Najpierw pojechałem do Budapesztu i na granicę z Serbią. Wtedy, kiedy emocje medialne sięgały zenitu, szukałem spokoju w dramacie. To były dwa punkty na długiej drodze uchodźców i imigrantów przez Europę. Uznałem, że muszę wrócić i zobaczyć więcej.

Nie wiem czemu myślałem, że coś zrozumiem.

Dalej

Do Europy prowadzi wiele tras migracyjnych. Obejmują odcinki zarówno wodne jak i lądowe. W zależności od tego, kto dokonuje podziału – różnie się je nazywa. Według National Geographic można podać dwie główne – z Afryki Wschodniej lub drogę wschodnio-śródziemnomorską. Pierwsza prowadzi przez Libię i Egipt do Włoch i Grecji oczywiście drogą morską. Druga – z Syrii, Iraku, Iranu przez Turcję do Grecji i dalej w głąb Europy. 

Frontex, czyli Europejska Agencja Zarządzania Współpracą Operacyjną na Zewnętrznych Granicach Państw Członkowskich Unii Europejskiej – wyróżnia osiem. Część zawiera się w tych dwóch wyszczególnionych powyżej. Morze śródziemnomorskie ma drogę wschodnią, zachodnią i centralną. Do tego dochodzi do Apulii i Calabrii we Włoszech.  Trasa na Wyspy Kanaryjskie, trasa  z Albanii oraz przez granice wschodnie UE. 

Ostatnią jest droga zachodnio-bałkańska albo po prostu – bałkańska. Trasa cały czas ewoluowała i w takim kształcie jak rok temu już nie istnieje. To był jednak czas, kiedy przez Europę szedł niczym nie uregulowany strumień ludzi. Z Grecji szybciej można było dostać się do Austrii lub Niemiec nielegalnie niż legalnie. W październiku 2015 – według oficjalnych źródeł do Europy dotarło 220 tysięcy osób (podkreślam – oficjalnych). Większość właśnie tym szlakiem. Był to najliczniejszy miesiąc. Dla porównania w październiku 2016 – “jedynie” 30 tysięcy.

W październiku 2015 przejechałem całą tę drogę. Do dziś echem odbijają się we mnie słowa 17-letniej Syryjki: “Ty to wszystko widzisz, opiszesz, ale w Tobie to zostanie na zawsze”. Szczególnie ta ostatnia część zdania jest prawdą, choć wysiadając na dworcu w Salonikach, nie przypuszczałem, że tak będzie.

Droga Bałkańska

Grecja

Dalej

– Już ich tutaj nie ma.
– To znaczy – dopytywałem.
– Trasa się zmieniła, Saloniki są omijane i jadą prosto na granicę.
– Do Idomeni?
– Do Idomeni.

W Idomeni nie stajemy – rzucił agresywnie kierowca autobusu. Ale… – nie zdążyłem się z nim pokłócić, gdy mijał tabliczkę z nazwą miejscowości. Zatrzymał się jednak gwałtownie i dał szybki wybór. Kątem oka dojrzałem migające światła radiowozu. Po chwili stałem z patrolem policji, próbując złapać stopa do obozu. Brakowało pięciu kilometrów. Pierwszy zatrzymany samochód – miejsca brak. Zawalony paczkami. 5 miejsc i 7 osób. Wolontariusze jadący do Idomeni. Bez pytania zatrzymują drugi, który jedzie z nimi. Szybkie przepakowanie i jedziemy razem.

Każdy obóz da się opisać podobnie – dużo potrzebujących. Za mało rąk do pomocy. Mogę zadawać pytania i rozmawiać, ale jednocześnie pomagam. Czasem wypakowuję paczki, układam w namiocie, innym potem rozdaję wodę. Nim wysiadłem z samochodu dowiedziałem się, że poza jednym Australijczykiem, reszta mieszka w Salonikach. Aktywiści. Organizują się samodzielnie. Wcześniej rozmawiałem z Anglikami, którzy też próbują pomóc.

