Loading

Dziewczynka
z kiduszowym pucharkiem

Marta Kosciańska
Krzysztof Łużyński
Hila Marcinkowska
Agnieszka Marszał
Justyna Powązka
Małgorzata Wodyńska
Anna Linkowska

Wiosną 2007 r. zadzwonił telefon.

– Czy pani Marcinkowska? – zapytał głos w słuchawce.
– Tak – odpowiedziałam.
– Znalazłam pani numer w gazecie. Chciałabym się z panią spotkać i podzielić pewną historią z czasu wojny. Dotyczy ona kaliskich Żydów.

Na spotkanie w Domu Pamięci na Nowym cmentarzu żydowskim w Kaliszu przyszła starsza pani o przepięknym uśmiechu. Nazywała się Janina i nie okazywała stresu, który dość często towarzyszy tym, którzy mają wspominać czas wojny.

Kobieta zaczęła opowieść od wybuchu wojny, wejścia Niemców do Kalisza, wymiany tabliczek z nazwami ulic, wysiedlenia społeczności żydowskiej miasta. W końcu wspomniała o Babince – przedwojennym kanale, w pobliżu którego mieszkała.

 

Plany zasypania Babinki przed wojną

Tę historię znają wszyscy kaliszanie. Kanał Babinka został w latach 40. XX w. zasypany przez hitlerowców. Do ziemi wypełniającej kanał trafiły m.in. cenne zbiory książek z kaliskich bibliotek. To wydarzenie upamiętnia pomnik książki – jedyny taki w Polsce (nie licząc pomników dedykowanych konkretnym książkom). Napis na nim głosi: „Tu w zasypanym korycie rzeki Prosny hitlerowcy zniszczyli dziesiątki tysięcy książek ze zbiorów kaliskich bibliotek publicznych”. Monument został odsłonięty 11 maja 1978 r. Jego pomysłodawcą był kaliski grafik Władysław Kościelniak, a wykonawcą – rzeźbiarz Jerzy Sobociński.

 

Jednak nie każdy wie, że plany i próby zasypania Babinki podejmowano jeszcze przed wojną. Ten ciek wodny stanowił bowiem problem sanitarny. W pewnym momencie poziom wód Prosny w korycie obniżył się do tego stopnia, że kanał zamienił się w ścieki.

 

W zbiorach kaliskiego Archiwum Państwowego znaleźć możemy dokument z 11 marca 1939 r., w którym to władze miasta Kalisza piszą do inż. Władysława Dunina z prośbą o wydanie opinii w sprawie planowanego zasypania Babinki i zlikwidowania mostu na pl. Kilińskiego. Sprawa była pilna, a projekt przewidywał dodatkowo budowę falochronu przed parkiem miejskim. Do realizacji planów nie doszło, przeszkodził w tym wybuch wojny we wrześniu 1939 r.

Straż pożarna

„Na odgłos dawniej dzwonka, a później syreny, biegli ochotnicy – strażacy z różnych stron miasta , by ratować ludzkie mienie. Pamiętam, że mój ojciec, a był to człowiek nadzwyczaj energiczny i porywczy, gdy alarm zastał go w warsztacie, rzucał wszystko, najpilniejszą pracę, zmartwienia rodzinne, przerywał rozmowy z klientami i biegł do mieszkania, aby przebrać się w mundur, w czym pomagała mu matka, by być jednym z pierwszych. Nie zważał wówczas na żadne przeszkody – ani na ulewę, ani na mróz. Ludzie usuwali się z drogi, bo wiedzieli, że zależy mu na każdej minucie, by być jednym z pierwszych i stanąć do walki z żywiołem. Wybiegaliśmy w zależności od pory dnia przed bramę, aby patrzeć, gdzie jadą wozy, sikawki, a w miarę postępu – wozy zmechanizowane. Nieraz ojciec wracał szybko, a nieraz gaszenie pożaru przeciągało się” – tak wspomina służbę swojego ojca w straży pani Barbara Bielecka (wywiad z „Zeszytu Kaliskiego Towarzystwa Genealogicznego »Kalisia«”).

 

Rok po tragicznym pożarze Kalisza w 1852 r., w którym spłonęło ok. 60 domów mieszkalnych, powstały plany budowy ochotniczej straży ogniowej przy ul. Babinej. Jednak do ich realizacji doszło dopiero w 1871 r. Budynek dla straży stworzono według projektu Józefa Chrzanowskiego, tego samego, który odpowiadał za architekturę miejskiego ratusza czy teatru. Na czele straży stanął Robert Pusch, człowiek cieszący się nieposzlakowaną opinią i szacunkiem kaliszan.

