Loading

LUNIK IX

Osiedle Lunik IX jest dziś prawie w całości zamieszkiwane przez Romów. Zaśmiecone, zdewastowane, pozbawione gazu i bieżącej wody stanowi dom dla tysięcy ludzi.

To największe skupisko tej grupy etnicznej na Słowacji.

Jego powierzchnia wynosi 1,063 km2. Ze względu na duże migracje Romów, trudno o konkretną liczbę mieszkańców osiedla. Nieoficjalnie może tu być nawet 6000 ludzi.

Pośród zdewastowanych budynków walają się śmieci. Ludzie wyrzucają je przez okna, dokładając tylko kolejne warstwy. Lądujące na ziemi resztki jedzenia, butelki i inne odpadki, są przyczyną nieprzyjemnego zapachu, jaki unosi się po osiedlu, a także źródłem wielu chorób.

Budynki są w ruinach. Ich ściany zdają się ledwie utrzymywać całą konstrukcję. Wszystko jest zniszczone, obdrapane i pokryte sadzą. Powybijane okna poklejone są taśmą lub zasłonięte płytami, kartonami albo kocami.


Lunik IX

Osiedle mieści się na południowo-zachodnich obrzeżach Koszyc. Od miasta i normalnych warunków życia oddziela je droga szybkiego ruchu. Oprócz mieszkańców mało kto ją przekracza.

Z centrum Koszyc na Lunik wiezie autobus nr 11. Odjeżdża spod nowego centrum handlowego. Ten też, jak samo osiedle, jest zniszczony i rzadko sprzątany. Jeżdżą nim tylko Romowie. Nikt inny nie wsiada.

Budowa osiedla rozpoczęła się w latach 70. Mieli tam mieszkać policjanci, wojskowi oraz kilka rodzin romskich. Z czasem tych ostatnich zaczęło przybywać i już w latach 80. stanowili połowę mieszkańców Lunika IX.

Romów przesiedlano z innych miejsc – zarówno z centrum miasta, jak i innych części Słowacji. Władze liczyły, że na osiedlu z mundurowym rygorem, dostosują się do reguł i zintegrują. Tak się nie stało. Policjanci i wojskowi zaczęli się wyprowadzać, a Romowie zostali sami ze sobą.

Nie remontowane, dewastowane, osiedlowe budynki szybko zaczęły niszczeć. Nieopłacane rachunki za prąd i gaz doprowadziły do całkowitego odcięcia mediów. Wciąż nie ma tam bieżącej wody i gazu.

Nie ma też na nie pieniędzy, bo bezrobocie sięga tu około 95%.

Wśród walających się po osiedlu śmieci, ludzie próbują wyszukać sobie  coś przydatnego.

Czasem przechadza się tu grupa sprzątająca. Za kilkadziesiąt euro miesięcznie zbiera śmieci, zamiata chodniki. Efekty ich pracy ciężko jednak dostrzec w tak bardzo zaśmieconym miejscu.

 

Mimo warunków – osiedle tętni życiem.

Rodzina Iwety mieszka w jednopokojowym mieszkaniu. Jest tu malutki kącik na kuchnię, łazienka oraz korytarz, w którym stoi kanapa i który połączony jest z jadalnio-sypialnią. Za dnia stoi tam duży, rodzinny stół. W nocy jest to przestrzeń do spania.

Mimo warunków i biedy w domu panuje przyjemna atmosfera. Drzwi otwarte są dla dzieci i gości. Śmiech i muzykę, którą Adam, syn Iwety, puszcza z telefonu komórkowego, słychać już na zewnątrz.

– Dobrze, że mamy prąd – mówi Iweta (44 l.). Inaczej musielibyśmy zapalać świeczki. A ja mam tu bombę – dodaje, wskazując na butlę z gazem, stojącą w kuchennym kącie.

Opłata za prąd wynosi 60 euro miesięcznie. To dla nich dużo. Iweta nie pracuje, jej mąż tylko czasami. Teraz jeździ po lekarzach, bo ma problemy z nogą.

Na wykupienie leków też brakuje pieniędzy.

 

W zimowe dni, w środku dnia zapada ciemność. Elektrownia dostarcza prąd dopiero między 14 a 15. Później można włączyć telewizor. Cała rodzina ogląda wówczas seriale paradokumentalne o pracy policji.

