie trwał aż do upadku rządu.

Gdy władzę przejęli warlordowie, w szpitalu powtórzyła się historia, jaka wystąpiła we wszystkich społecznych i rządowych instytucjach. – Personel szpitala uciekł do swoich domów, zająć się swoimi rodzinami. Okaleczeni weterani, z których większość była tam od czasu wojny z 1977 r., a także kolejnych konfliktów z lat osiemdziesiątych, pozostali nagle bez opieki i kompletnie sami. Nie mając dokąd się udać, po prostu tam zostali i zasiedlili teren byłego szpitala.

Od tamtego czasu, żyło tam ponad trzystu weteranów, z czasem ta liczba powiększała się o ich małżonki i rodziny. Podczas walk w latach dziewięćdziesiątych, a także w 2006 r. pomiędzy wojskami rządu federalnego a Al-Shabaab, szpital bywał ostrzeliwany z moździerzy, chociaż nigdy nie był celem bezpośredniego ataku. Mimo tego około 97 weteranów zginęło w wyniku ostrzału bądź z głodu.

Wielu z nich nie może pracować i te lata wojny domowej przetrwali dzięki pomocy innych ludzi. W latach 90. pomagała im niemiecka organizacja pozarządowa. – Gotowała posiłki, robiła kursy krawiectwa, żeby dać im możliwość zarobkowania, ale po bitwie z Amerykanami, wiele organizacji opuściło Mogadiszu ze względu na zagrożenie. Potem było już tylko trudniej. Często przez połowę miesiąca żyli bez jedzenia, dostępu do leków praktycznie nie mieli cały czas, a pożywienie, które udało im się wyprosić czy zdobyć, równo dzielili pomiędzy siebie.

I tak, jak historia Mogadiszu toczy się i powoli zmienia się to miasto, tak i zmiany dotarły do Martino. Weterani długo żyli, nie nękani przez nikogo, ale też nikt się nimi nie interesował, więc trwali sobie w budynkach tego porzuconego szpitala. Ale po wyparciu Al-Shabaab z Mogadiszu zaczęli powracać Somalijczycy z migracji, którzy chcieli swoje miasto przywrócić do życia. Powrócili też lekarze, którzy widzieli potrzebę reaktywowania Martino w mieście bez szpitali. O zapomnianych weteranach świat sobie przypomniał i stali się intruzami. Dzisiaj już nie ma ich w Martino, a szpital wkroczył w nowy etap i odbudowany stał się najnowocześniejszym ośrodkiem zdrowia w Somalii.

Szpital Martino to podróż przez historię ostatniego stulecia Somalii.

Zbudowany został w 1910 r. przez Włochów i długo, mimo swojego wieku, działał jako szpital. Po przejęciu władzy przez Siada Barrego i rozpoczęciu wojny z Etiopią w 1977 r., został zamieniony na szpital wojskowy dla weteranów. I w tej formie trwał aż do upadku rządu.

Gdy władzę przejęli warlordowie, w szpitalu powtórzyła się historia, jaka wystąpiła we wszystkich społecznych i rządowych instytucjach. – Personel szpitala uciekł do swoich domów, zająć się swoimi rodzinami. Okaleczeni weterani, z których większość była tam od czasu wojny z 1977 r., a także kolejnych konfliktów z lat osiemdziesiątych, pozostali nagle bez opieki i kompletnie sami. Nie mając dokąd się udać, po prostu tam zostali i zasiedlili teren byłego szpitala.

Od tamtego czasu, żyło tam ponad trzystu weteranów, z czasem ta liczba powiększała się o ich małżonki i rodziny. Podczas walk w latach dziewięćdziesiątych, a także w 2006 r. pomiędzy wojskami rządu federalnego a Al-Shabaab, szpital bywał ostrzeliwany z moździerzy, chociaż nigdy nie był celem bezpośredniego ataku. Mimo tego około 97 weteranów zginęło w wyniku ostrzału bądź z głodu.

Wielu z nich nie może pracować i te lata wojny domowej przetrwali dzięki pomocy innych ludzi. W latach 90. pomagała im niemiecka organizacja pozarządowa. – Gotowała posiłki, robiła kursy krawiectwa, żeby dać im możliwość zarobkowania, ale po bitwie z Amerykanami, wiele organizacji opuściło Mogadiszu ze względu na zagrożenie. Potem było już tylko trudniej. Często przez połowę miesiąca żyli bez jedzenia, dostępu do leków praktycznie nie mieli cały czas, a pożywienie, które udało im się wyprosić czy zdobyć, równo dzielili pomiędzy siebie.

I tak, jak historia Mogadiszu toczy się i powoli zmienia się to miasto, tak i zmiany dotarły do Martino. Weterani długo żyli, nie nękani przez nikogo, ale też nikt się nimi nie interesował, więc trwali sobie w budynkach tego porzuconego szpitala. Ale po wyparciu Al-Shabaab z Mogadiszu zaczęli powracać Somalijczycy z migracji, którzy chcieli swoje miasto przywrócić do życia. Powrócili też lekarze, którzy widzieli potrzebę reaktywowania Martino w mieście bez szpitali. O zapomnianych weteranach świat sobie przypomniał i stali się intruzami. Dzisiaj już nie ma ich w Martino, a szpital wkroczył w nowy etap i odbudowany stał się najnowocześniejszym ośrodkiem zdrowia w Somalii.

Szpital Martino to podróż przez historię ostatniego stulecia Somalii.

Zbudowany został w 1910 r. przez Włochów i długo, mimo swojego wieku, działał jako szpital. Po przejęciu władzy przez Siada Barrego i rozpoczęciu wojny z Etiopią w 1977 r., został zamieniony na szpital wojskowy dla weteranów. I w tej formie trwał aż do upadku rządu.

Gdy władzę przejęli warlordowie, w szpitalu powtórzyła się historia, jaka wystąpiła we wszystkich społecznych i rządowych instytucjach. – Personel szpitala uciekł do swoich domów, zająć się swoimi rodzinami. Okaleczeni weterani, z których większość była tam od czasu wojny z 1977 r., a także kolejnych konfliktów z lat osiemdziesiątych, pozostali nagle bez opieki i kompletnie sami. Nie mając dokąd się udać, po prostu tam zostali i zasiedlili teren byłego szpitala.

Od tamtego czasu, żyło tam ponad trzystu weteranów, z czasem ta liczba powiększała się o ich małżonki i rodziny. Podczas walk w latach dziewięćdziesiątych, a także w 2006 r. pomiędzy wojskami rządu federalnego a Al-Shabaab, szpital bywał ostrzeliwany z moździerzy, chociaż nigdy nie był celem bezpośredniego ataku. Mimo tego około 97 weteranów zginęło w wyniku ostrzału bądź z głodu.

Wielu z nich nie może pracować i te lata wojny domowej przetrwali dzięki pomocy innych ludzi. W latach 90. pomagała im niemiecka organizacja pozarządowa. – Gotowała posiłki, robiła kursy krawiectwa, żeby dać im możliwość zarobkowania, ale po bitwie z Amerykanami, wiele organizacji opuściło Mogadiszu ze względu na zagrożenie. Potem było już tylko trudniej. Często przez połowę miesiąca żyli bez jedzenia, dostępu do leków praktycznie nie mieli cały czas, a pożywienie, które udało im się wyprosić czy zdobyć, równo dzielili pomiędzy siebie.

I tak, jak historia Mogadiszu toczy się i powoli zmienia się to miasto, tak i zmiany dotarły do Martino. Weterani długo żyli, nie nękani przez nikogo, ale też nikt się nimi nie interesował, więc trwali sobie w budynkach tego porzuconego szpitala. Ale po wyparciu Al-Shabaab z Mogadiszu zaczęli powracać Somalijczycy z migracji, którzy chcieli swoje miasto przywrócić do życia. Powrócili też lekarze, którzy widzieli potrzebę reaktywowania Martino w mieście bez szpitali. O zapomnianych weteranach świat sobie przypomniał i stali się intruzami. Dzisiaj już nie ma ich w Martino, a szpital wkroczył w nowy etap i odbudowany stał się najnowocześniejszym ośrodkiem zdrowia w Somalii.

Zdjęcia oraz komentarz: Marcin Suder
***
Projekt graficzny: Arkadiusz Sołdon
Kodowanie: Piotr Kliks
Obróbka audio: Marcin Hinz

Ten materiał jak wszystkie nasze treści jest darmowy, dzięki dobrowolnym wpłatom od Was.

Dobre dziennikarstwo powinno być dostępne dla wszystkich bez wyjątku – potrzebujemy Twojego wsparcia, by dalej działać.

Zobacz pozostałe historie

Chaos

Człowiek zniesie wszystko, dopóki jego umysł radzi sobie z otaczającą go rzeczywistością. Gdy ten filar pęknie, cała rzeczywistość runie. Latami ciągnąca się wojna i codzienna, nie militarna lecz zwyczajnie ludzka, walka o przeżycie kolejnego dnia sprawiły, że Mogadishu stało się fabryką chorób psychicznych. Niewiedza, brak edukacji i strach czynią codzienność chorych psychicznie ludzi istnie przerażającą. Ich świat ogranicza się do dwóch, trzech metrów łańcucha, którym Ci ludzie są przykuci do drzew. Jest w tym mieście jeden człowiek, który prowadzi swoją prywatną wojnę o zmianę życia tych ludzi. Doktor Habeb w ramach akcji „Chain free” uwolnił i rozpoczął leczenie kilku tysięcy osób.

Ciało ludzkie jest w stanie wiele wytrzymać. Z jednej strony są chwile, gdy w czasie zagrożenia człowiek czuje się jak worek wypełniony wodą, z drugiej strony to ciało potrafi bardzo dużo wytrzymać i wcale nie jest tak łatwo człowieka unicestwić. Ale tylko wtedy, gdy ma wolę życia, jego psychika jest silna i nastawiona na przeżycie. Gdy psychika pęka, oznacza to koniec i ciała, i człowieka. Nie ma już znaczenia, czy żyje. I tak jest już unicestwiony.

Wojna trawi ciało i umysł niczym rak. Jakiś czas umysł sobie radzi, ale im dłużej to trwa i pojawia się beznadzieja, coraz trudniej się bronić, aż w końcu psychika się poddaje. Okrucieństwo konfliktu można by mierzyć skalą szaleństwa. W Mogadiszu ta skala jest wysoka.

Ale, jak często w życiu bywa, są ludzie, którzy mimo przeciwności losu się nie poddają. Wbrew losowi, beznadziejność ich nie osłabia tylko działa jak motor napędowy. Takim człowiekiem jest doktor Habeb, który postanowił walczyć o te złamane umysły i prowadzi swój publiczny szpital dla psychicznie chorych. Trudno nawet opisać jego rzeczywistość. Od lat prowadzi szpital, próbuje zbierać fundusze na jego prowadzenie, a także jest jego jedynym lekarzem. Jest bardzo energiczny i zaangażowany. Widać po nim ciężar ciągłych starań o utrzymanie tego miejsca i znalezienie funduszy na opiekę nad pensjonariuszami. Czasem ma się wrażenie, że mógłby być pacjentem swojego szpitala albo niedługo może się nim stać.

Brak edukacji jest problemem w Somalii w konfrontacji z chorobą psychiczną. Somalijczycy często nie wiedzą, jak zareagować na zmiany zachowań swoich krewnych. Zaczyna się od wstydu i ukrywania w domy problemu jakim jest chory, ale gdy pojawia się agresja i człowiek staje się niebezpieczny, rodziny po prostu przykuwają takich ludzi łańcuchem do drzewa, dla swojego i ich bezpieczeństwa. Zajęci codzienną walką o przetrwanie nie są w stanie upilnować chorych. Niektórzy z pacjentów szpitala doktora Habeba byli przykuci do drzewa, bądź ściany w domu, trzy, siedem, a nawet 10 lat.

To los tych przykutych ludzi stał się motorem napędowym działań doktora. Rozpoczął akcję „Chain free” i przemierzał ulice Mogadiszu, a potem również okolice miasta w poszukiwaniu przykutych. Twierdzi, że podczas tej akcji odnalazł i uwolnił prawie trzy tysiące ludzi.

W szpitalu jest ponad dwustu pacjentów, ale ciągle przybywa nowych. Personel szpitala właściwie pracuje ochotniczo, często są to członkowie rodzin pacjentów. Czasem dostają pensje, ale tylko w wypadkach, gdy Habebowi uda się zebrać większe fundusze ponad kwotę, której potrzebuje na opłacenie kosztów szpitala. Część jedzenia dla pensjonariuszy otrzymuje od WFP, podobnie jest z lekami. Pomagają także oenzetowskie organizacje, ale na resztę musi uzbierać. Część pieniędzy dostaje od bardziej zamożnych rodzin pacjentów albo od ich krewnych, żyjących na emigracji.

Co jakiś czas doktor Habeb występuje w radiu, gdzie porusza problemy swojego szpitala, prosi o wsparcie, aby móc prowadzić dalej swoją działalność, ale też nagłaśnia wiedzę o nim, aby ludzie, którzy mają przykutych bliskich w swoich domach, mogli się więcej dowiedzieć o szpitalu. I to działa. Pojawiają się ludzie z nowymi pacjentami i niektórzy nawet z miejsc oddalonych o kilka dni drogi. Prośby o wsparcie w biednym i nieświadomym problemu społeczeństwie nie mają już takiego przebicia, ale wystąpienia lekarza są sławne i ludzie z wesołością przekazują  sobie jego słowa jako anegdoty. Doktor czasem potrafi stracić cierpliwość i zacząć krzyczeć w radiu, że jeśli ludzie nie zaczną wspierać tego miejsca, to zamknie szpital, a na ulice wypuści ponad trzystu wariatów, którzy będą przemierzać miasto i napadać na domy i niszczyć samochody. “Nie będziecie bezpieczni na ulicach” – mówi.

Ciało ludzkie jest w stanie wiele wytrzymać. Z jednej strony są chwile, gdy w czasie zagrożenia człowiek czuje się jak worek wypełniony wodą, z drugiej strony to ciało potrafi bardzo dużo wytrzymać i wcale nie jest tak łatwo człowieka unicestwić. Ale tylko wtedy, gdy ma wolę życia, jego psychika jest silna i nastawiona na przeżycie. Gdy psychika pęka, oznacza to koniec i ciała, i człowieka. Nie ma już znaczenia, czy żyje. I tak jest już unicestwiony.

Wojna trawi ciało i umysł niczym rak. Jakiś czas umysł sobie radzi, ale im dłużej to trwa i pojawia się beznadzieja, coraz trudniej się bronić, aż w końcu psychika się poddaje. Okrucieństwo konfliktu można by mierzyć skalą szaleństwa. W Mogadiszu ta skala jest wysoka.

Ale, jak często w życiu bywa, są ludzie, którzy mimo przeciwności losu się nie poddają. Wbrew losowi, beznadziejność ich nie osłabia tylko działa jak motor napędowy. Takim człowiekiem jest doktor Habeb, który postanowił walczyć o te złamane umysły i prowadzi swój publiczny szpital dla psychicznie chorych. Trudno nawet opisać jego rzeczywistość. Od lat prowadzi szpital, próbuje zbierać fundusze na jego prowadzenie, a także jest jego jedynym lekarzem. Jest bardzo energiczny i zaangażowany. Widać po nim ciężar ciągłych starań o utrzymanie tego miejsca i znalezienie funduszy na opiekę nad pensjonariuszami. Czasem ma się wrażenie, że mógłby być pacjentem swojego szpitala albo niedługo może się nim stać.