 

 

Straż już w 1863 r., kiedy powstał pierwszy realny projekt jej założenia, otrzymała od miasta „trzy sikawki, dwie beczki do wody, haki i drabiny”. Z Wrocławia sprowadzono specjalistę, który przeprowadzał pierwsze ćwiczenia wśród ochotników. Wprowadzono również mundury: białe płócienne bluzy i czarne skórzane hełmy z fartuszkami na szyję.

Budynek straży ogniowej zniknął z krajobrazu miejskiego w połowie lat 70. XX w. Kaliszanie wspominają go z żalem. Nawet po zakończeniu pełnienia swoich funkcji obiekt był wykorzystywany m.in. jako przestrzeń handlowa czy biura ORS, gdzie można było zaciągnąć kredyt lub zakupić produkt na raty.

Mykwa

Pierwszym obiektem, jaki Żydzi muszą wybudować w nowym miejscu, nie jest synagoga, bo modlić można się wszędzie, takim budynkiem jest mykwa, czyli łaźnia rytualna. Nie znamy lokalizacji pierwszej kaliskiej mykwy. Wiemy natomiast o tej z 1873 r. Budynek łaźni gminnej usytuowany był nad kanałem Babinki, przy ul. Nadwodnej róg ul. Kanonickiej. Mykwa została przypuszczalnie zniszczona na początku lat 40. XX w. przez Niemców, w trakcie zasypywania odnogi Prosny.

Chana Krakowska: „Moja mama raz w miesiącu chodziła do mykwy – jak się zakończył ten odmienny, kobiecy czas, to szła brać rytualną kąpiel. Nie chodziła do mykwy tylko wtedy, gdy była w ciąży, bo wtedy nie musiała. […] Pamiętam, że był tam zbiornik z wodą, w którym zanurzało się naczynia i były zdatne. […] Byłam tam też raz, jak moja kuzynka Rywka Zalc wychodziła za mąż. Przed chupą [uroczystość zaślubin] odprowadzały ją do mykwy kobiety z rodziny, szłyśmy ulicą i śpiewałyśmy. Kobieta pierwszy raz do mykwy idzie przed ślubem, a potem to już jest obowiązek. Wiele kobiet tego nie lubiło, bo wtedy było wiadomo, że skończyła im się miesiączka i będą mogły spać z mężem, a przecież nie każda kobieta chce, aby jej sąsiadki o tym wiedziały. Mój tata też chodził do mykwy, ale tylko przed świętami”.

Szaje Kawe: „Całe pomieszczenia były w białych kaflach, mężczyźni i kobiety korzystali z oddzielnych basenów, w różnych salach. Nim weszło się do basenu z wodą, trzeba było wziąć kąpiel, do tego była wanna w osobnym pomieszczeniu. Trzeba też było przyciąć paznokcie. Do mykwy wchodziło się czystym fizycznie, bo kąpiel miała oczyścić duchowo. Dach był specjalnie skonstruowany, tak jak lejek, tylko płytszy. W czasie deszczu zbierała się tam woda i spływała do zbiornika. Można też było brać wodę z Babinki, ale ona nie była zbyt czysta, więc częściej korzystano z deszczówki. Wodę deszczową mieszało się w odpowiedniej proporcji z wodą z wodociągu. Przed szabatem czy przed świętami na ulicach Kalisza widać było Żydów, jak szli z ręcznikami do mykwy. To był pierwszy sygnał, że nadchodzi świąteczny czas. To nie była jedyna mykwa, istniały również prywatne łaźnie”.

 

Pani Janina zaczęła opowiadać o Babince: – Jesienią 1939 r. żydowską synagogę otoczono drutem kolczastym i zrobiono w niej obóz dla Żydów. Sprowadzono tam ludzi z całego miasta, było też sporo małych dzieci, nawet takie w wózkach. Trzymano ich tam kilka dni, a później – pod eskortą policji i wojska – poszli oni na dworzec kolejowy. Wywieźli ich z Kalisza, nie wiem gdzie. W 1940 r. pozostałych w Kaliszu Żydów, tych co nie wywieźli w 1939 r., zamknięto przy ul. Złotej. Tam, w kamienicach, zrobili getto. Niemcy zabrali się do porządkowania miasta. Najpierw ograbili żydowską synagogę, wynosili całe skrzynie i gdzieś je wywieźli…

Synagoga

Kaliscy Żydzi, podczas swej ponad osiemsetletniej historii życia i współtworzenia miasta, wybudowali dwie synagogi – ortodoksyjną i reformowaną, ale mieli też ponad 30 bożnic, sztibli i innych miejsc modlitewnych, w których od rana do nocy studiowali Torę i modlili się do Haszem. Jednak najważniejsza była Synagoga Wielka, na budowę której, wydał zgodę król Kazimierz Wielki w 1358 r.

