pl   -   en

Afera Facebook – Cambridge Analytica trwa w najlepsze. Naruszenie danych? Nie. Fatalna sytuacja? Tak.

Ukryte kamery. Nieporozumienia wśród liderów. Dezinformacja nadal stwarza problemy.


Artykuł autorstwa Christine Schmidt został opublikowany w serwisie Nieman Lab.


Za nami kolejny dzień afery Cambridge Analytica. Tym razem wahadło wychyla się jednak coraz mocniej w stronę Facebooka.

Moja koleżanka z pracy, Laura Hazard Owen, zauważyła pierwsze symptomy afery, która obecnie trwa w najlepsze. Cała historia ma potencjał, aby nam towarzyszyć i zwiększać swą siłę rażenia jeszcze przez długi czas (ekspert ds. wojny informacyjnej, Molly McKew, napisała o tym artykuł dla magazynu Cosmopolitan).

Przypomnijmy wydarzenia ostatnich dni: w sobotę pojawiły się pierwsze informacje o firmie doradztwa politycznego Cambridge Analytica, która weszła w posiadanie danych milionów użytkowników Facebooka. Jej celem było stworzenie systemu, który miałby wpływać na wyborców dzięki spersonalizowanym reklamom politycznym. Cała narracja jest zbudowana na tej historii.

Hej, Facebook. Myślę, że jest kilka osób, które chciałyby z Tobą poważnie porozmawiać.

 

To nie był wyciek danych – tak działa model biznesowy Facebooka, pisze Zeynep Tufekci w felietonie dla New York Timesa.

Z technicznego punktu widzenia nie było to naruszenie danych. W zasadzie to coś znacznie bardziej niepokojącego: całkowicie naturalna konsekwencja modelu biznesowego Facebooka. Ludzie korzystają z niego w celu interakcji społecznych, a niejako przy okazji poddawani są potężnej inwigilacji. Wyniki tej inwigilacji wykorzystuje się do zasilania wyrafinowanego i nieprzejrzystego systemu targetowania reklam oraz innych usług wpływających na użytkowników Facebooka.

Motherboard również tłumaczy czytelnikom, dlaczego nie było to naruszenie danych.

Nie można powiedzieć, że „wszyscy zainteresowani” wyrazili zgodę. W końcu jedynie 270 tys. z 50 mln użytkowników, których dane udostępniono, pobrało wcześniej aplikację. Pozostali prawdopodobnie nie mieli nawet pojęcia, że ta aplikacja istnieje. Co więcej, Facebook tak często zmienia ustawienia prywatności, że nie sposób sprawdzić, czy osoby, które zgodziły się korzystać z aplikacji, w pełni rozumiały, jakie dane udostępniają. I nikt nie wiedział, że dane zostaną później przekazane jakiejś szemranej firmie doradztwa politycznego, wynajętej przez Donalda Trumpa podczas kampanii prezydenckiej.

Od lat informujemy o przypadkach naruszenia danych. Tym razem nikt nie włamał się na serwery Facebooka, wykorzystując błąd w oprogramowaniu, jak to było w przypadku amerykańskiego potentata kredytowego Equifax, gdy wyciekły dane ponad 140 mln ludzi. Nikt nie wyłudził haseł od użytkowników Facebooka po to, aby potem ukraść ich dane, jak zrobili rosyjscy hakerzy w przypadku Johna Podesty, szefa kampanii prezydenckiej Hillary Clinton. Zastosowano wtedy metodę tzw. phishingu, czyli wyłudzania poufnych informacji osobistych przez podszywanie się pod jakąś osobę lub instytucję. W 2014 r. Aleksandr Kogan, naukowiec odpowiedzialny za przygotowanie testów osobowości, które posłużyły do stworzenia nielegalnych baz danych dla firmy doradczej Cambridge Analytica, zebrał dane 50 mln ludzi. I cały czas działał według ustalonych zasad. W tym okresie Facebook zezwalał wynajętym twórcom aplikacji na zbieranie nie tylko danych osób, które zgodziły się je oddać, ale także danych ich znajomych. Później firma zakończyła ten proceder.

Były operation manager Facebooka, Sandy Parakilas, twierdzi, że kierownictwo firmy nie chciało podjąć tematu, gdy wiele lat temu alarmował o tym zjawisku.

Sandy Parakilas „zawsze podejrzewał, że istnieje coś na kształt czarnego rynku” danych pochodzących z Facebooka, które zostały przekazane zewnętrznym deweloperom. Zgłaszał swoje uwagi innym osobom z kierownictwa firmy, sugerował, że Facebook powinien zapobiegać temu procederowi, bezpośrednio „kontrolując deweloperów i sprawdzając, co dzieje się z danymi”. Odradzano mu jednak dalsze forsowanie jego poglądów.

Jeden z dyrektorów Facebooka zasugerował Parakilasowi, aby nie przyglądał się zbytnio temu, w jaki sposób dane są wykorzystywane. Ostrzegł go: „Czy naprawdę chcesz zobaczyć to, co znajdziesz?”. Parakilas zinterpretował ten komentarz jako komunikat o treści: „Pozycja prawna Facebooka będzie silniejsza, w razie gdyby wyszło na jaw ewentualne nadużycie”.

