pl   -   en

Felieton Trumpa w „USA Today” czyli dlaczego czas oddzielić wiadomość od opinii

„Podczas gdy zarówno społeczeństwo jak i algorytmy próbują zrozumieć, co oznacza dziennikarstwo, i jak odróżnić wiadomość od opinii, wydawcy powinni wyraźnie pokazywać, co czyni dziennikarstwo wyjątkowym”.


Artykuł autorstwa Eliego Parisera, został opublikowany w serwisie Niemanlab.


Przyjaciel, który pracuje dla dużej platformy technologicznej, ostatnio przedstawił mi następującą, interesującą zagadkę. Osoby zajmujące się dezinformacją tworzyły lokalne serwisy informacyjne, które powielały mieszankę wiadomości istotnych i całkowicie stronniczej propagandy. W jaki sposób platforma internetowa powinna rozróżniać pomiędzy rzetelną wiadomością a newsem, który jest jedynie przynętą? Pomiędzy nieprawdą a informacją, na przykład z „New York Timesa”, która powinna mieć wysokie oceny w rankingu rzetelności?

Udzielenie odpowiedzi na to pytanie jest trudniejsze niż mogłoby się wydawać. Ostatecznie (i mówię to jako oddany czytelnik „New York Timesa”), „The Times” także publikuje mieszankę rzetelnego dziennikarstwa i wiadomości stronniczych, wyrażonych w formie opinii. Oto kilka tytułów artykułów, które pojawiły się ostatnio na łamach „New York Timesa”: „Liberałowie, to jest wojna”, „Trzy lekcje zwycięstwa w listopadzie i później” oraz „Konserwatyści nie powinni chełpić się w kwestii Kavanaugh”. Generalnie zgadzam się z wieloma opiniami we wszystkich wymienionych artykułach, ale trudno udawać, że nie są to typowe przesłania polityczne.

Ostatnie zamieszanie wokół felietonu Prezydenta Donalda Trumpa w „USA Today” powoduje, że napięcie na linii opinia – treść jest coraz większe. Jak napisał Glenn Kessler, korespondent i kontroler faktów par excellence w „The Washington Post”, „prawie każde zdanie w tym felietonie zawierało mylące stwierdzenie lub po prostu fałsz”.

Czytelnicy byli zarazem zaskoczeni i oburzeni, co zresztą w pełni uzasadnione: jak „USA Today” mogło nie wyłapać wszystkich faktycznych błędów w wypowiedzi Trumpa? Niefortunna wytłumaczenie – że treść opinii nie równa do tych samych standardów dziennikarskich w większości gazet lub też nie jest wystarczająco rzetelnie sprawdzona pod kątem zgodności podanych faktów z rzeczywistością – nie jest zbyt przekonująca. Możemy założyć, że w efekcie nadszarpnięta zastanie wiarygodność ciężko pracujących dziennikarzy „USA Today”.

Dziennikarzy może nie dziwić, że treść opinii nie podlega takiemu rygorystycznemu sposobowi redagowania i sprawdzania faktów, jak dzieje się to w przypadku wiadomości. Może to być natomiast niespodzianka dla odbiorców i przyczyniać się do kryzysu zaufania do mediów. Dlaczego opinia publiczna ma tak duże problemy z ustaleniem, co oznacza termin „wiadomość”? Ponieważ jest to naprawdę zagmatwana sprawa! Nawet osoby naprawdę biegłe w rzeczywistości medialnej mogą mieć trudności ze zrozumieniem, gdzie przebiega linia podziału lub co oznacza „analiza wiadomości”. Zwłaszcza gdy newsy pisane są przez dziennikarzy serwisów informacyjnych, ale zawierają wypowiedzi bliższe spekulacjom lub opiniom.

Być może nadszedł czas, aby ponownie rozważyć kwestię łączenia sprawdzonych, rzetelnych wiadomości i treści opiniotwórczych pod tymi samymi nazwami serwisów i domen. Jeżeli wierzymy, że jest coś wyjątkowego w procesach i normach, które tworzą dziennikarstwo (a ja wierzę, że tak jest), wydawcy powinni przedstawiać je w jaśniejszy sposób – w sposób, który zrozumieją zarówno ludzie, jak i algorytmy.

Przenoszenie treści zawierających opinie na osobne witryny znanych marek medialnych nie będzie oznaczać, że problem całkowicie zniknie. Jednak praktyka korzystania z felietonów i komentarzy wymaga porządnej terapii wstrząsowej. Tym bardziej w erze, w której każdy może publikować co zechce, a treść dostarczana jest w coraz bardziej rozdrobnionej formie. Dawniej, gdy niewielka grupa przemysłowców posiadała maszyny drukarskie i kontrolowała dystrybucję wiadomości, publikowanie poglądów politycznych na dwustronicowej rozkładówce było albo złem koniecznym, albo usługą publiczną. Tamte czasy odeszły do lamusa: Internet i społeczeństwo nie mogą już narzekać na brak możliwości zapoznania się z różnorodnością opinii.