Kolejne wzmianki w kronice miasta dotyczące bożnicy pochodzą z 1565 r. W 1659 r. gmina żydowska postawiła murowaną synagogę. W 1792 r., podczas wielkiego pożaru miasta, budowla spłonęła. Dzięki zamożności gminy szybko udało się ją odbudować. W tej postaci służyła wyznawcom zaledwie 70 lat, gdyż 18 lipca 1852 r. w dzielnicy żydowskiej wybuchł kolejny pożar, który strawił znaczną część domów i budynków. I tym razem ogień nie oszczędził synagogi.

Kolejny obiekt wzniesiono w 1859 r. Była to średniej wielkości budowla w stylu kalisko-lubelskim, na planie prostokąta, nakryta dachem dwuspadowym z charakterystyczną sygnaturką. Jedynymi wydatnymi elementami były wielkie okna, półokrągłe w górnej partii: dwa na bokach ściany wschodniej oraz po trzy na ścianach bocznych. Otoczona była przybudówkami służącymi do celów gospodarczych i rytualnych, a jej najbliższe otoczenie tworzył plac zwany Rozmarkiem.

Synagogę złupili Niemcy tuż po wkroczeniu do miasta we wrześniu 1939 r. W 1940 r. przeprowadzili jej rozbiórkę, dla większego upokorzenia – rękami kaliskich Żydów.

Po 1945 r. w miejscu, gdzie stała synagoga, wzniesiono kaliską siedzibę Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Na początku lat 90. XX w. obiekt ten przebudowano. Obecnie mieści się tu bank, a za nim rozciąga się skwer.

Józef Szczeciński: „Mój tata nie chodził często do synagogi, ale na święta zawsze był i mnie również zabierał. Szliśmy wtedy w najlepszych ubraniach, tata miał woreczek z tałesem [szal modlitewny], taki ładny, z kaliskiego aksamitu, z wyhaftowaną przez moją mamę gwiazdą Dawida. Mnie modlitwa nie interesowała, wolałem biegać z dzieciakami. […] W synagodze była wielka sala, w której modlili się mężczyźni, były też dwa piętra z balkonami, gdzie były kobiety. Kobiety nie modliły się z mężczyznami, bo to była synagoga ortodoksyjna. Tata miał wykupioną ławkę, to było jego miejsce”.

Dworzec PKS

W obrębie obecnych ulic Babinej i Parczewskiego, w pobliżu murów miasta lokacyjnego, już w latach 30. XX w. istniał dworzec autobusowy, który prowadził kursy na trasie Śródmieście – dworzec kolejowy, ale również do pobliskich wsi i powiatów. Codziennie kursowało 46 autobusów, z których każdy mógł jednorazowo przewieźć ok. 20 osób.

 

 

W okresie okupacji niemieckiej na ulicach Kalisza pojawiły się innowacyjne jak na tamte czasy dwa autobusy – na gaz świetlny i na olej napędowy.

W budynku dawnego dworca znajdowały się kasy, poczekalnia, zaplecze dla kierowców, ale również biura administracji, a także bufet. Jak wspominają kaliszanie – zawsze panował tam niesamowity tłok i przepychanki.

Największy ruch był w dni targowe – wtedy zjeżdżali się ludzie z pobliskich wiosek, którzy często wracali ze sporym bagażem.

Dworzec w tamtym okresie był odpowiednikiem dzisiejszych platform społecznościowych. – Ludzie wymieniali się tam wiadomościami. Można było usłyszeć najświeższe plotki i nowiny, ale również skorzystać z usług Cyganek, które – za drobną opłatą – wróżyły przyszłość z dłoni.

Historia starego dworca w Kaliszu zakończyła się w 1975 r., kiedy decyzją Bronisława Rychela, ówczesnego dyrektora oddziału kaliskiego PKS, otwarto nowy dworzec przy ul. Wrocławskiej.

