Flaga białoruska

Tekst: Julia Aleksiejewa
Zdjęcia: Paulina Komarowa

„Każdy Białorusin chowa w szafie biało-czerwono-białą flagę” – żartowali Białorusini po tym, jak 16 sierpnia 2020 r. na Marsz Wolności w Mińsku setki tysięcy ludzi wyszło z biało-czerwono-białymi flagami. Bo skąd mogli je mieć? Może, jak bohaterowie tego reportażu, ktoś kupił w internecie, a ktoś inny zszył z kurtyny teatralnej. Wszystkich, którzy wzięli udział w marszu, łączy świadomość, że to jest ich prawdziwa flaga narodowa. 

 

Rok później, 26 lipca 2021 r., białoruska prokuratura generalna ogłosiła, że kończy zbierać materiały, na podstawie których Sąd Najwyższy ma orzec, czy biało-czerwono-biała flaga to symbol ekstremistyczny. Prokuratura wzięła pod uwagę nie tylko fakt wykorzystywania tej flagi przez protestujących, lecz także to, że posługiwali się nią kolaboranci podczas II wojny światowej.

 

Po raz pierwszy o zamiarze uznania symbolu narodowego za ekstremistyczny powiadomiono w mediach jeszcze na początku roku. W nowoczesnej historii wykorzystywania biało-czerwono-białej flagi próbowano zakazywać na różne sposoby podczas każdej pięciolatki Łukaszenki. To on w 1995 r. ogłosił referendum o zmianie symboli państwowych i przywróceniu zmodyfikowanej flagi BSRR. W wyniku tych działań obowiązująca w latach 1991–-1995 biało-czerwono-biała flaga, Republiki Białorusi znowu musiała stać się symbolem podziemnym.

 

Od czasu zmiany flagi państwowej i de facto zakazu stosowania flagi biało-czerwono-białej minęło 27 lat. Przetrwała ona jednak wiele zmian w społeczeństwie, w tym czasie pięciokrotnie odbyły się też wybory prezydenckie. Jednocześnie wspomnienia o niej były starannie wymazywane z pamięci historycznej, pozostawiano tylko te epizody, które dotyczyły relacji kolaborantów z niemiecką władzą podczas II wojny światowej. 

 

Nie trzeba powtarzać, co się stało w 2020 r., ale warto zaznaczyć ciekawy wątek dotyczący symboli. Czołowa grupa opozycyjna ubiegłorocznej kampanii, chcąc zdobyć większość głosów, nie sięgała po biało-czerwono-białą flagę, której wcześniej używali liderzy opozycji. Ludzie brali jednak na wiece akurat ten symbol wieloletnich protestów. Jak żartują Białorusini, nagle się okazało, że każdy ma schowaną w szafie flagę narodową. 

 

W tym reportażu zebraliśmy historie Białorusinów, którzy z różnych powodów przyjechali do Warszawy. Opowiedzieli o swoich relacjach z flagą.

Ta nowa flaga już zdążyła
nasycić się
duchem białoruskim

Swiatłana

Przyjechałam do Polski od razu po Dniu Wolności 26 marca 2006 r. Przyjechałam na dwa tygodnie, żeby wziąć udział w tworzeniu Euroradia, ale zostałam do dziś. Wszystkie zrywy i powstania naszego narodu przeżyłam zdalnie, denerwując się w redakcji. To było trudne doświadczenie, chociaż nieporównywalne z tym, co działo się na miejscu. 

Największy zryw przeżyłam nieco wyrwana z kontekstu białoruskiego, bo byłam wtedy pracowniczką społeczną, zanurzyłam się w polskiej rzeczywistości. Trudno stało się jedną nogą tu, a drugą tam, w dodatku nie mogąc nic zrobić. To jest moja historia w Polsce. 

Obecnie pracuję w muzeum wojskowym. Czuję się jednak jak sprytny dezerter, który wszedł w obcą przeszłość i porusza się w niej dość bezpiecznie, a w tym czasie w domu dzieją się straszne rzeczy. To jest jednak mój wybór, muszę spłacić kredyt, pomóc synowi skończyć studia, ogarnąć obowiązki rodzinne i dopiero potem wrócić do tego, co najważniejsze, jak Białoruś, ale w tym momencie na pierwszym miejscu są rodzina i moje obowiązki wobec niej. Bardzo to przeżywam, zwłaszcza kiedy wszyscy ludzie, którzy ukształtowali mnie jako człowieka i wychowali, siedzą w 50-stopniowym upale [wywiad został przeprowadzony latem przyp. red.], może nawet umierają, może są katowani. 

