Wspomóż
pl   |   en

„Katownia przy ulicy Akrescina”

– Zostałam pobita tylko raz. Prawdopodobnie z mojej winy. Zachowałam się niegrzecznie wobec funkcjonariusza – mówi 20-letnia Julia. W areszcie przy ulicy Akrescina spędziła trzy dni tuż po wyborach prezydenckich w sierpniu 2020 r. Została zatrzymana w Mińsku w nocy z 10 na 11 sierpnia, kiedy brała udział w pokojowym proteście przeciwko oszustwom wyborczym. – Wrzucili mnie do policyjnej furgonetki, zabrali na komisariat, trzymali do rana pod gołym niebem, a potem wsadzili do aresztu – opowiada Julia, która nie miała ani procesu, ani formalnie postawionych zarzutów. W zatłoczonej celi spędziła trzy dni, praktycznie bez jedzenia i czystej wody pitnej. Ona i towarzyszki jej niedoli musiały spać na zmianę, ponieważ było za mało miejsca, aby wszystkie mogły się położyć. Potem została zwolniona bez żadnych wyjaśnień.

Ta historia jest jedną z tysięcy podobnych. W pierwszych dniach po wyborach areszt śledczy na Akrescina stał się synonimem tortur – ludzie byli tam brutalnie bici i torturowani za udział w pokojowych protestach lub po prostu za przebywanie w niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze. Obecnie na Akrescina tortury nie są tak powszechne, ale skargi na okrutne traktowanie nadal się pojawiają.

1 września br. Organizacja Narodów Zjednoczonych ogłosiła, że wie o 450 przypadkach tortur i okrutnego traktowania obywateli na Białorusi. W tym samym czasie kanały w aplikacji Telegram podawały wiadomości, że Białorusini złożyli ponad 1000 skarg na przypadki tortur, których doświadczyli. Nie nad wszystkimi znęcano się w areszcie na Akrescina – porwanych zastraszano podczas aresztowań i transportu, na posterunkach milicji i w innych aresztach, gdzie służby bezpieczeństwa wysyłały zatrzymanych, gdy skończyło się miejsce w budynkach na ulicy Akrescina.

Subsrybuj
magazyn Unblock

Naciskając „Zapisz się”, wyrażam zgodę na przesyłanie newslettera Unblock przez Outriders Sp. not-for-profit Sp. z o.o. i akceptuję regulamin.

– Nigdy nie słyszałem, żeby ludzie tak krzyczeli z bólu – mówi 47-letni Uładzimir. A oficerowie bili tych, którzy po prostu wyróżniali się wyglądem, i tych, którzy w desperacji najmocniej wzywali swoje matki – wspomina mężczyzna, który nawet nie brał udziału w protestach. Pewnego wieczora po prostu wyszedł do sklepu obok swojego domu. Miał na sobie pantofle, szorty i podkoszulek. Dwie przecznice dalej trwał protest i siławiki – funkcjonariusze służb bezpieczeństwa –„sprzątały” ulice. Zabierali ze sobą absolutnie każdego, kogo tam spotkali. Uładzimir nie miał szczęścia tamtej nocy.

Zdjęcia autorki tekstu.

Czym jest Akrescina?

Na ulicy Akrescina w Mińsku znajdują się tymczasowy ośrodek zatrzymań (TDC) oraz ośrodek izolacji dla przestępców (ICO). To dwa różne budynki i formalnie dwie różne instytucje, gdzie przebywają zatrzymani i aresztowani obywatele. Jednak wspólnym mianownikiem ich rozmów jest jedno słowo: właśnie „Akrescina”.