 

Pani Janina kontynuuje swoją opowieść: – Żydowskie książki i mniej cenne rzeczy kazali zapakować na wozy. Przy tym pracowali Żydzi z getta, a woźnicami byli Polacy. Załadowane wozy nie pojechały daleko. Dojechały do Babinki. Tam zaczęto te wszystkie rzeczy wrzucać do wody. Takich wozów było kilka. Nagle zobaczyłam, że z jednego z nich spadł jakiś świecący kubeczek. Podbiegłam i podniosłam go. Zobaczył to pilnujący robotników esesman. Kopnął mnie, a ja, upadając, upuściłam kubek. On wtedy chciał przydepnąć go, ale uciekł mu spod buta, i wtedy ja go złapałam, schowałam pod płaszcz i uciekłam. Na kubku pozostał ślad od niemieckiego buta…

 

Jak ratowano książki

Kaliskie planty miejskie powstały w czasie II wojny światowej (w latach 40. XX w.) w miejscu, gdzie wcześniej znajdował się kanał Babinka. Niemieccy okupanci zlikwidowali kanał, zasypując go m. in. książkami z polskich i żydowskich bibliotek. Niewiele egzemplarzy, przeznaczonych na materiał do zasypywania cieku, przetrwało dzięki mieszkańcom miasta.

Uratowane książki stanowią dzisiaj cenną oraz symboliczną pamiątkę z okresu wojny. Do Miejskiej Biblioteki Publicznej zostały przekazane przez cztery osoby.

 

 

Jedną z nich jest Kazimiera Łaźna, która podarowała bibliotece 17 tomów. W czasie II wojny światowej jej ojciec, pracownik poczty, wracając po pracy do domu, zauważył wyrzucane do kanału książki i zdecydował się uratować część z nich, chowając je do worka. Z relacji Łaźnej wynika, że mężczyzna powtarzał tę czynność kilkakrotnie. W ten sposób książki trafiły do jego domu, były czytane przez najbliższe otoczenie i przetrwały okres okupacji.

Wśród ratujących je byli także Maciej i Michał Koperscy, synowie Teodora Koperskiego, pracownika kaliskiego starostwa. Przekazali oni bibliotece 12 cennych egzemplarzy. Tomy ofiarowane przez Koperskich były częścią zbioru nieistniejącej już Biblioteki i Czytelni Publicznej im. Adama Mickiewicza, a także darem dla wspomnianej biblioteki od barona Leopolda Kronenberga.

 

 

Ostatnia część zbioru, który jest klasyfikowany jako książki uratowane od zniszczenia w kanale, ma niepewną historię. Są to dzieła przekazane przez Przemysława Pawlaka. W tym przypadku nie ma jednak całkowitej pewności, skąd książki pochodzą, a jedynymi poszlakami są niewielkie adnotacje z napisem „Kalisz” oraz pieczątki z bibliotek, pokrywające się z tymi, które można zobaczyć na stronach egzemplarzy ofiarowanych przez inne osoby. Większość książek pochodzi z XIX w., a najstarsze – z 1844 r.

Hitlerowski czyn zasypania kanału Babinka tomami lektur upamiętnia odsłonięty w 1978 r. pomnik Książki zaprojektowany przez Władysława Kościelniaka i wykonany przez Jerzego Sobocińskiego. Znajduje się on w jednej z części współczesnych plant miejskich, niedaleko ul. Kanonickiej.

 

 

Hala Szrajerów i historia boksu

Dziś znajduje się tu galeria handlowa, wcześniej stał dom handlowy Tęcza”. Miejsce to ma jednak dłuższą i bardziej zaskakującą historię.

Przed I wojną światową handel w Kaliszu był rozproszony. Na ówczesnym rynku Dekerta – a dzisiejszym Nowym Rynku – rozstawiały się małe kramy, a nad kanałem Babinka ulokowały się jatki koszerne. Brakowało jednego miejsca, w którym handel można byłoby prowadzić w odpowiednich warunkach.

Dlatego w 1933 r. powstała Hala Braci Szrajerów. Był to duży budynek, pod dachem którego mieściły się trzy rzędy kramów, umożliwiające wygodne prowadzenie handlu.

Jednak w czasie II wojny światowej hala drastycznie zmieniła swój charakter. Kramy stały się pryczami dla przetrzymywanych tam ludzi. Naziści najpierw umieścili tam polskich jeńców wojennych, potem utworzyli w budynku obóz deportacyjny dla Żydów, a następnie z hali wywożono Polaków na roboty do Niemiec.

Do obozu dwukrotnie trafił dziadek pana Ryszarda. Za pierwszym razem udało się dziadka wykupić. Za drugim już nie. Najprawdopodobniej po kilku dniach został on wywieziony do Dachau, gdzie zmarł.

Po II wojnie światowej do ogromnej hali wprowadziła się zajezdnia PKP. Ale w soboty i niedziele budynek zmieniał się w… halę bokserską.