To nie jest moja pierwsza flaga. Pierwszej, którą miałam z lat 90., zapomniałam po akcji pod ambasadą białoruską w Warszawie. Poszliśmy wtedy do kawiarni i zabrakło flagi, żeby powiesić w środku. Oddałam swoją i później tak zabalowaliśmy, że o niej zapomniałam. Okazało się, że trafiła potem w dobre ręce. Ale ta flaga jest całkiem nowa, kupiłam ją w sklepie z flagami politycznymi przy Okopowej, gdzie można kupić każdą flagę: Tybetu czy Chin i obie flagi Białorusi. 

Ta nowa flaga już zdążyła nasycić się duchem białoruskim, bo przechowuję ją w tzw. skrzynce śmiertelnej. To jest jak kufer, w którym białoruskie staruszki chowają pantalony i kapcie. W moim są wyszywanki i ręczniki moich prababć albo inne pamiątki. Mam nawet 115-letni rusznik, który był schowany przed Niemcami w zakopanym ulu. No i ta flaga. Mam nadzieję, że też się trochę uświęciła. 

Gdyby nie nieszczęśliwa sytuacja Białorusi, uważałabym się za obywatelkę świata, ale ta bieda nie odpuszcza. Nigdy nie lubiłam czytać Wasila Bykawa, bo po nim przez pół roku dochodzi się do siebie sił, ale nic z tym nie można zrobić. To jest jak trauma porodu. Dlatego odłożyłam swój kosmopolityzm na lepsze czasy. Jestem Białorusinką, która mieszka w Polsce z własnego wyboru.

Myślę, że w tym czasie Białorusini zdążyli się stać nie tylko narodem, lecz nawet rodziną. Jak powiedział świętej pamięci Witold Aszurak: „Białorusin Białorusinowi Białorusinem”.

Skąd się wzięła flaga białoruska

 

Według wielu źródeł autorem projektu współczesnej biało-czerwono-białej flagi był białoruski działacz społeczno-polityczny, dyplomata i redaktor dzienników „Biełaruski ściah”, „Krywicz”, i „Biełaruski asiarodak” Klaudiusz Duż-Duszewski. Jak dowodzą liczne źródła historyczne, ostateczny wzór stworzono przed 1917 r.. 

Kolory biały i czerwony są charakterystyczne dla kultury białoruskiej i były wykorzystywane w wielu białoruskich ornamentach. Stały się również barwami białoruskiego herbu Pahonia.

Flagi i proporce łączące białe i czerwone kolory można spotkać na różnych obrazach przedstawiających wojska Wielkiego Księstwa Litewskiego z XVIXVII w., np. na znajdującym się w Muzeum Narodowym w Warszawie obrazie „Bitwa pod Orszą” lub na pochodzącym z 1630 r. płótnie Pietera Snayersa, poświęconym bitwie pod Kircholmem stoczonej w 1605 r.

 

Imperium Rosyjskie uznawało historyczną symbolikę Litwinów i Białorusinów, dlatego Pahonię i biało-czerwono-białe elementy można było spotkać na godłach białoruskiego pułku huzarów i herbach miejskich.

 

Podczas powstania z lat 18631864 Kastuś Kalinouski powrócił do herbu Pahonia. Istnieją powody, by sądzić, że ożywił także biało-czerwono-białą flagę: w Litewskim Muzeum Narodowym w Wilnie znajduje się trójkątna flaga pochodząca z tamtych czasów: pośrodku, wzdłuż białego pola, biegnie czerwony pasek.

19 lutego 1918 r., po wygnaniu bolszewików, biało-czerwono-biała flaga po raz pierwszy pojawiła się nad budynkiem pałacu gubernatorskiego w Mińsku. Pół roku później opublikowano dokument, w którym Sekretariat Białoruskiej Republiki Ludowej uznaje tę flagę za państwową. Już w grudniu 1918 r. do Mińska wróciła władza sowiecka, a rząd BRL przeniósł się do Wilna, gdzie funkcjonował do 1925 r. Na zdjęciach z posiedzeń widać, że do flagi dodano dwa czarne paski, które oznaczały żałobę. 

 

Podczas II wojny światowej biało-czerwono-białą flagę przywrócił do użytku kolaboracyjny rząd białoruski (Białoruska Rada Centralna). Jak wynika z datowanego na 14 czerwca 1944 r. zarządzenia Reichsministra ds. okupowanych terytoriów wschodnich, flagę nieoficjalnie wykorzystywano do ostatnich dni okupacji. Powszechnie znane rozporządzenie, rzekomo podpisane przez gauleitera Okręgu Generalnego „Białoruś” Wilhelma Kubego, o zezwoleniu na użycie biało-czerwono-białej flagi obok niemieckich symboli „podczas uroczystości lub w celu wskazania narodowości białoruskiej”, zgodnie z wynikami późniejszych badań, okazało się sfałszowane. Niemieckie władze okupacyjne nie znalazły winnych.