Są wyjątki, ale ogólna zasada brzmi: przed rozprawą znajdujesz się w TDC, a po rozprawie trafiasz do ICO. Warunki w tych budynkach nieco się od siebie różnią. Na przykład w celach w TDC zatrzymanym nie wolno nosić butów – dostają oni specjalne kapcie. Ten pozornie mało znaczący szczegół bywa bardzo ważny. Gdy w budynku nie włączono jeszcze ogrzewania, a na zewnątrz było już zimno, to zatrzymanym okrutnie marzły stopy. – Owinęłam je gazetą, a na wierzch włożyłam skarpetki. Dzięki temu było trochę cieplej – wspomina 28-letnia Jauhienia, którą w połowie października umieszczono na trzy dni w TDC. Ona i jej współwięźniarka nie dostały pościeli ani materacy. Miały tylko jeden koc i spały przytulone do siebie, aby było im choć trochę cieplej. – Gdy mdlałam, nikt nigdy nie wezwał karetki. Mówiono, że udawałam.

Kiedy Jauhienia została wypuszczona, jej bluza była cała we krwi – kobieta krwawiła z nosa każdego poranka.

Kolejną różnicą między TDC a ICO są łóżka, a dokładnie ta ich część, w której powinien być umieszczony materac. W TDC jest ona płaska i wykonana z drewna, w ICO natomiast to metalowa siatka z dużymi otworami; położenie się na niej nawet na materacu może okazać się bardzo bolesne. Koszykarka Alena Leuczanka, która spędziła w ICO 15 dni, powiedziała, że ​​materace zabrano wszystkim więźniarkom w jej celi, a kobiety spały po prostu na gołym metalu. Aby było to mniej bolesne, niektóre więźniarki przyklejały sobie do ud podpaski higieniczne. Podpaski przyklejano również do tych części łóżka, na których kładło się stopy. Dzięki temu było trochę cieplej – jak twierdzi Alena. W celi brakowało ciepłej wody, nie działała spłuczka toaletowa.

Toalety to zresztą osobny temat. Znajdują się w celach i są odgrodzone od reszty pomieszczenia niewysokim murkiem, który nie zasłoni osoby o wzroście 170 cm nawet do wysokości jej klatki piersiowej. Część przetrzymywanych na Akrescina ma problemy z wypróżnianiem, ponieważ musi w obecności nieznajomych korzystać z takich właśnie toalet.

Pożywienie nie zawsze jest podawane w czystych naczyniach, niekiedyw celach można znaleźć owady. Aresztowani cały czas przebywają w sztucznym oświetleniu. W oknach zamiast zwykłego szkła wstawiono nieprzejrzysty materiał, a światło w celi pali się przez całą dobę. Między 6:00 a 22:00 jest to jasne oświetlenie z kilku lamp, a między 22:00 a 6:00 rano mocne światło zostaje zastąpione stosunkowo słabą lampą nad drzwiami wejściowymi. Ta lampa nazywana jest księżycem.

„Nikt nie prosił o pójście do toalety. Kto musiał, oddawał mocz na miejscu”

Nieodpowiednie zachowania w areszcie nie są niczym nowym, ale w 2020 r. stały się wyjątkowo okrutne i masowe.

W grudniu 2010 r. po wyborach prezydenckich zatrzymano w Mińsku ponad 600 osób. Ci, którzy przyznali się do winy, dostali 10 dni aresztu, a ci, którzy się nie przyznali – 15 dni. Nie było wtedy informacji o masowych pobiciach i torturach w ośrodku na Akrescina. System prześladował ludzi inaczej. Po wypisaniu do domu wielu z nich nie pozwolono przejść przez bramy aresztu śledczego – byli wywożeni samochodami milicyjnymi i wyrzucani wprost na ulice w różnych częściach miasta. Przerażeni, zmarznięci, głodni, z niedziałającymi telefonami i często bez pieniędzy, musieli znaleźć sposób na powrót do domu.

W porównaniu z sytuacją po wyborach w 2020 r. tamto zastraszanie wygląda jak niewinny żart. Teraz zatrzymanym w TDC i ICO łamie się kości, wyrywa włosy i uszkadza narządy wewnętrzne.