Pan Ryszard opowiada, że w te dni pojazdy wyprowadzano, a na środku hali ustawiano ring. Choć zbudowano go – jak wówczas mówiono – w czynie społecznym, był to najprawdziwszy ring na podwyższeniu i z elastycznymi linami. Dookoła niego ustawiano ławki. U góry zaś znajdowały się balkony. Szybko jednak okazało się, że mogą one nie wytrzymać ciężaru ludzi – takie było zainteresowanie. Aby nikt na nie nie wchodził, schody na balkony celowo pokryto smarem.

Na walki bokserskie przychodziło nawet 5 tys. osób. Kibice stali w plamach oleju pozostawionych przez autobusy. Zimą, by nikt nie zmarzł, ustawiano koksowniki. Wielu chętnych nie mieściło się w hali. Ci bardziej pomysłowi stawali na drabinach, aby dojrzeć walkę przez okna.

Kto walczył? Na początku funkcjonowało kilka klubów: Stal, Włókniarz, a także Gwardia i Prosna. Złote lata kaliskiego boksu zakończyły się wraz z wyprowadzką bokserów do nowo wybudowanej hali sportowej, która do dziś stoi przy ul. Łódzkiej. W 1965 r. działalność ostatniego klubu – Prosny – zawieszono z powodu braku zawodników. I tak zakończyła się historia boksu w hali, która wkrótce wróciła do swoich handlowych korzeni.

 

Mała Janinka z pucharkiem pod płaszczem pobiegła do domu, ale nie bardzo wiedziała, co to za przedmiot i do czego mógł służyć. Ot, zwykłe naczynie, z którego można się napić. Jednak miejsce, z którego pochodził pucharek, czyli synagoga, w której dziewczynka nigdy nie była, bardzo ją ciekawiło i pobudzało jej wyobraźnię. Janka miała wtedy 15 lat.

– Oglądałam ten kubek wiele razy, na pamięć znałam wyryty tam obrazek. Uważałam, że to fragment Kalisza, jakiś widoczek z mojego miasta. Wymyślałam historie dla tego kubka, to była magiczna zabawa pobudzająca moją ciekawość – opowiada Janina.

 

Szpital żydowski

Tymczasowy szpital żydowski w Kaliszu został założony przez lekarza, dr Michała Morgernsterna. Jego otwarcie odbyło się 1 stycznia 1836 r. Począwszy od lutego 1837 r. szpital mieścił się w specjalnie nabytym, wyremontowanym budynku przy ul. Nadwodnej, przy zbiegu Piskorzewskiej, w sąsiedztwie mykwy (obecne planty).

W latach 30. XX w. nastąpiło przejęcie Szpitala Starozakonnych przez Międzykomunalny Związek Szpitali powiatu kaliskiego. Oznaczało ono w praktyce likwidację żydowskiego szpitala, zbudowanego i wyposażonego z funduszy zamożnych żydowskich filantropów. Po faktycznym jego upaństwowieniu nastąpił proces „odżydzania” go i stopniowego usuwania dotychczasowego personelu lekarskiego, pielęgniarskiego i administracyjnego.

W budynku tym funkcjonował szpital także podczas II wojny światowej – od listopada 1939 r. do września 1941 r. Ostatecznie budynek szpitala został rozebrany podczas zasypywania przez Niemców odnogi rzeki Prosny, co miało miejsce w latach 1942–1944.

Baruch Kolski: „Szpital był dwupiętrowym budynkiem z wysokim poddaszem. Odwiedziłem kilka razy synagogę przyszpitalną. Była tam też kostnica i strasznie się bałem tego miejsca. Tam pracowali naprawdę dobrzy lekarze i szpital był na wysokim poziomie oraz bardzo dobrze wyposażony, bo bogaci Żydzi z miasta nie żałowali na to pieniędzy. Ale władze zabrały nam to miejsce i zrobiły w nim szpital dla wszystkich. […] W czasie wojny Niemcy kazali go rozebrać. Zostało po nim tylko drzewo, które rosło na dziedzińcu, tylko ono przypomina o tym miejscu”.

Po dwóch latach Janka, zamiast dalej się kształcić, musiała iść do pracy. Wywieziono ją na przymusowe roboty do Niemiec. Zabrała ze sobą walizkę z ubraniami, zapakowała tam także pucharek z synagogi. To miał być talizman z Kalisza, który jechał z nią w daleką i nieznaną podróż.

– Nawet się nie zastanawiałam, co pakuję do walizki. Wzięłam ten kubeczek i od razu ukryłam w ubraniach. Pojechał ze mną do Niemiec. Był ze mną każdego dnia, wkładałam do niego kwiaty i myślałam o moim mieście. Traktowałam ten kubek jak wazonik, a może nawet jak ołtarzyk. Ile razy na niego spojrzałam, myślałam o moim Kaliszu.