– Dziennikarz czy wolny strzelec?

– Dziennikarz.

Kierowniczka zmiany, siwe włosy, po 50-tce, mruży oczy i przez chwilę milczy. Czuję, że wybrałem złą odpowiedź. Przerywam ciszę i żartuję, że jeśli woli mogę zmienić zdanie. W kolejnych obozach chciałem sprawdzić nastawienie i zmieniałem odpowiedź. Wolny strzelec zawsze wygrywał. Ale bez legitymacji prasowej niewiele można ugrać – tylko Grecy wpuszczali bez pytania.

Kryzys uchodźczy obnażył słabości nie tylko państw, ale mediów. Przypomina mi się sytuacja sprzed miesiąca, z Węgier. Fotografowałem napis „I want to go to Germany”. Obok niego bawiła się dziewczynka. Na widok aparatu odsunęła się z uśmiechem i wyraźnie zasygnalizowała, że nie chce być w kadrze. Zrobiłem zdjęcie. Po mnie podeszła dziennikarka z Australii. Wymusiła na małej, by wróciła i stanęła do zdjęcia. Dziecko jak dziecko – posłuchało, ale uśmiech z jej twarzy znikł. W pobliżu nie było jej rodziców, nikogo, kto miałby prawo interweniować. Wiadomo, że jedna fotografia może zmienić całą narrację.

W 2015 zdjęcie martwego chłopca na plaży tak zadziałało właśnie. I to jest problem, który mnie dręczy. Jestem blogerem. Niezależnym. Czuję się też reporterem. Operuję w świecie istniejących narracji – na przykład zdjęcia uchodźców, mężczyzn służą tym, którzy twierdzą, że do Europy zmierzają bojownicy ISIS. Służą, gdy są wyrwane z kontekstu. Wychodzę z założenia, że czasem lepiej czegoś nie powiedzieć, niż żałować. Zdjęcia dzieci – najbardziej chwytają za serca. Dlatego tak bardzo trzeba mieć włączone sumienie. Przez całą drogę zastanawiam się – czego ja tu szukam? Co chcę powiedzieć? Jaki efekt wywoła ta historia? Ma poruszyć ludzkie serca? Zmienić czyjeś nastawienie a może jakieś utwierdzić? Spędzam, któryś dzień próbując to zrozumieć. Ale widzę też dziennikarzy, którzy w relacji na żywo mają 60, 90, 120 sekund, aby zrobić to samo. Czy to jest możliwe? Mam wątpliwości. Nie wiem też, czy jest złe. Temat jest tak niejednoznaczny.

Wchodząc po raz pierwszy do obozu ma się wrażenie wielkiego chaosu – gwar rozmów w powietrzu, dzieci biegają, samochody dowożą paczki i jedzenie. Wystarczy jednak przystanąć z boku i poobserwować chwilę, by zauważyć rytm. Przyjeżdża autobus wypakowany ludźmi – wolontariusze jednej osobie wręczają numer i informują, że są grupą. Od teraz muszą się pilnować. Razem będą przekraczać granicę. Nim pójdą dalej, w dwóch namiotach ustawionych na wejściu, dostają wodę i jedzenie. Mogą też poprosić o koc lub coś specjalnego dla dzieci. Szybko są napojeni i najedzeni. Zaspokojenie podstawowych potrzeb oraz podanie prostych informacji – rozluźnia napięcie. To pomaga w organizacji. Grupa ma też wskazane miejsce w namiocie – dzięki czemu nie muszą nerwowo sprawdzać, czy to już ich czas na przejście. Czekają.

Do dyspozycji są cztery duże namioty. Można się schronić przed wiatrem i deszczem. Przespać. Zarządzanie stresem to kluczowa rzecz do opanowania sytuacji na przejściach granicznych. Idomeni to najlepiej zorganizowany obóz jaki odwiedzam. Idziemy dalej. Są dwa punkty medyczne. Czerwony Krzyż oraz Lekarze Bez Granic. Toalety, barak dla wolontariuszy oraz małe biuro UNCHR, czyli Wysokiego Komisarza ONZ ds. Uchodźców. Oni starają się oszacować przepływ osób.