 

W czasach radzieckich w BSRR biało-czerwono-białej flagi zakazano, ale chętnie używała jej białoruska diaspora za granicą.

24 sierpnia 1991 r. posłanka Halina Siamdzianawa wniosła biało-czerwono-białą flagę do sali obrad Rady Najwyższej. Następnego dnia, 25 sierpnia, deklaracji o niepodległości Białorusi, która została przyjęta 27 lipca 1990 r. przez Radę Najwyższą BSRR, nadano status prawa konstytucyjnego.

 

19 września 1991 r. Rada Najwyższa BSRR przyjęła ustawy „o fladze państwowej Republiki Białorusi” i „o godle państwowym Republiki Białorusi”, a także o nazwie kraju. Zgodnie z tymi przepisami państwo zaczęło się nazywać Republiką Białorusi i stosować nowe symbole państwowe: biało-czerwono-białą flagę i herb Pahonia. 

20 lipca 1994 r. pod biało-czerwono-białą flagą odbyło się zaprzysiężenie pierwszego prezydenta Białorusi Alaksandra Łukaszenki. Rok później Łukaszenka zainicjował referendum o zmianie symboli narodowych. W ten sposób biało-czerwono-biała flaga i Pahonia znowu utraciły status symboli państwowych. 

Kiedy ze sklepów zniknęły
białe i czerwone materiały,
skorzystaliśmy z kurtyny

Alesia i Andrej

Andrej: „Ta flaga pojawiła się na samym początku protestów. Był to moment, kiedy ze sklepów w Homlu zniknął biały i czerwony materiał. Mieliśmy własny teatr, a w nim dekoracje noworoczne i kurtynę, akurat w tych barwach. Postanowiliśmy, że czas poświęcić je rewolucji. Oddaliśmy to ludziom, którzy umieli szyć. Wyszło dziewięć flag: jedna została u nas, pozostałe dostał ktoś inny, nie wiemy kto. Swoją pierwszą biało-czerwono-białą flagę miałem w wieku 16 lat, czyli ok. 30 lat temu. Została u rodziców, potem, kiedy wyjechałem na studia do Mińska, się zgubiła”.

Alesia: „Pracowaliśmy w państwowym teatrze. W 2016 r. po raz pierwszy starliśmy się z człowiekiem pilnującym ideologicznej linii naszej instytucji. Rzecz nie dotyczyła sytuacji politycznej, a praw człowieka. Kiedy wyszliśmy z teatru, zhakowałam jego stronę internetową i napisałam na głównej wiadomość, że zwolniono głównego aktora, czyli Andreja. Otworzyliśmy własny teatr, który nieoficjalnie był zakazany: nikt nie chciał nam dać siedziby, choć wygrywaliśmy sporo konkursów społecznych. Jako jedyni w Białorusi wystawiliśmy spektakl dla osób niewidomych”. 

Andrej: „W październiku zamknęli nasz teatr. Zostaliśmy, by pracować w Centrum Inkluzywnej Kultury. Stamtąd trudniej było niej nas zwolnić, bo nie ma zbyt wielu takich specjalistów. W pewnym momencie powiedziano nam wprost, że do 25 marca mamy zniknąć z kraju. Wezwano nas do urzędu miasta, gdzie byliśmy zatrudnieni na jedną czwartą etatu, żeby mieć placówkę dla teatru, i oznajmiono, że w KGB jest na nas teczka z naszymi zdjęciami”. 

Alesia: „Na 27 marca zaplanowaliśmy spektakl, w którym grał słabo słyszący chłopak, to była jego pierwsza rola. Zaryzykowaliśmy, bo nie można było go zostawić. Kupiliśmy więc bilety na 29 marca. Mieliśmy szczęście przy przekraczaniu granicy, wtedy jeszcze latały samoloty do Warszawy. Baliśmy się, ponieważ powiedziano nam, że nas śledzą i mogą zatrzymać. O wyjeździe poinformowaliśmy tylko najbliższych. W pociągu do Mińska było strasznie, na dworcu – również. Odetchnęłam dopiero wtedy, kiedy samolot wystartował. Andrej powiedział, że poczuł spokój, gdy wsiadł do samolotu. Byliśmy jedynie z młodszym synem. Flagę schowaliśmy w kołdrze, którą wzięliśmy specjalnie w tym celu. Nikt nie wiedział, co mogło się dziać na granicy. Do tego wszystko mieliśmy w biało-czerwono-białych barwach: naklejki na telefonie, nawet manicure. Na lotnisku chowałam palce”. 

