Wspomóż
pl   |   en

Dlaczego Białoruś już nie kocha Łukaszenki

Gniew ogarnął nawet mieszkańców najmniejszych miasteczek w całym kraju. Tak jak przemoc, której tu wcześniej nie było. Białorusini uważają, że rosną w siłę i już stanowią większość przeciwko władzy, a prezydent Aleksander Łukaszenka dodatkowo podsyca nastroje społeczne.

Hancewicze, małe miasteczko w obwodzie brzeskim, nigdy wcześniej nie było świadkiem protestu na tle politycznym. Brutalność lokalnej milicji zszokowała mieszkańców.

Igor Dulik wracał do domu, gdy zauważył swojego przyjaciela na centralnym placu miasta. 45-letni rzemieślnik zatrzymał się i wyszedł z samochodu, gdy usłyszał krzyki. Dulik wyjął telefon i zaczął nagrywać funkcjonariuszy milicji, którzy w brutalny sposób aresztowali dwóch reporterów.

W tym momencie inni milicjanci podeszli do Dulika, złapali go od tyłu i zaczęli bić. Kiedy leżał twarzą do ziemi, jeden z nich położył mu kolano na karku i przytrzymał przez chwilę. 

– Mówiłem im, że nie mogę oddychać, ale wciąż bili mnie pięściami i kopali – mówił zszokowany Dulik kilka dni później. Został zabrany do aresztu, ale ostatecznie trafił do szpitala z urazem nerki i wstrząsem mózgu.

Wieczorem 20 czerwca, kiedy parkował samochód w centrum Hancewiczów, milicja zdążyła już brutalnie spacyfikować pierwszy protest polityczny w historii miasteczka. Na nagraniach świadków widać, jak funkcjonariusze przyciskają ludzi do ziemi, ciągną za włosy i zakładają kajdanki.

Subsrybuj
magazyn Unblock

Naciskając „Zapisz się”, wyrażam zgodę na przesyłanie newslettera Unblock przez Outriders Sp. not-for-profit Sp. z o.o. i akceptuję regulamin.

Hancewicze, miasteczko liczące mniej niż 14 tys. mieszkańców, jest najbardziej znane z radaru Wołga, strategicznego rosyjskiego obiektu wojskowego, który znajduje się na terenie miejscowości. Jednak gdy milicjanci zastosowali ucisk kolanem na kark wobec co najmniej dwóch mieszkańców Hancewiczów, lokalne media szybko nazwały je „białoruskim Minneapolis”.

Milicjant uciska kolanem kark mieszkańca Hancewiczów. Fot. Siarhej Bahrou

Powstanie na Białorusi

Protest w Hancewiczach był transmitowany na żywo przez lokalnych dziennikarzy. Film pokazuje zaledwie 20 osób stojących w ciszy przed budynkiem lokalnych władz, obserwowanych z cokołu pomnika przez wszechobecnego na Białorusi Lenina. Zgromadzeni niepewnie bili brawo, gdy kierowcy przejeżdżających samochodów od czasu do czasu trąbili w ramach wsparcia dla protestujących. To była sobota. Część mieszkańców przyszła z dziećmi.

Był to jeden z wielu żywych łańcuchów solidarności. Zaangażowani sprzeciwiają się aresztowaniom kandydatów na prezydenta Białorusi oraz innych działaczy. Ten w Hancewiczach mógł przejść niezauważony, gdyby nie jeden z najbardziej brutalnych pokazów przemocy milicji w kraju.

– Przywieźli 40 funkcjonariuszy milicji miejskiej, wydziału bezpieczeństwa i drogówki – mówi Aliaksandr Paźniak, dziennikarz lokalnej niezależnej gazety „Czas Hancewicki”, któremu udało się zorganizować transmisję. Został uderzony w twarz, głowę i korpus, gdy relacjonował na żywo. Siarhiej Bahrou, operator kamery i fotograf, na 15 dni trafił do więzienia.

Akcja milicji wywołała oburzenie w miasteczku. – W czasach radzieckich miałem stopień praporshchika [podoficera lub oficera], sam nosiłem mundur, więc teraz działania milicji są dla mnie zawstydzające – mówi 58-letni Anatol Wałoszczyk, dyrektor artystyczny i główny dyrygent Domu Kultury w Hancewiczach. 