Brak edukacji jest problemem w Somalii w konfrontacji z chorobą psychiczną. Somalijczycy często nie wiedzą, jak zareagować na zmiany zachowań swoich krewnych. Zaczyna się od wstydu i ukrywania w domy problemu jakim jest chory, ale gdy pojawia się agresja i człowiek staje się niebezpieczny, rodziny po prostu przykuwają takich ludzi łańcuchem do drzewa, dla swojego i ich bezpieczeństwa. Zajęci codzienną walką o przetrwanie nie są w stanie upilnować chorych. Niektórzy z pacjentów szpitala doktora Habeba byli przykuci do drzewa, bądź ściany w domu, trzy, siedem, a nawet 10 lat.

To los tych przykutych ludzi stał się motorem napędowym działań doktora. Rozpoczął akcję „Chain free” i przemierzał ulice Mogadiszu, a potem również okolice miasta w poszukiwaniu przykutych. Twierdzi, że podczas tej akcji odnalazł i uwolnił prawie trzy tysiące ludzi.

W szpitalu jest ponad dwustu pacjentów, ale ciągle przybywa nowych. Personel szpitala właściwie pracuje ochotniczo, często są to członkowie rodzin pacjentów. Czasem dostają pensje, ale tylko w wypadkach, gdy Habebowi uda się zebrać większe fundusze ponad kwotę, której potrzebuje na opłacenie kosztów szpitala. Część jedzenia dla pensjonariuszy otrzymuje od WFP, podobnie jest z lekami. Pomagają także oenzetowskie organizacje, ale na resztę musi uzbierać. Część pieniędzy dostaje od bardziej zamożnych rodzin pacjentów albo od ich krewnych, żyjących na emigracji.

Co jakiś czas doktor Habeb występuje w radiu, gdzie porusza problemy swojego szpitala, prosi o wsparcie, aby móc prowadzić dalej swoją działalność, ale też nagłaśnia wiedzę o nim, aby ludzie, którzy mają przykutych bliskich w swoich domach, mogli się więcej dowiedzieć o szpitalu. I to działa. Pojawiają się ludzie z nowymi pacjentami i niektórzy nawet z miejsc oddalonych o kilka dni drogi. Prośby o wsparcie w biednym i nieświadomym problemu społeczeństwie nie mają już takiego przebicia, ale wystąpienia lekarza są sławne i ludzie z wesołością przekazują  sobie jego słowa jako anegdoty. Doktor czasem potrafi stracić cierpliwość i zacząć krzyczeć w radiu, że jeśli ludzie nie zaczną wspierać tego miejsca, to zamknie szpital, a na ulice wypuści ponad trzystu wariatów, którzy będą przemierzać miasto i napadać na domy i niszczyć samochody. “Nie będziecie bezpieczni na ulicach” – mówi.

Ciało ludzkie jest w stanie wiele wytrzymać. Z jednej strony są chwile, gdy w czasie zagrożenia człowiek czuje się jak worek wypełniony wodą, z drugiej strony to ciało potrafi bardzo dużo wytrzymać i wcale nie jest tak łatwo człowieka unicestwić. Ale tylko wtedy, gdy ma wolę życia, jego psychika jest silna i nastawiona na przeżycie. Gdy psychika pęka, oznacza to koniec i ciała, i człowieka. Nie ma już znaczenia, czy żyje. I tak jest już unicestwiony.

Wojna trawi ciało i umysł niczym rak. Jakiś czas umysł sobie radzi, ale im dłużej to trwa i pojawia się beznadzieja, coraz trudniej się bronić, aż w końcu psychika się poddaje. Okrucieństwo konfliktu można by mierzyć skalą szaleństwa. W Mogadiszu ta skala jest wysoka.

Ale, jak często w życiu bywa, są ludzie, którzy mimo przeciwności losu się nie poddają. Wbrew losowi, beznadziejność ich nie osłabia tylko działa jak motor napędowy. Takim człowiekiem jest doktor Habeb, który postanowił walczyć o te złamane umysły i prowadzi swój publiczny szpital dla psychicznie chorych. Trudno nawet opisać jego rzeczywistość. Od lat prowadzi szpital, próbuje zbierać fundusze na jego prowadzenie, a także jest jego jedynym lekarzem. Jest bardzo energiczny i zaangażowany. Widać po nim ciężar ciągłych starań o utrzymanie tego miejsca i znalezienie funduszy na opiekę nad pensjonariuszami. Czasem ma się wrażenie, że mógłby być pacjentem swojego szpitala albo niedługo może się nim stać.

Brak edukacji jest problemem w Somalii w konfrontacji z chorobą psychiczną. Somalijczycy często nie wiedzą, jak zareagować na zmiany zachowań swoich krewnych. Zaczyna się od wstydu i ukrywania w domy problemu jakim jest chory, ale gdy pojawia się agresja i człowiek staje się niebezpieczny, rodziny po prostu przykuwają takich ludzi łańcuchem do drzewa, dla swojego i ich bezpieczeństwa. Zajęci codzienną walką o przetrwanie nie są w stanie upilnować chorych. Niektórzy z pacjentów szpitala doktora Habeba byli przykuci do drzewa, bądź ściany w domu, trzy, siedem, a nawet 10 lat.

To los tych przykutych ludzi stał się motorem napędowym działań doktora. Rozpoczął akcję „Chain free” i przemierzał ulice Mogadiszu, a potem również okolice miasta w poszukiwaniu przykutych. Twierdzi, że podczas tej akcji odnalazł i uwolnił prawie trzy tysiące ludzi.

W szpitalu jest ponad dwustu pacjentów, ale ciągle przybywa nowych. Personel szpitala właściwie pracuje ochotniczo, często są to członkowie rodzin pacjentów. Czasem dostają pensje, ale tylko w wypadkach, gdy Habebowi uda się zebrać większe fundusze ponad kwotę, której potrzebuje na opłacenie kosztów szpitala. Część jedzenia dla pensjonariuszy otrzymuje od WFP, podobnie jest z lekami. Pomagają także oenzetowskie organizacje, ale na resztę musi uzbierać. Część pieniędzy dostaje od bardziej zamożnych rodzin pacjentów albo od ich krewnych, żyjących na emigracji.

Co jakiś czas doktor Habeb występuje w radiu, gdzie porusza problemy swojego szpitala, prosi o wsparcie, aby móc prowadzić dalej swoją działalność, ale też nagłaśnia wiedzę o nim, aby ludzie, którzy mają przykutych bliskich w swoich domach, mogli się więcej dowiedzieć o szpitalu. I to działa. Pojawiają się ludzie z nowymi pacjentami i niektórzy nawet z miejsc oddalonych o kilka dni drogi. Prośby o wsparcie w biednym i nieświadomym problemu społeczeństwie nie mają już takiego przebicia, ale wystąpienia lekarza są sławne i ludzie z wesołością przekazują  sobie jego słowa jako anegdoty. Doktor czasem potrafi stracić cierpliwość i zacząć krzyczeć w radiu, że jeśli ludzie nie zaczną wspierać tego miejsca, to zamknie szpital, a na ulice wypuści ponad trzystu wariatów, którzy będą przemierzać miasto i napadać na domy i niszczyć samochody. “Nie będziecie bezpieczni na ulicach” – mówi.

Ciało ludzkie jest w stanie wiele wytrzymać. Z jednej strony są chwile, gdy w czasie zagrożenia człowiek czuje się jak worek wypełniony wodą, z drugiej strony to ciało potrafi bardzo dużo wytrzymać i wcale nie jest tak łatwo człowieka unicestwić. Ale tylko wtedy, gdy ma wolę życia, jego psychika jest silna i nastawiona na przeżycie. Gdy psychika pęka, oznacza to koniec i ciała, i człowieka. Nie ma już znaczenia, czy żyje. I tak jest już unicestwiony.

Wojna trawi ciało i umysł niczym rak. Jakiś czas umysł sobie radzi, ale im dłużej to trwa i pojawia się beznadzieja, coraz trudniej się bronić, aż w końcu psychika się poddaje. Okrucieństwo konfliktu można by mierzyć skalą szaleństwa. W Mogadiszu ta skala jest wysoka.

Ale, jak często w życiu bywa, są ludzie, którzy mimo przeciwności losu się nie poddają. Wbrew losowi, beznadziejność ich nie osłabia tylko działa jak motor napędowy. Takim człowiekiem jest doktor Habeb, który postanowił walczyć o te złamane umysły i prowadzi swój publiczny szpital dla psychicznie chorych. Trudno nawet opisać jego rzeczywistość. Od lat prowadzi szpital, próbuje zbierać fundusze na jego prowadzenie, a także jest jego jedynym lekarzem. Jest bardzo energiczny i zaangażowany. Widać po nim ciężar ciągłych starań o utrzymanie tego miejsca i znalezienie funduszy na opiekę nad pensjonariuszami. Czasem ma się wrażenie, że mógłby być pacjentem swojego szpitala albo niedługo może się nim stać.

Brak edukacji jest problemem w Somalii w konfrontacji z chorobą psychiczną. Somalijczycy często nie wiedzą, jak zareagować na zmiany zachowań swoich krewnych. Zaczyna się od wstydu i ukrywania w domy problemu jakim jest chory, ale gdy pojawia się agresja i człowiek staje się niebezpieczny, rodziny po prostu przykuwają takich ludzi łańcuchem do drzewa, dla swojego i ich bezpieczeństwa. Zajęci codzienną walką o przetrwanie nie są w stanie upilnować chorych. Niektórzy z pacjentów szpitala doktora Habeba byli przykuci do drzewa, bądź ściany w domu, trzy, siedem, a nawet 10 lat.

To los tych przykutych ludzi stał się motorem napędowym działań doktora. Rozpoczął akcję „Chain free” i przemierzał ulice Mogadiszu, a potem również okolice miasta w poszukiwaniu przykutych. Twierdzi, że podczas tej akcji odnalazł i uwolnił prawie trzy tysiące ludzi.

W szpitalu jest ponad dwustu pacjentów, ale ciągle przybywa nowych. Personel szpitala właściwie pracuje ochotniczo, często są to członkowie rodzin pacjentów. Czasem dostają pensje, ale tylko w wypadkach, gdy Habebowi uda się zebrać większe fundusze ponad kwotę, której potrzebuje na opłacenie kosztów szpitala. Część jedzenia dla pensjonariuszy otrzymuje od WFP, podobnie jest z lekami. Pomagają także oenzetowskie organizacje, ale na resztę musi uzbierać. Część pieniędzy dostaje od bardziej zamożnych rodzin pacjentów albo od ich krewnych, żyjących na emigracji.

Co jakiś czas doktor Habeb występuje w radiu, gdzie porusza problemy swojego szpitala, prosi o wsparcie, aby móc prowadzić dalej swoją działalność, ale też nagłaśnia wiedzę o nim, aby ludzie, którzy mają przykutych bliskich w swoich domach, mogli się więcej dowiedzieć o szpitalu. I to działa. Pojawiają się ludzie z nowymi pacjentami i niektórzy nawet z miejsc oddalonych o kilka dni drogi. Prośby o wsparcie w biednym i nieświadomym problemu społeczeństwie nie mają już takiego przebicia, ale wystąpienia lekarza są sławne i ludzie z wesołością przekazują  sobie jego słowa jako anegdoty. Doktor czasem potrafi stracić cierpliwość i zacząć krzyczeć w radiu, że jeśli ludzie nie zaczną wspierać tego miejsca, to zamknie szpital, a na ulice wypuści ponad trzystu wariatów, którzy będą przemierzać miasto i napadać na domy i niszczyć samochody. “Nie będziecie bezpieczni na ulicach” – mówi.

Ciało ludzkie jest w stanie wiele wytrzymać. Z jednej strony są chwile, gdy w czasie zagrożenia człowiek czuje się jak worek wypełniony wodą, z drugiej strony to ciało potrafi bardzo dużo wytrzymać i wcale nie jest tak łatwo człowieka unicestwić. Ale tylko wtedy, gdy ma wolę życia, jego psychika jest silna i nastawiona na przeżycie. Gdy psychika pęka, oznacza to koniec i ciała, i człowieka. Nie ma już znaczenia, czy żyje. I tak jest już unicestwiony.

Wojna trawi ciało i umysł niczym rak. Jakiś czas umysł sobie radzi, ale im dłużej to trwa i pojawia się beznadzieja, coraz trudniej się bronić, aż w końcu psychika się poddaje. Okrucieństwo konfliktu można by mierzyć skalą szaleństwa. W Mogadiszu ta skala jest wysoka.

Ale, jak często w życiu bywa, są ludzie, którzy mimo przeciwności losu się nie poddają. Wbrew losowi, beznadziejność ich nie osłabia tylko działa jak motor napędowy. Takim człowiekiem jest doktor Habeb, który postanowił walczyć o te złamane umysły i prowadzi swój publiczny szpital dla psychicznie chorych. Trudno nawet opisać jego rzeczywistość. Od lat prowadzi szpital, próbuje zbierać fundusze na jego prowadzenie, a także jest jego jedynym lekarzem. Jest bardzo energiczny i zaangażowany. Widać po nim ciężar ciągłych starań o utrzymanie tego miejsca i znalezienie funduszy na opiekę nad pensjonariuszami. Czasem ma się wrażenie, że mógłby być pacjentem swojego szpitala albo niedługo może się nim stać.

Brak edukacji jest problemem w Somalii w konfrontacji z chorobą psychiczną. Somalijczycy często nie wiedzą, jak zareagować na zmiany zachowań swoich krewnych. Zaczyna się od wstydu i ukrywania w domy problemu jakim jest chory, ale gdy pojawia się agresja i człowiek staje się niebezpieczny, rodziny po prostu przykuwają takich ludzi łańcuchem do drzewa, dla swojego i ich bezpieczeństwa. Zajęci codzienną walką o przetrwanie nie są w stanie upilnować chorych. Niektórzy z pacjentów szpitala doktora Habeba byli przykuci do drzewa, bądź ściany w domu, trzy, siedem, a nawet 10 lat.

To los tych przykutych ludzi stał się motorem napędowym działań doktora. Rozpoczął akcję „Chain free” i przemierzał ulice Mogadiszu, a potem również okolice miasta w poszukiwaniu przykutych. Twierdzi, że podczas tej akcji odnalazł i uwolnił prawie trzy tysiące ludzi.

W szpitalu jest ponad dwustu pacjentów, ale ciągle przybywa nowych. Personel szpitala właściwie pracuje ochotniczo, często są to członkowie rodzin pacjentów. Czasem dostają pensje, ale tylko w wypadkach, gdy Habebowi uda się zebrać większe fundusze ponad kwotę, której potrzebuje na opłacenie kosztów szpitala. Część jedzenia dla pensjonariuszy otrzymuje od WFP, podobnie jest z lekami. Pomagają także oenzetowskie organizacje, ale na resztę musi uzbierać. Część pieniędzy dostaje od bardziej zamożnych rodzin pacjentów albo od ich krewnych, żyjących na emigracji.

Co jakiś czas doktor Habeb występuje w radiu, gdzie porusza problemy swojego szpitala, prosi o wsparcie, aby móc prowadzić dalej swoją działalność, ale też nagłaśnia wiedzę o nim, aby ludzie, którzy mają przykutych bliskich w swoich domach, mogli się więcej dowiedzieć o szpitalu. I to działa. Pojawiają się ludzie z nowymi pacjentami i niektórzy nawet z miejsc oddalonych o kilka dni drogi. Prośby o wsparcie w biednym i nieświadomym problemu społeczeństwie nie mają już takiego przebicia, ale wystąpienia lekarza są sławne i ludzie z wesołością przekazują  sobie jego słowa jako anegdoty. Doktor czasem potrafi stracić cierpliwość i zacząć krzyczeć w radiu, że jeśli ludzie nie zaczną wspierać tego miejsca, to zamknie szpital, a na ulice wypuści ponad trzystu wariatów, którzy będą przemierzać miasto i napadać na domy i niszczyć samochody. “Nie będziecie bezpieczni na ulicach” – mówi.

