Wspomóż
pl

Białoruskie spotkanie pod konsulatem w Białymstoku

W gorący lipcowy dzień wczesnym popołudniem przy fontannie na Rynku Kościuszki w Białymstoku zbiera się grupka ludzi. W oczy rzucają się białoruskie symbole – biało-czerwono-białe wstążki, znaczki, naszywki, koszulki z Pogonią. Zebrani czekają na Aliaksieja Trubkina, który za chwilę rozpocznie spacer po białoruskich miejscach Białegostoku. 

Aliaksiej mieszka w Białymstoku od 15 lat. Przyjechał w 2006 r. z Nowopołocka na studia, na filologię białoruską. Na pytanie, czemu wybrał akurat Białystok, odpowiada krótko: „Żeby było bliżej do domu”. 

Pomysł na mapę i spacer po związanych z Białorusinami miejscach w Białymstoku wzorował na podobnych projektach zrealizowanych w Wilnie czy Pradze. „Sam chciałem te miejsca poznać, właściwie to żałowałem, że nie było takiej mapy, kiedy tutaj przyjechałem. Musiałem więc sam zacząć ją przygotowywać. Na początku myślałem, że to będzie ciekawe dla tych spośród moich znajomych, którzy interesują się historią, dla znajomych znajomych. Zacząłem zbierać informacje i dodawać miejsca na Google Maps. Potem pojawiła się podstrona na stronie internetowej Radia Racyja, a dopiero po paru latach pomysł, żeby stworzyć przewodnik i te mapy wydrukować”.

Chodnik przed konsulatem Bialorusi w Białymstoku stał się miejscem protesetu białoruskiej diaspory wspieranej prze białoruską mniejszość. Zdjęcie: Kamil Jasiński

W projekt zaangażowali się białoruscy aktywiści z Podlasia, przede wszystkim Szczyty – Związek na rzecz Edukacji i Promocji Kultury Białoruskiej. udało się pozyskać środki od podlaskiego samorządu, zaczęły się spacery, które prowadzi Aliaksiej Trubkin. Oprawę graficzną białoruskiej mapy stworzyła białostocka graficzka Paulina Gajda-Deszczka.

„A czy przyjeżdżając do Białegostoku wtedy, w 2006 r., wiedziałeś, że na Podlasiu mieszka mniejszość białoruska? – pytam. – Że w Białymstoku są białoruskie media, organizacje?”

„Jasne, że tak” –  odpowiada znowu bardzo zwięźle Aliaksiej. 

„A z perspektywy czasu uważasz, że Białorusini z Białorusi i Białorusini z Podlasia to jeden naród? Czy jednak bardzo się różnią?”

„Oczywiście, że jeden naród. – Aliaksieja chyba trochę dziwi moje pytanie. – To coś takiego jak Polacy w Stanach Zjednoczonych albo ci, co mieszkają w Białorusi, Ukrainie. Różnice są, ale to ten sam naród. Nie może być przecież tak, że w ramach jednego narodu nie ma żadnych różnic”. 

Oficjalna flaga Republiki Białoruś. Zdjęcie: Kamil Jasiński

Dzisiaj na spacery z cyklu Białoruskie ślady w Białymstoku, które odbywają się od czasu do czasu, np. z okazji Tygodnia Białoruskiej Kultury, przychodzą głównie Białorusini, którzy niedawno zamieszkali w Białymstoku. Aliaksiej przyznaje, że miejscowa diaspora się powiększa, a w ciągu ostatniego roku, czyli po wyborach w sierpniu 2020 r., tempo migracji przyspieszyło. Różnica w porównaniu z poprzednimi latami jest jednak taka, że coraz więcej osób wybiera Białystok na stałe miejsce osiedlenia. Wcześniej dla Białorusinów to było raczej miasto tranzytowe, gdzie na początku emigracji można się jakoś zaczepić, a potem ruszyć dalej, do Warszawy, Wrocławia albo na zachód Europy. 