 

Pomnik Adama Asnyka

 

Asnyku, Asnyku, tak Cię kochają – z przodu Ci grają, a z tyłu srają” ta niemiła rymowanka odnosi się do pomnika odsłoniętego w 1960 r. w ramach obchodów 1800. rocznicy powstania kalisza i poświęconego Adamowi Asnykowi. Funkcjonujące w Kaliszu powiedzenie powstało przez gołębie, które obsiadają postument i zostawiają na nim odchody.

Asnyk to jeden z najwybitniejszych mieszkańców Kalisza. W mieście spędził młodość. Zanim został poetą i politykiem, właśnie w Kaliszu ukończył szkołę. W 1870 r. zadebiutował w dzienniku Kaliszanin” wierszem pt. Rodzinnemu miastu”. W tym samym dzienniku debiutowała Maria Konopnicka. Asnyk został poetą i dramatopisarzem. Był członkiem Rządu Narodowego w czasie powstania styczniowego.

Obecnie na pl. Kilińskiego, u wejścia na planty, znajduje się jego pomnik wykonany przez Jerzego Jarnuszkiewicza. Przez kaliszan rzeźba nazywana jest Smutnym Asnykiem”. Wśród mieszkańców krąży pewna anegdota związana z pomnikiem: Pewnego razu ksiądz-przewodnik, oprowadzając grupę turystów, wskazując na pomnik, powiedział: Oto, proszę wycieczki, pomnik Chrystusa Frasobliwego”.

Po zakończeniu wojny Janka wróciła do rodzinnego miasta. Kalisz niewiele ucierpiał, prawie wszystkie budynki ocalały. Nie było tylko dwóch synagog, które Niemcy rozebrali, nie było budynku mykwy i szpitala żydowskiego, zakopano Babinkę i wyburzono kilka gmachów, które nie mieściły się w nowym planie architektonicznym III Rzeszy. Ale – przede wszystkim – zniknęło 30 tys. żydowskich mieszkańców miasta.

– Zaraz po wyzwoleniu znów zapakowałam swoją walizkę, z którą pojechałam do Niemiec, i wróciłam z robót do Kalisza. Nie zapomniałam o kubku, wrócił razem ze mną – mówi Janina.

W powojennym Kaliszu, Janka skończyła szkołę średnią w trybie przyśpieszonym, zdała maturę i zaczęła pracę. Doganiała ją szara rzeczywistość komunistycznej Polski, po kilku latach pracy dostała mieszkanie, potem kolejne, coraz bardziej oddalała się od centrum miasta, ale zawsze był z nią pucharek z synagogi.

 

Koszary Godebskiego

 

Koszary Godebskiego to budynek położony przy plantach miejskich, przy ul. Babinej 16. Obecnie znajduje się w nim sklep jednej z działających w Polsce sieci handlowych, jest przedszkole oraz pracownie, m.in. architektoniczna i krawiecka.

 

 

W okresie Księstwa Warszawskiego, według tablicy na budynku, w gmachu mieściły się koszary Wojska Polskiego tzw. 8. pułku piechoty Legii Nadwiślańskiej. Jednym z komendantów miał być Cyprian Godebski. To od jego nazwiska pochodzi nazwa budynku. Tablica informująca o przeszłości kamienicy zawisła na niej w 1921 r., ale w historii tego miejsca wiele jest niewiadomych. Historia samego pułku jest o tyle niepewna, że Legia Nadwiślańska to potomek polskich legionów, a te nie osiągnęły nigdy ośmiu pułków. Najbardziej znaną walką 8. pułku była bitwa pod Raszynem w 1809 r., gdzie zginął dowódca jednostki. Możliwe, że w przeszłości połączono losy Godebskiego (uczestnika walk we Włoszech) z losami tzw. 8. pułku piechoty Legii Nadwiślańskiej. Tajemnicza jest również historia samego budynku – nie ma jasności, czy stacjonowały w nim wojska i były to faktycznie koszary. Jest prawdopodobne, że fakt stacjonowania żołnierzy w Kaliszu połączono z omawianym budynkiem na podobnej zasadzie jak poetę Cypriana Godebskiego z 8. pułkiem. Koszary, aż do momentu przejęcia ich przez nowego właściciela w 2011 r., płonęły kilkakrotnie, w wyniku czego ucierpiał dach gmachu.

 

Wampir

 

Samuel Fernbach został 26 lipca 1971 r. stracony przez powieszenie w Wojewódzkim Areszcie Śledczym w Poznaniu. Dlaczego?