Ciało ludzkie jest w stanie wiele wytrzymać. Z jednej strony są chwile, gdy w czasie zagrożenia człowiek czuje się jak worek wypełniony wodą, z drugiej strony to ciało potrafi bardzo dużo wytrzymać i wcale nie jest tak łatwo człowieka unicestwić. Ale tylko wtedy, gdy ma wolę życia, jego psychika jest silna i nastawiona na przeżycie. Gdy psychika pęka, oznacza to koniec i ciała, i człowieka. Nie ma już znaczenia, czy żyje. I tak jest już unicestwiony.

Wojna trawi ciało i umysł niczym rak. Jakiś czas umysł sobie radzi, ale im dłużej to trwa i pojawia się beznadzieja, coraz trudniej się bronić, aż w końcu psychika się poddaje. Okrucieństwo konfliktu można by mierzyć skalą szaleństwa. W Mogadiszu ta skala jest wysoka.

Ale, jak często w życiu bywa, są ludzie, którzy mimo przeciwności losu się nie poddają. Wbrew losowi, beznadziejność ich nie osłabia tylko działa jak motor napędowy. Takim człowiekiem jest doktor Habeb, który postanowił walczyć o te złamane umysły i prowadzi swój publiczny szpital dla psychicznie chorych. Trudno nawet opisać jego rzeczywistość. Od lat prowadzi szpital, próbuje zbierać fundusze na jego prowadzenie, a także jest jego jedynym lekarzem. Jest bardzo energiczny i zaangażowany. Widać po nim ciężar ciągłych starań o utrzymanie tego miejsca i znalezienie funduszy na opiekę nad pensjonariuszami. Czasem ma się wrażenie, że mógłby być pacjentem swojego szpitala albo niedługo może się nim stać.

Brak edukacji jest problemem w Somalii w konfrontacji z chorobą psychiczną. Somalijczycy często nie wiedzą, jak zareagować na zmiany zachowań swoich krewnych. Zaczyna się od wstydu i ukrywania w domy problemu jakim jest chory, ale gdy pojawia się agresja i człowiek staje się niebezpieczny, rodziny po prostu przykuwają takich ludzi łańcuchem do drzewa, dla swojego i ich bezpieczeństwa. Zajęci codzienną walką o przetrwanie nie są w stanie upilnować chorych. Niektórzy z pacjentów szpitala doktora Habeba byli przykuci do drzewa, bądź ściany w domu, trzy, siedem, a nawet 10 lat.

To los tych przykutych ludzi stał się motorem napędowym działań doktora. Rozpoczął akcję „Chain free” i przemierzał ulice Mogadiszu, a potem również okolice miasta w poszukiwaniu przykutych. Twierdzi, że podczas tej akcji odnalazł i uwolnił prawie trzy tysiące ludzi.

W szpitalu jest ponad dwustu pacjentów, ale ciągle przybywa nowych. Personel szpitala właściwie pracuje ochotniczo, często są to członkowie rodzin pacjentów. Czasem dostają pensje, ale tylko w wypadkach, gdy Habebowi uda się zebrać większe fundusze ponad kwotę, której potrzebuje na opłacenie kosztów szpitala. Część jedzenia dla pensjonariuszy otrzymuje od WFP, podobnie jest z lekami. Pomagają także oenzetowskie organizacje, ale na resztę musi uzbierać. Część pieniędzy dostaje od bardziej zamożnych rodzin pacjentów albo od ich krewnych, żyjących na emigracji.

Co jakiś czas doktor Habeb występuje w radiu, gdzie porusza problemy swojego szpitala, prosi o wsparcie, aby móc prowadzić dalej swoją działalność, ale też nagłaśnia wiedzę o nim, aby ludzie, którzy mają przykutych bliskich w swoich domach, mogli się więcej dowiedzieć o szpitalu. I to działa. Pojawiają się ludzie z nowymi pacjentami i niektórzy nawet z miejsc oddalonych o kilka dni drogi. Prośby o wsparcie w biednym i nieświadomym problemu społeczeństwie nie mają już takiego przebicia, ale wystąpienia lekarza są sławne i ludzie z wesołością przekazują  sobie jego słowa jako anegdoty. Doktor czasem potrafi stracić cierpliwość i zacząć krzyczeć w radiu, że jeśli ludzie nie zaczną wspierać tego miejsca, to zamknie szpital, a na ulice wypuści ponad trzystu wariatów, którzy będą przemierzać miasto i napadać na domy i niszczyć samochody. “Nie będziecie bezpieczni na ulicach” – mówi.

Ciało ludzkie jest w stanie wiele wytrzymać. Z jednej strony są chwile, gdy w czasie zagrożenia człowiek czuje się jak worek wypełniony wodą, z drugiej strony to ciało potrafi bardzo dużo wytrzymać i wcale nie jest tak łatwo człowieka unicestwić. Ale tylko wtedy, gdy ma wolę życia, jego psychika jest silna i nastawiona na przeżycie. Gdy psychika pęka, oznacza to koniec i ciała, i człowieka. Nie ma już znaczenia, czy żyje. I tak jest już unicestwiony.

Wojna trawi ciało i umysł niczym rak. Jakiś czas umysł sobie radzi, ale im dłużej to trwa i pojawia się beznadzieja, coraz trudniej się bronić, aż w końcu psychika się poddaje. Okrucieństwo konfliktu można by mierzyć skalą szaleństwa. W Mogadiszu ta skala jest wysoka.

Ale, jak często w życiu bywa, są ludzie, którzy mimo przeciwności losu się nie poddają. Wbrew losowi, beznadziejność ich nie osłabia tylko działa jak motor napędowy. Takim człowiekiem jest doktor Habeb, który postanowił walczyć o te złamane umysły i prowadzi swój publiczny szpital dla psychicznie chorych. Trudno nawet opisać jego rzeczywistość. Od lat prowadzi szpital, próbuje zbierać fundusze na jego prowadzenie, a także jest jego jedynym lekarzem. Jest bardzo energiczny i zaangażowany. Widać po nim ciężar ciągłych starań o utrzymanie tego miejsca i znalezienie funduszy na opiekę nad pensjonariuszami. Czasem ma się wrażenie, że mógłby być pacjentem swojego szpitala albo niedługo może się nim stać.

Brak edukacji jest problemem w Somalii w konfrontacji z chorobą psychiczną. Somalijczycy często nie wiedzą, jak zareagować na zmiany zachowań swoich krewnych. Zaczyna się od wstydu i ukrywania w domy problemu jakim jest chory, ale gdy pojawia się agresja i człowiek staje się niebezpieczny, rodziny po prostu przykuwają takich ludzi łańcuchem do drzewa, dla swojego i ich bezpieczeństwa. Zajęci codzienną walką o przetrwanie nie są w stanie upilnować chorych. Niektórzy z pacjentów szpitala doktora Habeba byli przykuci do drzewa, bądź ściany w domu, trzy, siedem, a nawet 10 lat.

To los tych przykutych ludzi stał się motorem napędowym działań doktora. Rozpoczął akcję „Chain free” i przemierzał ulice Mogadiszu, a potem również okolice miasta w poszukiwaniu przykutych. Twierdzi, że podczas tej akcji odnalazł i uwolnił prawie trzy tysiące ludzi.

W szpitalu jest ponad dwustu pacjentów, ale ciągle przybywa nowych. Personel szpitala właściwie pracuje ochotniczo, często są to członkowie rodzin pacjentów. Czasem dostają pensje, ale tylko w wypadkach, gdy Habebowi uda się zebrać większe fundusze ponad kwotę, której potrzebuje na opłacenie kosztów szpitala. Część jedzenia dla pensjonariuszy otrzymuje od WFP, podobnie jest z lekami. Pomagają także oenzetowskie organizacje, ale na resztę musi uzbierać. Część pieniędzy dostaje od bardziej zamożnych rodzin pacjentów albo od ich krewnych, żyjących na emigracji.

Co jakiś czas doktor Habeb występuje w radiu, gdzie porusza problemy swojego szpitala, prosi o wsparcie, aby móc prowadzić dalej swoją działalność, ale też nagłaśnia wiedzę o nim, aby ludzie, którzy mają przykutych bliskich w swoich domach, mogli się więcej dowiedzieć o szpitalu. I to działa. Pojawiają się ludzie z nowymi pacjentami i niektórzy nawet z miejsc oddalonych o kilka dni drogi. Prośby o wsparcie w biednym i nieświadomym problemu społeczeństwie nie mają już takiego przebicia, ale wystąpienia lekarza są sławne i ludzie z wesołością przekazują  sobie jego słowa jako anegdoty. Doktor czasem potrafi stracić cierpliwość i zacząć krzyczeć w radiu, że jeśli ludzie nie zaczną wspierać tego miejsca, to zamknie szpital, a na ulice wypuści ponad trzystu wariatów, którzy będą przemierzać miasto i napadać na domy i niszczyć samochody. “Nie będziecie bezpieczni na ulicach” – mówi.

Ciało ludzkie jest w stanie wiele wytrzymać. Z jednej strony są chwile, gdy w czasie zagrożenia człowiek czuje się jak worek wypełniony wodą, z drugiej strony to ciało potrafi bardzo dużo wytrzymać i wcale nie jest tak łatwo człowieka unicestwić. Ale tylko wtedy, gdy ma wolę życia, jego psychika jest silna i nastawiona na przeżycie. Gdy psychika pęka, oznacza to koniec i ciała, i człowieka. Nie ma już znaczenia, czy żyje. I tak jest już unicestwiony.

Wojna trawi ciało i umysł niczym rak. Jakiś czas umysł sobie radzi, ale im dłużej to trwa i pojawia się beznadzieja, coraz trudniej się bronić, aż w końcu psychika się poddaje. Okrucieństwo konfliktu można by mierzyć skalą szaleństwa. W Mogadiszu ta skala jest wysoka.

Ale, jak często w życiu bywa, są ludzie, którzy mimo przeciwności losu się nie poddają. Wbrew losowi, beznadziejność ich nie osłabia tylko działa jak motor napędowy. Takim człowiekiem jest doktor Habeb, który postanowił walczyć o te złamane umysły i prowadzi swój publiczny szpital dla psychicznie chorych. Trudno nawet opisać jego rzeczywistość. Od lat prowadzi szpital, próbuje zbierać fundusze na jego prowadzenie, a także jest jego jedynym lekarzem. Jest bardzo energiczny i zaangażowany. Widać po nim ciężar ciągłych starań o utrzymanie tego miejsca i znalezienie funduszy na opiekę nad pensjonariuszami. Czasem ma się wrażenie, że mógłby być pacjentem swojego szpitala albo niedługo może się nim stać.

Brak edukacji jest problemem w Somalii w konfrontacji z chorobą psychiczną. Somalijczycy często nie wiedzą, jak zareagować na zmiany zachowań swoich krewnych. Zaczyna się od wstydu i ukrywania w domy problemu jakim jest chory, ale gdy pojawia się agresja i człowiek staje się niebezpieczny, rodziny po prostu przykuwają takich ludzi łańcuchem do drzewa, dla swojego i ich bezpieczeństwa. Zajęci codzienną walką o przetrwanie nie są w stanie upilnować chorych. Niektórzy z pacjentów szpitala doktora Habeba byli przykuci do drzewa, bądź ściany w domu, trzy, siedem, a nawet 10 lat.

To los tych przykutych ludzi stał się motorem napędowym działań doktora. Rozpoczął akcję „Chain free” i przemierzał ulice Mogadiszu, a potem również okolice miasta w poszukiwaniu przykutych. Twierdzi, że podczas tej akcji odnalazł i uwolnił prawie trzy tysiące ludzi.

W szpitalu jest ponad dwustu pacjentów, ale ciągle przybywa nowych. Personel szpitala właściwie pracuje ochotniczo, często są to członkowie rodzin pacjentów. Czasem dostają pensje, ale tylko w wypadkach, gdy Habebowi uda się zebrać większe fundusze ponad kwotę, której potrzebuje na opłacenie kosztów szpitala. Część jedzenia dla pensjonariuszy otrzymuje od WFP, podobnie jest z lekami. Pomagają także oenzetowskie organizacje, ale na resztę musi uzbierać. Część pieniędzy dostaje od bardziej zamożnych rodzin pacjentów albo od ich krewnych, żyjących na emigracji.

Co jakiś czas doktor Habeb występuje w radiu, gdzie porusza problemy swojego szpitala, prosi o wsparcie, aby móc prowadzić dalej swoją działalność, ale też nagłaśnia wiedzę o nim, aby ludzie, którzy mają przykutych bliskich w swoich domach, mogli się więcej dowiedzieć o szpitalu. I to działa. Pojawiają się ludzie z nowymi pacjentami i niektórzy nawet z miejsc oddalonych o kilka dni drogi. Prośby o wsparcie w biednym i nieświadomym problemu społeczeństwie nie mają już takiego przebicia, ale wystąpienia lekarza są sławne i ludzie z wesołością przekazują  sobie jego słowa jako anegdoty. Doktor czasem potrafi stracić cierpliwość i zacząć krzyczeć w radiu, że jeśli ludzie nie zaczną wspierać tego miejsca, to zamknie szpital, a na ulice wypuści ponad trzystu wariatów, którzy będą przemierzać miasto i napadać na domy i niszczyć samochody. “Nie będziecie bezpieczni na ulicach” – mówi.

Ciało ludzkie jest w stanie wiele wytrzymać. Z jednej strony są chwile, gdy w czasie zagrożenia człowiek czuje się jak worek wypełniony wodą, z drugiej strony to ciało potrafi bardzo dużo wytrzymać i wcale nie jest tak łatwo człowieka unicestwić. Ale tylko wtedy, gdy ma wolę życia, jego psychika jest silna i nastawiona na przeżycie. Gdy psychika pęka, oznacza to koniec i ciała, i człowieka. Nie ma już znaczenia, czy żyje. I tak jest już unicestwiony.

Wojna trawi ciało i umysł niczym rak. Jakiś czas umysł sobie radzi, ale im dłużej to trwa i pojawia się beznadzieja, coraz trudniej się bronić, aż w końcu psychika się poddaje. Okrucieństwo konfliktu można by mierzyć skalą szaleństwa. W Mogadiszu ta skala jest wysoka.

Ale, jak często w życiu bywa, są ludzie, którzy mimo przeciwności losu się nie poddają. Wbrew losowi, beznadziejność ich nie osłabia tylko działa jak motor napędowy. Takim człowiekiem jest doktor Habeb, który postanowił walczyć o te złamane umysły i prowadzi swój publiczny szpital dla psychicznie chorych. Trudno nawet opisać jego rzeczywistość. Od lat prowadzi szpital, próbuje zbierać fundusze na jego prowadzenie, a także jest jego jedynym lekarzem. Jest bardzo energiczny i zaangażowany. Widać po nim ciężar ciągłych starań o utrzymanie tego miejsca i znalezienie funduszy na opiekę nad pensjonariuszami. Czasem ma się wrażenie, że mógłby być pacjentem swojego szpitala albo niedługo może się nim stać.

Brak edukacji jest problemem w Somalii w konfrontacji z chorobą psychiczną. Somalijczycy często nie wiedzą, jak zareagować na zmiany zachowań swoich krewnych. Zaczyna się od wstydu i ukrywania w domy problemu jakim jest chory, ale gdy pojawia się agresja i człowiek staje się niebezpieczny, rodziny po prostu przykuwają takich ludzi łańcuchem do drzewa, dla swojego i ich bezpieczeństwa. Zajęci codzienną walką o przetrwanie nie są w stanie upilnować chorych. Niektórzy z pacjentów szpitala doktora Habeba byli przykuci do drzewa, bądź ściany w domu, trzy, siedem, a nawet 10 lat.