Andrej: „Minęły cztery miesiące, wciąż jesteśmy w szoku. Jedyne, co pozwala ten szok przetrwać, to poczucie bezpieczeństwa. Jedynie to przynosi ulgę we wszystkich problemach. Na miejscu pomogło nam sporo ludzi, zarówno radami, jak i pomocą finansową. Jeżeli chodzi o pracę, próbujemy wszystkiego”. 

Alesia: „Jesteśmy aktorami. Przeprowadzaliśmy się ze świadomością, że tu teatru nie będzie, bo nie znamy języka. Byliśmy gotowi podjąć się każdej pracy. Oprócz aktorskiego mam też wykształcenie programistyczne, projektuję strony www. Pozostały mi jeszcze jakieś zlecenia z Białorusi”. 

Andrej: „Byłem już hydraulikiem, budowlańcem, merchandiserem… Jednocześnie jako wolontariusz robię offy do filmików dla naszych kanałów protestacyjnych w Telegramie”. 

Alesia: „To było nasze pierwsze zajęcie, bo możemy to robić bez kasy. Chcemy pomagać. Andrej nagrywa, ja robię plakaty dla akcji. Tu to bezpieczne, inaczej niż w Homlu, gdzie w nocy chodziliśmy rozklejać naklejki oraz wstążki i wycieraliśmy odciski palców. Zdjęcia usuwaliśmy od razu po publikacji w kanałach. To się nazywa partyzantka. 

Mieliśmy dzielnicowy czat, w którym koordynowaliśmy, kto i co robi: kto rozkleja naklejki, a kto rozpowszechnia gazetki drugiego obiegu. Musieliśmy zawsze być czujni, dlatego z wielkich czatów powstawały mniejsze, tylko dla aktywnych. Z 14 osób działających w naszym czacie wiele już wyjechało. 

W Białorusi zostało dwoje naszych starszych dzieci. Nie wiem, kiedy je zobaczę. Średni jest po wojsku i układa sobie życie z ukochaną osobą. Starsza trafiła w Mińsku pod granaty hukowe, przez trzy miesiące chodziła do psychoterapeuty. Nawet teraz boi się wyrobić sobie wizę. Poza tym ma dobrą pracę i pensję, dlatego też nie chce wszystkiego rzucać. 

U nas zawsze odbywały się wybory, ale nie miały sensu. Punktem zwrotnym stało się zatrzymanie Babaryki. Przed 2020 r. byłam tylko obywatelką Białorusi. Nigdy nie mówiłam po białorusku. Nie znałam języka i nawet go nie lubiłam. Nie słyszałam innych piosenek oprócz „Kupalinki”. A potem pojawiły się flagi, zaczęłam poznawać historię. Było mi wstyd, że wcześniej o tym nie wiedziałam. Podczas wyborów byliśmy pewni, że Cichanouska wygra. Widzieliśmy te protokoły. 9 sierpnia wyszliśmy jak na obchody Dnia Zwycięstwa. Te marsze też były dla nas świętem. Pytanie brzmiało tylko: kiedy Cichanouska obejmie władzę. Nikt nie sądził, że to może się przeciągnąć do Nowego Roku. Chciałam, żeby prezentem na urodziny mojego dziecka, które wypadają 25 września, było odejście Łukaszenki. Ale jesienią zaczęła się partyzantka. To straszne uczucie, kiedy cieszysz się, że ktoś z naszych dostał tylko mandat zamiast 15-dniowego aresztu lub 15-dniowy areszt zamiast dwóch lat pozbawienia wolności”.

W szkołach ta flaga
nie istnieje

Tania

Do Polski przyjechałam trzy lata temu, od razu po szkole. Chciałam studiować reżyserię i nie widziałam siebie na uczelni w Mińsku. Wybierałam między Petersburgiem a Warszawą. W tej ostatniej mieszkali moi krewni, a do tego pomyślałam, że Polska należy do UE, a skoro chcę robić filmy, to najlepiej w Europie. Poza tym Polska jest też blisko domu.  

