pl   -   en

Ludzie chcą czytać o innych ludziach

Dziennikarstwo ekologiczne zawodzi, gdy zapominamy o innych ludziach.


Artykuł autorstwa Sipho Kingsa został opublikowany w serwisie Nieman Reports.


To dziwne – przecież sami nimi jesteśmy. Każdy wokół nas jest osobą, bez względu na to, jak denerwujące mogą być jego nawyki. Plotki i ludzka ciekawość dowodzą, że chcemy dowiadywać się czegoś o innych ludziach. Mimo to my, dziennikarze, ciągle publikujemy materiały pozbawione tego ludzkiego pierwiastka. Sam mam to na sumieniu, a przypuszczam, że i wy pomijacie ludzi w swoich tekstach czy np. sprawozdaniach rocznych.

Ten problem jest szczególnie obecny w mojej pracy dziennikarza piszącego o środowisku. Mówiąc w skrócie: w swoich tekstach poruszamy temat końca świata (dosłownie!), ale nie odbijają się one głośnym echem. Napisałem więc ten artykuł, aby omówić mój proces docierania do odbiorców i to, dlaczego uważam pisanie o sprawach ludzi za tak ważne.

Zacznę swoją historię od początku.

Dorastałem w okolicy, która rzadko trafia na nagłówki gazet. Jest zbyt oddalona od centrów wielkich miast, by dziennikarze zdołali tam dojechać na jednym baku. W realiach RPA, czyli mojej ojczyzny, oznacza to, że większość takich regionów jest pomijana w narracji ostatniego stulecia.

Moja rodzina nie miała telewizji. Informacje ze świata czerpaliśmy codziennie z BBC World Service. W eSwatini, czyli maleńkim królestwie zwanym też Suazi, i Botswanie za luksus uchodziła możliwość kupienia tygodnika. W tamtych czasach gazetę „Mail & Guardian” dostarczano w RPA z wkładkami z „The Guardian” i „Le Monde”. W ten sposób jednocześnie przedstawiano globalną perspektywę oraz próbowano trafiać do mniejszych społeczności.

Nie czytałem tych gazet. Były nudne. Ja skupiałem się na innych ważnych elementach dzieciństwa: degustacji gleby i łamaniu kości. Na zdjęciach zrobionych wtedy przez mojego tatę zawsze byłem uwieczniony na zewnątrz, bez ubrań.

Pewnego dnia, spisując własną historię, stwierdziłem, że to właśnie tam zaczęło się moje dziennikarstwo ekologiczne.

Tamten etap życia spędziłem we wsiach Bokaa i Pitsane w Botswanie. W tej części kontynentu filozofia ubuntu kieruje tym, jak odnosimy się do innych ludzi. Wynika z niej, że jesteśmy tym, kim jesteśmy, dzięki innym. Obecnie ten trend jest niszczony przez amerykański kapitalizm zorientowany na „ja”, ale w tamtych czasach dzieci biegały w kółko i zbierały się w tych domach, gdzie podawano najlepsze jedzenie.

W tamtej rzeczywistości dzieciom poświęcano uwagę – słuchano ich i obserwowano je. Z tego powodu byłem z rodzicami przy niektórych projektach, które realizowali (jak np. te związane z dostarczaniem wody).

To, że byłem z nimi, jest ważne. Duża część pomocy z Zachodu zawodzi, ponieważ jest narzucana. Bogaci ludzie o dobrych intencjach decydują o tym, czego dane społeczności potrzebują, i budują właśnie tę infrastrukturę. Nie wsłuchują się w rzeczywiste potrzeby danej grupy.

Moi rodzice słuchali. Pierwsze 20 lat życia utwierdziło mnie w przekonaniu, że powinniśmy to robić i dostrzegać punkt widzenia innych ludzi. W związku z tym często bawiłem się na budowach, obserwując robotników.