To los tych przykutych ludzi stał się motorem napędowym działań doktora. Rozpoczął akcję „Chain free” i przemierzał ulice Mogadiszu, a potem również okolice miasta w poszukiwaniu przykutych. Twierdzi, że podczas tej akcji odnalazł i uwolnił prawie trzy tysiące ludzi.

W szpitalu jest ponad dwustu pacjentów, ale ciągle przybywa nowych. Personel szpitala właściwie pracuje ochotniczo, często są to członkowie rodzin pacjentów. Czasem dostają pensje, ale tylko w wypadkach, gdy Habebowi uda się zebrać większe fundusze ponad kwotę, której potrzebuje na opłacenie kosztów szpitala. Część jedzenia dla pensjonariuszy otrzymuje od WFP, podobnie jest z lekami. Pomagają także oenzetowskie organizacje, ale na resztę musi uzbierać. Część pieniędzy dostaje od bardziej zamożnych rodzin pacjentów albo od ich krewnych, żyjących na emigracji.

Co jakiś czas doktor Habeb występuje w radiu, gdzie porusza problemy swojego szpitala, prosi o wsparcie, aby móc prowadzić dalej swoją działalność, ale też nagłaśnia wiedzę o nim, aby ludzie, którzy mają przykutych bliskich w swoich domach, mogli się więcej dowiedzieć o szpitalu. I to działa. Pojawiają się ludzie z nowymi pacjentami i niektórzy nawet z miejsc oddalonych o kilka dni drogi. Prośby o wsparcie w biednym i nieświadomym problemu społeczeństwie nie mają już takiego przebicia, ale wystąpienia lekarza są sławne i ludzie z wesołością przekazują  sobie jego słowa jako anegdoty. Doktor czasem potrafi stracić cierpliwość i zacząć krzyczeć w radiu, że jeśli ludzie nie zaczną wspierać tego miejsca, to zamknie szpital, a na ulice wypuści ponad trzystu wariatów, którzy będą przemierzać miasto i napadać na domy i niszczyć samochody. “Nie będziecie bezpieczni na ulicach” – mówi.

Ciało ludzkie jest w stanie wiele wytrzymać. Z jednej strony są chwile, gdy w czasie zagrożenia człowiek czuje się jak worek wypełniony wodą, z drugiej strony to ciało potrafi bardzo dużo wytrzymać i wcale nie jest tak łatwo człowieka unicestwić. Ale tylko wtedy, gdy ma wolę życia, jego psychika jest silna i nastawiona na przeżycie. Gdy psychika pęka, oznacza to koniec i ciała, i człowieka. Nie ma już znaczenia, czy żyje. I tak jest już unicestwiony.

Wojna trawi ciało i umysł niczym rak. Jakiś czas umysł sobie radzi, ale im dłużej to trwa i pojawia się beznadzieja, coraz trudniej się bronić, aż w końcu psychika się poddaje. Okrucieństwo konfliktu można by mierzyć skalą szaleństwa. W Mogadiszu ta skala jest wysoka.

Ale, jak często w życiu bywa, są ludzie, którzy mimo przeciwności losu się nie poddają. Wbrew losowi, beznadziejność ich nie osłabia tylko działa jak motor napędowy. Takim człowiekiem jest doktor Habeb, który postanowił walczyć o te złamane umysły i prowadzi swój publiczny szpital dla psychicznie chorych. Trudno nawet opisać jego rzeczywistość. Od lat prowadzi szpital, próbuje zbierać fundusze na jego prowadzenie, a także jest jego jedynym lekarzem. Jest bardzo energiczny i zaangażowany. Widać po nim ciężar ciągłych starań o utrzymanie tego miejsca i znalezienie funduszy na opiekę nad pensjonariuszami. Czasem ma się wrażenie, że mógłby być pacjentem swojego szpitala albo niedługo może się nim stać.

Brak edukacji jest problemem w Somalii w konfrontacji z chorobą psychiczną. Somalijczycy często nie wiedzą, jak zareagować na zmiany zachowań swoich krewnych. Zaczyna się od wstydu i ukrywania w domy problemu jakim jest chory, ale gdy pojawia się agresja i człowiek staje się niebezpieczny, rodziny po prostu przykuwają takich ludzi łańcuchem do drzewa, dla swojego i ich bezpieczeństwa. Zajęci codzienną walką o przetrwanie nie są w stanie upilnować chorych. Niektórzy z pacjentów szpitala doktora Habeba byli przykuci do drzewa, bądź ściany w domu, trzy, siedem, a nawet 10 lat.

To los tych przykutych ludzi stał się motorem napędowym działań doktora. Rozpoczął akcję „Chain free” i przemierzał ulice Mogadiszu, a potem również okolice miasta w poszukiwaniu przykutych. Twierdzi, że podczas tej akcji odnalazł i uwolnił prawie trzy tysiące ludzi.

W szpitalu jest ponad dwustu pacjentów, ale ciągle przybywa nowych. Personel szpitala właściwie pracuje ochotniczo, często są to członkowie rodzin pacjentów. Czasem dostają pensje, ale tylko w wypadkach, gdy Habebowi uda się zebrać większe fundusze ponad kwotę, której potrzebuje na opłacenie kosztów szpitala. Część jedzenia dla pensjonariuszy otrzymuje od WFP, podobnie jest z lekami. Pomagają także oenzetowskie organizacje, ale na resztę musi uzbierać. Część pieniędzy dostaje od bardziej zamożnych rodzin pacjentów albo od ich krewnych, żyjących na emigracji.

Co jakiś czas doktor Habeb występuje w radiu, gdzie porusza problemy swojego szpitala, prosi o wsparcie, aby móc prowadzić dalej swoją działalność, ale też nagłaśnia wiedzę o nim, aby ludzie, którzy mają przykutych bliskich w swoich domach, mogli się więcej dowiedzieć o szpitalu. I to działa. Pojawiają się ludzie z nowymi pacjentami i niektórzy nawet z miejsc oddalonych o kilka dni drogi. Prośby o wsparcie w biednym i nieświadomym problemu społeczeństwie nie mają już takiego przebicia, ale wystąpienia lekarza są sławne i ludzie z wesołością przekazują  sobie jego słowa jako anegdoty. Doktor czasem potrafi stracić cierpliwość i zacząć krzyczeć w radiu, że jeśli ludzie nie zaczną wspierać tego miejsca, to zamknie szpital, a na ulice wypuści ponad trzystu wariatów, którzy będą przemierzać miasto i napadać na domy i niszczyć samochody. “Nie będziecie bezpieczni na ulicach” – mówi.

Ciało ludzkie jest w stanie wiele wytrzymać. Z jednej strony są chwile, gdy w czasie zagrożenia człowiek czuje się jak worek wypełniony wodą, z drugiej strony to ciało potrafi bardzo dużo wytrzymać i wcale nie jest tak łatwo człowieka unicestwić. Ale tylko wtedy, gdy ma wolę życia, jego psychika jest silna i nastawiona na przeżycie. Gdy psychika pęka, oznacza to koniec i ciała, i człowieka. Nie ma już znaczenia, czy żyje. I tak jest już unicestwiony.

Wojna trawi ciało i umysł niczym rak. Jakiś czas umysł sobie radzi, ale im dłużej to trwa i pojawia się beznadzieja, coraz trudniej się bronić, aż w końcu psychika się poddaje. Okrucieństwo konfliktu można by mierzyć skalą szaleństwa. W Mogadiszu ta skala jest wysoka.

Ale, jak często w życiu bywa, są ludzie, którzy mimo przeciwności losu się nie poddają. Wbrew losowi, beznadziejność ich nie osłabia tylko działa jak motor napędowy. Takim człowiekiem jest doktor Habeb, który postanowił walczyć o te złamane umysły i prowadzi swój publiczny szpital dla psychicznie chorych. Trudno nawet opisać jego rzeczywistość. Od lat prowadzi szpital, próbuje zbierać fundusze na jego prowadzenie, a także jest jego jedynym lekarzem. Jest bardzo energiczny i zaangażowany. Widać po nim ciężar ciągłych starań o utrzymanie tego miejsca i znalezienie funduszy na opiekę nad pensjonariuszami. Czasem ma się wrażenie, że mógłby być pacjentem swojego szpitala albo niedługo może się nim stać.

Brak edukacji jest problemem w Somalii w konfrontacji z chorobą psychiczną. Somalijczycy często nie wiedzą, jak zareagować na zmiany zachowań swoich krewnych. Zaczyna się od wstydu i ukrywania w domy problemu jakim jest chory, ale gdy pojawia się agresja i człowiek staje się niebezpieczny, rodziny po prostu przykuwają takich ludzi łańcuchem do drzewa, dla swojego i ich bezpieczeństwa. Zajęci codzienną walką o przetrwanie nie są w stanie upilnować chorych. Niektórzy z pacjentów szpitala doktora Habeba byli przykuci do drzewa, bądź ściany w domu, trzy, siedem, a nawet 10 lat.

To los tych przykutych ludzi stał się motorem napędowym działań doktora. Rozpoczął akcję „Chain free” i przemierzał ulice Mogadiszu, a potem również okolice miasta w poszukiwaniu przykutych. Twierdzi, że podczas tej akcji odnalazł i uwolnił prawie trzy tysiące ludzi.

W szpitalu jest ponad dwustu pacjentów, ale ciągle przybywa nowych. Personel szpitala właściwie pracuje ochotniczo, często są to członkowie rodzin pacjentów. Czasem dostają pensje, ale tylko w wypadkach, gdy Habebowi uda się zebrać większe fundusze ponad kwotę, której potrzebuje na opłacenie kosztów szpitala. Część jedzenia dla pensjonariuszy otrzymuje od WFP, podobnie jest z lekami. Pomagają także oenzetowskie organizacje, ale na resztę musi uzbierać. Część pieniędzy dostaje od bardziej zamożnych rodzin pacjentów albo od ich krewnych, żyjących na emigracji.

Co jakiś czas doktor Habeb występuje w radiu, gdzie porusza problemy swojego szpitala, prosi o wsparcie, aby móc prowadzić dalej swoją działalność, ale też nagłaśnia wiedzę o nim, aby ludzie, którzy mają przykutych bliskich w swoich domach, mogli się więcej dowiedzieć o szpitalu. I to działa. Pojawiają się ludzie z nowymi pacjentami i niektórzy nawet z miejsc oddalonych o kilka dni drogi. Prośby o wsparcie w biednym i nieświadomym problemu społeczeństwie nie mają już takiego przebicia, ale wystąpienia lekarza są sławne i ludzie z wesołością przekazują  sobie jego słowa jako anegdoty. Doktor czasem potrafi stracić cierpliwość i zacząć krzyczeć w radiu, że jeśli ludzie nie zaczną wspierać tego miejsca, to zamknie szpital, a na ulice wypuści ponad trzystu wariatów, którzy będą przemierzać miasto i napadać na domy i niszczyć samochody. “Nie będziecie bezpieczni na ulicach” – mówi.

Ciało ludzkie jest w stanie wiele wytrzymać. Z jednej strony są chwile, gdy w czasie zagrożenia człowiek czuje się jak worek wypełniony wodą, z drugiej strony to ciało potrafi bardzo dużo wytrzymać i wcale nie jest tak łatwo człowieka unicestwić. Ale tylko wtedy, gdy ma wolę życia, jego psychika jest silna i nastawiona na przeżycie. Gdy psychika pęka, oznacza to koniec i ciała, i człowieka. Nie ma już znaczenia, czy żyje. I tak jest już unicestwiony.

Wojna trawi ciało i umysł niczym rak. Jakiś czas umysł sobie radzi, ale im dłużej to trwa i pojawia się beznadzieja, coraz trudniej się bronić, aż w końcu psychika się poddaje. Okrucieństwo konfliktu można by mierzyć skalą szaleństwa. W Mogadiszu ta skala jest wysoka.

Ale, jak często w życiu bywa, są ludzie, którzy mimo przeciwności losu się nie poddają. Wbrew losowi, beznadziejność ich nie osłabia tylko działa jak motor napędowy. Takim człowiekiem jest doktor Habeb, który postanowił walczyć o te złamane umysły i prowadzi swój publiczny szpital dla psychicznie chorych. Trudno nawet opisać jego rzeczywistość. Od lat prowadzi szpital, próbuje zbierać fundusze na jego prowadzenie, a także jest jego jedynym lekarzem. Jest bardzo energiczny i zaangażowany. Widać po nim ciężar ciągłych starań o utrzymanie tego miejsca i znalezienie funduszy na opiekę nad pensjonariuszami. Czasem ma się wrażenie, że mógłby być pacjentem swojego szpitala albo niedługo może się nim stać.

Brak edukacji jest problemem w Somalii w konfrontacji z chorobą psychiczną. Somalijczycy często nie wiedzą, jak zareagować na zmiany zachowań swoich krewnych. Zaczyna się od wstydu i ukrywania w domy problemu jakim jest chory, ale gdy pojawia się agresja i człowiek staje się niebezpieczny, rodziny po prostu przykuwają takich ludzi łańcuchem do drzewa, dla swojego i ich bezpieczeństwa. Zajęci codzienną walką o przetrwanie nie są w stanie upilnować chorych. Niektórzy z pacjentów szpitala doktora Habeba byli przykuci do drzewa, bądź ściany w domu, trzy, siedem, a nawet 10 lat.

To los tych przykutych ludzi stał się motorem napędowym działań doktora. Rozpoczął akcję „Chain free” i przemierzał ulice Mogadiszu, a potem również okolice miasta w poszukiwaniu przykutych. Twierdzi, że podczas tej akcji odnalazł i uwolnił prawie trzy tysiące ludzi.

W szpitalu jest ponad dwustu pacjentów, ale ciągle przybywa nowych. Personel szpitala właściwie pracuje ochotniczo, często są to członkowie rodzin pacjentów. Czasem dostają pensje, ale tylko w wypadkach, gdy Habebowi uda się zebrać większe fundusze ponad kwotę, której potrzebuje na opłacenie kosztów szpitala. Część jedzenia dla pensjonariuszy otrzymuje od WFP, podobnie jest z lekami. Pomagają także oenzetowskie organizacje, ale na resztę musi uzbierać. Część pieniędzy dostaje od bardziej zamożnych rodzin pacjentów albo od ich krewnych, żyjących na emigracji.

Co jakiś czas doktor Habeb występuje w radiu, gdzie porusza problemy swojego szpitala, prosi o wsparcie, aby móc prowadzić dalej swoją działalność, ale też nagłaśnia wiedzę o nim, aby ludzie, którzy mają przykutych bliskich w swoich domach, mogli się więcej dowiedzieć o szpitalu. I to działa. Pojawiają się ludzie z nowymi pacjentami i niektórzy nawet z miejsc oddalonych o kilka dni drogi. Prośby o wsparcie w biednym i nieświadomym problemu społeczeństwie nie mają już takiego przebicia, ale wystąpienia lekarza są sławne i ludzie z wesołością przekazują  sobie jego słowa jako anegdoty. Doktor czasem potrafi stracić cierpliwość i zacząć krzyczeć w radiu, że jeśli ludzie nie zaczną wspierać tego miejsca, to zamknie szpital, a na ulice wypuści ponad trzystu wariatów, którzy będą przemierzać miasto i napadać na domy i niszczyć samochody. “Nie będziecie bezpieczni na ulicach” – mówi.