Pytam jeszcze Aliaksieja, czy w 2020 r. chodził na protesty pod konsulat białoruski w Białymstoku. Odpowiada, że chodził zarówno wtedy, jak i regularnie od wielu lat. 

„Ale wówczas przychodziło po parę osób – mówi. – Najczęściej Białorusini z Białorusi, czasem też ktoś z tutejszych. Kiedy zebrało się 15–20 osób, to już była duża manifestacja”. 

W 2020 r. przez całe lato pod białoruskim konsulatem w Białymstoku zbierały się tłumy manifestujących przeciwko białoruskiemu reżimowi Alaksandra Łukaszenki. Najpierw były to protesty w odpowiedzi na bezprawne działania władz wobec kandydatów, utrudnianie rejestracji, zatrzymania. Potem – manifestacje poparcia dla Swiatłany Cichanouskiej, a już po wyborach, które władza sfałszowała, wyrażano solidarność i wsparcie wobec rodaków, którzy protestowali we wszystkich miastach Białorusi. 

Przy okazji pod białostockim konsulatem Białorusi zdarzyły się dwa ważne spotkania. Zebrała się tam białoruska diaspora, która wcześniej nie podejmowała żadnych wspólnych inicjatyw. Białorusini, którzy w różnych latach i nieraz w zupełnie odmiennych okolicznościach życiowych przeprowadzili się z Białorusi do Białegostoku, po raz pierwszy mogli się zobaczyć i policzyć. I okazało się, że jest ich bardzo dużo. Ale spotkali się nie tylko ze sobą, lecz także z podlaskimi Białorusinami, polskimi obywatelami narodowości białoruskiej, których przodkowie zamieszkiwali Podlasie od setek lat. To zetknięcie okazało się sporym wyzwaniem. 

„Czy myśmy się odnaleźli… Na pewno odkryliśmy się rok temu, ale nie wiem, czy się odnaleźliśmy” – przyznaje Paweł Stana Stankiewicz z Fundacji Tutaka. 

Paweł Stana Stankiewicz. Zdjęcie: Kamil Jasiński

Kiedy rozmawiam z białostockimi Białorusinami, tymi z Białorusi, i pytam ich o to, czy znają tutejszą białoruską mniejszość, w pierwszej kolejności wymieniają małżeństwo Kościnów – Źmiciera i Julię, chociaż to akurat Białorusini z Białorusi, tyle że bardzo zżyci z Podlasiem, mieszkają tu już kilkanaście lat. Tuż potem pada nazwisko Pawła Stankiewicza, bo Paweł chodził regularnie pod konsulat. Kilku białoruskich działaczy z mniejszości powie mi później, że Paweł to taki neofita, wciąż pełen entuzjazmu i energii do działania. Jego Fundacja Tutaka jest dość młoda, powstała na początku 2020 r., ale w zawierusze, którą ten rok przyniósł Białorusinom, Tutaka szybko zaczęła grać pierwsze skrzypce wśród innych organizacji w Białymstoku, starając się w swoich projektach łączyć Białorusinów podlaskich i białoruską diasporę. 

„Diaspora do sierpnia 2020 r. nie istniała – mówi Paweł Stankiewicz. – Białorusinów nikt nie znał, może oprócz tych kilkorga osób, które pracują w Radiu Racyja. Bo większość nie przyjechała tutaj po to, żeby się udzielać, przyjechała normalnie żyć. Ci ludzie nie za bardzo szukali kontaktów ani z innymi Białorusinami, ani tym bardziej z mniejszością, bo 99 proc. z nich o żadnej białoruskiej mniejszości nie słyszało. Po prostu chcieli się jak najszybciej wtopić, pracować i mieć spokój”. 