Oto niektóre zeznania ofiar udokumentowane w sierpniu 2020 r.:

„Wśród zatrzymanych nie było takich, którzy nie byliby bici. Komuś złamano nogę, komuś ramię. Milicjanci krzyczeli na jednego faceta, żeby schował rękę za plecy, a on odpowiedział, że nie może nią ruszyć, bo wcześniej wybito mu ramię. To pobili go jeszcze mocniej. Nikt nie prosił o pójście do toalety. Kto musiał, oddawał mocz na miejscu”, Pawieł, 31 lat.

„Kiedy prosiliśmy o wodę lub wzywaliśmy lekarza, odpowiadano nam: «Umierajcie, kurwy!», «Szmato, ja też nie śpię trzeci dzień!», «Wy kurwy, zwierzęta!». W najlepszym przypadku można było usłyszeć proste: «Czekać»!”, Tamara, 35 lat.

„Wyciągnęli ludzi na podwórko. Kazali im klęczeć. Tym, którzy nie chcieli, zaczęli łamać nogi, kolana, bić pałką po rzepkach. Moja prawa noga była już sparaliżowana i źle się wygięła. Od tamtej pory minął już ponad miesiąc, a nadal mam krwiaka i siną plamę”, Aleh, 52 lata.

„Kolejne 33 dziewczyny zostały przywiezione do naszej czteroosobowej celi, w której przebywało już 20 osób. Nie było czym oddychać. Poprosiliśmy chociaż o otwarcie luki, przez którą podawano nam jedzenie. Okryta złą sławą milicjantka oddziałów prewencji odpowiedziała tylko: «Nie zdechniecie!»”, Maryna, 32 lata.

Przebywające w areszcie osoby były prześladowane na bardzo różne sposoby. Niektórzy zatrzymani mieli na sobie kolorowe oznaczenia jeszcze przed dotarciem na Akrescina – tak policja wskazywała tych, których należało bić mocniej. Ogólnie rzecz biorąc, najbardziej prześladowani byli ludzie uznani za organizatorów zamieszek i wyróżniający się wyglądem zewnętrznym (mający dredy, kolczyki, jasne włosy itp.). – Nie kierowano się logiką przy wyborze, kogo nazwać organizatorami protestów – wspomina Julia. – Nie było żadnej logiki. Po prostu jedni torturowali drugich i mieli z tego frajdę. Słyszałam, jak jakiś pracownik powiedział, że powinni dać mu wreszcie kogoś do bicia, bo tego dnia jeszcze nikogo nie pobił.

Czasami  na Akrescina wzywano karetkę, ale lekarze często nie mogli wykonywać tam swojej pracy. Nie mogli również hospitalizować wszystkich, którzy tego potrzebowali. – Umundurowani funkcjonariusze mogli włamać się do karetki i nakazać ofierze powrót do celi. W odpowiedzi na nasz sprzeciw grozili użyciem przemocy – wspomina pielęgniarka, która przyjeżdżała do aresztu. Nie chce podać swojego imienia, obawia się o swoje bezpieczeństwo.

Fale przemocy

Był czas, kiedy warunki przetrzymywania na Akrescina stawały się w miarę znośne. Ludzi prawie nie bito, cele nie były przepełnione, funkcjonariusze nawet nie zakazywali siedzenia i leżenia w łóżkach w ciągu dnia. W każdy dzień roboczy zatrzymani mogli dostawać od krewnych torby z najpotrzebniejszymi rzeczami, a niekiedy pracownicy przyjmowali nawet przesyłki od znajomych osób zatrzymanych.

– Tak, wtedy to było praktycznie sanatorium. W celi zawsze było dużo jedzenia, a w ciągu dnia zwykle spaliśmy co najmniej kilka godzin – opowiada 24-letnia Lisa, która została aresztowana na dziewięć dni we wrześniu 2020 r.