Jedna z grup szykuje się do przejścia. Wpierw ustawia się między namiotami a potem wzdłuż torów udaje się do pograniczników greckich. Tam chwila oczekiwania i przechodzi na drugą stronę, gdzie ustawiony jest mały obóz przejściowy po stronie macedońskiej. Dookoła trochę małych ogrodzeń z siatki kolczastej, aby upewnić się, że nikt nie zboczy z trasy.

Noc spędzam na rozmowach. Nie tylko ja zadaję pytania. Pytam skąd są, dlaczego uciekają? Ile zapłacili? Co robili, jakie mają plany? Lekarz mówi, że słyszał, że w Niemczech znajdzie pracę. Jest jeszcze architekt. Dwóch informatyków. Budowlaniec. Najchętniej rozmawiają ze mną mężczyźni i dzieci. Nie wszyscy mówią po angielsku.  Do mnie też jest sporo pytań. Głównie o to, czy wiem jak wyglądają dalsze etapy trasy. Czy granice otwarte. Z architektem długo rozmawiamy o Polsce – ciekawi go, mógłby się zatrudnić nad Wisłą.  

Przychodzą też dwie siostry. 16 i 13 lat. Długo rozmawiamy o ich drodze. Pół roku mieszkały z małym bratem i rodzicami w Turcji. Są z Syrii. Dwa dni temu łodzią przepłynęli z Turcji. Ktoś się włącza do rozmowy – mówi, że jego łódź się przewróciła, ale na szczęście blisko brzegu i wszyscy dopłynęli z powrotem. Za drugim razem się udało. Rozmowy o przeprawach łodzią budzą najwięcej emocji. To najniebezpieczniejszy fragment podróży. Najdroższy też. Na koniec siostrą proszą czy mogą ze mną postać. Boją się, że coś im się w nocy stanie. Rozglądam się zdziwiony, bo żadnego zagrożenia nie widzę. Jednak po chwili pytam sam siebie – kto ma ich chronić? Może rodzina i znajomi? Bo nikt więcej. Nie są nawet zarejestrowani więc nikt nie bierze odpowiedzialności. Ich dokumenty niewiele znaczą, tylko na miejscu (jadą do Niemiec) poświadczają skąd są. Jeśli w ogóle te dokumenty mają. Nikt też nie chce rejestrować – bo wtedy pojawiłaby się formalna odpowiedzialność.  A tak problem mniejszy.

Macedonia

Dalej

Po przejściu na stronę macedońską grupy wsiadają do pociągu. Jak uzbiera się cały – rusza. Pociąg ma pierwszy postój na stacji Gevgelija, parę kilometrów od granicy. Natychmiast do niego biegną lokalny kupcy. Już w Idomeni – tuż pod obozem – pojawiło się parę punktów, sprzedających więcej niż to, co rozdawane jest w obozach. Cola, hot-dogi. A ceny – dwukrotnie wyższe niż w sklepach. Tutaj sprzedawcy oferują karty SIM (towar numer jeden), napoje oraz przegryzki na drogę. Gdy pociąg odjedzie, schodzą do cienia i czekają na kolejny transport.

Trzeba jeszcze zapłacić za przejazd. Na początku był darmowy, potem 5 EUR, a teraz rząd macedoński za tę usługę pobiera 20 EUR. Od osoby. Podróż przez cały kraj trwa około pięciu godzin. Pociąg dojeżdża na stację w Tabanovcach.