Ciasny, ale posprzątany dom zdobią sztuczne kwiaty. Na różowych ścianach wiszą obrazki, krzyż i dyplomy szkolne dzieci. Iweta jest matką dziesięciorga.

Dzieci lubią się uczyć. Kiedy siedzimy przy stole, one dla zabawy rozwiązują zadania matematyczne. Z dumą dodają i odejmują trzycyfrowe liczby.

Im bliżej wieczora, tym więcej miejsc brakuje dla schodzących się do domu członków rodziny i przyjaciół.

Większość budynków osiedla należy do miasta. Ten jest własnością społeczności romskiej. Na tle innych, wyróżnia się odmalowaną fasadą.

– W swoje można inwestować – mówią jego mieszkańcy. – Ale w cudze, po co?

 

Ślady dzieci widoczne są wszędzie, bo to ich najwięcej mieszka na Luniku.

Osób starszych nie widać w ogóle, bo albo nie wychodzą z domów, albo nie ma ich wcale. Tryb i warunki życia niewielu pozwalają dożywać prawdziwej starości.

Klatki schodowe pełne są dziecięcej twórczości – odciśniętych rąk, serduszek i innych graffiti.

 

Osiedlowe mury są przesiąknięte nieprzyjemnym zapachem. Mimo powybijanych okien, na klatkach schodowych kłębi się smród fekaliów i śmieci. Brak dbałości o miejsce i siebie samych jest powodem wielu chorób, które dotykają mieszkańców – wszy, zapalenie wątroby, opon mózgowych czy świerzb.

 

Marek, 34 lata (keyboard) i jego syn Krystian, 11 lat (śpiew).

To, co na zewnątrz, nie raz kontrastuje z tym, co w środku.

Cuchnąca klatka prowadzi do wysprzątanego, nowocześnie urządzonego mieszkania Marka. Jest duża kanapa, telewizor na ścianie, a w rogu stoi keyboard, na którym muzykuje ze swoją rodziną.

Żona Marka pracuje w Belgii. Planują się tam przeprowadzić całą rodziną.

Ludzie starają się żyć najlepiej jak mogą.

Niektórym udaje się wyjechać albo przeprowadzić tam, gdzie warunki mieszkaniowe są lepsze. Ale niewielu ma tę możliwość i pozostają tu, gdzie są.

Zdarza się też tak, że wracają lub są odsyłani i przesiedlani.

To właśnie tu między innymi odsyłano Romów, gdy kraje Europy Zachodniej postanowiły pozbyć się dzikich obozowisk romskich. Belgijskie władze same opłaciły taksówki, którymi kilkadziesiąt osób wróciło na Lunik.

Czasami też wracają sami. – Pamiętam – wspomina ksiądz – był taki zdolny chłopak. Skończył szkoły, wyprowadził się. Jakiś czas później znaleźliśmy go przy śmietniku na osiedlu. Czegoś szukał. Sam wrócił na Lunik, choć miał inne możliwości.

Pośród spokojnie żyjących rodzin, nie brakuje jednak problemów. Wandalizm i wszelakiego rodzaju używki to ciemna strona osiedla.

– Nawet niektóre 7- czy 8-letnie dzieci regularnie odurzają się tu różnymi substancjami – mówi jeden z wolontariuszy, pracujący na Luniku. A kiedyś jedna dziewczyna, młodziutka, zaoferowała mi swoje usługi. Odmówiłem, a ona zaczęła się śmiać. Dorastanie w takich warunkach nie pomaga. Te wielodzietne rodziny mieszkają w jedno- czy dwupokojowych mieszkaniach. – Rozumiesz? Tam nie ma miejsca na intymność.

Nad Lunikiem często widać kłębiący się czarny dym ognisk ze śmieci. Najczęściej rozpalają je znudzeni nastolatkowie. W cieple ognia piją alkohol albo sięgają po mocniejsze używki. Żaden z mieszkańców nie zwraca na to uwagi. Czasem tylko patrol policji, który pojawia się na osiedlu, zatrzymuje się i rozpędza zebrany przy ogniu tłum.

Wśród zapełnionych mieszkań, są też opuszczone i zdewastowane.