A potem na Białorusi zmienił się minister spraw wewnętrznych. Pod koniec października br. Jury Karajeu został zastąpiony przez Iwana Kubrakou. Wnioskując z relacji osób, które pracowały w administracji aresztów i ośrodków izolacyjnych, warunki zaczęły się wtedy pogarszać. Coraz częściej słyszało się o torturach, coraz więcej aresztowanych pozbawiano ciepłej wody i materacy, coraz częściej cele znów były przepełnione.

– Kiedyś wierzyłem, że wśród strażników mogą być normalni ludzie. Teraz widzę, że wszystko zależy tylko od tego, jaki otrzymają rozkaz. Szefowie wydadzą rozkaz zabicia wszystkich aresztowanych? Zabiją ich, a potem pójdą do domu, zjedzą kolację z rodziną i spokojnie prześpią całą noc – mówi 40-letni Illa, który wierzy w Boga i jest pewien, że dobro w końcu zwycięży. – Ale Boża kara już mi nie wystarcza. Chcę, żeby ci ludzie ponieśli odpowiedzialność za wszystko, co zrobili, jeszcze za swojego życia. Nie można polegać na Bogu i pozwolić im nadal robić złe rzeczy.

Trudno zrozumieć, co dokładnie determinuje poziom przemocy w ośrodkach izolacji. Dlaczego ludzie przebywają czasami w zupełnie innych warunkach, chociaż ich cele znajdują się tuż obok siebie? Dlaczego jeden sanitariusz ignoruje wszystkie skargi i prośby, a drugi spokojnie przynosi szczoteczki i pastę do zębów, gdy dowiaduje się, że ludzie ich potrzebują? Dlaczego strażnicy cały czas kłamią?

– Najważniejsze, żeby im nie ufać i nie mieć nadziei, że dotrzymają złożonych obietnic. Warunki zatrzymania mogą się zmienić w każdej chwili, i trzeba to po prostu zaakceptować – mówi Illa. – I nie zawsze zmieniają się na gorsze. Dzisiejsza zmiana krzyczy i grozi, a jutrzejsza może przynieść butelki wody pitnej, żebyśmy nie musieli pić prosto z kranu. Tak też się zdarza.

Obóz wolontariuszy

Już w pierwszych dniach po wyborach w Mińsku zatrzymano kilka tysięcy osób. Krewni aresztantów pełnili dyżury obok ośrodka zatrzymań, próbując dowiedzieć się, czy są tam ich bliscy, i czekając na jakiekolwiek wieści. Wszystko to zamieniłoby się w kompletny chaos, gdyby nie wolontariusze – troskliwe osoby, które szybko zorganizowały cały obóz w parku, obok ośrodka.

Początkowo pomoc polegała na uspokojeniu tych, którzy szukali swoich bliskich i czekali na nich, nakarmieniu ich, podaniu im wody i ciepłych okryć na noc. W obozie dyżurowali również lekarze, którzy badali zwolnionych z aresztu i udzielali im pierwszej pomocy. Z biegiem czasu powstało tam całe minimiasteczko: w obozie można było porozmawiać z prawnikami i psychologami, poprawnie przygotować wszystkie rzeczy przekazywane zatrzymanym i dowiedzieć się szczegółów o warunkach przetrzymywania. Wolontariusze karmili i poili zwolnionych ludzi, zapewniali bezpłatny transport do domu, a także moralne wsparcie każdemu, kto tego potrzebował.

– Kiedy zatrzymano mojego syna, nie miałam pojęcia, co robić, i na pewno nie poradziłabym sobie z tym wszystkim bez ochotników. Nawet dokładnie nie wiedziałam, gdzie on jest! Przyjechałam na Akrescina dlatego, że musiałam coś zrobić, cokolwiek. W obozie uspokoili mnie, że znaleźli syna na listach zatrzymanych, wytłumaczyli mi, co i jak włożyć do torby dla niego. Taka pomoc i solidarność są wiele warte – mówi prawie 60-letnia Ludmiła, której syn spędził na Akrescina 10 dni.