Dociekam jednak, czy to możliwe, że Białorusin/ka po przeprowadzce do Białegostoku nie dostrzega żadnych sygnałów istnienia na miejscu jakiegoś środowiska białoruskiego. Może nie jest łatwo zauważyć tygodnik „Niwa” na półce w kiosku, ale już na Radio Racyja można trafić przypadkiem, przerzucając stacje w samochodzie. Poza tym od czasu do czasu odbywają się jakieś białoruskie imprezy, spotkania, koncerty. Chociażby spacery z Aliaksiejem Trubkinem.  

Cerkiew św. Mikołaja Cudotwórcy w Białymstoku. Zdjęcie: Kamil Jasiński

„Ja też uważam, że gdy przechadzasz się po mieście i na ulicy Warszawskiej widzisz Białoruskie Towarzystwo Społeczno-Kulturalne, to zastanawiasz się, skąd się to wzięło – wyjaśnia Paweł Stankiewicz. – Jak widzisz tyle cerkwi, ile w Białymstoku, to również się zastanawiasz, o co tutaj chodzi, bo przecież Polacy to katolicy. Kiedy co roku na Plantach masz jakiś białoruski festyn, to powinno coś zaświtać. Ale nie mogę powiedzieć, żeby Białystok jakoś szczególnie tryskał białoruskością, a oni, czyli białoruska diaspora ostatnich lat, po prostu się tym nie zajmowali. Jeśli ktokolwiek byłby zainteresowany kulturą białoruską, to na pewno nie miałby problemu, żeby ją w Białymstoku znaleźć”. 

„A może to wina samej mniejszości, że nie dociera do tych nowych Białorusinów?

„Mniejszość białoruska, która od 27 lat nie ma żadnego wsparcia ze strony państwa białoruskiego, tak naprawdę jest w defensywie – stwierdza Paweł. – Zawsze trudno jest kultywować swoją kulturę, kiedy masz przeciw sobie zwartą większość. Przez ostatnie lata białoruscy działacze zrobili tutaj dużo dobrej roboty, ale wielu z nich to ludzie, którzy działają od lat 80., czyli od ponad trzech dekad, bez systemowego wsparcia. Ci ludzie mają prawo być już zmęczeni tym, że wszystko trzeba wyszarpywać. I tak jestem pełen podziwu, że cały czas działają. Tak czy siak, to już na pewno pora, żeby młodsi przyszli z odsieczą. Dlatego założyliśmy Fundację Tutaka”. 

Fundację założyli Paweł, jego brat Piotr i ich przyjaciel Radek Puśko, dość znany w Białymstoku miejski aktywista. W lutym 2020 r. pojechali razem na koncert do Mińska i wtedy z rozmów zrodził się pomysł na wspólną organizację. 

„Wróciliśmy do Białegostoku, złożyliśmy papiery u notariusza, ale zaczęły się pandemia, lockdown i kolejnych parę miesięcy przespaliśmy, aż w sierpniu rozpoczęła się rewolucja w Białorusi. No to wtedy powiedzieliśmy sobie, że czas popchnąć te papiery, bo trzeba zasuwać. Od tamtej pory nie miałem wakacji”. 

Rzeczywiście, lato 2021 r. upłynęło Pawłowi bardzo pracowicie, bo na początku sierpnia na uroczysku Boryk koło Gródka fundacja zorganizowała festiwal o tej samej nazwie – „Tutaka”. W tym samym miejscu przez 30 lat, do 2019 r., odbywał się inny festiwal – Basowiszcza. Dla wielu podlaskich Białorusinów średniego pokolenia to było kultowe wydarzenie, coś, co ich do pewnego stopnia ukształtowało. Na Basowiszcza przyjeżdżały rockowe kapele z Białorusi, były białoruskie zespoły z Polski. Było dużo buntu, potu, alkoholu i kto wie, czego jeszcze. Był solidarny gniew na Łukaszenkę. Ale parę lat temu festiwal zaczął łapać zadyszkę. Coraz trudniej było pozyskać finansowanie, zmienił się klimat polityczny, bo zespoły, które przez lata miały zakaz występowania w Białorusi, w pewnym momencie wróciły na afisze i Basowiszcza po drugiej stronie granicy nie były już jedyną okazją, by ich posłuchać. Dlatego w 2019 r. Białoruskie Zrzeszenie Studentów, czyli organizacja, która odpowiadała za Basowiszcza i dawała imprezie nazwę – BAS to skrót od Białoruskaje Abjadnanije Studentau – ogłosiło, że jubileuszowa, 30. edycja festiwalu będzie zarazem ostatnią. 