– Mieszkała tu starsza pani. Później wyprowadziła się do innego bloku, a to mieszkanie zostawiła puste. Szkoda, mogła je komuś wynająć. A tak weszli tu wandale, zdemolowali wszystko, czego nie udało się wynieść. Teraz urządzają tu sobie imprezy, są agresywni. Ja mieszkam obok z moją rodziną. Staramy się żyć normalnie. Dzieci chodzą do szkoły, ale czasem się boję, że w tym amoku mieszkanie mi podpalą.

– Za komuny było lepiej – kontynuuje. Nie jak teraz, że dostaną pieniądze i już. Każdy musiał pracować i rygor był.

Mieszkanie na ostatnim, przeciekającym piętrze jednego z bloków. Z całego, dużego mieszkania, w użytku są tylko cztery pomieszczenia – przedsionek, korytarz, kuchnia i jeden pokój. Resztę pokoi systematycznie zalewa woda. Grzyb pokrył ściany.

Mieszkający tu Romowie, nie raz zgłaszali problem. Co roku odmalowują całe mieszkanie. Zrywają linoleum z podłogi, myją, kładą nowe.

– I tak martwimy się o zdrowie. W takich warunkach o choroby nie trudno – mówią.

W takich warunkach wychowują się kolejne pokolenia. I choć sytuacja zdrowotna na osiedlu się poprawia, a zasady higieny są coraz częściej przestrzegane, warunki w jakich żyją i tak odbijają się na zdrowiu wszystkich.

Romskie mieszkania, biedne czy bogate, zawsze są kolorowe. Sztuczne kwiaty zdobią większość z nich.

Jasina (5 l.), często odwiedza dom Iwety, która przyjaźni się z jej rodzicami.

Brak gazu i ogrzewania, które odcięto z powodu nie opłacanych przez mieszkańców osiedla rachunków, spowodował, że ludzie zaczęli palić we własnych domach.

Mają swoje piece, a rury odprowadzające dym idą bezpośrednio przez okna na zewnątrz.

To jedyna możliwość, żeby ogrzać się w zimowe dni.

W zimniejsze dni, kiedy więcej osób pali w piecach, nad całym osiedlem wisi siwa mgła.

Kiedy w 2008 roku, z powodu niestabilnej konstrukcji dwóch budynków, miasto zadecydowało o ich wyburzeniu, nie wszyscy mieli się gdzie podziać. Tak powstała tzw. „nielegalna wioska” Maslickovo. Kilka kroków od osiedla, ludzie zbudowali sobie prowizoryczne domki, w których mieszkają do dziś.

Mężczyzna pali lodówkę przed swoim domem.

Rodzina Dionisa Horvata mieszka w Maslickovej, w dwupokojowym, prowizorycznym domu.

Ten malutki domek zamieszkuje 7 osób – Dionis z żoną, jego syn ze swoją żoną i trójką dzieci.

Lena trzyma na rękach swoje najmłodsze dziecko – miesięczną Denisę.

Ze względu na złe warunki na Luniku nie wszystkie dzieci przeżywają pierwsze miesiące życia. Często łapią choroby, z którymi ich młode organizmy sobie nie radzą. Umieralność wśród noworodków wynosi tu nawet 5%.

Jeśli przetrwają pierwszy rok życia, oznacza to zazwyczaj, że zaadoptowały się do warunków i poradzą sobie w tym trudnym środowisku.

Syn Dionisa rąbie drzewo na opał.

Maslickovo wygląda jak pole. Porośnięte jest wysokimi trawami i chwastami. Znad nich wystają niepewnej konstrukcji dachy prowizorycznych domków.

W tle widać osiedle Lunik IX.

Wydeptana, nieutwardzona i błotnista droga, prowadząca do domu Horvatów.

– Mieszkamy tu, odkąd zburzyli bloki na Luniku. Mamy nadzieję, że kiedyś wrócimy do normalnego domu. Póki co, zostaniemy tutaj – mówią.

Lena ze swoimi dziećmi – dwuletnim Wiktorem, siedmioletnim Nikolasem i miesięczną córeczką Deniską.

Dzieci stale wymyślają tu nowe zabawy. Przyciągają stare materace, budują trampoliny i wywijają w powietrzu salta.

Prawie tysiąc z nich, najmłodszych mieszkańców Lunika, chodzi do szkoły – część na osiedlu, część dowożona jest do innych placówek poza Lunikiem. Najważniejsze są lekcje języka słowackiego i matematyka.