Moją flagę podarował mi kolega na Nowy Rok 2019 roku. Bardzo tęskniłam za domem i kiedyś powiedziałam mu w rozmowie, że fajnie by było mieć ze sobą biało-czerwono-białą, że to byłby kawałeczek domu w Warszawie. Z kolegą, który podarował mi flagę, chodziłam do klasy. To chyba jedna z czterech osób w mojej szkole, z którymi mogłam rozmawiać o polityce, które wiedziały o biało-czerwono-białej fladze. W szkołach ta flaga nie istnieje.

Flaga jest najprostszym atrybutem, który może przypominać o domu. Ale nigdy nie umiałam wyobrazić sobie na swojej ścianie czerwono-zielonej. Ze względów tak estetycznych, jak i innych. To nigdy nie była moja flaga. 

Moja rodzina nie jest typowo opozycyjna, nie wieszaliśmy biało-czerwono-białej na ścianach, ale nikt też nie wspierał reżimu. Dlatego dla mnie ta flaga była oczywista. Od dzieciństwa wiedziałam, że to prawdziwa białoruska flaga. Kiedy zespołowi Lyapis Trubetskoy zakazano występów w Białorusi, to chyba było w 2014 r., moja siostra pojechała do Wilna na koncert. Wzięła ze sobą flagę. Wtedy już rozumiałam, co to jest i do czego służy. 

Wydaje mi się, że po 2010 r. uświadomiłam sobie, że za biało-czerwono-białą możesz oberwać. Nie wiem, czy zdawałam sobie sprawę, czym konkretnie. To jest przejaw tej białoruskiej wady: nie udzielać się, choć nawet nie wiesz, czy będą jakiekolwiek konsekwencje. 

Brałam udział we wszystkich protestach. Cały czas miałam ze sobą flagę. Owijałam się nią, żeby mnie przytulała. Chciałabym wrócić do wolnej Białorusi, bo dla mnie Mińsk jest miejscem mocy. 

Od początku nie miałam negatywnych uczuć wobec czerwono-zielonej flagi. Np. na pierwszym marszu po wyborach widziałam taką parę:e jedna osoba miała czerwono-zieloną, a druga biało-czerwono-białą flagę. Mnie się to podobało. Ale później, kiedy ludzie wspierający reżim zaczęli ostro występować przeciwko protestującym, przestałam odbierać czerwono-zieloną flagę pozytywnie. Teraz biało-czerwono-biała jest dla mnie symbolem walki. Wcześniej uznawałam ją po prostu za znak Białorusi i narodu białoruskiego. 

Rozumiałam ludzi, dla których czerwono-zielona jest flagą Białorusi, w końcu przez długi czas to była oficjalna flaga. Nie czułam tego, ale rozumiałam, o co w tym chodzi. Teraz już nie ma szans na kompromis. 

Strasznie było przewozić flagę przez granicę, chowałam ją w ubraniach. Ostatni raz pojechałam do domu w grudniu. Mój laptop był oklejony logotypami sztabu Babaryki, uczciwymi ludźmi itd. Wpadłam w taką panikę, że wyczyściłam cały telefon, laptop, zerwałam nawet te naklejki. 

Kiedy po raz pierwszy jechałam na wybory z flagą, nie zdawałam sobie sprawy, do czego może dojść. Myślałam, że zabiorę flagę, no bo kto mnie za nią zatrzyma?

Mam nawet trudność
z odpowiedzią na pytanie,
czy jestem Białorusinem,
czy tylko pochodzę
z Białorusi.

Tolek

Przyjechałem do Polski pod koniec 1998 r. W Białorusi mówiono wówczas, że dobrze wyjechać na mniej więcej pięć lat i wrócić, kiedy już będzie lepiej. Potem ten okres wydłużył się do 10 lat. Ciągle myślę, ile jeszcze czasu musi minąć, żeby wreszcie było lepiej. Przestałem już liczyć. 

Gdy w 1994 r. Łukaszenka doszedł do władzy, jego wrogami byli biznesmeni bankierzy. Spodziewaliśmy się wzorcowego procesu. Już wtedy pracowałem w przedstawicielstwie firm zagranicznych i dokonywanie operacji walutowych było skomplikowane. Musiałem podpisywać sześć umów, żeby zrealizować jedną. Mój kolega Fin mówił, że musimy być dumni, skoro przeprowadzamy takie skomplikowane procesy. Tak naprawdę nie były to wielkie sumy. Choć stałem się zakładnikiem tej sytuacji, mogłem się rozwijać. 

Kiedy w mojej firmie szukali kogoś, kto mógłby wyjechać do Polski, zgłosiłem się, bo znałem język. To był przypadek. Potem musiałem zdecydować, jak długo to potrwa i co zrobić dalej: zostać czy wrócić. W latach 90. w Polsce wszystko się szybko rozwijało. Od razu zmieniły się moje warunki ekonomiczne. Trafiłem w nurt i nie było mowy o powrocie. 