Gdzie są przeprosiny Facebooka? Przyzwyczailiśmy się do widoku menedżerów Facebooka kiwających ze zrozumieniem głowami po publikacjach na temat ich firmy, kiedy dotyczyły one przyznania się do rosyjskiej ingerencji w wybory prezydenckie w USA w 2016 r. bądź zaginionej notatki o sposobach reklamodawców na korzystanie z agresywnych opcji targetowania (pamiętacie, jak pracownicy Facebooka przepraszali za igranie z emocjami użytkowników platformy podczas eksperymentu naukowego?). Gdy wiceprezes Facebooka ds. marketingu odpowiadał kilka dni temu na pytania, podkreślił, że firma jest „wzburzona i co najmniej zaniepokojona” w związku z wiadomościami o Cambridge Analytica. Dodał, że „jeśli zarzuty są prawdziwe, będzie to niewiarygodne naruszenie wszystkiego, co reprezentujemy”. Ani Sandberg, ani Zuckerberg nie wydali jeszcze oświadczeń. Jak informuje serwis The Verge, Facebook przekazuje swoim pracownikom Q&A we wtorki.

Główny specjalista ds. bezpieczeństwa Facebooka, Alex Stamos, starał się przez weekend udzielać wyjaśnień na Twitterze. Usunął jednak swoje tweety (jak powiedział, „nie dlatego, że były one błędne, po prostu powinienem był wykonać lepszą pracę”). „New York Times poinformował, że Stamos zamierza odejść z firmy w związku ze „zwiększonym napięciem przywódczym na szczycie portalu społecznościowego”. Napięcie wynika z nieporozumień dotyczących tego, ile informacji o zagranicznych interwencjach w serwisie przed prawyborami w 2018 r. Facebook powinien ujawnić. Jak pisze „Times”, Stamos popierał opcję ujawnienia większej ilości danych, ale został skierowany do nadzorowania zespołu złożonego z zaledwie trzech pracowników. Jego poprzedni zespół liczył 120 osób.

Facebook poinformował na blogu o wynajęciu firmy zajmującej się cyfrową kryminalistyką i rekonstrukcją, aby przeprowadzić śledztwo w biurach Cambridge Analytica. Audytorzy zaprzestali jednak działań na prośbę Wielkiej Brytanii.

Czy politycy naprawdę mają zamiar zająć się tą sprawą? We wtorek rano Bloomberg poinformował o decyzji Federalnej Komisji Handlu USA. Postanowiła ona zbadać, czy Facebook naruszył warunki dekretu dotyczącego udostępniania danych użytkowników, co doprowadziło do afery Cambridge Analytica. Facebook może zostać ukarany grzywną w wysokości ponad 40 tys. dol. za każdy dzień naruszenia przepisów. Niektórzy republikańscy i demokratyczni senatorowie wzywają Zuckerberga oraz prezesów Google i Twittera do złożenia zeznań przed Kongresem. Rzecznik Białego Domu powiedział telewizji Fox News: „Jesteśmy przychylni inicjatywie Kongresu, jeżeli zechce przyjrzeć się tej sprawie lub jeżeli zechcą to zrobić inne agencje rządowe”. Europejskie organy nadzoru również poszukują dodatkowych dowodów i informacji, zwłaszcza w kontekście nowych przepisów o ochronie danych, które od maja będą obowiązywać na Starym Kontynencie.

Jak zauważa Sara Fischer z Axios, „akcje Facebooka spadły w poniedziałek o blisko 7% podczas zamknięcia sesji giełdy. Żaden ze skandali, z którymi firma borykała się przez ostatni rok, nie odbił się tak mocno na jej kondycji giełdowej. Nawet w trakcie przesłuchań w Kapitolu w sprawie wpływu Rosji na wybory prezydenckie w USA akcje Facebooka były na rekordowo wysokim poziomie”.

Tajni reporterzy potwierdzili, że Cambridge Analytica nie należy do godnych naśladowania graczy na rynku. Udając potencjalnych klientów, dziennikarze brytyjskiego nadawcy telewizyjnego Channel 4 użyli ukrytej kamery podczas spotkania w Londynie z dyrektorem generalnym Cambridge Analytica, Alexandrem Nixem. Materiał został nagrany w trakcie składania deklaracji o możliwości postawienia przez jego firmę wybranych polityków w niezręcznych sytuacjach, np. w czasie przyjmowania łapówek lub w towarzystwie prostytutek z Ukrainy. Nix dodał: „Jesteśmy przyzwyczajeni do działania w cieniu i stosowania różnych sposobów. Nie mogę się doczekać naszej współpracy, długiej i sekretnej”.

Firma wycofała się i stwierdziła, że film został „zredagowany i opatrzony scenariuszem, aby w istotny sposób wypaczyć charakter rozmów”. Nix z kolei bawił się „serią absurdalnych hipotetycznych scenariuszy”, chcąc uniknąć stawiania klienta w kłopotliwej sytuacji.

Tymczasem dezinformacja nadal szerzy się na Facebooku. Dziennikarze BuzzFeeda, Craig Silverman, Jane Lytvynenko i Lam Thuy Vo, opublikowali tekst o „spamerach, hakerach i trollach”. Facebook skupił ostatnio uwagę na grupach zakładanych przez użytkowników, a bohaterowie artykułu starają się wykorzystać nową politykę firmy, by siać spustoszenie i szerzyć dezinformację. Nie jest to dobre zjawisko, pokazuje ono, że „istotne interakcje” mogą zostać zdominowane przez niewłaściwe cele.

 

ZDJĘCIE DYREKTORA GENERALNEGO CAMBRIDGE ANALYTICA, ALEXANDRA NIXA, WYKONANE PODCZAS WEB SUMMIT I OPUBLIKOWANE NA LICENCJI CC.

Czytaj również

Zamknij