brief
pl   -   en
Brief #26
Izraelscy szpiedzy, bitcoiny i rafy koralowe na półrocze Briefu
20 lipca
Australia i Oceania

596 tys. ha lasów zostało wyciętych na obszarze wzdłuż wybrzeży Wielkiej Rafy Koralowej

596 tys. ha lasów zostało wyciętych na obszarze wzdłuż wybrzeży Wielkiej Rafy Koralowej w okresie od 1 lipca 2012 r. do 30 czerwca 2016 r. Skala wylesienia została uznana przez obrońców przyrody za „diaboliczną”, zwłaszcza w czasie, gdy podejmowane są działania mające chronić rafę.

Deforestacja jest zagrożeniem dla koralowców, ponieważ przyspiesza spływanie osadów i składników odżywczych do rafy, które stymulują wzrost glonów i duszą koralowce. W marcu br. rząd Australii zobowiązał się przeznaczyć 500 mln dol. na ochronę rafy, z czego 201 mln na poprawę jakości wody, np. dzięki właściwemu zarządzaniu gruntami. Ostatecznie jednak 444 mln dol. zostały przeznaczone na rzecz fundacji Wielkiej Rafy Koralowej.

Rzecznik australijskiego Ministerstwa Środowiska i Energetyki przyznał, że 596 tys. ha to wielkość wycinki, za którą odpowiedzialne są działania człowieka przekształcające tereny w grunty użytkowe, np. na wypas zwierząt lub uprawę roślin. Zdaniem grup ekologicznych sytuacja nie poprawi się, dopóki władze nie zajmą się kwestią wycinki i nie wzmocnią krajowych przepisów dotyczących ochrony środowiska.

Grupa naukowców z Uniwersytetu Lancaster zauważyła negatywny wpływ szczurów na rafy koralowe na wyspach Czagos na Oceanie Indyjskim. Mnożące się gryzonie zaburzyły naturalny ekosystem, dziesiątkując populację ptaków morskich, których odchody były naturalnym nawozem raf koralowych. Badacze zauważyli też, że na wyspach, na które stworzenia nie dotarły, jest nie tylko więcej ptaków, ale również ryb.

Rafy koralowe zajmują mniej niż 0,1 proc. powierzchni oceanów, ale odpowiadają za 1/3 ich bioróżnorodności. Są też źródłem utrzymania dla milionów ludzi na całym świecie. Dlatego zniknięcie koralowców może doprowadzić do kryzysu humanitarnego.

Europa

Irlandia będzie pierwszym krajem, który wycofa publiczne fundusze z inwestycji w ropę, gaz i węgiel

Irlandia będzie pierwszym krajem, który wycofa publiczne fundusze z inwestycji w ropę, gaz i węgiel. 12 lipca projekt ustawy został przegłosowany przez wszystkie partie izby niższej parlamentu (Dáil Éireann). Oczekuje się, że równie szybko zostanie zatwierdzony przez Senat. Gdy ustawa wejdzie w życie, zmusi Irlandzki Fundusz Inwestycji Strategicznych do zakończenia wszelkich inwestycji w nieodnawialne źródła energii w ciągu pięciu lat.

Irlandzki fundusz ma ponad 300 mln euro ulokowane w 150 firmach. Ustawa definiuje firmę produkującą paliwa kopalne jako taką, która uzyskuje co najmniej 20 proc. swoich przychodów z poszukiwania, wydobywania lub rafinacji paliw kopalnych. Dopuszcza także inwestycje w irlandzkie koncerny paliw kopalnych, jeśli finansują odejście od surowców energetycznych.

Nowe przepisy mają pomóc w wypełnieniu zobowiązań z porozumienia paryskiego. W czerwcu br. Irlandia została określona „drugim najgorszym krajem” (zaraz po Polsce) pod względem przeciwdziałania zmianom klimatu, w światowej kampanii organizacji Climate Action Network Europe.

Wyniki głosowania w Irlandii są zgodne z zaleceniami Centralnego Banku Norwegii z 2017 r. Norwegia – największy producent ropy naftowej w Europie – wycofała tylko część swoich funduszy inwestycyjnych (o wartości 1 bln dol.) ze spółek węglowych, ale nadal rozważa posiadanie udziałów w rynku ropy naftowej i gazu ziemnego. W styczniu br. władze Nowego Jorku ogłosiły, że publiczny fundusz emerytalny w ciągu pięciu lat wycofa 189 mld dol. (jak podaje agencja Reuters) z firm paliwowo-kopalnych, a w 2017 r. 40 organizacji katolickich zapowiedziało, że pozbędzie się udziałów spółek paliwowych.