Te flagi kupiłem w internecie już w Polsce. Jedną kilka lat temu, drugą w zeszłym roku, żeby było prościej i szybciej wrzucić do plecaka i pójść gdzieś na akcję. Czułem się wtedy częścią Białorusi. Było to dla mnie ważne. Ciągle myślałem, że sytuacja może się zmienić, wszystko wróci do normy i już nie będzie potrzeby uczestniczenia w akcjach solidarnościowych. Naiwnie. 

Nie rozmawiałem zbyt wiele z Białorusinami, głównie w pracy i o pracy. Wydarzenia z 2020 r. były dla mnie zaskoczeniem. Wydawało się, że już tak bardzo oddaliłem się od Białorusi, a tymczasem ona cały czas tkwiła gdzieś głęboko we mnie. Kiedy wszystko zaczęło się dziać, nie spałem trzy noce. Niektórzy mi mówili: „Czemu się przejmujesz? Masz już przecież inne obywatelstwo”. Ale nie mogłem inaczej. Tak to chyba zostanie. 

Nigdy nie czułem sympatii do czerwono-zielonej flagi. Może to niedobrze mówić tak o fladze państwowej. Nie wiem. Może wiąże się to z tym okresem pod koniec lat 80., kiedy pojawiła się wolność, kiedy rozwalał się ZSRR. Bo akurat biało-czerwono-biała kojarzy mi się z wolnością, a czerwono-zielona z jej odebraniem. Ta druga przypomina mi o ZSRR. 

Określenie swojej tożsamości narodowej to dla mnie trudny proces. W latach 60. moi rodzice przeprowadzili się do Ukrainy, ale ja urodziłem się już w Białorusi. W latach 90. widziałem różnice między kulturami Białorusi, Litwy oraz Ukrainy i z czasem dostrzegam ich coraz więcej. 

Mam nawet trudność z odpowiedzią na pytanie, czy jestem Białorusinem, czy tylko pochodzę z Białorusi. Na pewno jestem Europejczykiem. Urodziłem się w ZSRR. Moi rodzice to Ukraińcy polskiego pochodzenia. Ale dorastałem w Białorusi. Czasem nie wiem, czy jestem godny nazywać się Białorusinem. W Ukrainie też nie czuję się u siebie. Dla Polaków nie jestem Polakiem. Dla nikogo nie jestem w 100% swój.

Niekiedy bywa mi wstyd za Białorusinów, bo jak można było tyle lat cierpieć w milczeniu? W zeszłym roku ktoś mnie spytał, dlaczego dopiero teraz, a nie w 1996 r.? Dlaczego jako osoba rosyjskojęzyczna w 1994 r. głosowałem na Pazniaka, a większość na Łukaszenkę? 

Nigdy nie wywieszałem żadnej flagi w domu. Nie czułem się na tyle pewny. Mieszkam na zamkniętym osiedlu i obserwuję swoich sąsiadów. Wcześniej nie miałem też potrzeby, by wywieszać polską flagę. Ostatnio pomyślałem, że dobrze by było wywiesić od razu trzy: polską, białoruską i UE.

Czy wiecie, gdzie
są nasi rodzice?

Anna, Wania i Nasta

Wyjechaliśmy do Ukrainy 11 września 2020 r. Od razu po tym, jak zatrzymano moją córkę jako podejrzaną. Zrozumiałam, że muszę wywieźć jej dzieci. Powiedziałam im, że jedziemy do innego kraju, wyglądało to jak gra. 

Ostatni dzień przed wyjazdem był słoneczny. Nie znajdowaliśmy się już w Mińsku, tylko u nas za miastem. Obserwując wydarzenia, zdecydowałam, że nie pójdą do przedszkola. Wstały rano, poskakały sobie na trampolinie, a później pojechaliśmy do dentysty. Potem wróciliśmy na obiad i do Mińska. Nie myślałam, że wyjadę za granicę, tylko że gdzieś sobie ten czas przesiedzę. Ale w Mińsku zrozumiałam, że nie wejdziemy do mieszkania po rzeczy. I tak wyruszyliśmy bez niczego. Podwieźli nas do granicy. Dotarliśmy do przejścia granicznego na piechotę. O trzeciej w nocy przechodziliśmy strefę neutralną. 2 km i żadnych świateł. Nie miałam nawet telefonu, żeby oświetlić drogę. W tym momencie Wania zapytał, czy to prawda, że mama jest w więzieniu. Powiedziałam, że tak. Myśleliśmy, że Wania jest jeszcze za mały, by to zrozumieć, ale okazało się, że nie, zdążył już gdzieś to usłyszeć. Potem, już w Ukrainie, dzieci zadawały pytania, dlaczego mama się tam znalazła. 