Białoruskie wybory w 2020 r. znowu wywróciły wszystko do góry nogami. Tutaka i jej sojusznicy uznali, że festiwal jest jednak potrzebny. Nawiązują do dziedzictwa poprzedników, zresztą nie da się chyba zrobić białoruskiego festiwalu na Podlasiu bez odwołań do Basowiszcza. Jednocześnie festiwal Tutaka to ma być nowa jakość, bo zmieniły się czasy, zmieniły się potrzeby. Paweł Stankiewicz ukończył białostocki Wydział Lalkarski Akademii Teatralnej. Spotykamy się w jego pracowni. Paweł zajmuje się szeroko pojętą audiowizualnością – nagrywa, montuje, animuje. Pokazuje swój pomysł na promocję festiwalu. Do wiszącej na sznurku niszczarki wkłada flagę łukaszenkowskiej Białorusi i wyjaśnia, że potem zmontuje to tak, by z niszczarki wyszła pocięta, ale już biało-czerwono-biała flaga. 

Wracamy do tego, dlaczego podlaskim Białorusinom i diasporze nie udało się jeszcze odnaleźć.

„Zjednoczyła nas idea, czyli demokratyczne państwo Białoruś. Ale wiele nas różni. Nawet sposób działania, kanały komunikacji. Diaspora w tamtym roku zaczęła robić dużo manifestacji, pikiet. Informacje o nich można znaleźć albo w zamkniętych grupach na Facebooku, albo w Telegramie, którego naprawdę mało kto w Polsce używa, a na pewno nie korzystają z niego działacze mniejszościowi. To są kanały komunikacji, które zrodziła rewolucja, ale do naszych na Podlasiu te informacje dochodziły często z opóźnieniem. Diaspora potrzebuje się po prostu spotkać, zobaczyć z osobami, które mają podobne doświadczenie i podobne poglądy. Chcą się poczuć zjednoczeni”. 

Paweł Stana Stankiewicz. Zdjęcie: Kamil Jasiński

„A podlascy Białorusini nie chcą się z nimi jednoczyć?”

„Na pewno nie wszyscy – sądzi Paweł. – Po obu stronach nie wszyscy chcą się jednoczyć. Bo z jednej strony dla Białorusinów my jesteśmy Polakami. A z drugiej wiele osób z tutejszej mniejszości Białorusinów stamtąd postrzega jako sowietów. Nie wiem, czy będzie łatwo to pogodzić. W Białorusi ludzie często szukają polskich korzeni, takie mają ambicje, więc kiedy tutaj słyszą o mniejszości białoruskiej, to stają się trochę podejrzliwi, zdziwieni. Mogą zrozumieć, że w Białorusi jest mniejszość polska, ale że istnieje mniejszość białoruska w Polsce – już nie. W Białorusi postrzeganie spraw narodowości i obywatelstwa wciąż pozostaje bardzo sowieckie. Uznaje się, że Białorusini to ludzie, którzy mieszkają w obrębie Białorusi lub mają paszporty tego państwa, są jego obywatelami. Niedawno dobra znajoma z Białorusi wypaliła do mnie: «Bo wy, Polacy…». Zapytałem, jaki ze mnie Polak, a ona na to, że sorry, chodziło jej o to, że skoro mieszkam w Polsce, to dla niej jestem Polakiem. Z kolei w Białorusinach Podlasia jest chyba trochę tego poczucia wyższości, które mieszkańcy Polski generalnie mają wobec wszystkich ludzi zza wschodniej granicy. To takie przekonanie, że tamci są zsowietyzowani, mają inną mentalność, są na niższym poziomie rozwoju w pewnych sprawach”. 