Ciało ludzkie jest w stanie wiele wytrzymać. Z jednej strony są chwile, gdy w czasie zagrożenia człowiek czuje się jak worek wypełniony wodą, z drugiej strony to ciało potrafi bardzo dużo wytrzymać i wcale nie jest tak łatwo człowieka unicestwić. Ale tylko wtedy, gdy ma wolę życia, jego psychika jest silna i nastawiona na przeżycie. Gdy psychika pęka, oznacza to koniec i ciała, i człowieka. Nie ma już znaczenia, czy żyje. I tak jest już unicestwiony.

Wojna trawi ciało i umysł niczym rak. Jakiś czas umysł sobie radzi, ale im dłużej to trwa i pojawia się beznadzieja, coraz trudniej się bronić, aż w końcu psychika się poddaje. Okrucieństwo konfliktu można by mierzyć skalą szaleństwa. W Mogadiszu ta skala jest wysoka.

Ale, jak często w życiu bywa, są ludzie, którzy mimo przeciwności losu się nie poddają. Wbrew losowi, beznadziejność ich nie osłabia tylko działa jak motor napędowy. Takim człowiekiem jest doktor Habeb, który postanowił walczyć o te złamane umysły i prowadzi swój publiczny szpital dla psychicznie chorych. Trudno nawet opisać jego rzeczywistość. Od lat prowadzi szpital, próbuje zbierać fundusze na jego prowadzenie, a także jest jego jedynym lekarzem. Jest bardzo energiczny i zaangażowany. Widać po nim ciężar ciągłych starań o utrzymanie tego miejsca i znalezienie funduszy na opiekę nad pensjonariuszami. Czasem ma się wrażenie, że mógłby być pacjentem swojego szpitala albo niedługo może się nim stać.

Brak edukacji jest problemem w Somalii w konfrontacji z chorobą psychiczną. Somalijczycy często nie wiedzą, jak zareagować na zmiany zachowań swoich krewnych. Zaczyna się od wstydu i ukrywania w domy problemu jakim jest chory, ale gdy pojawia się agresja i człowiek staje się niebezpieczny, rodziny po prostu przykuwają takich ludzi łańcuchem do drzewa, dla swojego i ich bezpieczeństwa. Zajęci codzienną walką o przetrwanie nie są w stanie upilnować chorych. Niektórzy z pacjentów szpitala doktora Habeba byli przykuci do drzewa, bądź ściany w domu, trzy, siedem, a nawet 10 lat.

To los tych przykutych ludzi stał się motorem napędowym działań doktora. Rozpoczął akcję „Chain free” i przemierzał ulice Mogadiszu, a potem również okolice miasta w poszukiwaniu przykutych. Twierdzi, że podczas tej akcji odnalazł i uwolnił prawie trzy tysiące ludzi.

W szpitalu jest ponad dwustu pacjentów, ale ciągle przybywa nowych. Personel szpitala właściwie pracuje ochotniczo, często są to członkowie rodzin pacjentów. Czasem dostają pensje, ale tylko w wypadkach, gdy Habebowi uda się zebrać większe fundusze ponad kwotę, której potrzebuje na opłacenie kosztów szpitala. Część jedzenia dla pensjonariuszy otrzymuje od WFP, podobnie jest z lekami. Pomagają także oenzetowskie organizacje, ale na resztę musi uzbierać. Część pieniędzy dostaje od bardziej zamożnych rodzin pacjentów albo od ich krewnych, żyjących na emigracji.

Co jakiś czas doktor Habeb występuje w radiu, gdzie porusza problemy swojego szpitala, prosi o wsparcie, aby móc prowadzić dalej swoją działalność, ale też nagłaśnia wiedzę o nim, aby ludzie, którzy mają przykutych bliskich w swoich domach, mogli się więcej dowiedzieć o szpitalu. I to działa. Pojawiają się ludzie z nowymi pacjentami i niektórzy nawet z miejsc oddalonych o kilka dni drogi. Prośby o wsparcie w biednym i nieświadomym problemu społeczeństwie nie mają już takiego przebicia, ale wystąpienia lekarza są sławne i ludzie z wesołością przekazują  sobie jego słowa jako anegdoty. Doktor czasem potrafi stracić cierpliwość i zacząć krzyczeć w radiu, że jeśli ludzie nie zaczną wspierać tego miejsca, to zamknie szpital, a na ulice wypuści ponad trzystu wariatów, którzy będą przemierzać miasto i napadać na domy i niszczyć samochody. “Nie będziecie bezpieczni na ulicach” – mówi.

Ciało ludzkie jest w stanie wiele wytrzymać. Z jednej strony są chwile, gdy w czasie zagrożenia człowiek czuje się jak worek wypełniony wodą, z drugiej strony to ciało potrafi bardzo dużo wytrzymać i wcale nie jest tak łatwo człowieka unicestwić. Ale tylko wtedy, gdy ma wolę życia, jego psychika jest silna i nastawiona na przeżycie. Gdy psychika pęka, oznacza to koniec i ciała, i człowieka. Nie ma już znaczenia, czy żyje. I tak jest już unicestwiony.

Wojna trawi ciało i umysł niczym rak. Jakiś czas umysł sobie radzi, ale im dłużej to trwa i pojawia się beznadzieja, coraz trudniej się bronić, aż w końcu psychika się poddaje. Okrucieństwo konfliktu można by mierzyć skalą szaleństwa. W Mogadiszu ta skala jest wysoka.

Ale, jak często w życiu bywa, są ludzie, którzy mimo przeciwności losu się nie poddają. Wbrew losowi, beznadziejność ich nie osłabia tylko działa jak motor napędowy. Takim człowiekiem jest doktor Habeb, który postanowił walczyć o te złamane umysły i prowadzi swój publiczny szpital dla psychicznie chorych. Trudno nawet opisać jego rzeczywistość. Od lat prowadzi szpital, próbuje zbierać fundusze na jego prowadzenie, a także jest jego jedynym lekarzem. Jest bardzo energiczny i zaangażowany. Widać po nim ciężar ciągłych starań o utrzymanie tego miejsca i znalezienie funduszy na opiekę nad pensjonariuszami. Czasem ma się wrażenie, że mógłby być pacjentem swojego szpitala albo niedługo może się nim stać.

Brak edukacji jest problemem w Somalii w konfrontacji z chorobą psychiczną. Somalijczycy często nie wiedzą, jak zareagować na zmiany zachowań swoich krewnych. Zaczyna się od wstydu i ukrywania w domy problemu jakim jest chory, ale gdy pojawia się agresja i człowiek staje się niebezpieczny, rodziny po prostu przykuwają takich ludzi łańcuchem do drzewa, dla swojego i ich bezpieczeństwa. Zajęci codzienną walką o przetrwanie nie są w stanie upilnować chorych. Niektórzy z pacjentów szpitala doktora Habeba byli przykuci do drzewa, bądź ściany w domu, trzy, siedem, a nawet 10 lat.

To los tych przykutych ludzi stał się motorem napędowym działań doktora. Rozpoczął akcję „Chain free” i przemierzał ulice Mogadiszu, a potem również okolice miasta w poszukiwaniu przykutych. Twierdzi, że podczas tej akcji odnalazł i uwolnił prawie trzy tysiące ludzi.

W szpitalu jest ponad dwustu pacjentów, ale ciągle przybywa nowych. Personel szpitala właściwie pracuje ochotniczo, często są to członkowie rodzin pacjentów. Czasem dostają pensje, ale tylko w wypadkach, gdy Habebowi uda się zebrać większe fundusze ponad kwotę, której potrzebuje na opłacenie kosztów szpitala. Część jedzenia dla pensjonariuszy otrzymuje od WFP, podobnie jest z lekami. Pomagają także oenzetowskie organizacje, ale na resztę musi uzbierać. Część pieniędzy dostaje od bardziej zamożnych rodzin pacjentów albo od ich krewnych, żyjących na emigracji.

Co jakiś czas doktor Habeb występuje w radiu, gdzie porusza problemy swojego szpitala, prosi o wsparcie, aby móc prowadzić dalej swoją działalność, ale też nagłaśnia wiedzę o nim, aby ludzie, którzy mają przykutych bliskich w swoich domach, mogli się więcej dowiedzieć o szpitalu. I to działa. Pojawiają się ludzie z nowymi pacjentami i niektórzy nawet z miejsc oddalonych o kilka dni drogi. Prośby o wsparcie w biednym i nieświadomym problemu społeczeństwie nie mają już takiego przebicia, ale wystąpienia lekarza są sławne i ludzie z wesołością przekazują  sobie jego słowa jako anegdoty. Doktor czasem potrafi stracić cierpliwość i zacząć krzyczeć w radiu, że jeśli ludzie nie zaczną wspierać tego miejsca, to zamknie szpital, a na ulice wypuści ponad trzystu wariatów, którzy będą przemierzać miasto i napadać na domy i niszczyć samochody. “Nie będziecie bezpieczni na ulicach” – mówi.

Ciało ludzkie jest w stanie wiele wytrzymać. Z jednej strony są chwile, gdy w czasie zagrożenia człowiek czuje się jak worek wypełniony wodą, z drugiej strony to ciało potrafi bardzo dużo wytrzymać i wcale nie jest tak łatwo człowieka unicestwić. Ale tylko wtedy, gdy ma wolę życia, jego psychika jest silna i nastawiona na przeżycie. Gdy psychika pęka, oznacza to koniec i ciała, i człowieka. Nie ma już znaczenia, czy żyje. I tak jest już unicestwiony.

Wojna trawi ciało i umysł niczym rak. Jakiś czas umysł sobie radzi, ale im dłużej to trwa i pojawia się beznadzieja, coraz trudniej się bronić, aż w końcu psychika się poddaje. Okrucieństwo konfliktu można by mierzyć skalą szaleństwa. W Mogadiszu ta skala jest wysoka.

Ale, jak często w życiu bywa, są ludzie, którzy mimo przeciwności losu się nie poddają. Wbrew losowi, beznadziejność ich nie osłabia tylko działa jak motor napędowy. Takim człowiekiem jest doktor Habeb, który postanowił walczyć o te złamane umysły i prowadzi swój publiczny szpital dla psychicznie chorych. Trudno nawet opisać jego rzeczywistość. Od lat prowadzi szpital, próbuje zbierać fundusze na jego prowadzenie, a także jest jego jedynym lekarzem. Jest bardzo energiczny i zaangażowany. Widać po nim ciężar ciągłych starań o utrzymanie tego miejsca i znalezienie funduszy na opiekę nad pensjonariuszami. Czasem ma się wrażenie, że mógłby być pacjentem swojego szpitala albo niedługo może się nim stać.

Brak edukacji jest problemem w Somalii w konfrontacji z chorobą psychiczną. Somalijczycy często nie wiedzą, jak zareagować na zmiany zachowań swoich krewnych. Zaczyna się od wstydu i ukrywania w domy problemu jakim jest chory, ale gdy pojawia się agresja i człowiek staje się niebezpieczny, rodziny po prostu przykuwają takich ludzi łańcuchem do drzewa, dla swojego i ich bezpieczeństwa. Zajęci codzienną walką o przetrwanie nie są w stanie upilnować chorych. Niektórzy z pacjentów szpitala doktora Habeba byli przykuci do drzewa, bądź ściany w domu, trzy, siedem, a nawet 10 lat.

To los tych przykutych ludzi stał się motorem napędowym działań doktora. Rozpoczął akcję „Chain free” i przemierzał ulice Mogadiszu, a potem również okolice miasta w poszukiwaniu przykutych. Twierdzi, że podczas tej akcji odnalazł i uwolnił prawie trzy tysiące ludzi.

W szpitalu jest ponad dwustu pacjentów, ale ciągle przybywa nowych. Personel szpitala właściwie pracuje ochotniczo, często są to członkowie rodzin pacjentów. Czasem dostają pensje, ale tylko w wypadkach, gdy Habebowi uda się zebrać większe fundusze ponad kwotę, której potrzebuje na opłacenie kosztów szpitala. Część jedzenia dla pensjonariuszy otrzymuje od WFP, podobnie jest z lekami. Pomagają także oenzetowskie organizacje, ale na resztę musi uzbierać. Część pieniędzy dostaje od bardziej zamożnych rodzin pacjentów albo od ich krewnych, żyjących na emigracji.

Co jakiś czas doktor Habeb występuje w radiu, gdzie porusza problemy swojego szpitala, prosi o wsparcie, aby móc prowadzić dalej swoją działalność, ale też nagłaśnia wiedzę o nim, aby ludzie, którzy mają przykutych bliskich w swoich domach, mogli się więcej dowiedzieć o szpitalu. I to działa. Pojawiają się ludzie z nowymi pacjentami i niektórzy nawet z miejsc oddalonych o kilka dni drogi. Prośby o wsparcie w biednym i nieświadomym problemu społeczeństwie nie mają już takiego przebicia, ale wystąpienia lekarza są sławne i ludzie z wesołością przekazują  sobie jego słowa jako anegdoty. Doktor czasem potrafi stracić cierpliwość i zacząć krzyczeć w radiu, że jeśli ludzie nie zaczną wspierać tego miejsca, to zamknie szpital, a na ulice wypuści ponad trzystu wariatów, którzy będą przemierzać miasto i napadać na domy i niszczyć samochody. “Nie będziecie bezpieczni na ulicach” – mówi.

Ciało ludzkie jest w stanie wiele wytrzymać. Z jednej strony są chwile, gdy w czasie zagrożenia człowiek czuje się jak worek wypełniony wodą, z drugiej strony to ciało potrafi bardzo dużo wytrzymać i wcale nie jest tak łatwo człowieka unicestwić. Ale tylko wtedy, gdy ma wolę życia, jego psychika jest silna i nastawiona na przeżycie. Gdy psychika pęka, oznacza to koniec i ciała, i człowieka. Nie ma już znaczenia, czy żyje. I tak jest już unicestwiony.

Wojna trawi ciało i umysł niczym rak. Jakiś czas umysł sobie radzi, ale im dłużej to trwa i pojawia się beznadzieja, coraz trudniej się bronić, aż w końcu psychika się poddaje. Okrucieństwo konfliktu można by mierzyć skalą szaleństwa. W Mogadiszu ta skala jest wysoka.

Ale, jak często w życiu bywa, są ludzie, którzy mimo przeciwności losu się nie poddają. Wbrew losowi, beznadziejność ich nie osłabia tylko działa jak motor napędowy. Takim człowiekiem jest doktor Habeb, który postanowił walczyć o te złamane umysły i prowadzi swój publiczny szpital dla psychicznie chorych. Trudno nawet opisać jego rzeczywistość. Od lat prowadzi szpital, próbuje zbierać fundusze na jego prowadzenie, a także jest jego jedynym lekarzem. Jest bardzo energiczny i zaangażowany. Widać po nim ciężar ciągłych starań o utrzymanie tego miejsca i znalezienie funduszy na opiekę nad pensjonariuszami. Czasem ma się wrażenie, że mógłby być pacjentem swojego szpitala albo niedługo może się nim stać.

Brak edukacji jest problemem w Somalii w konfrontacji z chorobą psychiczną. Somalijczycy często nie wiedzą, jak zareagować na zmiany zachowań swoich krewnych. Zaczyna się od wstydu i ukrywania w domy problemu jakim jest chory, ale gdy pojawia się agresja i człowiek staje się niebezpieczny, rodziny po prostu przykuwają takich ludzi łańcuchem do drzewa, dla swojego i ich bezpieczeństwa. Zajęci codzienną walką o przetrwanie nie są w stanie upilnować chorych. Niektórzy z pacjentów szpitala doktora Habeba byli przykuci do drzewa, bądź ściany w domu, trzy, siedem, a nawet 10 lat.