W Ukranie maluchy nie wspominały, czy bały się tej pieszej wędrówki. W drodze do Polski mówiłam, żeby pospały, bo będzie granica i potrzebujemy sił. Ale nie mogły zasnąć, skarżyły się, że coś im piszczy w uszach. To był stres. Mówiłam, że tym razem pojedziemy autobusem. 

17 grudnia przyjechaliśmy do Polski. Nie wybrałam tego kraju celowo. Chciałam dotrzeć dokądkolwiek, gdzie mogłabym zostać z dziećmi i zaczekać na rozwiązanie sytuacji. Córka została zatrzymana 6 września, a zięć 2 października. Przed tym zatrzymano go jako administratora kanału Armia z Narodem, ale potem go wypuszczono, a on wyjechał do Rosji. Wrócił jednak po aresztowaniu Tonii. 

Tonię sąd zawsze łączył ze sztabem Cichanouskiego. Ale ona pracowała głównie ze Swiatłaną. Należy do Kraju do Życia”, została jednak oskarżona jako moderatorka kanału Armia z Narodem. Po prostu dopisali ją do sprawy męża. Oboje skazano na pięć i pół roku pozbawienia wolności. 

Mamy trzy flagi. W Czernigowie nikt nie wychodził protestować, ale każdy miał flagi w domu. Kupiłam materiał i uszyłam je ręcznie. Mam jedną dużą i dwie małe dla dzieci. 

Dzieci brały udział we wszystkich pikietach w Białorusi. Przychodziły w strojach narodowych, a ja razem z nimi. Pamiętam, jak w miasteczku szliśmy z górki, było już słychać muzykę, widzieliśmy szczęśliwych ludzi oraz flagi i Nasta zawołała, że tam, tam są biało-czerwono-białe ściahi [flagi – przyp. red.]! Tak ją to ucieszyło. Dzieci wiedziały, że to nasza flaga. Jednocześnie mają też świadomość, że istnieje „zachód słońca nad błotem” [nieformalne określenie oficjalnej flagi przyp. red.], ale nie wiem, gdzie to usłyszały, bo sama nigdy o tym nie mówiłam. Tak naprawdę one nie zostały skażone propagandą, zabraliśmy je z przedszkola na wieś jeszcze w marcu 2020 r., ponieważ Tonia miała sesję, poza tym zachorowała na COVID-19.   

Wcześniej nie mieliśmy w domu flagi. Nie było potrzeby, wystarczyło, że w 2006 r. odłączyliśmy białoruską telewizję. Potem rosyjską. 

Uczestniczymy w każdym proteście w Warszawie. Mamy jeszcze plakat, który zrobiliśmy w Ukranie: „Mamę i Tatę zabrały wojska karalucha”. Trzymają go dzieci. Robimy to, bo w białoruskich więzieniach siedzą ludzie i z każdym dniem jest ich coraz więcej. W samej tylko naszej rodzinie jest jak na wojnie: dwoje jest jęńcami, jeden (mój mąż) w polu, bo zajmuje się przekazami i adwokatami, no i trójka „z tyłu”. 

W naszej rodzinie byłam najbardziej zaangażowaną osobą. Uczestniczyłam w protestach w 2006, 2010 i 2017 r., wspierałam przedsiębiorców. To ja pokazałam córce Siarhieja Cichanouskiego. Swój pierwszy zarzut z paragrafu 23.34 dostała jeszcze w kwietniu 2020 r., za udział w jego proteście. Jak to dobrze, gdy cała rodzina patrzy w jednym kierunku. Kiedy Tonia jechała zbierać podpisy i pytała mnie, czy mam coś przeciwko, mówiłam, że oczywiście nie, jestem za tym.

Żyliśmy coraz gorzej i gorzej, byliśmy tego świadomi. Wiedzieliśmy, że kiedyś musi wybuchnąć rewolucja, i byliśmy do tego przygotowani. Jesteśmy rodziną wojskową, ale trochę inną, bo to siły powietrzne, więc uważano nas za elitę. Mąż w ogóle ma taką rodzinną tradycję. Ale zostawiliśmy wojsko na początku lat 90., przez jeszcze jakiś czas mieszkaliśmy w Rosji. Wróciliśmy do Białorusi chyba w 1998 r., w euforii, że prezydent fajny, młody, dobrze przemawia. Znajomi się z nami nie zgodzili. Przyzwyczailiśmy, że zawsze mamy własną działalność, pracowaliśmy na siebie, dlatego wszystko zauważaliśmy. 