Obóz pracował 24 godziny na dobę i siedem dni w tygodniu przez prawie dwa miesiące. Wolontariusze opowiadali się za łagodną współpracą z personelem Akrescina, co doprowadziło do konfliktów z bardziej radykalnymi demonstrantami i krewnymi zatrzymanych. – Pewną kobietę poniosły kiedyś emocje i zaczęła uderzać w drzwi wejściowe, a kilka minut później powiedziano nam, że torby dla zatrzymanych nie będą już tamtego dnia przyjmowane. Aby móc pomagać ludziom, musieliśmy przestrzegać pewnych zasad. Czasami trudno było to wytłumaczyć rozgniewanym krewnym – wspomina wolontariusz, który prosi, by nie podawać jego imienia.

4 października br. do aresztu przy ulicy Akrescina przybyła kolumna demonstrantów, żądając uwolnienia wszystkich aresztowanych z powodów politycznych. 500 metrów od budynków tymczasowego ośrodka zatrzymań i ośrodka izolacji dla przestępców protestujący spotkali ludzi, którzy przedstawili się jako ochotnicy i zażądali od demonstrantów wycofania się. Później niektóre kanały informacyjne na Telegramie podały, że prawdziwi ochotnicy mieli opuścić obóz przed przybyciem kolumny i że to nie oni rozmawiali z demonstrantami.

Obóz wstrzymał pracę, a torby zaczęto przyjmować tylko w czwartki. Niektórzy wolontariusze pomagają nawet i bez istnienia obozu. Oficjalnym powodem zmiany harmonogramu przyjmowania pomocy dla zatrzymanych jest pandemia koronawirusa. To standardowe podejście ostatnich miesięcy: pandemia często jest wykorzystywana do uzasadnienia represji i naruszeń prawa. Z powodu pandemii niezależnym obserwatorom nie pozwolono uczestniczyć w wyborach, a zagranicznym dziennikarzom odmówiono akredytacji. W aresztach natomiast zazwyczaj nie zwraca się uwagi na to, że u aresztowanych pojawiają się objawy zakażenia koronawirusem.

Książki od wolontariuszy. Zdjęcie autorki tekstu.

Wydaje się, że taka praktyka uniemożliwia ludziom (zwłaszcza znanym działaczom, dziennikarzom itp.) otrzymywanie pomocy od swoich bliskich. W środę zatrzymani są przewożeni do Żodina lub Baranowiczów. Tyle że ośrodek w Baranowiczach przyjmuje torby z niezbędnymi artykułami dla zatrzymanych we wtorki, a ośrodek w Żodinie – w środy. Dopóki krewni się nie dowiedzą, że ich bliski został przeniesiony, tracą możliwość przekazania czegokolwiek. W rezultacie aresztowani spędzają ponad tydzień bez ciepłej odzieży, bielizny na zmianę i środków higienicznych, a nawet nie mogą dostać potrzebnych im leków.

Oficjalne stanowisko

Władze zaprzeczają, że tortury i maltretowanie zatrzymanych osób były i nadal są stosowane w ośrodkach zatrzymań. Wiele osób, które złożyły oficjalne wnioski z zarzutami o stosowanie tortur, zostało oskarżonych o organizację zamieszek lub udział w nich.

Kiedy koszykarka Alena Leuczanka powiedziała, że ​​spędziła 13 dni na Akrescina bez żadnych akcesoriów do spania, władze stwierdziły, że po prostu przesadza. Publiczne wypowiedzi innych zwykle pozostają bez komentarza.

Do tej pory na Białorusi nie wszczęto ani jednej sprawy karnej w sprawie bicia i torturowania zatrzymanych.

Ludzie czekają na wyjście bliskich osób. Zdjęcie zrobione przez autorkę tekstu.
Zamknij
pl   |   en
Menu
Home
Brief
Wspomóż