To los tych przykutych ludzi stał się motorem napędowym działań doktora. Rozpoczął akcję „Chain free” i przemierzał ulice Mogadiszu, a potem również okolice miasta w poszukiwaniu przykutych. Twierdzi, że podczas tej akcji odnalazł i uwolnił prawie trzy tysiące ludzi.

W szpitalu jest ponad dwustu pacjentów, ale ciągle przybywa nowych. Personel szpitala właściwie pracuje ochotniczo, często są to członkowie rodzin pacjentów. Czasem dostają pensje, ale tylko w wypadkach, gdy Habebowi uda się zebrać większe fundusze ponad kwotę, której potrzebuje na opłacenie kosztów szpitala. Część jedzenia dla pensjonariuszy otrzymuje od WFP, podobnie jest z lekami. Pomagają także oenzetowskie organizacje, ale na resztę musi uzbierać. Część pieniędzy dostaje od bardziej zamożnych rodzin pacjentów albo od ich krewnych, żyjących na emigracji.

Co jakiś czas doktor Habeb występuje w radiu, gdzie porusza problemy swojego szpitala, prosi o wsparcie, aby móc prowadzić dalej swoją działalność, ale też nagłaśnia wiedzę o nim, aby ludzie, którzy mają przykutych bliskich w swoich domach, mogli się więcej dowiedzieć o szpitalu. I to działa. Pojawiają się ludzie z nowymi pacjentami i niektórzy nawet z miejsc oddalonych o kilka dni drogi. Prośby o wsparcie w biednym i nieświadomym problemu społeczeństwie nie mają już takiego przebicia, ale wystąpienia lekarza są sławne i ludzie z wesołością przekazują  sobie jego słowa jako anegdoty. Doktor czasem potrafi stracić cierpliwość i zacząć krzyczeć w radiu, że jeśli ludzie nie zaczną wspierać tego miejsca, to zamknie szpital, a na ulice wypuści ponad trzystu wariatów, którzy będą przemierzać miasto i napadać na domy i niszczyć samochody. “Nie będziecie bezpieczni na ulicach” – mówi.

Ciało ludzkie jest w stanie wiele wytrzymać. Z jednej strony są chwile, gdy w czasie zagrożenia człowiek czuje się jak worek wypełniony wodą, z drugiej strony to ciało potrafi bardzo dużo wytrzymać i wcale nie jest tak łatwo człowieka unicestwić. Ale tylko wtedy, gdy ma wolę życia, jego psychika jest silna i nastawiona na przeżycie. Gdy psychika pęka, oznacza to koniec i ciała, i człowieka. Nie ma już znaczenia, czy żyje. I tak jest już unicestwiony.

Wojna trawi ciało i umysł niczym rak. Jakiś czas umysł sobie radzi, ale im dłużej to trwa i pojawia się beznadzieja, coraz trudniej się bronić, aż w końcu psychika się poddaje. Okrucieństwo konfliktu można by mierzyć skalą szaleństwa. W Mogadiszu ta skala jest wysoka.

Ale, jak często w życiu bywa, są ludzie, którzy mimo przeciwności losu się nie poddają. Wbrew losowi, beznadziejność ich nie osłabia tylko działa jak motor napędowy. Takim człowiekiem jest doktor Habeb, który postanowił walczyć o te złamane umysły i prowadzi swój publiczny szpital dla psychicznie chorych. Trudno nawet opisać jego rzeczywistość. Od lat prowadzi szpital, próbuje zbierać fundusze na jego prowadzenie, a także jest jego jedynym lekarzem. Jest bardzo energiczny i zaangażowany. Widać po nim ciężar ciągłych starań o utrzymanie tego miejsca i znalezienie funduszy na opiekę nad pensjonariuszami. Czasem ma się wrażenie, że mógłby być pacjentem swojego szpitala albo niedługo może się nim stać.

Brak edukacji jest problemem w Somalii w konfrontacji z chorobą psychiczną. Somalijczycy często nie wiedzą, jak zareagować na zmiany zachowań swoich krewnych. Zaczyna się od wstydu i ukrywania w domy problemu jakim jest chory, ale gdy pojawia się agresja i człowiek staje się niebezpieczny, rodziny po prostu przykuwają takich ludzi łańcuchem do drzewa, dla swojego i ich bezpieczeństwa. Zajęci codzienną walką o przetrwanie nie są w stanie upilnować chorych. Niektórzy z pacjentów szpitala doktora Habeba byli przykuci do drzewa, bądź ściany w domu, trzy, siedem, a nawet 10 lat.

To los tych przykutych ludzi stał się motorem napędowym działań doktora. Rozpoczął akcję „Chain free” i przemierzał ulice Mogadiszu, a potem również okolice miasta w poszukiwaniu przykutych. Twierdzi, że podczas tej akcji odnalazł i uwolnił prawie trzy tysiące ludzi.

W szpitalu jest ponad dwustu pacjentów, ale ciągle przybywa nowych. Personel szpitala właściwie pracuje ochotniczo, często są to członkowie rodzin pacjentów. Czasem dostają pensje, ale tylko w wypadkach, gdy Habebowi uda się zebrać większe fundusze ponad kwotę, której potrzebuje na opłacenie kosztów szpitala. Część jedzenia dla pensjonariuszy otrzymuje od WFP, podobnie jest z lekami. Pomagają także oenzetowskie organizacje, ale na resztę musi uzbierać. Część pieniędzy dostaje od bardziej zamożnych rodzin pacjentów albo od ich krewnych, żyjących na emigracji.

Co jakiś czas doktor Habeb występuje w radiu, gdzie porusza problemy swojego szpitala, prosi o wsparcie, aby móc prowadzić dalej swoją działalność, ale też nagłaśnia wiedzę o nim, aby ludzie, którzy mają przykutych bliskich w swoich domach, mogli się więcej dowiedzieć o szpitalu. I to działa. Pojawiają się ludzie z nowymi pacjentami i niektórzy nawet z miejsc oddalonych o kilka dni drogi. Prośby o wsparcie w biednym i nieświadomym problemu społeczeństwie nie mają już takiego przebicia, ale wystąpienia lekarza są sławne i ludzie z wesołością przekazują  sobie jego słowa jako anegdoty. Doktor czasem potrafi stracić cierpliwość i zacząć krzyczeć w radiu, że jeśli ludzie nie zaczną wspierać tego miejsca, to zamknie szpital, a na ulice wypuści ponad trzystu wariatów, którzy będą przemierzać miasto i napadać na domy i niszczyć samochody. “Nie będziecie bezpieczni na ulicach” – mówi.

Ciało ludzkie jest w stanie wiele wytrzymać. Z jednej strony są chwile, gdy w czasie zagrożenia człowiek czuje się jak worek wypełniony wodą, z drugiej strony to ciało potrafi bardzo dużo wytrzymać i wcale nie jest tak łatwo człowieka unicestwić. Ale tylko wtedy, gdy ma wolę życia, jego psychika jest silna i nastawiona na przeżycie. Gdy psychika pęka, oznacza to koniec i ciała, i człowieka. Nie ma już znaczenia, czy żyje. I tak jest już unicestwiony.

Wojna trawi ciało i umysł niczym rak. Jakiś czas umysł sobie radzi, ale im dłużej to trwa i pojawia się beznadzieja, coraz trudniej się bronić, aż w końcu psychika się poddaje. Okrucieństwo konfliktu można by mierzyć skalą szaleństwa. W Mogadiszu ta skala jest wysoka.

Ale, jak często w życiu bywa, są ludzie, którzy mimo przeciwności losu się nie poddają. Wbrew losowi, beznadziejność ich nie osłabia tylko działa jak motor napędowy. Takim człowiekiem jest doktor Habeb, który postanowił walczyć o te złamane umysły i prowadzi swój publiczny szpital dla psychicznie chorych. Trudno nawet opisać jego rzeczywistość. Od lat prowadzi szpital, próbuje zbierać fundusze na jego prowadzenie, a także jest jego jedynym lekarzem. Jest bardzo energiczny i zaangażowany. Widać po nim ciężar ciągłych starań o utrzymanie tego miejsca i znalezienie funduszy na opiekę nad pensjonariuszami. Czasem ma się wrażenie, że mógłby być pacjentem swojego szpitala albo niedługo może się nim stać.

Brak edukacji jest problemem w Somalii w konfrontacji z chorobą psychiczną. Somalijczycy często nie wiedzą, jak zareagować na zmiany zachowań swoich krewnych. Zaczyna się od wstydu i ukrywania w domy problemu jakim jest chory, ale gdy pojawia się agresja i człowiek staje się niebezpieczny, rodziny po prostu przykuwają takich ludzi łańcuchem do drzewa, dla swojego i ich bezpieczeństwa. Zajęci codzienną walką o przetrwanie nie są w stanie upilnować chorych. Niektórzy z pacjentów szpitala doktora Habeba byli przykuci do drzewa, bądź ściany w domu, trzy, siedem, a nawet 10 lat.

To los tych przykutych ludzi stał się motorem napędowym działań doktora. Rozpoczął akcję „Chain free” i przemierzał ulice Mogadiszu, a potem również okolice miasta w poszukiwaniu przykutych. Twierdzi, że podczas tej akcji odnalazł i uwolnił prawie trzy tysiące ludzi.

W szpitalu jest ponad dwustu pacjentów, ale ciągle przybywa nowych. Personel szpitala właściwie pracuje ochotniczo, często są to członkowie rodzin pacjentów. Czasem dostają pensje, ale tylko w wypadkach, gdy Habebowi uda się zebrać większe fundusze ponad kwotę, której potrzebuje na opłacenie kosztów szpitala. Część jedzenia dla pensjonariuszy otrzymuje od WFP, podobnie jest z lekami. Pomagają także oenzetowskie organizacje, ale na resztę musi uzbierać. Część pieniędzy dostaje od bardziej zamożnych rodzin pacjentów albo od ich krewnych, żyjących na emigracji.

Co jakiś czas doktor Habeb występuje w radiu, gdzie porusza problemy swojego szpitala, prosi o wsparcie, aby móc prowadzić dalej swoją działalność, ale też nagłaśnia wiedzę o nim, aby ludzie, którzy mają przykutych bliskich w swoich domach, mogli się więcej dowiedzieć o szpitalu. I to działa. Pojawiają się ludzie z nowymi pacjentami i niektórzy nawet z miejsc oddalonych o kilka dni drogi. Prośby o wsparcie w biednym i nieświadomym problemu społeczeństwie nie mają już takiego przebicia, ale wystąpienia lekarza są sławne i ludzie z wesołością przekazują  sobie jego słowa jako anegdoty. Doktor czasem potrafi stracić cierpliwość i zacząć krzyczeć w radiu, że jeśli ludzie nie zaczną wspierać tego miejsca, to zamknie szpital, a na ulice wypuści ponad trzystu wariatów, którzy będą przemierzać miasto i napadać na domy i niszczyć samochody. “Nie będziecie bezpieczni na ulicach” – mówi.

Ciało ludzkie jest w stanie wiele wytrzymać. Z jednej strony są chwile, gdy w czasie zagrożenia człowiek czuje się jak worek wypełniony wodą, z drugiej strony to ciało potrafi bardzo dużo wytrzymać i wcale nie jest tak łatwo człowieka unicestwić. Ale tylko wtedy, gdy ma wolę życia, jego psychika jest silna i nastawiona na przeżycie. Gdy psychika pęka, oznacza to koniec i ciała, i człowieka. Nie ma już znaczenia, czy żyje. I tak jest już unicestwiony.

Wojna trawi ciało i umysł niczym rak. Jakiś czas umysł sobie radzi, ale im dłużej to trwa i pojawia się beznadzieja, coraz trudniej się bronić, aż w końcu psychika się poddaje. Okrucieństwo konfliktu można by mierzyć skalą szaleństwa. W Mogadiszu ta skala jest wysoka.

Ale, jak często w życiu bywa, są ludzie, którzy mimo przeciwności losu się nie poddają. Wbrew losowi, beznadziejność ich nie osłabia tylko działa jak motor napędowy. Takim człowiekiem jest doktor Habeb, który postanowił walczyć o te złamane umysły i prowadzi swój publiczny szpital dla psychicznie chorych. Trudno nawet opisać jego rzeczywistość. Od lat prowadzi szpital, próbuje zbierać fundusze na jego prowadzenie, a także jest jego jedynym lekarzem. Jest bardzo energiczny i zaangażowany. Widać po nim ciężar ciągłych starań o utrzymanie tego miejsca i znalezienie funduszy na opiekę nad pensjonariuszami. Czasem ma się wrażenie, że mógłby być pacjentem swojego szpitala albo niedługo może się nim stać.

Brak edukacji jest problemem w Somalii w konfrontacji z chorobą psychiczną. Somalijczycy często nie wiedzą, jak zareagować na zmiany zachowań swoich krewnych. Zaczyna się od wstydu i ukrywania w domy problemu jakim jest chory, ale gdy pojawia się agresja i człowiek staje się niebezpieczny, rodziny po prostu przykuwają takich ludzi łańcuchem do drzewa, dla swojego i ich bezpieczeństwa. Zajęci codzienną walką o przetrwanie nie są w stanie upilnować chorych. Niektórzy z pacjentów szpitala doktora Habeba byli przykuci do drzewa, bądź ściany w domu, trzy, siedem, a nawet 10 lat.

To los tych przykutych ludzi stał się motorem napędowym działań doktora. Rozpoczął akcję „Chain free” i przemierzał ulice Mogadiszu, a potem również okolice miasta w poszukiwaniu przykutych. Twierdzi, że podczas tej akcji odnalazł i uwolnił prawie trzy tysiące ludzi.

W szpitalu jest ponad dwustu pacjentów, ale ciągle przybywa nowych. Personel szpitala właściwie pracuje ochotniczo, często są to członkowie rodzin pacjentów. Czasem dostają pensje, ale tylko w wypadkach, gdy Habebowi uda się zebrać większe fundusze ponad kwotę, której potrzebuje na opłacenie kosztów szpitala. Część jedzenia dla pensjonariuszy otrzymuje od WFP, podobnie jest z lekami. Pomagają także oenzetowskie organizacje, ale na resztę musi uzbierać. Część pieniędzy dostaje od bardziej zamożnych rodzin pacjentów albo od ich krewnych, żyjących na emigracji.

Co jakiś czas doktor Habeb występuje w radiu, gdzie porusza problemy swojego szpitala, prosi o wsparcie, aby móc prowadzić dalej swoją działalność, ale też nagłaśnia wiedzę o nim, aby ludzie, którzy mają przykutych bliskich w swoich domach, mogli się więcej dowiedzieć o szpitalu. I to działa. Pojawiają się ludzie z nowymi pacjentami i niektórzy nawet z miejsc oddalonych o kilka dni drogi. Prośby o wsparcie w biednym i nieświadomym problemu społeczeństwie nie mają już takiego przebicia, ale wystąpienia lekarza są sławne i ludzie z wesołością przekazują  sobie jego słowa jako anegdoty. Doktor czasem potrafi stracić cierpliwość i zacząć krzyczeć w radiu, że jeśli ludzie nie zaczną wspierać tego miejsca, to zamknie szpital, a na ulice wypuści ponad trzystu wariatów, którzy będą przemierzać miasto i napadać na domy i niszczyć samochody. “Nie będziecie bezpieczni na ulicach” – mówi.

Ciało ludzkie jest w stanie wiele wytrzymać. Z jednej strony są chwile, gdy w czasie zagrożenia człowiek czuje się jak worek wypełniony wodą, z drugiej strony to ciało potrafi bardzo dużo wytrzymać i wcale nie jest tak łatwo człowieka unicestwić. Ale tylko wtedy, gdy ma wolę życia, jego psychika jest silna i nastawiona na przeżycie. Gdy psychika pęka, oznacza to koniec i ciała, i człowieka. Nie ma już znaczenia, czy żyje. I tak jest już unicestwiony.