Jesteśmy zdecydowani w swoich działaniach, dlatego bardzo mi przykro, że tak to wyszło, że ofiarami stają się najlepsi ludzie. Uważam, że teraz w więzieniach przebywa elita naszego kraju. Nawet tacy prości ludzie, którzy potrafią myśleć, są niezwykle wartościowi. Musimy szukać pozytywów w czymś innym. Np. w tym, że staliśmy się narodem, zaczęliśmy się uśmiechać, że w 2020 r. przeszliśmy przemianę.

Mam ze swoją flagą
szczególną więź

Stasia

Przyjechałam na studia w 2013 r. w ramach programu Kalinowskiego po wyborach parlamentarnych w 2012 r. 

Miałam sporo różnych symboli, ale moja pierwsza flaga pojawiła się zeszłego lata. Moja pierwsza flaga w Polsce. Kiedy zaczęły się protesty, stałam się jedną z organizatorek akcji solidarnościowych w Polsce. Czułam się nieswojo, że nie mam flagi. Pojechałam kupić je od pewnego chłopaka. Tak poznałam swojego najlepszego przyjaciela, z którym razem prowadzimy Białoruski Młodzieżowy Hub. 

Na Białorusi miałam flagi, ale tu już nie miałam powodu, by korzystać z nich poza akcjami. Z kolei podczas akcji zawsze można było jakąś pożyczyć, bo organizatorzy przynosili ich sporo. W życiu miałam inne przedmioty wskazujące na moją tożsamość, np. naklejki z Pahonią, ale nie flagę. 

To jest jedyna flaga, którą uznaję. Chcę, żeby była państwowa. Nigdy nie uważałam czerwono-zielonej za swoją. Poza tym sądzę, że biało-czerwono-biała flaga jest zwieńczeniem sztuki heraldycznej i jest po prostu bardzo ładna. 

Lubię rozmiar mojej flagi. Jest kompaktowa, podobają mi się jej proporcje i ogólny wygląd. Bardzo ją lubię, mam z nią szczególną więź. Towarzyszyła mi w mojej przemianie, którą przeszłam razem z naszymi ludźmi. Teraz traktuję ją jak swego rodzaju przyjaciela. 

Kiedyś, podczas olimpiady międzynarodowej, miałam stać z czerwono-zieloną flagą jako reprezentantka państwa. Nie umiałam jej wziąć do ręki. W głębi duszy czułam, że to nie jest moja flaga. W końcu wziął ją mój kolega, ja trzymałam tylko jej kraniec dwoma palcami, bo fizycznie mnie od niej odrzucało. Ale musiałam, to były spokojne czasy. Gdybym coś zrobiła nie tak, mój kierownik naukowy mógłby zostać zwolniony, podobnie jak ci, którzy wysłali mnie na olimpiadę. Moja kariera też by się skończyła. Właściwie to tak się stało, ale później. 

Nie jestem osobą, która porwała czy spaliła czerwono-zieloną flagę, ale chcę, żeby po prostu jej nie było. To spadek po komunizmie, który skupia w sobie wszystko, czego nie lubię. Nawet na widok emoji z tą flagą w internecie czuję mdłości. 

Chyba wszyscy moi znajomi mieli w domu biało-czerwono-białe flagi. Nigdzie więcej ich nie było, bo Łukaszenka ich zakazał. Nie można było tej flagi spotkać nawet w muzeach. Istniała tylko w środowisku białoruskich artystów i opozycji. 

Posiadanie biało-czerwono-białej flagi zawsze było niebezpieczne. Pamiętam, jak idąc na demonstracje, chowaliśmy flagi w sekretnych kieszeniach z tyłu kurtki, gdziekolwiek, byle nie w torbie. Byliśmy do tego przyzwyczajeni. Nawet w spokojnych czasach , gdyby zatrzymała cię milicja i znalazła biało-czerwono-białą flagę, sprawa raczej nie skończyłaby się dobrze. W najlepszym razie po prostu by ją zabrali.

Tekst: Julia Aleksiejewa

Zdjęcia: Paulina Komarowa

Korekta: Słowne babki

Projekt dofinansowany przez Fundację Solidarności Międzynarodowej w ramach polskiej współpracy rozwojowej Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP. Publikacja wyraża wyłącznie poglądy autora i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem Fundacji Solidarności Międzynarodowej ani Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP.

pl
Menu
Home
Brief
Wspomóż