Nielicznym udaje się skończyć liceum czy pójść na studia.

Na zabawie spędzają całe popołudnia. Chodzą grupkami, bo tak i raźniej, i bezpieczniej. Narzekają, bo zdarza się, że są zaczepianie lub bite.

Nie brakuje im jednak dobrego humoru i uśmiechu dla innych.

Mimo wydanych pieniędzy i niezliczonych programów integracyjnych, na Luniku rosną kolejne pokolenia, które na pełną integracje ze społeczeństwem wciąż nie mają szans.

Osiedle jest znane na Słowacji i omijane z daleka. Nikt nie chce tam chodzić, nikt nie chce się przyjaźnić z ludźmi z Lunika. Zatrudniać ich też nie chcą.

Osiedle, mimo że z otwartą drogą wjazdową, jest w pewnym sensie gettem, do którego nikt spoza nie wchodzi. Według sondaży, większość Słowaków nie chciałaby mieszkać w pobliżu Romów, choć ci stanowią 10% całej populacji kraju.

Według raportu Amnesty International Romowie wciąż spotykają się z segregacją instytucjonalną w szkołach i urzędach – są traktowani gorzej, odsuwani od grup.

Nauczyciele ze szkoły na osiedlu często się zmieniają. Rezygnują z pracy w placówce na Luniku.

Dziewczynki wracają ze szkoły do domu w Maslickovej.

– Panie pomóż dobrym ludziom…

Od 2008 roku, na terenie osiedla jest też kościół i misja salezjanów „Don Bosco”. Ze względów bezpieczeństwa otoczona jest murem i drutami. Dzwonek też wyłączono, bo cały czas ktoś podbiegał i dzwonił dla zabawy. Ci, którzy przychodzą, widzą jak i do kogo krzyknąć, żeby zostać usłyszanym.

Ksiądz Pavel jest ciepłym i cierpliwym człowiekiem. Podczas kazań biblijne przypowieści zamienia w bajki o żyrafach i innych egzotycznych zwierzątkach. Nic dziwnego, że dzieci bardzo go lubią.

Misja organizuje czas i pomoc mieszkańcom Lunika – są rekolekcje, na których uczą się odróżniać dobro od zła i inne zajęcia dla dzieci. Przygotowują się także do obrzędów religijnych.

Misja stara się także pomagać rodzinom swoich podopiecznych – wspierają ich nie tylko duchowo, ale i materialnie.

Zespół przygotowuje się przed mszą świętą.

W 2014 roku Marcel Sana został wybrany na starostę. Jego poprzednik, niespełna 40-letni Dioniz Slepcik, popełnił samobójstwo.

Marcel Sana jest Romem. Skończył studia w Koszycach. Po latach pracy postanowił wrócić na osiedle.

Za jego kadencji udało się wybudować dwa mniejsze, nowe budynki mieszkalne. Niebawem ma rozpocząć się budowa kolejnych. Wraz z innymi organizacjami oraz władzami miasta, zapoczątkowany został program oszczędnościowy dla rodzin romskich, które chcą mieszkać w nowych mieszkaniach. Ci, którzy zgłoszą się do projektu, co miesiąc będą odkładać pieniądze, by później stać się prawowitymi właścicielami swoich domów.

Kiedy spytać go o dokonania, wśród wielu wymienia założenie na osiedlu monitoringu 5 kamer. – Owszem, założył – opowiadają ludzie. Ale dopiero po tym, jak mu się włamali do samochodu.

Mieszkańcy Lunika wracają z centrum miasta do swoich zniszczonych domów.

Tekst, zdjęcia, filmy: Magda Chodownik

Projekt graficzny: Arek Sołdon

Kodowanie: Piotr Kliks

Podziękowania dla Anny Górnickiej, Anny Różnickiej i Jasona Andrew.

Outriders to nowe miejsce w sieci, które opowiada o świecie. Znajdziesz tu reportaże, analizy i relacje z najciekawszych wydarzeń.

Zapisz się
do newslettera!

Reportaże, analizy i podsumowania w Twojej skrzynce.

Stwórzmy nowy model mediów.
Zbieramy fundusze
na dalszą działalność.

Wzmocnij nas