Ameryka Północna

Oskarżenie 12 rosyjskich agentów o ingerencję w amerykańską kampanię prezydencką z 2016 r.

Prokuratorzy Departamentu Sprawiedliwości Stanów Zjednoczonych oskarżyli 12 rosyjskich agentów o ingerencję w amerykańską kampanię prezydencką z 2016 r. Rosyjscy szpiedzy wykorzystywali bitcoiny do finansowania swojej działalności, m.in. opłacenia strony dcleaks.com, na której publikowali e-maile wykradzione ze skrzynki Hillary Clinton i jej doradców w czasie kampanii prezydenckiej.

Agenci wykonywali płatności za pomocą bitcoinów za większość infrastruktury komputerowej, którą wykorzystywali do ataków hakerskich, m.in. za serwer w Malezji, na którym działała ich strona dcleaks.com, i za rejestrację nazwy domeny przez rumuńską firmę. Dzięki kryptowalutom wykupili konto wirtualnej sieci prywatnej (VPN), co pozwoliło im ukryć adres IP i ich lokalizację, kiedy zaczęli działać on-line. Konta VPN używali też do obsługi Twittera.

Amerykańskim śledczym udało się wykorzystać system blockchain, w którym funkcjonują kryptowaluty, do identyfikacji transakcji dokonanych przez rosyjskich agentów.

Zdaniem Dana Coatsa, koordynatora amerykańskich służb wywiadowczych, fakt postawienia w stan oskarżenia rosyjskich agentów pokazuje, że Moskwa cały czas realizuje strategię mającą na celu osłabić amerykańską demokrację i jej instytucje. Coats dodał też, że dzisiaj trwałe zagrożenie rosyjskimi atakami jest podobne do ostrzeżeń USA o zagrożeniach terrorystycznych przed atakiem z 11 września 2001 r.

Azja

Ujawniono szczegóły operacji Mosadu, podczas której izraelska agencja wywiadowcza wykradła tajne dokumenty dotyczące prac Iranu nad produkcją broni atomowej.

Ujawniono szczegóły operacji Mosadu, podczas której izraelska agencja wywiadowcza wykradła tajne dokumenty dotyczące prac Iranu nad produkcją broni atomowej. Część skradzionych materiałów została pokazana dwóm dziennikarzom z „The New York Times” i jednemu z „The Washington Post”. Wiele dokumentów potwierdziło założenia inspektorów z Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej, że – mimo zapewnień Iranu o prowadzeniu programu budowy elektrowni atomowej w celach pokojowych – kraj pracował nad gromadzeniem materiałów potrzebnych do produkcji broni atomowej. Przedstawione dziennikarzom dokumenty miały ponad 15 lat, kiedy w 2013 r. wstrzymano jawne prace nad projektem Amad. Zawierały także zdjęcia olbrzymiej metalowej komory, instalacji stworzonej do przeprowadzania eksperymentów wybuchowych w bazie wojskowej Parchin pod Teheranem, istnieniu której Iran wcześniej zaprzeczał.

W kwietniu br. premier Izraela Benjamin Netanjahu rozmawiał z Donaldem Trumpem i zapoznał go z materiałami wykradzionymi przez Mosad. 30 kwietnia podczas konferencji prasowej publicznie poinformował o tych dokumentach. Dodał, że to kolejny powód do wycofania się Trumpa z porozumienia nuklearnego, ponieważ Iran zamierza wznowić produkcję bomby atomowej. Prezydent USA wycofał się z niego kilka dni później.

Izraelska agencja wywiadowcza 31 stycznia br. w ciągu sześciu i pół godziny wykradła z 32 irańskich sejfów 50 tys. stron dokumentów i 163 płyty z notatkami, planami i nagraniami. Irański program budowy broni nuklearnej był prawdopodobnie większy, bardziej wyrafinowany i lepiej zorganizowany niż zakładano w 2003 r. Z dokumentów wynika też, że Iran miał zagraniczną pomoc, choć izraelscy urzędnicy zatrzymali wszelkie materiały wskazujące na to, skąd mogła pochodzić.

Dokumenty szczegółowo opisują wyzwania związane ze stworzeniem głowicy jądrowej dla rakiety Shahab-3. W jednym z nich przedstawiono potencjalne miejsca do podziemnych testów jądrowych, a także plany zbudowania broni nuklearnej. Broń ta jednak nie powstała, prawdopodobnie dlatego, ponieważ Irańczycy obawiali się, że zostaną zdemaskowani.

Władze Iranu nadal utrzymują, że cała kradzież jest oszustwem i kolejną próbą nałożenia sankcji na ich kraj. Członkowie amerykańskiego i brytyjskiego wywiadu, po porównaniu dokumentów z innymi, otrzymanymi wcześniej od szpiegów, potwierdzili ich autentyczność.