W roku 1970 r. mężczyzna mieszkał w Kaliszu. Wówczas, jako 24-letni pracownik Kaliskiej Fabryki Pluszu „Runotex”, był atrakcyjny, miał powodzenie u kobiet, grał na gitarze, komponował i śpiewał piosenki, pisał wiersze. Od dziecka nosił jednak przy sobie nóż, często pił, bywał agresywny. Tego właśnie roku został aresztowany.

„Zaraz wracam!” – tak mogły brzmieć ostatnie słowa Marysi, 10-letniej mieszkanki Kalisza, wypowiedziane do rodziców. Co dokładnie powiedziała 30 października 1968 r.? Tego nie dowiemy się nigdy, ponieważ Marysia w drodze do sklepu spotkała swojego sąsiada z ul. Nowotki (obecnie ul. Alfonsa Parczewskiego), Samuela Fernbacha. Dziewczynka miała sprzedać butelki w pobliskim sklepie, Samuel zaproponował, że może wziąć też butelki, które on przechowuje w piwnicy – więcej butelek, większy zysk. Był jej sąsiadem, dziewczynka mogła mu zaufać. Jednak do sklepu nie dotarła. Została zgwałcona, uduszona i pogrzebana w piwnicy, do której zwiódł ją sprawca. Policyjne śledztwo trwało ponad pół roku, niczego nie udało się znaleźć.

14-letnia Krysia przyjechała do Kalisza z babcią, na targ. Jednak babcia do domu wróciła już sama. Okazało się, że uprzejma Krysia pomogła przenieść Samuelowi Ferenbachowi czereśnie do jego mieszkania. Tam mężczyzna wykorzystał dziewczynkę seksualnie, później udusił. Tego samego dnia zwłoki Krysi wrzucił do dołu kloacznego w pobliżu swojego mieszkania.

Mieszkańców miasta owładnął strach. Jedno zaginięcie można było wytłumaczyć przypadkiem, dwa – nie.

Morderca jednak wpadł. Pracownicy Miejskiego Przedsiębiorstwa Gospodarki Komunalnej na podwórzu jednej z kamienic przy ul.Nowotki odkryli zwłoki. Ofiarą była 14-letnia Krysia. Okazało się, że napastnik do uduszenia ofiary wykorzystał tasiemkę, taką samą jak ta, której jego babcia użyła do uszycia worka na drewno. W mieszkaniu Samuela policja znalazła płaszcz, który Krysia miała na sobie w dniu zaginięcia. Po długich poszukiwaniach funkcjonariusze znaleźli w piwnicy sprawcy zwłoki drugiej ofiary – Marysi.

Przed prokuratorem na przesłuchaniu morderca przyznał: „[…] wiedziałem, że nadal będę mordował”.

 

– Przeczytałam w pani gazecie apel o spisywanie wojennych historii i przekazywanie pamiątek po kaliskich Żydach – powiedziała, zwracając się do mnie, pani Janina. – Zadzwoniłam, aby to opowiedzieć. Ale po rozmowie z panią chciałabym, aby ten kubek znów był używany, aby ponownie spełniał swoją rolę. Ja go pani dam, niech będzie pamięcią o kaliskich Żydach.

Kolejne spotkanie z panią Janką odbyło się kilka dni później w jej mieszkaniu, gdzie poza ciastem i herbatą był także ten kubek.

Dziś pucharek kiduszowy znajduje się w zbiorach Domu Pamięci Żydów Kaliskich. W 2014 r., podczas obchodów 100. rocznicy zburzenia Kalisza, w mieście gościła grupa kaliskich Żydów, mieszkających w Izraelu. Podczas szabatu, który odbył się w domu autorki tego tekstu, pucharek ponownie posłużył do błogosławieństwa wina. Spełnia tę funkcję, jak tylko kaliszanie przyjeżdżają do swojego miasta.

 

Pucharek (kubek) kiduszowy

naczynie na wino, używane przez Żydów do celów rytualnych z okazji szabatu i świąt. Pan domu odmawia kidusz (błogosławieństwo) nad pucharem napełnionym winem. Na wschodzie Europy w XIX w. do najbardziej powszechnych należały srebrne lub platerowane kubeczki różnych rozmiarów, na których ornament roślinno-geometryczny przeplatał się z wygrawerowanymi widokami architektonicznymi.

 

Targ rybny

 

Dzisiaj sporadycznie możemy spotkać wędkarzy przy kaliskich rzekach. Łowią oni ryby po to, żeby wykorzystać wolny czas oraz spędzić go z kolegami, mającymi podobną pasję. Nad jedną z rzek spotkać można pana Roberta, który stosuje się do zasady No Kill, czyli ryby, które uda mu się złowić, wypuszcza z powrotem na wolność.