„I co zamierzasz z tym wszystkim zrobić?” – pytam Pawła.

„Chciałbym promować określenie «Białorusini Podlasia», żebyśmy używali go zamiast określenia «białoruska mniejszość w Polsce». Może i jesteśmy trochę inni, ale Białorusini z Polesia czy innych regionów też są trochę inni. Po prostu chciałbym widzieć nas wszystkich jako pełnoprawną część narodu białoruskiego, niezależnie od granic państwowych. Narodowość i obywatelstwo to dwa różne pojęcia, tylko częściowo się nakładające. Przy czym nie mam oczywiście żadnych aspiracji, żeby te granice zmieniać, broń Boże. Dlatego próbuję tych naszych białorusów rozbujać” – podsumowuje.

***

Olga Afanasjewa z córkami i młodym wilkiem, którym opiekowali się przez pewien czas. Zdjęcie: Kamil Jasiński

Kiedy Olga Afanasjewa wprowadziła się z dziećmi do swojego nowego domu – drewnianej chaty w wiosce w otulinie Puszczy Białowieskiej – pierwsze pytanie sąsiadki zza płotu brzmiało: A ty po naszomu ponimajesz? [Czy rozumiesz po naszemu? – przyp. red.]. 

Olga rozumiała, więc problemów z sąsiadami nie ma. 

„Kiedy przyjechałam na Podlasie, nie wiedziałam, że tu mieszkają Białorusini. To była dla mnie niespodzianka. Najpierw trafiłam do Puszczy Knyszyńskiej. Kiedy pierwszy raz usłyszałam propozycję, żeby tam pomieszkać, pomyślałam: «Boże mój. Pod Białymstokiem, blisko do Białorusi, nie, nie, nie». Wiedziałam, jaki tu jest klimat i że to region uważany w Polsce za biedny i zacofany. Ale zdecydowaliśmy, że spróbujemy. Zanim dojechaliśmy, zapadła noc. Czekał na nas drewniany dom; chyba pierwszy raz w życiu nocowałam w takiej drewnianej wiejskiej chacie. Kiedy położyliśmy się spać, słychać było tylko wycie wilków. Po wielu latach mieszkania w wielkim mieście to było dziwne doświadczenie. Trochę straszne, nie będę ukrywać”. 

Wiejskie życie szybko spodobało się rodzinie, więc Olga po roku spędzonym w Puszczy Knyszyńskiej zdecydowała się kupić dom na Podlasiu, ale tym razem padło na okolice Puszczy Białowieskiej. W tej sprawie pewnego dnia pojechała do Hajnówki. Jakiś mężczyzna zaczepił ją na ulicy, o co pytał, Olga dzisiaj już dokładnie nie pamięta. 

Olga Afanasjewa. Zdjęcie: Kamil Jasiński

„Odpowiedziałam mu tym moim koszmarnym polskim, z wyraźnym akcentem osoby rosyjskojęzycznej. Wtedy on mnie spytał, skąd jestem. Z Białorusi? Z Ukrainy?”

Najuczciwiej byłoby, gdyby Olga odpowiedziała, że jest z Francji, gdzie mieszkała od 1998 r. Ale postanowiła nie komplikować sytuacji, więc powiedziała, że pochodzi z Białorusi, z Mińska. 