W dziennikarstwie ekologicznym to połączenie ludzi i ich środowiska określamy jako brown issues. Chodzi o to, by pokazać, że istnieje dziedzina środowiska, w którą ludzie nie są zaangażowani – mówimy wtedy o green issues, opisując świat przyrody i innych gatunków.

W RPA, dokąd wyjechałem, by studiować dziennikarstwo, brown issues są bardzo ważne. Rząd apartheidu zmusił białych ludzi do życia w miejscach, gdzie środowisko naturalne jest zniszczone i nie może dać utrzymania tak licznej grupie. Ten model został zastąpiony przez kapitalizm ekstrakcyjny, gdy po wolnych wyborach w 1994 r. nastąpiła transformacja, która dla wielu nie oznaczała większych zmian.

Ludzie urodzeni w tej „wolnej” RPA nadal żyją blisko fabryk, które rozpryskują siarkę nad ich okolicą, oraz w pobliżu elektrowni, które zapewniają im przewlekłą astmę.

Dziennikarstwo ekologiczne do tej pory często pomija tę część rzeczywistości. Zbyt wielu z nas, białych dziennikarzy z klasy średniej, ma siedziby w miastach. Kierujemy swoją uwagę na ekologów, ponieważ chcą oni uczynić świat miejscem lepszym do życia. Sami informujemy o tym, co wiemy.

Jednocześnie redakcje tną reporterskie etaty. W tym momencie w Republice Południowej Afryki jest być może garstka dziennikarzy na bezpiecznych stanowiskach. Mówimy o dużym kraju, liczącym blisko 60 mln ludzi, którego przyszłość jest bardzo niepewna z powodu zmieniającego się klimatu. Oznacza to, że tematy ekologiczne przypadają dziennikarzom zasypanym innymi zadaniami, którzy w swoich tekstach przepisują komunikaty organizacji zajmujących się środowiskiem naturalnym. One z kolei otrzymują fundusze i polecenia od zachodnich sponsorów, najbardziej dbających o green issues.

W rezultacie powstają teksty o jednostkowych problemach czy wydarzeniach. Najbardziej oczywistym tego przykładem jest trwające dziesiątkowanie populacji nosorożców (zabijanych dla pozyskiwania ich rogów). Proceder ten pochłania rocznie tysiąc zwierząt tego gatunku. Czytelnicy pochodzący z klasy średniej chcą wiedzieć więcej o tym głośnym temacie, więc media zaspokajają ciekawość tej niewielkiej części społeczeństwa, która płaci za dostęp do wiadomości. Na inne zagadnienia brakuje miejsca.

W 2011 r., po moim rocznym stażu w redakcji „Mail & Guardian”, redaktor naczelny poprosił mnie o pomoc w zmianie tego stanu rzeczy. Miałem objąć stanowisko reportera ds. ekologicznych. Moim zadaniem było dotarcie do społeczności, które znajdują się na uboczu i nie trafiają do mediów.

Dzięki swojemu dzieciństwu przyjąłem tę propozycję z entuzjazmem. Moje artykuły dotyczyły ludzi oraz ich życia. W każdym przypadku ich historie wiązały się z szerszym zagadnieniem. Elektrownia powodująca problemy z oddychaniem była przyczynkiem do dyskusji o lokalnym zanieczyszczeniu powietrza i emisjach dwutlenku węgla, które napędzają globalne ocieplenie.

Wielu innych reporterów ekologicznych podąża podobną drogą. Nasza branża mogłaby jednak robić w tym kierunku jeszcze więcej. To dlatego historie o globalnym ociepleniu, powodziach i katastrofach z trudem zyskują rozgłos. Z tego powodu można odnieść wrażenie, że krzyczymy w pustkę.

Naprawmy to i wróćmy do mówienia ludziom o innych ludziach.

 

Autorem zdjęcia jest Sergii Mostovyi.

 

Czytaj również

Zamknij