Aresztowania w Hancewiczach. Fot. Siarhiej Bahrou

Wszyscy, z którymi rozmawiałam, krytykowali brutalność policji. – Kilka dni temu widziałam jednego z milicjantów w sklepie spożywczym i nie wiedziałam, jak się zachować. Nie mam szacunku do policji – mówi 27-letnia Kaciaryna, która wzięła udział w proteście, ale udało jej się uniknąć aresztowania.

Użytkownicy lokalnych grup i czatów na portalach społecznościowych wsparli uwięzionego operatora kamery, publikując awatary z napisem „Мы – Багроў” [„My to Bahrou”]. Mieszkańcy przekazali pieniądze na konto gazety, aby pomóc w spłaceniu grzywien nałożonych na zatrzymanych. To zwarta społeczność, ludzie się tutaj znają.

Wiele osób wyjątkowo osobiście odebrało nagły atak sił porządkowych na mieszkańców miasteczka. – Nie byłem wcześniej aktywny, ale teraz zająłem się polityką – mówi Maksim Ameljanowicz, 33-letni główny specjalista w firmie Modul, jednym z niewielu przedsiębiorstw w Hancewiczach. Zaraz po proteście wraz z żoną Marią Burwan postanowili zebrać podpisy, aby zostać członkami lokalnej komisji wyborczej. Nie przyjęto ich kandydatur z powodu „opozycyjnych poglądów”, wyjaśnia Burwan.

Jednak ich droga od obojętności do aktywnego uczestnictwa w życiu obywatelskim nie trwała długo.

Aresztowania w Hancewiczach. Fot. Siarhiej Bahrou

Najbardziej epicka porażka

Ludzie mieli powody do protestów. Hancewicze to jedno z najbiedniejszych miasteczek w regionie. Mężczyźni często wyjeżdżają do pracy w sąsiednich Rosji i Polsce.

I nie jest to w Białorusi wyjątkowe. Jest tutaj gniew, jest pewne duchowe zmęczenie, które dotarło do najmniejszych miast. Słabnąca gospodarka w fatalnej kondycji to jedno, ale amatorska i nieudana reakcja na koronawirusa była kroplą, która przepełniła czarę goryczy.

Nie tylko Łukaszenka, który rządzi Białorusią od 1994 r., jest poddany ostracyzmowi w związku z fatalnym zarządzaniem ostatnim kryzysem wywołanym przez koronawirusa. Kluczowe jest tu pewne porównanie. Białorusini ocenili reakcję swojego rządu jako jedną z najbardziej nieudolnych na świecie, a w badaniach udział wzięli mieszkańcy prawie 60 państw. Wielu Białorusinów poczuło się osobiście urażonych obojętnością i niekompetencją przywódców państwa.

A teraz gospodarka. W ciągu ćwierćwiecza u władzy Łukaszenka spotkał się ze sporadycznymi protestami związanymi z pogarszającymi się warunkami gospodarczymi i społecznymi. Jednak tej wiosny socjologowie zauważyli rekordowo niskie poczucie dobrobytu u ludzi, biorąc pod uwagę ostatnich 20 lat. W 2017 r., mimo lepszych nastrojów wśród ludności, protesty rozprzestrzeniły się daleko poza stolicę.

Aliaksandr Klaskouski, analityk polityczny z Mińska, tłumaczy, że trzy lata temu protestujący żądali od Łukaszenki zniesienia podatku nałożonego na bezrobotnych. Teraz jest inaczej. – Dziś nie pokładają już żadnych nadziei w prezydencie. Chcą po prostu zmienić człowieka będącego u szczytu władzy – mówi Aleksandr Klaskouski, szef projektów analitycznych w niezależnej białoruskiej agencji prasowej BiełaPan.

Wielu obwinia Łukaszenkę za recesję, niskie zarobki i kiepskie emerytury. To cena, jaką trzeba płacić za dominującego lidera, który ręcznie steruje gospodarką.

