pl   -   en

Kurs liry spada – czy Turcja odpowie?

Niekompetencja tak naprawdę nie ma znaczenia. Do czasu. Przestrzeganie zasad państwa demokratycznego nie wpływa na liczbę zagranicznych inwestycji. Do czasu. Do czasu, gdy piasek sypany w tryby machiny rządowej nie zagrozi jej całkowitym zatarciem.

Kiedy spojrzymy na wskaźniki wolności prasy i demokracji publikowane przez takie organizacje jak Freedom House czy Reporterzy bez Granic, będzie jasne, że Turcja w ciągu kilku ostatnich lat tonie jak kamień w wodzie. Jak dotąd wyborcy byli gotowi tolerować erozję podstawowych swobód obywatelskich w imię efektywności ekonomicznej. Zwolennicy pocieszali się, że rząd przynajmniej wie, jak kierować gospodarką, i buduje nowe drogi. Wiedzieli również o nowej klasie bogaczy, kolesi z rządzącej partii AKP, którzy szybko dorobili się na polityce.

Wskaźnik, z którym nikt nie jest w stanie dyskutować, to kurs liry względem dolara – on również szybko spadał w ostatnich miesiącach. Tylko dramatyczna interwencja tureckiego Banku Centralnego, polegająca na podniesieniu stóp procentowych o trzy punkty, była w stanie zahamować spadek kursu liry w stosunku do dolara o całe 9% w ciągu dwóch dni poprzedzających decyzję Banku. Pod koniec marca za 1 dol. amerykańskiego można było kupić 3,8 liry tureckiej. Tuż przed interwencją Banku Centralnego 1 dol. wart był już 5 lir. I tak wielu analityków decyzję banku uznało za „zbyt późną i zbyt zachowawczą”. Oczekują oni kolejnego wzrostu stóp procentowych, aby poradzić sobie z inflacją mogącą przekroczyć 12%.

To fatalna wiadomość dla mocno zapożyczonych tureckich korporacji i zwykłych śmiertelników. Już 24 czerwca Turcy zagłosują we wspólnych wyborach prezydenckich i parlamentarnych. Czy wyborcy podejrzewają, że poświęcenie wolności oznacza również poświęcenie dobrobytu?

Gospodarka zaczęła drastycznie zwalniać po 1 maja, gdy w niezapowiedzianym raporcie agencja ratingowa Standard & Poor’s bardzo obniżyła wiarygodność kredytową Turcji. Wśród czynników przywołanych w decyzji była niezdolność sądu niższej instancji do wykonania orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego o zwolnieniu dwóch dziennikarzy z aresztu tymczasowego (jeden z nich został zwolniony, drugi – skazany na dłuższy pobyt w więzieniu). Obserwatorzy podkreślają coraz bardziej samowolne lekceważenie rządów prawa, ponieważ w Turcji nadal obowiązuje stan wyjątkowy, który został wprowadzony po nieudanym zamachu stanu w 2016 r. Co więcej, nie widać szans na zmianę tej sytuacji.

Ostateczny cios w rynek finansowy został wyprowadzony przez samego prezydenta Erdoğana, który w wywiadzie dla stacji Bloomberg stwierdził, że to on, a nie Bank Centralny, był tak naprawdę odpowiedzialny za politykę pieniężną, a utrzymywanie niskich stóp procentowych było celowe.

Ekonomiści twierdzą, że inwestorzy są jak małe dzieci, o ile odpowiada im sytuacja w kraju. A sytuacja w Turcji wyglądała do tej pory tak:

  • Rządząca obecnie Partia Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP) doszła do władzy w 2002 r., ponieważ Turcja przeżywała religijne odrodzenie i potrzebowała partii, która walczyłaby ze świecką starą gwardią. To właśnie doprowadziła państwo na skraj bankructwa, finansując swoją machinę polityczną poprzez niezrównoważony poziom zadłużenia i ogromną stopę inflacji.
  • Partia AKP nie była antyzachodnia i antyrynkowa. Utworzony przez nią rząd rozumiał potrzebę przywrócenia wiarygodności finansowej i zainicjowania reform. W 2005 r. Turcja po raz pierwszy ukończyła program przygotowawczy Międzynarodowego Funduszu Walutowego – po 17 porażkach z rzędu!
  • Po tym, jak 1/3 PKB po prostu zniknęła w wyniku kryzysu finansowego w roku 2001, Turcja zdołała odbudować silny sektor bankowy. Z kryzysu Lehman Brothers wyszła zwycięsko: w 2010 r. PKB wzrósł o 8,5%, a w 2011 r. – o 11,5%. Odgoniła demony kryzysu sprzed dekady i była gotowa na drugi etap głębokich reform strukturalnych.
    • Ten drugi etap – reforma edukacji, restrukturyzacja siły roboczej, skupienie się na produktywności, a nie na wzroście konsumpcji – był oczywiście trudniejszy do przeprowadzenia i wymagał podjęcia politycznego ryzyka. Rząd niezbyt się do tego kwapił.
  • Rynek zachował jednak wiarę w umiejętności zarządzania w partii AKP. Podkreślano stan konsumpcji krajowej, a co trudniejsze pojęcia ekonomiczne wyjaśniano hasłem, że to „wyższe stopy procentowe spowodowały inflację” (chociaż norma mówi, że jest odwrotnie) albo że tureckie niepowodzenia gospodarcze były dziełem obcych mocarstw zazdrosnych o sukcesy Turcji.
  • Nawet wtedy istniały obawy, czy AKP przejdzie przez obecny cykl wyborczy (wiosną przyszłego roku odbędą się ważne wybory lokalne), a zdolność rządu do radzenia sobie w trudnych sytuacjach zostanie wystawiona na najcięższą próbę). Jednak inwestorzy byli jeszcze bardziej zadowoleni z Erdoğana, wychodząc z założenia, że lepiej mieć do czynienia z diabłem, którego się zna, niż z niesprawdzonymi partiami opozycyjnymi, których obietnice ekonomiczne były równie populistyczne.

Wywiad dla telewizji Bloomberg zmienił sytuację. Prezydent bił w bęben „niskich stóp procentowych”, aby przekonać zagranicznych inwestorów, że Turcja jest w stanie przełamać obecny impas. Nie szukał w ten sposób wsparcia wśród niewykształconego elektoratu w kraju. Ta strategia nie miała sensu. Żeby odbić się od dna, Turcja musiałaby zaciągać zagraniczne pożyczki. Deficyt na rachunku obrotów bieżących (40–50 mld dol.) jest wysoki, a ponadto Turcja musi oddać dodatkowe krótkoterminowe zadłużenie o wartości 185 mld dol.

Gdy czasy są stabilne, gdy istnieje płynność finansowa na świecie, zadłużenie nie stanowi problemu. Tylko że to nie są takie czasy. Spadek kursu waluty i wyższy koszt spłacania kredytów są równie złą wiadomością.

AKP może się jeszcze nie mylić w swoich rachunkach. Może turecki elektorat nadal nie osiągnął tego niekomfortowego momentu, w którym zrozumie, że gospodarce zabrakło paliwa. Może Turcy zagłosują tak, aby Recep Tayyip Erdoğan otrzymał silną prezydenturę, do której od dawna dążył. A historia może uczyć o narodach, które, ześlizgując się po śliskich stopniach w kierunku autokracji, tak naprawdę nie cierpią.
Do czasu.

 

Na zdjęciu: Prezydent Turcji Recep Tayyip Erdoğan rozmawia z Guyem Johnsonem z telewizji Bloomberg podczas wywiadu w siedzibie stacji w Londynie 15 maja 2018 r.

Zamknij