„Wtedy ten mężczyzna przeszedł na czysty białoruski! – wspomina. – Na literacki język białoruski, z którym ostatni raz miałam do czynienia tak naprawdę wtedy, kiedy uczyłam się go w szkole. Wytrzeszczyłam oczy i powiedziałam, że przepraszam, ja wszystko rozumiem, ale odpowiedzieć mogę albo po rosyjsku, albo moim koślawym polskim. Po białorusku, niestety, nie mówię. A on na to: «Jak to? Przecież pani jest ze stolicy Białorusi!». I wtedy na ulicy w Hajnówce mnie, czterdziestoletniej kobiecie, zrobiło się po prostu wstyd. To był dla mnie szok. Potem parę razy podobne sytuacje przytrafiły mi się w Białymstoku – ludzie mówili, że skoro jestem z Białorusi, to rozmawiajmy po białorusku. A najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że tutaj, na Podlasiu, jest mnóstwo ludzi, którzy mówią po białorusku, ale w ogóle nie znają rosyjskiego! To coś, co trudno sobie w Białorusi wyobrazić”. 

Nie tylko Olga przeżyła podobne chwile zaskoczenia. 

„Moi znajomi, którzy przyjechali z Białorusi, też wcześniej nie wiedzieli, że tutaj mieszkają etniczni Białorusini. Kiedy znajoma odkryła, że w Białymstoku są szkoły, gdzie uczą białoruskiego, zapytała mnie, czy to z szacunku do sąsiadów. – Olga się śmieje. – Byłby to dziwny szacunek, bo większość Białorusinów, tak jak ja, jest rosyjskojęzyczna, a białoruski zna co najwyżej biernie, ze szkoły, potrafi coś przeczytać, ale w rozmowach go nie używa”. 

Dzieci Olgi chodzą do wiejskiej szkoły w powiecie hajnowskim, w której – zresztą tak jak w każdej innej szkole w okolicy – są dodatkowe lekcje języka białoruskiego. Uczą się chętnie. W pokrętny sposób Olga i jej rodzina wracają do korzeni, chociaż ona sama przyznaje, że nie jest etniczną Białorusinką. Jej rodzice to Rosjanie, którzy swego czasu przyjechali do Mińska do pracy. Ale Olga żadnych relacji z Rosją nie ma i na pytanie o to, kim jest, odpowiada bez wahania, że Białorusinką. 

„Innej ojczyzny nie mam”. 

Olga Afanasjewa z córkami przed swoim domem w Puszczy Białowieskiej. Zdjęcie: Kamil Jasiński

***

Rozmowę ze Źmicierem i Julią Kościnami zaczynam od zasadniczego pytania: czy są Białorusinami diaspory, czy Białorusinami Podlasia?

„Od samego początku byliśmy Białorusinami z Białorusi – mówi Źmicier. – Ale mieszkamy w Białymstoku już 13 lat i właściwie od razu staraliśmy się włączyć w życie mniejszości białoruskiej. Ta mniejszość fascynowała nas ze względu na to, na ile ważne były dla niej język, kultura, tożsamość, poczucie przynależności. Brakowało nam tego w samej Białorusi”.

Źmicier pracował w białoruskim Radiu Racyja, które nadaje z Białegostoku, potem został dziennikarzem redakcji programów dla mniejszości narodowych Radia Białystok, które nadaje audycje nie tylko dla podlaskich Białorusinów, lecz także dla Ukraińców i Litwinów. Z czasem został kierownikiem tej redakcji. W środowisku mniejszości Źmicier jest znany jako osoba, która doskonale zna język białoruski i nauczyła się płynnie mówić po polsku. Największe wrażenie robi jednak to, że redaktor Kościn opanował też  podlaski dialekt języka białoruskiego, co pomaga mu się komunikować z mieszkańcami wsi, nagrywać z nimi audycje, robić wywiady. 