To już oczywiste: Łukaszenka nie może znów ubiegać się o reelekcję, nagłaśniając sukcesy gospodarcze, będzie więc polegał na „prawie i porządku”: własnej, autokratycznej, brutalnie represyjnej wersji prawa i porządku. Sam podpowiada, że może działać jak były prezydent Uzbekistanu Islam Karimow podczas masakry w Andiżanie w 2005 r., gdy zginęły setki ludzi.

Przyczyny niezadowolenia jednak nie znikną. Następnego dnia po wyborach, zaplanowanych na 9 sierpnia 2020 r. Łukaszenka nie przekształci swoich epickich porażek w spektakularne osiągnięcia. Policyjne pałki nie sprawią, że wróci miłości ludzi. W zamian Łukaszenka podsyca nastroje społeczne.

Gdy sąsiedzi biją sąsiadów

To napięcie było już widoczne w Mołodecznie, mieście liczącym mniej niż 100 tys. mieszkańców, ok. 70 km od Mińska.

19 czerwca br. protestujący starli się z policją, próbując bronić brutalnie aresztowanego mężczyzny. Milicjant wyciągnął pistolet. Przestraszeni mieszkańcy rozeszli się. Ministerstwo Spraw Wewnętrznych wyjaśniło później, że broń po prostu wyślizgnęła się funkcjonariuszowi z kabury. Jednak wielu nie wierzyło, że był to zwykły wypadek.

Zdolność człowieka do cierpliwości i wytrwałości w obliczu rażącej niesprawiedliwości nie jest nieograniczona. W przeciwieństwie do swoich odpowiedników z dużych miast, pracownicy lokalnej milicji są często sąsiadami tych, których wcześniej zatrzymywali. Są pod ogromną presją. Mieszkańcy opowiadali mi, że w Hancewiczach niektórzy milicjanci, a nawet ich żony, musieli usunąć swoje profile z mediów społecznościowych, gdy ich zdjęcia i nazwiska zaczęły krążyć po sieci.

Aresztowania w Hancewiczach. Fot. Siarhiej Bahrou

33-letni Aliaksandr Bondar, który mieszka w Polsce i przyjechał na wakacje do swojego rodzinnego miasta, mówi, że był jednym z pierwszych zatrzymanych w Hancewiczach. – Kiedy zabrano mnie do radiowozu, w środku był milicjant. Jego koledzy poprosili go o pomoc w aresztowaniach, ale on został w samochodzie – według Bondara funkcjonariusz po prostu po cichu odmówił zatrzymania ludzi.

Niemniej jednak siloviki, czyli wojsko i służby porządkowe, pozostają jednym z filarów domu zbudowanego przez Łukaszenkę.

Jesteśmy dalecy od upadku starych struktur władzy. Jednak fakt, że bankier Wiktor Babariko i były doradca prezydenta Walery Cepkało zamierzali sprzeciwić się prezydentowi w wyborach, może być odczytany jako znak. Nowe postacie z elity natychmiast zyskały popularność, więc odmówiono im rejestracji jako kandydatów w wyborach. Ponadto Łukaszenka zrobił niedawno porządki w rządzie z powodu braku zaufania do niektórych ministrów.

Wątpliwości co do systemu

Nowość to z pewnością gniew wśród tych, którzy wcześniej milczeli: popularnych osób publicznych. A już na pewno skala tego gniewu jest nowa. Sportowcy i olimpijczycy, muzycy, showmani, aktorzy i dziennikarze w prorządowych kanałach telewizyjnych wyrazili solidarność z zatrzymanymi. Wielu z nich straciło z tego powodu pracę.

Anton Martynienka, prezenter w państwowej telewizji STV, skrytykował przemoc milicji na swoim Instagramie. Jego szefowie natychmiast do niego zadzwonili i zaproponowali usunięcie postów lub zerwanie umowy.

– Wiedziałem, jakie będą konsekwencje mojej krytyki, ponieważ nie zadziera się z państwem białoruskim – mówi Martynienka. – Miałem już jednak dość lat autocenzury.