Wojna trawi ciało i umysł niczym rak. Jakiś czas umysł sobie radzi, ale im dłużej to trwa i pojawia się beznadzieja, coraz trudniej się bronić, aż w końcu psychika się poddaje. Okrucieństwo konfliktu można by mierzyć skalą szaleństwa. W Mogadiszu ta skala jest wysoka.

Ale, jak często w życiu bywa, są ludzie, którzy mimo przeciwności losu się nie poddają. Wbrew losowi, beznadziejność ich nie osłabia tylko działa jak motor napędowy. Takim człowiekiem jest doktor Habeb, który postanowił walczyć o te złamane umysły i prowadzi swój publiczny szpital dla psychicznie chorych. Trudno nawet opisać jego rzeczywistość. Od lat prowadzi szpital, próbuje zbierać fundusze na jego prowadzenie, a także jest jego jedynym lekarzem. Jest bardzo energiczny i zaangażowany. Widać po nim ciężar ciągłych starań o utrzymanie tego miejsca i znalezienie funduszy na opiekę nad pensjonariuszami. Czasem ma się wrażenie, że mógłby być pacjentem swojego szpitala albo niedługo może się nim stać.

Brak edukacji jest problemem w Somalii w konfrontacji z chorobą psychiczną. Somalijczycy często nie wiedzą, jak zareagować na zmiany zachowań swoich krewnych. Zaczyna się od wstydu i ukrywania w domy problemu jakim jest chory, ale gdy pojawia się agresja i człowiek staje się niebezpieczny, rodziny po prostu przykuwają takich ludzi łańcuchem do drzewa, dla swojego i ich bezpieczeństwa. Zajęci codzienną walką o przetrwanie nie są w stanie upilnować chorych. Niektórzy z pacjentów szpitala doktora Habeba byli przykuci do drzewa, bądź ściany w domu, trzy, siedem, a nawet 10 lat.

To los tych przykutych ludzi stał się motorem napędowym działań doktora. Rozpoczął akcję „Chain free” i przemierzał ulice Mogadiszu, a potem również okolice miasta w poszukiwaniu przykutych. Twierdzi, że podczas tej akcji odnalazł i uwolnił prawie trzy tysiące ludzi.

W szpitalu jest ponad dwustu pacjentów, ale ciągle przybywa nowych. Personel szpitala właściwie pracuje ochotniczo, często są to członkowie rodzin pacjentów. Czasem dostają pensje, ale tylko w wypadkach, gdy Habebowi uda się zebrać większe fundusze ponad kwotę, której potrzebuje na opłacenie kosztów szpitala. Część jedzenia dla pensjonariuszy otrzymuje od WFP, podobnie jest z lekami. Pomagają także oenzetowskie organizacje, ale na resztę musi uzbierać. Część pieniędzy dostaje od bardziej zamożnych rodzin pacjentów albo od ich krewnych, żyjących na emigracji.

Co jakiś czas doktor Habeb występuje w radiu, gdzie porusza problemy swojego szpitala, prosi o wsparcie, aby móc prowadzić dalej swoją działalność, ale też nagłaśnia wiedzę o nim, aby ludzie, którzy mają przykutych bliskich w swoich domach, mogli się więcej dowiedzieć o szpitalu. I to działa. Pojawiają się ludzie z nowymi pacjentami i niektórzy nawet z miejsc oddalonych o kilka dni drogi. Prośby o wsparcie w biednym i nieświadomym problemu społeczeństwie nie mają już takiego przebicia, ale wystąpienia lekarza są sławne i ludzie z wesołością przekazują  sobie jego słowa jako anegdoty. Doktor czasem potrafi stracić cierpliwość i zacząć krzyczeć w radiu, że jeśli ludzie nie zaczną wspierać tego miejsca, to zamknie szpital, a na ulice wypuści ponad trzystu wariatów, którzy będą przemierzać miasto i napadać na domy i niszczyć samochody. “Nie będziecie bezpieczni na ulicach” – mówi.

Ciało ludzkie jest w stanie wiele wytrzymać. Z jednej strony są chwile, gdy w czasie zagrożenia człowiek czuje się jak worek wypełniony wodą, z drugiej strony to ciało potrafi bardzo dużo wytrzymać i wcale nie jest tak łatwo człowieka unicestwić. Ale tylko wtedy, gdy ma wolę życia, jego psychika jest silna i nastawiona na przeżycie. Gdy psychika pęka, oznacza to koniec i ciała, i człowieka. Nie ma już znaczenia, czy żyje. I tak jest już unicestwiony.

Wojna trawi ciało i umysł niczym rak. Jakiś czas umysł sobie radzi, ale im dłużej to trwa i pojawia się beznadzieja, coraz trudniej się bronić, aż w końcu psychika się poddaje. Okrucieństwo konfliktu można by mierzyć skalą szaleństwa. W Mogadiszu ta skala jest wysoka.

Ale, jak często w życiu bywa, są ludzie, którzy mimo przeciwności losu się nie poddają. Wbrew losowi, beznadziejność ich nie osłabia tylko działa jak motor napędowy. Takim człowiekiem jest doktor Habeb, który postanowił walczyć o te złamane umysły i prowadzi swój publiczny szpital dla psychicznie chorych. Trudno nawet opisać jego rzeczywistość. Od lat prowadzi szpital, próbuje zbierać fundusze na jego prowadzenie, a także jest jego jedynym lekarzem. Jest bardzo energiczny i zaangażowany. Widać po nim ciężar ciągłych starań o utrzymanie tego miejsca i znalezienie funduszy na opiekę nad pensjonariuszami. Czasem ma się wrażenie, że mógłby być pacjentem swojego szpitala albo niedługo może się nim stać.

Brak edukacji jest problemem w Somalii w konfrontacji z chorobą psychiczną. Somalijczycy często nie wiedzą, jak zareagować na zmiany zachowań swoich krewnych. Zaczyna się od wstydu i ukrywania w domy problemu jakim jest chory, ale gdy pojawia się agresja i człowiek staje się niebezpieczny, rodziny po prostu przykuwają takich ludzi łańcuchem do drzewa, dla swojego i ich bezpieczeństwa. Zajęci codzienną walką o przetrwanie nie są w stanie upilnować chorych. Niektórzy z pacjentów szpitala doktora Habeba byli przykuci do drzewa, bądź ściany w domu, trzy, siedem, a nawet 10 lat.

To los tych przykutych ludzi stał się motorem napędowym działań doktora. Rozpoczął akcję „Chain free” i przemierzał ulice Mogadiszu, a potem również okolice miasta w poszukiwaniu przykutych. Twierdzi, że podczas tej akcji odnalazł i uwolnił prawie trzy tysiące ludzi.

W szpitalu jest ponad dwustu pacjentów, ale ciągle przybywa nowych. Personel szpitala właściwie pracuje ochotniczo, często są to członkowie rodzin pacjentów. Czasem dostają pensje, ale tylko w wypadkach, gdy Habebowi uda się zebrać większe fundusze ponad kwotę, której potrzebuje na opłacenie kosztów szpitala. Część jedzenia dla pensjonariuszy otrzymuje od WFP, podobnie jest z lekami. Pomagają także oenzetowskie organizacje, ale na resztę musi uzbierać. Część pieniędzy dostaje od bardziej zamożnych rodzin pacjentów albo od ich krewnych, żyjących na emigracji.

Co jakiś czas doktor Habeb występuje w radiu, gdzie porusza problemy swojego szpitala, prosi o wsparcie, aby móc prowadzić dalej swoją działalność, ale też nagłaśnia wiedzę o nim, aby ludzie, którzy mają przykutych bliskich w swoich domach, mogli się więcej dowiedzieć o szpitalu. I to działa. Pojawiają się ludzie z nowymi pacjentami i niektórzy nawet z miejsc oddalonych o kilka dni drogi. Prośby o wsparcie w biednym i nieświadomym problemu społeczeństwie nie mają już takiego przebicia, ale wystąpienia lekarza są sławne i ludzie z wesołością przekazują  sobie jego słowa jako anegdoty. Doktor czasem potrafi stracić cierpliwość i zacząć krzyczeć w radiu, że jeśli ludzie nie zaczną wspierać tego miejsca, to zamknie szpital, a na ulice wypuści ponad trzystu wariatów, którzy będą przemierzać miasto i napadać na domy i niszczyć samochody. “Nie będziecie bezpieczni na ulicach” – mówi.

Ciało ludzkie jest w stanie wiele wytrzymać. Z jednej strony są chwile, gdy w czasie zagrożenia człowiek czuje się jak worek wypełniony wodą, z drugiej strony to ciało potrafi bardzo dużo wytrzymać i wcale nie jest tak łatwo człowieka unicestwić. Ale tylko wtedy, gdy ma wolę życia, jego psychika jest silna i nastawiona na przeżycie. Gdy psychika pęka, oznacza to koniec i ciała, i człowieka. Nie ma już znaczenia, czy żyje. I tak jest już unicestwiony.

Wojna trawi ciało i umysł niczym rak. Jakiś czas umysł sobie radzi, ale im dłużej to trwa i pojawia się beznadzieja, coraz trudniej się bronić, aż w końcu psychika się poddaje. Okrucieństwo konfliktu można by mierzyć skalą szaleństwa. W Mogadiszu ta skala jest wysoka.

Ale, jak często w życiu bywa, są ludzie, którzy mimo przeciwności losu się nie poddają. Wbrew losowi, beznadziejność ich nie osłabia tylko działa jak motor napędowy. Takim człowiekiem jest doktor Habeb, który postanowił walczyć o te złamane umysły i prowadzi swój publiczny szpital dla psychicznie chorych. Trudno nawet opisać jego rzeczywistość. Od lat prowadzi szpital, próbuje zbierać fundusze na jego prowadzenie, a także jest jego jedynym lekarzem. Jest bardzo energiczny i zaangażowany. Widać po nim ciężar ciągłych starań o utrzymanie tego miejsca i znalezienie funduszy na opiekę nad pensjonariuszami. Czasem ma się wrażenie, że mógłby być pacjentem swojego szpitala albo niedługo może się nim stać.

Brak edukacji jest problemem w Somalii w konfrontacji z chorobą psychiczną. Somalijczycy często nie wiedzą, jak zareagować na zmiany zachowań swoich krewnych. Zaczyna się od wstydu i ukrywania w domy problemu jakim jest chory, ale gdy pojawia się agresja i człowiek staje się niebezpieczny, rodziny po prostu przykuwają takich ludzi łańcuchem do drzewa, dla swojego i ich bezpieczeństwa. Zajęci codzienną walką o przetrwanie nie są w stanie upilnować chorych. Niektórzy z pacjentów szpitala doktora Habeba byli przykuci do drzewa, bądź ściany w domu, trzy, siedem, a nawet 10 lat.

To los tych przykutych ludzi stał się motorem napędowym działań doktora. Rozpoczął akcję „Chain free” i przemierzał ulice Mogadiszu, a potem również okolice miasta w poszukiwaniu przykutych. Twierdzi, że podczas tej akcji odnalazł i uwolnił prawie trzy tysiące ludzi.

W szpitalu jest ponad dwustu pacjentów, ale ciągle przybywa nowych. Personel szpitala właściwie pracuje ochotniczo, często są to członkowie rodzin pacjentów. Czasem dostają pensje, ale tylko w wypadkach, gdy Habebowi uda się zebrać większe fundusze ponad kwotę, której potrzebuje na opłacenie kosztów szpitala. Część jedzenia dla pensjonariuszy otrzymuje od WFP, podobnie jest z lekami. Pomagają także oenzetowskie organizacje, ale na resztę musi uzbierać. Część pieniędzy dostaje od bardziej zamożnych rodzin pacjentów albo od ich krewnych, żyjących na emigracji.

Co jakiś czas doktor Habeb występuje w radiu, gdzie porusza problemy swojego szpitala, prosi o wsparcie, aby móc prowadzić dalej swoją działalność, ale też nagłaśnia wiedzę o nim, aby ludzie, którzy mają przykutych bliskich w swoich domach, mogli się więcej dowiedzieć o szpitalu. I to działa. Pojawiają się ludzie z nowymi pacjentami i niektórzy nawet z miejsc oddalonych o kilka dni drogi. Prośby o wsparcie w biednym i nieświadomym problemu społeczeństwie nie mają już takiego przebicia, ale wystąpienia lekarza są sławne i ludzie z wesołością przekazują  sobie jego słowa jako anegdoty. Doktor czasem potrafi stracić cierpliwość i zacząć krzyczeć w radiu, że jeśli ludzie nie zaczną wspierać tego miejsca, to zamknie szpital, a na ulice wypuści ponad trzystu wariatów, którzy będą przemierzać miasto i napadać na domy i niszczyć samochody. “Nie będziecie bezpieczni na ulicach” – mówi.

Ciało ludzkie jest w stanie wiele wytrzymać. Z jednej strony są chwile, gdy w czasie zagrożenia człowiek czuje się jak worek wypełniony wodą, z drugiej strony to ciało potrafi bardzo dużo wytrzymać i wcale nie jest tak łatwo człowieka unicestwić. Ale tylko wtedy, gdy ma wolę życia, jego psychika jest silna i nastawiona na przeżycie. Gdy psychika pęka, oznacza to koniec i ciała, i człowieka. Nie ma już znaczenia, czy żyje. I tak jest już unicestwiony.

Wojna trawi ciało i umysł niczym rak. Jakiś czas umysł sobie radzi, ale im dłużej to trwa i pojawia się beznadzieja, coraz trudniej się bronić, aż w końcu psychika się poddaje. Okrucieństwo konfliktu można by mierzyć skalą szaleństwa. W Mogadiszu ta skala jest wysoka.

Ale, jak często w życiu bywa, są ludzie, którzy mimo przeciwności losu się nie poddają. Wbrew losowi, beznadziejność ich nie osłabia tylko działa jak motor napędowy. Takim człowiekiem jest doktor Habeb, który postanowił walczyć o te złamane umysły i prowadzi swój publiczny szpital dla psychicznie chorych. Trudno nawet opisać jego rzeczywistość. Od lat prowadzi szpital, próbuje zbierać fundusze na jego prowadzenie, a także jest jego jedynym lekarzem. Jest bardzo energiczny i zaangażowany. Widać po nim ciężar ciągłych starań o utrzymanie tego miejsca i znalezienie funduszy na opiekę nad pensjonariuszami. Czasem ma się wrażenie, że mógłby być pacjentem swojego szpitala albo niedługo może się nim stać.

Brak edukacji jest problemem w Somalii w konfrontacji z chorobą psychiczną. Somalijczycy często nie wiedzą, jak zareagować na zmiany zachowań swoich krewnych. Zaczyna się od wstydu i ukrywania w domy problemu jakim jest chory, ale gdy pojawia się agresja i człowiek staje się niebezpieczny, rodziny po prostu przykuwają takich ludzi łańcuchem do drzewa, dla swojego i ich bezpieczeństwa. Zajęci codzienną walką o przetrwanie nie są w stanie upilnować chorych. Niektórzy z pacjentów szpitala doktora Habeba byli przykuci do drzewa, bądź ściany w domu, trzy, siedem, a nawet 10 lat.

To los tych przykutych ludzi stał się motorem napędowym działań doktora. Rozpoczął akcję „Chain free” i przemierzał ulice Mogadiszu, a potem również okolice miasta w poszukiwaniu przykutych. Twierdzi, że podczas tej akcji odnalazł i uwolnił prawie trzy tysiące ludzi.