Z Białegostoku nadaje pograniczne białoruskie radio Racyja. Zdjęcie: Kamil Jasiński

„Nieraz słyszałem, że: «Jesteś już nasz», ale z tyłu głowy ta różnica zostawała – dalej o swoim doświadczeniu wżywania się w białoruskie Podlasie opowiada Źmicier. – Powoli oswajaliśmy się już nawet z Julią z tym, że mając polskie obywatelstwo, staliśmy się chyba Białorusinami Podlasia. Ale potem się okazało, że nie do końca. Wybuch protestów, jeszcze wiosną, przed wyborami, to był moment, kiedy poczuliśmy, że trzeba rozwinąć nasze drugie skrzydło. Mieliśmy je cały czas, ale z niego nie korzystaliśmy. Wtedy faktycznie, nawet z dumą, pomyśleliśmy, że jesteśmy przecież ludźmi z diaspory, z Białorusi. To może brzmi jakbyśmy mieli rozdwojenie jaźni. – Źmicier się śmieje. – Dzisiaj mogę powiedzieć z dumą, że jestem przedstawicielem białoruskiej diaspory, ale moi wnukowie już na pewno będą Białorusinami Podlasia, członkami mniejszości białoruskiej w Polsce. Kiedyś to połączenie nastąpi. Teraz faktycznie panuje jeszcze podział”. 

Julia mówi, że dla diaspory, którą spotkali rok temu przed konsulatem, istnienie podlaskich Białorusinów było wielkim zaskoczeniem. „Oni potrafili mieszkać tu po pięć lat albo i dłużej i nic nie wiedzieć o mniejszości, o tym, że są, że działają, że organizują swoje imprezy. Rozumiem to trochę, bo sami byliśmy imigrantami, a gdy się przeprowadzasz do obcego kraju, to masz naprawdę inne rzeczy na głowie. Przede wszystkim musisz zarabiać na życie, a to pochłania na początku cały twój czas. Mniejszość też zachowywała dystans, nie wychodziła sama do osób z diaspory, to do mniejszości trzeba przyjść i przejść jeszcze parę etapów inicjacji, żeby zostać zaakceptowanym” – wyjaśnia ze śmiechem. „Uwielbiam tutejszą mniejszość białoruską – dodaje Źmicier – ale zdarzało mi się usłyszeć, że jestem sowietem”. 

W redakcji białoruskiego radia Racyja. Zdjęcie: Kamil Jasiński

„Ale mniejszość jest fajna – znowu włącza się Julia. – Potrafi zafascynować swoim poczuciem wspólnoty, przywiązaniem do kultury i języka. Kiedy przedstawiciele diaspory się o tym dowiadują, zaczynają podzielać tę fascynację. Słyszeliśmy nieraz, że chcieliby się od mniejszości uczyć, przejmować to, co udało się jej zachować. Bo niestety, Białorusini we własnym państwie nie mieli normalnej styczności z kulturą, z językiem. Nie wiem tylko, czy mniejszość chce tę wiedzę przekazywać i jest na to gotowa”. 

Białorusini z diaspory, z którymi udało mi się porozmawiać, często mówili, że rodzina Kościnów to taki most, który łączy ich z podlaskimi Białorusinami. Mieszkają na Podlasiu długo, są związani z tym miejscem, a jednocześnie wciąż świetnie rozumieją mentalność Białorusinów z Białorusi. Dzięki temu dobrze pełnią funkcję pośredników. 

W redakcji białoruskiego radia Racyja. Zdjęcie: Kamil Jasiński

„W tamtym roku podczas protestów prowadziliśmy z Julią edukację społeczną. Wryła mi się już w pamięć ta formułka: «Słuchajcie, na Podlasiu mieszka 50 tys. Białorusinów, to nie są osoby, które tu kiedyś przyjechały. Po prostu historia tak się potoczyła, że granicę poprowadzono tak, a nie inaczej, ci Białorusini mieszkają tutaj od stuleci, w tym samym miejscu»”. 

Wtedy, jak wspomina Źmicier, padało zazwyczaj pytanie: „Aha, czyli są Polakami, tak?”.