Ostatecznie opuścił STV, w którym pracował przez 12 lat. Mówi, że podczas gdy dyrektorzy kanału nazwali go „zdrajcą”, to w prywatnych rozmowach otrzymał wsparcie kolegów. Martynienka uważa, że ​​„nastroje się zmieniają”.

23-letni Arciom Hackiewicz widzi, jak wielu jego przyjaciół zaangażowało się politycznie od czasu ostatnich aresztowań. Sam został brutalnie aresztowany przez funkcjonariuszy w cywilu, gdy stał przed kawiarnią w centrum Mińska. Młody człowiek nazywa to „porwaniem”, ponieważ tak właśnie wyglądała cała akcja i uważa, że ​​był to rodzaj środka zapobiegawczego, aby przestraszyć innych.

Kamera CCTV: Arciom Hackiewicz zatrzymywany przez funkcjonariuszy w cywilu podczas oczekiwania na kawę

Jak dotąd działania władz przynoszą odwrotny skutek. W ciągu trzech dni czerwca br. w prawie 20 miastach zostało zatrzymanych ponad 360 osób. Byli to nie tylko działacze opozycji w Mińsku, którzy często spotykali się z represjami. Zatrzymano głuchoniemego mężczyznę, kobietę w ciąży, onkologa, osoby czekające w kolejce przed sklepem z pamiątkami, a ostatnio – rowerzystów. Losowo wybranych przechodniów czy kogoś, kto jeździł na rolkach. Ich krewni i przyjaciele mają ogrom wątpliwości co do zgodności z prawem tego systemu działania.

– Jeżeli mój syn został bez powodu okrutnie pobity i aresztowany, to czy to samo spotkało wszystkich zatrzymanych w całym kraju? – pyta retorycznie 69-letnia Lidia Dulik, której syn został pobity przez milicję w Hancewiczach. Chociaż uważa, że brutalny atak na jej syna był próbą zaszkodzenia reputacji Łukaszenki, to mówi mi, że zwróciła się do niezależnych mediów, aby dowiedzieć się, co się naprawdę dzieje.

„Jest nas 97%”

Pandemia stworzyła jednego wyraźnego zwycięzcę: tych, którzy rozpowszechniają informacje. Powtarzanie przez Łukaszenkę kłamstw na temat koronawirusa nie sprawiło, że ludzie martwili się mniej. Dlatego zwrócili się do blogerów i dziennikarzy.

– Niezależne media i media społecznościowe stworzyły wirtualny monopol, który wpływa na umysły ludzi – wyjaśnia socjolog Andrzej Wardamacki, szef Białoruskiego Warsztatu Analitycznego, niezależnego ośrodka badań z siedzibą w Warszawie. Ludzie czuli się oszukani. Niespójność między informacjami ze strony rządu a indywidualnymi doświadczeniami ludzi podczas pandemii przyczyniła się do utraty zaufania do państwowych mediów. I do samego Łukaszenki.

Bloger Siarhiej Cichanouski zbudował swój kapitał polityczny, przeprowadzając wywiady z ludźmi z całego kraju na swoim kanale na YouTubie. Potrafił przekształcić swoje poglądy w prawdziwe poparcie i protesty. A teraz on i inni najbardziej popularni i wpływowi blogerzy zostali uwięzieni.

Blogerzy i dziennikarze zniszczyli największy mit oficjalnej propagandy: tak, stolica może protestować, ale ludzie na prowincji są prawdziwymi zwolennikami prezydenta.

Gdy oni zaczęli mówić, reszta kraju zauważyła, że ​​wielu mieszkańców małych miasteczek nie jest wyborcami Łukaszenki. Gdy kierowca ciągnika z Chojników publikuje wideo wzywające komisje wyborcze do zapobiegania fałszowaniu głosów i „zakończeniu dyktatury”, jego apel gromadzi prawie 100 tys. wyświetleń.

Właśnie dlatego mem oceniający poparcie dla obecnego prezydenta na 3% jest tak popularny: być może po raz pierwszy ci Białorusini, którzy chcą zmian, uważają się za nową większość. I nie będzie łatwo ich przekonać, gdy ogłoszone zostaną wyniki wyborów.

pl   |   en
Menu
Home
Brief
Wspomóż