Według międzynarodowych inspektorów, mimo decyzji Donalda Trumpa o wycofaniu się USA z porozumienia nuklearnego, Irańczycy nie powrócili do wzbogacenia uranu i nie naruszyli warunków umowy. Jeśli jednak sankcje zostaną nałożone i więcej zachodnich firm opuści Iran, możliwe, że przywódcy kraju zdecydują o wznowieniu produkcji broni atomowej.

Zgromadzenie Ogólne ONZ uzgodniło pierwszy w historii Światowy Pakt ws. Migracji

Zgromadzenie Ogólne ONZ (193 państwa z wyjątkiem USA) 13 lipca uzgodniło pierwszy w historii Światowy Pakt ws. Migracji (Global Compact for Migration). Porozumienie, nie jest wiążące, ale dotyczy zarządzania międzynarodowym przepływem migrantów i ochrony praw człowieka. Zawiera również informacje o tym, dlaczego ludzie migrują, jak ich chronić (m.in. zwalczać handel ludźmi), jak ma przebiegać integracja w nowych krajach i jakie działania pozwolą na powrót migrantów do ich kraju. Porozumienie formalnie ma zostać przyjęte w grudniu br. w Maroku.

Prace nad jego treścią trwały od 2016 r. i toczyły się w sześciu turach negocjacji. Sama idea powstała po kryzysie migracyjnym w Europie w 2015 r., w odpowiedzi na największy odnotowany napływ uchodźców po II wojnie światowej. Jak szacuje ONZ, migranci stanowią około 250 mln ludzi na całym świecie (3,4 proc. globalnej populacji).

Z danych Eurostatu wynika, że migracje mają znaczący wpływ na liczbę ludzi mieszkających w Unii Europejskiej. W ostatnich latach, od czasu otwarcia granic, liczba ta wzrosła w krajach Europy Zachodniej, w przeciwieństwie do 10 krajów Europy Wschodniej, których populacja się zmniejszyła.

Z analizy danych z 2016 r. – przeprowadzonej przez centrum badań demograficznych Population Europe – wynika, że migracja stała się decydującym czynnikiem wzrostu ludności m.in. w Luksemburgu, Hiszpanii, Austrii, Szwecji, na Cyprze i Malcie. Z kolei na Litwie, Łotwie i w Rumunii dodatnie saldo migracji (różnica między całkowitą liczbą osób, które do kraju przyjechały, a liczbą osób, które z niego wyjechały) może pomóc zmniejszającej się liczbie mieszkańców. I choć ta nieznacznie wzrosła w Polsce i na Słowacji, wzrost mógł być wyższy, gdyby nie restrykcyjna polityka imigracyjna. Podobna sytuacja dotyczy Słowenii, która w reakcji na kryzys uchodźczy zamknęła się na migrantów.

Rekordowa liczba kobiet na świecie kandyduje w wyborach

Rekordowa liczba kobiet na świecie kandyduje w wyborach. Niemal każdy kraj odnotował wzrost liczby parlamentarzystek od 1997 r., kiedy Unia Międzyparlamentarna (IPU) zaczęła zbierać dane na ten temat. Obecnie w Unii Europejskiej ponad 30 proc. kobiet zasiada w krajowych parlamentach, a 21 kobiet na świecie zajmuje stanowisko premiera lub prezydenta.

W Meksyku właśnie wybrano tę samą liczbę kobiet i mężczyzn do obu izb parlamentu. Hiszpański rząd jest pierwszym, odkąd kraj stał się demokracją, w którym większość stanowią panie. Premier Nowej Zelandii Jacinda Ardern 21 czerwca urodziła córkę, będąc na stanowisku szefowej rządu. W USA prawie 470 kobiet (w większości z Partii Demokratycznej) kandydowało do Izby Reprezentantów. To drugi najwyższy wynik po 2012 r., kiedy liczba ta wyniosła 298 (według danych Center for American Women and Politics).

Mimo to Zeina Hilal, odpowiadająca za program partnerski płci w IPU, zauważa brak postępu w dążeniu do wyrównania liczby kobiet i mężczyzn w polityce w ciągu ostatnich dwóch, trzech lat.

W wielu krajach, z największym wzrostem liczby kobiet w parlamencie, przyczyną zmiany było wprowadzenie kwoty płci, określającej minimalną liczbę kobiet na listach wyborczych. Argentyna była pierwszym krajem, gdzie w 1991 r. w wyborach parlamentarnych pojawiła się kwota płci. Badania IPU sugerują, że panie zdobyły ponad 30 proc. miejsc w 20 krajach, w których kwoty płci były stosowane w 2017 r.