Ja zatrzymuję się jeszcze na chwilę w Skopje. Idę do magazynu, gdzie spotykam się z Sandrą. Nadzoruje zbiórkę rzeczy dla uchodźców, które tu są sortowane i paczkowane. Tam słyszę jedną liczbę – 6000. Tyle osób dziennie przekracza granicę. Potwierdza się to z wyliczeniami greckimi. Zastanawiam się z iloma osobami musiałbym porozmawiać, żeby wyciągać wnioski przechodzące w fakty. A nie tylko obserwacje i poszlaki. Kiedy tysiące osób maszerują, a ja ledwo rozmawiam z dziesięcioma – czy to może być wiarygodne? Pomocne tak, bo naprowadza mnie na różne wątki. Część się sprawdza – na przykład, że łodziami często kierują sami uchodźcy, którzy próbują zarobić na przepłynięcie. Ich brak doświadczenia jest też, częstym powodem wywrotek. Część jest nieweryfikowalna i przez to nie nadająca się do publikacji

Rano wracam do Tabanovcy. Policjant pilnujący wejścia do obozu na początku jest przerażony na mój widok. Widać zepsułem mu spokojny dzień, bo po raz czwarty wydzwania do swoich szefów, aby potwierdzić, kim jestem. Ale nie ma mnie na liście. Pewnym ruchem wyjmuję Warszawską Kartę Miejską, próbując przypomnieć sobie, czy jest na niej narysowany jakiś tramwaj. Nie zerkam, tylko wręczam. Tłumaczę, że to legitymacja prasowa. Działa. Choć nadal dzwoni, pozwala mi przejść dalej.

Wchodzę równo z wjeżdżającym na stację pociągiem. Tutaj kończy bieg. Przejściowy obóz prowadzi Czerwony Krzyż. Podróżujący nie spędzają w nim za dużo czasu. Rozprostowują kości, jedzą posiłek, piją wodę. Mogą chwilę się przespać. Po krótkiej przerwie ruszają dalej. Kierują się w stronę granicy z Serbią. Do niej jeszcze parę kilometrów na piechotę.

Próbuję znaleźć kogoś do rozmowy, ale wszyscy w pośpiechu, by iść dalej. W namiotach pusto. Obok jednego znajduję schorowanego Syryjczyka. Wiek około 30tki. Ma problem z nogą, próbuje odpocząć zanim pójdzie dalej. Udzielono mu tutaj pomocy medycznej. Przyłączam się jeszcze do grupy, która idzie w stronę granicy. Niechętnie rozmawiają, ale idą z Syrii. Opowiadają co musieli sprzedać – samochód, dom. Ile tysięcy dolarów zostawili w Turcji. Już im niewiele zostało. Na myśl o domu dzieci opowiadają o ogrodzie. Grupa okazuje się całą rodziną.  Dochodzę do granicy i zawracam, by udać się na przejście graniczne, którym ja mogę przejechać. Zanim to zrobię oni już są dawno w dalszej drodze.

Serbia

Dalej

– 10 EURO?! – pytam z niedowierzaniem

– Tak.

– Za 3 kilometry, tak?

– Tak. I to od osoby.

W taksówce mieszczą się 4 osoby. Czyli 40 EUR. Wymęczonych podróżą i pieszym przejściem lokalni kierowcy z chęcią podwiozą do punktu, z którego ruszają autokary na granicę z Chorwacją albo do Belgradu. Pakiet rodzinny za blisko 200 złotych.

Sporo osób korzysta. Może negocjują, choć kierowcy nie zachowują się zbyt miło. Samochody jeżdżą agresywnie, trąbią. W powietrzu dużo nerwów. Droga ciasna. Szybki, łatwy i spory zarobek. Najspokojniejsi są żołnierze. Lufy karabinów leniwie dotykają ziemi. Rozglądają się, czy wszyscy idą w dobrą stronę i nie zmieniają trasy. Taksówki mogą zabierać ludzi od ich punktu kontroli, za żołnierzami jest strefa przygraniczna i wjechać mogą tylko samochody z zezwoleniem. Nie są to przemytnicy. Wykorzystują okazję. Jeden kierowca pyta się mnie czy nie chcę jechać prosto do Belgradu. Słyszę, że ten kierunek oferuje też innym.