„Więc ja mówiłem, że nie, że czują się Białorusinami, że są obywatelami polskimi, ale narodowości białoruskiej, kultywują tradycje, zachowali język. Przez kilka miesięcy powtarzałem tę opowieść, jeszcze w czasie przedwyborczych protestów. Potem zaczęły się protesty po wyborach i oczekiwałem, że Białorusini stąd bardzo aktywnie się w nie włączą. Ale przychodziło tylko kilka osób. Wychodzi więc na to, że ja z takim zaangażowaniem opowiadam o mniejszości, a jej nie ma. W środę po wyborach zorganizowaliśmy w Białymstoku większy protest i wtedy pomyślałem sobie, że dobra, wierzę w tę mniejszość, trzeba dać jej szansę. Dlatego napisałem wówczas post skierowany bezpośrednio do podlaskich Białorusinów. Coś w tym stylu: «Kochani, wiem, że sercem jesteście z nami, ale brakuje nam was. Mimo tego, że urodziliśmy się w innych państwach, wierzę, że w naszych żyłach płynie ta sama krew, więc jeżeli możecie, to przyjdźcie wieczorem albo przynajmniej się pomódlcie ”. Tak napisałem, bo doszedłem do wniosku, że nie mam nic do stracenia»”.  

„I przyszli” – mówi Julia. 

„Tak, przyszli i potem już bardzo się zaangażowali – kontynuuje Źmicier. – Pod koniec sierpnia był białoruski marsz w Białymstoku i niektórzy Białorusini z mniejszości byli bardzo wzruszeni, ze łzami w oczach mówili, że nie spodziewali się widoku tysięcy ludzi idących ulicami Białegostoku z biało-czerwono-białymi flagami, solidaryzujących się z Białorusinami, z demokratyczną Białorusią”. 

Źmicier i Julia w ostatnich miesiącach nieraz słyszeli, że być może dla mniejszości białoruskiej na Podlasiu ta rewolucja przyszła za późno, że przez prawie trzy dekady rządów Łukaszenki podlascy Białorusini oddalili się od swoich korzeni, asymilują się, polonizują. Autorytarna, opresyjna Białoruś ze swoją zakonserwowaną sowiecką estetyką nie jest atrakcyjnym punktem odniesienia dla młodych ludzi, którzy dorastają na Podlasiu, otoczeni zewsząd polską kulturą. Mimo to mniejszość powoli otwiera się na współpracę z diasporą, poszukiwanie tego, czym mogą się ze sobą dzielić. 

„To na pewno nie przyjdzie łatwo ani szybko, oni się muszą dotrzeć. Mniejszość skupia się na inicjatywach kulturalnych związanych z zachowaniem tradycji i języka. Diaspora przez ostatni rok żyła organizowaniem pomocy humanitarnej dla uchodźców z Białorusi, to był priorytet” – wspomina Julia. Wie, o czym mówi. Pracuje w białostockiej Fundacji Dialog, która pomaga cudzoziemcom w Polsce. Przez ostatni rok w pracy i w czasie wolnym zajmowała się pomaganiem Białorusinom, którzy uciekali z kraju przed represjami. 

„Od zeszłego roku diaspora i mniejszość naprawdę ze sobą współpracują – dodaje Źmicier. – Paweł Stankiewicz naprawdę się otworzył. Festiwal Tutaka, który odbył się na początku sierpnia, mniejszość i diaspora zorganizowały wspólnie. Myślę, że to wzajemne poznawanie się jest nieuniknione. Coraz więcej Białorusinów z Białorusi zna Białorusinów Podlasia. Żyją we wspólnej przestrzeni, znajdują wspólny język. Coraz więcej mieszkających tutaj osób zaczyna też rozumieć, że dla mniejszości białoruskiej, która maleje, diaspora to wielka i być może jedyna szansa na zachowanie białoruskości na Podlasiu”.

Białoruskie symbole na ogrodzeniu konsulatu republiki Białoruś w Białymstoku. Zdjęcie: Kamil Jasiński


Projekt dofinansowany przez Fundację Solidarności Międzynarodowej w ramach polskiej współpracy rozwojowej Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP.

Publikacja wyraża wyłącznie poglądy autora i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem Fundacji Solidarności Międzynarodowej ani Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP.

Zamknij
pl
Menu
Home
Brief
Wspomóż