W Rwandzie, Boliwii i na Kubie w parlamencie zasiada ponad 50 proc. kobiet. W Meksyku jest to 48,6 proc. W Rwandzie, po ludobójstwie w 1994, kiedy ok. 800 tys. ludzi, głównie mężczyzn, zostało zabitych, kobiet musiały przejąć ich rolę, żeby odbudować kraj.

Najmniejsza reprezentacja kobiet w parlamencie występuje w Jemenie, Omanie, Kuwejcie, Libanie, Tajlandii i na Haiti, gdzie 5 proc. lub mniej parlamentarzystek stanowią panie.

Ameryka Północna

Prawo własności prywatnej zostanie oficjalnie uznane w nowej konstytucji Kuby

Prawo własności prywatnej zostanie oficjalnie uznane w nowej konstytucji Kuby. Projekt, składający się z 224 artykułów, w skróconej wersji opublikowała 14 lipca rządowa gazeta „Granma”. Jeśli zostanie przyjęty przez Zgromadzenie Narodowe, potem przegłosowany w referendum, które ma odbyć się jeszcze w tym roku, zastąpi konstytucję zatwierdzoną przez Komunistyczną Partię Kuby w 1976 r. Intencją proponowanych reform jest konstytucyjne sformalizowanie otwarcia gospodarczego i społecznego przy jednoczesnym utrzymaniu „nieodwołalnego” systemu socjalistycznego (w 2002 r. wprowadzono w konstytucji zapis o nieodwołalności socjalizmu).

Uznanie własności prywatnej może oznaczać większą ochronę prawną dla prywatnych przedsiębiorców i zagranicznych inwestorów, ale gospodarka nadal będzie centralnie planowana i oparta o przedsiębiorstwa państwowe. W skróconej wersji projektu konstytucji pojawia się też zapis dotyczący wolnego rynku. Aktualna konstytucja rozpoznaje własności: państwową, spółdzielczą, rolniczą, osobistą i joint venture.

Według projektu Komunistyczna Partia Kuby pozostanie dominującą siłą polityczną. Okres sprawowania urzędu prezydenta zostanie ograniczony do dwóch pięcioletnich kadencji. Władza polityczna zostanie rozdzielona pomiędzy kompetencje prezydenta i premiera. W nowej konstytucji mają się również pojawić artykuły dotyczące zakazu dyskryminacji w miejscu pracy ze względu na płeć, niepełnosprawność czy pochodzenie etniczne. W czerwcu Zgromadzenie Narodowe zaproponowało także legalizację małżeństw jednej płci.

Azja

Izraelski parlament uchwalił ustawę o „państwie narodu żydowskiego”, dającą Żydom wyjątkowe prawo do samostanowienia

Izraelski parlament uchwalił ustawę o „państwie narodu żydowskiego”, dającą Żydom wyjątkowe prawo do samostanowienia. Na mocy ustawy arabski przestanie być językiem urzędowym, co oznacza, że obowiązującym językiem zostanie hebrajski. Inicjatorem projektu, nad którym od 2011 r. trwały dyskusje, jest prawicowa partia Likud, z premierem Benjaminem Netanjahu na czele.

W czasie prac nad ostatecznym projektem ustawy prezydent Izraela Reuwen Riwlin ostrzegał przed klauzulami, które mogłyby zachęcać do segregacji rasowej i obniżenia statusu języka arabskiego. Izraelscy parlamentarzyści natomiast porównali ustawę do apartheidu w RPA. 14 lipca tysiące Izraelczyków protestowało na ulicach Tel Awiwu, żądając odrzucenia projektu. Twierdzili, że zachęca on do separacji, jest niedemokratyczny i wyklucza mniejszość arabską, która stanowi blisko 20 proc. (1,8 mln) ludności Izraela. Dzień później z projektu wykreślono zapis – najbardziej sporny i uznany przez krytyków za rasistowski – o ustanowieniu „odrębnych społeczności”, który zastąpiono zapisem o promowaniu społeczności żydowskich jako „wartości narodowych”.

Ustawa może wzbudzić sprzeciw palestyńskich władz, które nie akceptują Izraela jako państwa żydowskiego i uznają Żydów za naród nie mający prawa do samostanowienia. Palestyńczycy obawiają się też, że ustawa może zablokować ich żądania dotyczące przyznania prawa powrotu do Izraela arabskim uchodźcom z wojny na Bliskim Wschodzie w 1948 r. i ich potomkom. Ustawa określa też Jerozolimę jako stolicę Izraela, czemu sprzeciwiają się Palestyńczycy, domagając się wschodniego sektora miasta.

Archiwum briefa