W szpitalu jest ponad dwustu pacjentów, ale ciągle przybywa nowych. Personel szpitala właściwie pracuje ochotniczo, często są to członkowie rodzin pacjentów. Czasem dostają pensje, ale tylko w wypadkach, gdy Habebowi uda się zebrać większe fundusze ponad kwotę, której potrzebuje na opłacenie kosztów szpitala. Część jedzenia dla pensjonariuszy otrzymuje od WFP, podobnie jest z lekami. Pomagają także oenzetowskie organizacje, ale na resztę musi uzbierać. Część pieniędzy dostaje od bardziej zamożnych rodzin pacjentów albo od ich krewnych, żyjących na emigracji.

Co jakiś czas doktor Habeb występuje w radiu, gdzie porusza problemy swojego szpitala, prosi o wsparcie, aby móc prowadzić dalej swoją działalność, ale też nagłaśnia wiedzę o nim, aby ludzie, którzy mają przykutych bliskich w swoich domach, mogli się więcej dowiedzieć o szpitalu. I to działa. Pojawiają się ludzie z nowymi pacjentami i niektórzy nawet z miejsc oddalonych o kilka dni drogi. Prośby o wsparcie w biednym i nieświadomym problemu społeczeństwie nie mają już takiego przebicia, ale wystąpienia lekarza są sławne i ludzie z wesołością przekazują  sobie jego słowa jako anegdoty. Doktor czasem potrafi stracić cierpliwość i zacząć krzyczeć w radiu, że jeśli ludzie nie zaczną wspierać tego miejsca, to zamknie szpital, a na ulice wypuści ponad trzystu wariatów, którzy będą przemierzać miasto i napadać na domy i niszczyć samochody. “Nie będziecie bezpieczni na ulicach” – mówi.

Ciało ludzkie jest w stanie wiele wytrzymać. Z jednej strony są chwile, gdy w czasie zagrożenia człowiek czuje się jak worek wypełniony wodą, z drugiej strony to ciało potrafi bardzo dużo wytrzymać i wcale nie jest tak łatwo człowieka unicestwić. Ale tylko wtedy, gdy ma wolę życia, jego psychika jest silna i nastawiona na przeżycie. Gdy psychika pęka, oznacza to koniec i ciała, i człowieka. Nie ma już znaczenia, czy żyje. I tak jest już unicestwiony.

Wojna trawi ciało i umysł niczym rak. Jakiś czas umysł sobie radzi, ale im dłużej to trwa i pojawia się beznadzieja, coraz trudniej się bronić, aż w końcu psychika się poddaje. Okrucieństwo konfliktu można by mierzyć skalą szaleństwa. W Mogadiszu ta skala jest wysoka.

Ale, jak często w życiu bywa, są ludzie, którzy mimo przeciwności losu się nie poddają. Wbrew losowi, beznadziejność ich nie osłabia tylko działa jak motor napędowy. Takim człowiekiem jest doktor Habeb, który postanowił walczyć o te złamane umysły i prowadzi swój publiczny szpital dla psychicznie chorych. Trudno nawet opisać jego rzeczywistość. Od lat prowadzi szpital, próbuje zbierać fundusze na jego prowadzenie, a także jest jego jedynym lekarzem. Jest bardzo energiczny i zaangażowany. Widać po nim ciężar ciągłych starań o utrzymanie tego miejsca i znalezienie funduszy na opiekę nad pensjonariuszami. Czasem ma się wrażenie, że mógłby być pacjentem swojego szpitala albo niedługo może się nim stać.

Brak edukacji jest problemem w Somalii w konfrontacji z chorobą psychiczną. Somalijczycy często nie wiedzą, jak zareagować na zmiany zachowań swoich krewnych. Zaczyna się od wstydu i ukrywania w domy problemu jakim jest chory, ale gdy pojawia się agresja i człowiek staje się niebezpieczny, rodziny po prostu przykuwają takich ludzi łańcuchem do drzewa, dla swojego i ich bezpieczeństwa. Zajęci codzienną walką o przetrwanie nie są w stanie upilnować chorych. Niektórzy z pacjentów szpitala doktora Habeba byli przykuci do drzewa, bądź ściany w domu, trzy, siedem, a nawet 10 lat.

To los tych przykutych ludzi stał się motorem napędowym działań doktora. Rozpoczął akcję „Chain free” i przemierzał ulice Mogadiszu, a potem również okolice miasta w poszukiwaniu przykutych. Twierdzi, że podczas tej akcji odnalazł i uwolnił prawie trzy tysiące ludzi.

W szpitalu jest ponad dwustu pacjentów, ale ciągle przybywa nowych. Personel szpitala właściwie pracuje ochotniczo, często są to członkowie rodzin pacjentów. Czasem dostają pensje, ale tylko w wypadkach, gdy Habebowi uda się zebrać większe fundusze ponad kwotę, której potrzebuje na opłacenie kosztów szpitala. Część jedzenia dla pensjonariuszy otrzymuje od WFP, podobnie jest z lekami. Pomagają także oenzetowskie organizacje, ale na resztę musi uzbierać. Część pieniędzy dostaje od bardziej zamożnych rodzin pacjentów albo od ich krewnych, żyjących na emigracji.

Co jakiś czas doktor Habeb występuje w radiu, gdzie porusza problemy swojego szpitala, prosi o wsparcie, aby móc prowadzić dalej swoją działalność, ale też nagłaśnia wiedzę o nim, aby ludzie, którzy mają przykutych bliskich w swoich domach, mogli się więcej dowiedzieć o szpitalu. I to działa. Pojawiają się ludzie z nowymi pacjentami i niektórzy nawet z miejsc oddalonych o kilka dni drogi. Prośby o wsparcie w biednym i nieświadomym problemu społeczeństwie nie mają już takiego przebicia, ale wystąpienia lekarza są sławne i ludzie z wesołością przekazują  sobie jego słowa jako anegdoty. Doktor czasem potrafi stracić cierpliwość i zacząć krzyczeć w radiu, że jeśli ludzie nie zaczną wspierać tego miejsca, to zamknie szpital, a na ulice wypuści ponad trzystu wariatów, którzy będą przemierzać miasto i napadać na domy i niszczyć samochody. “Nie będziecie bezpieczni na ulicach” – mówi.

Ciało ludzkie jest w stanie wiele wytrzymać. Z jednej strony są chwile, gdy w czasie zagrożenia człowiek czuje się jak worek wypełniony wodą, z drugiej strony to ciało potrafi bardzo dużo wytrzymać i wcale nie jest tak łatwo człowieka unicestwić. Ale tylko wtedy, gdy ma wolę życia, jego psychika jest silna i nastawiona na przeżycie. Gdy psychika pęka, oznacza to koniec i ciała, i człowieka. Nie ma już znaczenia, czy żyje. I tak jest już unicestwiony.

Wojna trawi ciało i umysł niczym rak. Jakiś czas umysł sobie radzi, ale im dłużej to trwa i pojawia się beznadzieja, coraz trudniej się bronić, aż w końcu psychika się poddaje. Okrucieństwo konfliktu można by mierzyć skalą szaleństwa. W Mogadiszu ta skala jest wysoka.

Ale, jak często w życiu bywa, są ludzie, którzy mimo przeciwności losu się nie poddają. Wbrew losowi, beznadziejność ich nie osłabia tylko działa jak motor napędowy. Takim człowiekiem jest doktor Habeb, który postanowił walczyć o te złamane umysły i prowadzi swój publiczny szpital dla psychicznie chorych. Trudno nawet opisać jego rzeczywistość. Od lat prowadzi szpital, próbuje zbierać fundusze na jego prowadzenie, a także jest jego jedynym lekarzem. Jest bardzo energiczny i zaangażowany. Widać po nim ciężar ciągłych starań o utrzymanie tego miejsca i znalezienie funduszy na opiekę nad pensjonariuszami. Czasem ma się wrażenie, że mógłby być pacjentem swojego szpitala albo niedługo może się nim stać.

Brak edukacji jest problemem w Somalii w konfrontacji z chorobą psychiczną. Somalijczycy często nie wiedzą, jak zareagować na zmiany zachowań swoich krewnych. Zaczyna się od wstydu i ukrywania w domy problemu jakim jest chory, ale gdy pojawia się agresja i człowiek staje się niebezpieczny, rodziny po prostu przykuwają takich ludzi łańcuchem do drzewa, dla swojego i ich bezpieczeństwa. Zajęci codzienną walką o przetrwanie nie są w stanie upilnować chorych. Niektórzy z pacjentów szpitala doktora Habeba byli przykuci do drzewa, bądź ściany w domu, trzy, siedem, a nawet 10 lat.

To los tych przykutych ludzi stał się motorem napędowym działań doktora. Rozpoczął akcję „Chain free” i przemierzał ulice Mogadiszu, a potem również okolice miasta w poszukiwaniu przykutych. Twierdzi, że podczas tej akcji odnalazł i uwolnił prawie trzy tysiące ludzi.

W szpitalu jest ponad dwustu pacjentów, ale ciągle przybywa nowych. Personel szpitala właściwie pracuje ochotniczo, często są to członkowie rodzin pacjentów. Czasem dostają pensje, ale tylko w wypadkach, gdy Habebowi uda się zebrać większe fundusze ponad kwotę, której potrzebuje na opłacenie kosztów szpitala. Część jedzenia dla pensjonariuszy otrzymuje od WFP, podobnie jest z lekami. Pomagają także oenzetowskie organizacje, ale na resztę musi uzbierać. Część pieniędzy dostaje od bardziej zamożnych rodzin pacjentów albo od ich krewnych, żyjących na emigracji.

Co jakiś czas doktor Habeb występuje w radiu, gdzie porusza problemy swojego szpitala, prosi o wsparcie, aby móc prowadzić dalej swoją działalność, ale też nagłaśnia wiedzę o nim, aby ludzie, którzy mają przykutych bliskich w swoich domach, mogli się więcej dowiedzieć o szpitalu. I to działa. Pojawiają się ludzie z nowymi pacjentami i niektórzy nawet z miejsc oddalonych o kilka dni drogi. Prośby o wsparcie w biednym i nieświadomym problemu społeczeństwie nie mają już takiego przebicia, ale wystąpienia lekarza są sławne i ludzie z wesołością przekazują  sobie jego słowa jako anegdoty. Doktor czasem potrafi stracić cierpliwość i zacząć krzyczeć w radiu, że jeśli ludzie nie zaczną wspierać tego miejsca, to zamknie szpital, a na ulice wypuści ponad trzystu wariatów, którzy będą przemierzać miasto i napadać na domy i niszczyć samochody. “Nie będziecie bezpieczni na ulicach” – mówi.

Ciało ludzkie jest w stanie wiele wytrzymać. Z jednej strony są chwile, gdy w czasie zagrożenia człowiek czuje się jak worek wypełniony wodą, z drugiej strony to ciało potrafi bardzo dużo wytrzymać i wcale nie jest tak łatwo człowieka unicestwić. Ale tylko wtedy, gdy ma wolę życia, jego psychika jest silna i nastawiona na przeżycie. Gdy psychika pęka, oznacza to koniec i ciała, i człowieka. Nie ma już znaczenia, czy żyje. I tak jest już unicestwiony.

Wojna trawi ciało i umysł niczym rak. Jakiś czas umysł sobie radzi, ale im dłużej to trwa i pojawia się beznadzieja, coraz trudniej się bronić, aż w końcu psychika się poddaje. Okrucieństwo konfliktu można by mierzyć skalą szaleństwa. W Mogadiszu ta skala jest wysoka.

Ale, jak często w życiu bywa, są ludzie, którzy mimo przeciwności losu się nie poddają. Wbrew losowi, beznadziejność ich nie osłabia tylko działa jak motor napędowy. Takim człowiekiem jest doktor Habeb, który postanowił walczyć o te złamane umysły i prowadzi swój publiczny szpital dla psychicznie chorych. Trudno nawet opisać jego rzeczywistość. Od lat prowadzi szpital, próbuje zbierać fundusze na jego prowadzenie, a także jest jego jedynym lekarzem. Jest bardzo energiczny i zaangażowany. Widać po nim ciężar ciągłych starań o utrzymanie tego miejsca i znalezienie funduszy na opiekę nad pensjonariuszami. Czasem ma się wrażenie, że mógłby być pacjentem swojego szpitala albo niedługo może się nim stać.

Brak edukacji jest problemem w Somalii w konfrontacji z chorobą psychiczną. Somalijczycy często nie wiedzą, jak zareagować na zmiany zachowań swoich krewnych. Zaczyna się od wstydu i ukrywania w domy problemu jakim jest chory, ale gdy pojawia się agresja i człowiek staje się niebezpieczny, rodziny po prostu przykuwają takich ludzi łańcuchem do drzewa, dla swojego i ich bezpieczeństwa. Zajęci codzienną walką o przetrwanie nie są w stanie upilnować chorych. Niektórzy z pacjentów szpitala doktora Habeba byli przykuci do drzewa, bądź ściany w domu, trzy, siedem, a nawet 10 lat.

To los tych przykutych ludzi stał się motorem napędowym działań doktora. Rozpoczął akcję „Chain free” i przemierzał ulice Mogadiszu, a potem również okolice miasta w poszukiwaniu przykutych. Twierdzi, że podczas tej akcji odnalazł i uwolnił prawie trzy tysiące ludzi.

W szpitalu jest ponad dwustu pacjentów, ale ciągle przybywa nowych. Personel szpitala właściwie pracuje ochotniczo, często są to członkowie rodzin pacjentów. Czasem dostają pensje, ale tylko w wypadkach, gdy Habebowi uda się zebrać większe fundusze ponad kwotę, której potrzebuje na opłacenie kosztów szpitala. Część jedzenia dla pensjonariuszy otrzymuje od WFP, podobnie jest z lekami. Pomagają także oenzetowskie organizacje, ale na resztę musi uzbierać. Część pieniędzy dostaje od bardziej zamożnych rodzin pacjentów albo od ich krewnych, żyjących na emigracji.

Co jakiś czas doktor Habeb występuje w radiu, gdzie porusza problemy swojego szpitala, prosi o wsparcie, aby móc prowadzić dalej swoją działalność, ale też nagłaśnia wiedzę o nim, aby ludzie, którzy mają przykutych bliskich w swoich domach, mogli się więcej dowiedzieć o szpitalu. I to działa. Pojawiają się ludzie z nowymi pacjentami i niektórzy nawet z miejsc oddalonych o kilka dni drogi. Prośby o wsparcie w biednym i nieświadomym problemu społeczeństwie nie mają już takiego przebicia, ale wystąpienia lekarza są sławne i ludzie z wesołością przekazują  sobie jego słowa jako anegdoty. Doktor czasem potrafi stracić cierpliwość i zacząć krzyczeć w radiu, że jeśli ludzie nie zaczną wspierać tego miejsca, to zamknie szpital, a na ulice wypuści ponad trzystu wariatów, którzy będą przemierzać miasto i napadać na domy i niszczyć samochody. “Nie będziecie bezpieczni na ulicach” – mówi.

Zdjęcia oraz komentarz: Marcin Suder
***
Projekt graficzny: Arkadiusz Sołdon
Kodowanie: Piotr Kliks
Obróbka audio: Marcin Hinz

Ten materiał jak wszystkie nasze treści jest darmowy, dzięki dobrowolnym wpłatom od Was.

Dobre dziennikarstwo powinno być dostępne dla wszystkich bez wyjątku – potrzebujemy Twojego wsparcia, by dalej działać.

Zobacz pozostałe historie
Wybierz historię
Miasto Dzieci ulicy Przyszłość Banadir Weterani Chaos
1 /
Obróć telefon - opowieść przygotowana w wersji panoramicznej.

Materiał zawiera drastyczne sceny.