Pan Robert wspomina swojego pradziadka Stefana, który był zawodowym wędkarzem. Na wędkę z leszczyny czy bambusa łowił on ślizy, kozy i piskorze, a następnie sprzedawał je na targu rybnym, który istniał w Kaliszu do II wojny światowej. W latach okupacji na terenie Kalisza wędkowanie było zakazane.

Pan Robert, podobnie jak jego dziadek, ma kartę wędkarską. Dodatkowo przed wojną, by móc legalnie łowić, trzeba było również wykupić licencję na dany odcinek rzeki.

 

Kiedyś kanał Babinka, dziś planty

Czym w dzisiejszych czasach są planty dla mieszkańców Kalisza? Czy i jakie mają dla nich znaczenie?

Planty leżą w ciągu komunikacyjnym, pozwalają szybko i spokojnie dotrzeć z punktu A do punktu B. Wielu spacerowiczów wychodzi tu z psami. Są też tacy, którzy przysiądą, aby odpocząć, poczytać książkę lub spotkać się z koleżankami i kolegami, wewnątrzpokoleniowo.

Można tu zobaczyć grupy dzieci (często na rolkach lub z deskorolkami – tu można jeździć bezpiecznie, nie ma samochodów), młodzież gimnazjalna i licealna, która częściej niż na siebie nawzajem patrzy w telefony, wrzuca zdjęcia na Instagrama lub sprawdza Snapchata.

Dalej idąc, można zobaczyć rodziny z dziećmi. Są też seniorzy. Kobiety najczęściej siedzą w swojej grupie, mężczyźni w swojej. Zapytani o to, dlaczego spotykają się na plantach w takich grupach, seniorzy mówią, że dla nich to sytuacja naturalna. W domach są z żonami lub mężami, więc wychodząc na planty, tak naprawdę celebrują życie towarzyskie. Dyskutują o tym, co dzieje się w mieście, trochę narzekają. Nie chcą być nagrywani, cenią sobie anonimowość w tym miejscu, ale lubią obserwować innych.

 

„Żywa” – żywa na zawsze

Stowarzyszenie Żywa powstało w kwietniu 2005 r. z inicjatywy kaliskich artystów, ludzi kultury i sztuki oraz osób aktywnie zajmujących się edukacją i działalnością społeczną.

Długo siedzibą stowarzyszenia i miejscem spotkań kaliszan był budynek przy ul.Babinej 3. To miejsce miało magiczną moc uzdrawiania dusz. Było oazą dla artystów, dawało schronienie muzykom, przestrzeń wystawienniczą dla sztuk wizualnych. Można było tam przeczytać wiersze niszowych kaliskich poetów, można było zjeść smaczne i bezmięsne potrawy.

»Żywa« była inspiracją i miejscem, które bezprecedensowo pokazywało kulturę w każdej formie i w najlepszym wydaniu, takim swego rodzaju domem pracy twórczej, gdzie integracja sztuk i artystów była na pierwszym miejscu. Stała się niepisana spółdzielnią interesów grupy (alternatywnej) inteligencji kaliskiej, w której każdy mógł znaleźć swoje miejsce, wynieść do niego i wnieść z niego tyle, ile chciał. To było miejsce, które ukształtowało światopogląd kulturalny nie tylko mój, ale potężnej rzeszy twórców i odbiorców, co, moim zdaniem, procentuje i jest widoczne do dziś” – mówi Mikołaj, muzyk, multiinstrumentalista, producent muzyczny.

Nie jestem pewna, czy dzisiaj młodzież ma jakiekolwiek takie oddolne, niesformalizowane miejsce, które mogłaby nazywać »swoim«, jak miało to miejsce w »Żywej«, i to niestety bardzo odbija się na tworzeniu pozytywnego klimatu dla młodych w tym mieście” – mówi Anka, reżyserka, montażystka, nauczycielka, wykładowczyni, działaczka społeczna.

 

Autorzy

Zdjęcia archiwalne pochodzą ze zbiorów Hili Marcinkowskiej

Autorką ilustracji jest Anna Linkowska

Podziękowania dla: Grzegorza Chwiałkowskiego, Roberta Papuzińskiego, pana Ryszarda oraz dla Arkadiusza Błaszczyka który udostępnił książki i materiały.

 

Reportaż zrealizowany w ramach warsztatów „Multimedialny Kalisz” organizowanych przez Fundację Rozwoju Inicjatyw Kreatywnych.
Projekt dofinansowany ze środków Programu Fundusz Inicjatyw Obywatelskich.
 

 

1900