Spragnieni wiedzy naukowcy szukają trzech ważnych kryteriów: konkretnych wyników, niezmiennie wielkich umiejętności i zdolności do regularnego dostarczania obu wcześniej wymienionych cech. Na przykład, gdy potrzebujemy chirurgów, którzy mogą wykonywać tę samą operację raz za razem, z dużym prawdopodobieństwem sukcesu. Jeżeli uważamy, że dziennikarze świadczą usługi eksperckie – a ja z reguły tak robię – warto zastanowić się nad tym, co potrafią regularnie zapewnić odbiorcy: wiedzę na temat tego, co dzieje się wokół, co wydarzy się później, w jaki sposób wydarzenia są ze sobą powiązane i co to wszystko oznacza.

Łączenie treści zawierających opinie z dostarczaniem wiadomości podważa te propozycje wartości. Jak udowodnił politolog Phil Tetlock w książce „Expert Political Judgement”, opinie specjalistów są często mniej dokładne niż osób uważanych za niedoinformowane. Powód jest prosty: wielu ekspertów akademickich i dziennikarzy jest bardziej podekscytowanych pewną przesadą i zainteresowaniem otoczenia niż rzetelnością. To, co się wydarzy, jest często dość oczywiste, ale dziwne spekulacje powodują większą popularność i dużą liczbę odsłon.

Tymczasem platformy internetowe ciężko pracują, aby dowiedzieć się, jak zidentyfikować i zwiększyć zawartość wiadomości w bałaganie dezinformacji. Takie startupy jak Civil czy NewsGuard starają się ocenić wiarygodność marek informacyjnych jako danych wejściowych. Większość tych wysiłków koncentruje się na ocenie wiarygodności lub wartości wiadomości na poziomie adresu URL lub domeny. Dopóki treść opinii i treść wiadomości będą utrzymywane w tym samym miejscu będę sugerował, że to zadanie jest albo naprawdę trudne, albo wręcz niemożliwe do zrealizowania. (To, co piszę, nie ma za zadanie sugerować, że dziennikarstwo jest lub powinno być wolne od punktu widzenia. Chciałbym natomiast zaznaczyć w ten sposób, że procedury i normy dotyczące opracowania i oceny treści dziennikarskich są naprawdę cenne).

Jednym ze sposobów, aby odpowiedzieć na zadaną na początku artykułu zagadkę jest zawarcie pewnego rodzaju paktu z diabłem. Być może patrzymy na problem ze stronniczymi wiadomościami w niewłaściwy sposób. Być może, jeżeli osoby zajmujące się dystrybucją tych stronniczych wiadomości są gotowe wykonać niewdzięczną, ale obywatelsko szlachetną pracę, polegającą na dystrybucji wielu artykułów agencji Associated Press, to powinny otrzymać trochę „kredytu” zaufania, który będą mogły spożytkować na rozpowszechnianie swoich poglądów politycznych.

Rozwiązaniem mniej skomplikowanym jest jednak oddzielenie opinii od wiadomości i przekierowanie jej na swoje, jasno określone, mniejsze marki medialne i domeny. Koncerny dziennikarskie mogłyby wykonać podobny ruch do tego, na który zdecydował się właśnie BuzzFeed, przenosząc zawartość działu wiadomości do własnej, nowej marki i domeny (z inną, poważniej wyglądającą czcionką szeryfową!). Wiadomości dostarczane przez BuzzFeeda zawierają opinie, ale nie ma powodu, dla którego opinia nie mogłaby żyć we własnym świecie. Wydawcy dysponujący subskrybentami mogą łatwo zapewnić dostęp i do wiadomości, i do opinii.

Artykuły wyrażające opinie mogą być niezwykle cenne i elektryzujące, mogą również zawierać wiele informacji. Stanowić platformę dla bardziej zróżnicowanych opinii, szerszego światopoglądu i odkrywać przed czytelnikami istotne idee. Jednak, gdy zarówno społeczeństwo jak i algorytmy próbują zrozumieć, co oznacza dziennikarstwo, i jak odróżnić wiadomość od opinii, wydawcy powinni wyraźnie pokazywać, co czyni dziennikarstwo wyjątkowym.

Eli Pariser jest współzałożycielem Upworthy, byłym dyrektorem wykonawczym MoveOn.org i autorem książki „The Filter Bubble: How the New Personalized Web Is Changing What We Read and How We Think”.

Ilustracja autorstwa Neila Davisa opublikowana na licencji CC.

Zamknij