Autobusy czekają między Miratovcami a Presevem. Kierowcy czekają na swoją kolej. Pobliskie sklepiki przeżywają małe oblężenie. Ludzie kłębią się i kupują pośpiesznie nim ruszą dalej. Większość jedzie prosto na granicę z Chorwacją.

Droga Bałkańska - odcinek przez Serbię

Dworzec główny w Belgradzie. Przesiadam się tu, by dotrzeć do kolejnej granicy  – właśnie z Chorwacją. Kiedy wyszedłem z budynku, moją uwagę przykuwają dwa namioty. Wchodzę do parku, dalej widzę kolejne.

To park Bristol. Centrum stolicy Serbii. W nim małe miasteczko. Jest punkt informacyjny, oznaczenia w wielu językach, dwa namioty z jedzeniem i piciem. Namioty są wspólne. O punkt oparta tablica. Pierwsza informacja “Croatia open”. Odpowiedź na główne pytanie, którędy jechać dalej. Jeszcze parę tygodni temu uchodźcy udaliby się na północ, do Horgoš, do granicy z Węgrami. Dzisiaj jadą na wschód – do Šid.

Węgry

Dalej

W sierpniu 2015 roku świat obiegły zdjęcia z dworca Keleti. To był punkt kulminacyjny medialnego kryzysu uchodźczego. Rząd węgierski od dawna prowadził kampanię antyimigracyjną, strasząc m.in.  uchodźcami, że zabierają pracę Węgrom. Plakaty wiszą jeszcze w paru miejscach stolicy.

Jednak łatwiej straszyć czymś, czego nie widać. Nikt nie przewidział, że wraz z chaosem wokół dworca, wytworzy się też dużo solidarności. Aktywiści organizują nielegalne schroniska. Ludzie spontanicznie przynoszą odzież i obuwie. Na dworcu Keleti pociągi odjeżdżają sprawnie. Policja ustawia w kolejkach chętnych. Teraz jest tam względny spokój.

Za to w obozie w Röszke panował chaos. Jedyna pomoc udzielana była przez organizacje pozarządowe. Wystraszeni ludzie pchali się do autobusów. Wokół krzyk, ścisk. Dzieci podawane między ludźmi. Dużo się mówi o agresji policji. Ale to więcej nerwów i stresu niż złej przemocy.

Tym razem na Węgry nie docieram. Jeszcze we wrześniu droga wiodła przez Budapeszt i dalej do Austrii. W międzyczasie ukończono “mur”, czyli kolczaste ogrodzenie, a rząd węgierski zrobił wszystko co mógł, by zatamować napływ uchodźców. Przejścia graniczne istnieją, ale główny nurt zmienił bieg – teraz biegnie przez Chorwację. Miesiąc temu było tam TAK

Chorwacja

Dalej

W Bapskiej leje. W oddali widać ciąg namiotów, niczym wielkiego węża. Obok flagi chorwackiej powiewa flaga Unii. Po raz drugi na trasie bałkańskiej, ale teraz do celu zostały już tylko kraje unijne. Kiedy tu pytam o ten cel, słyszę dwa – Austria i Niemcy. Przeważa odpowiedź za Niemcami. Dużo dobrego o Niemcach słyszeli, przede wszystkim, że będą tam dobrze przyjęci. Pytają o Polskę – jak się żyje, co to za kraj, jaka waluta. Pytam o ich emocje. Czy są szczęśliwi, że już tak blisko? Tak – słyszę – ale też zdenerwowani – co dalej? Boją się, że zostaną odesłani. Próbuję szukać różnych pytań. Pytanie kogoś kto maszeruje tyle kilometrów, zostawiwszy wszystko za sobą – o to jak się czuje – wydaje się infantylne. Łamie jednak bariery i pozwala się otworzyć. Spod zmęczenia i czasem niechęci do rozmowy pojawiają się historie.

Z granicy autobusami grupy przemieszczają się do Opatowca. Tutaj wszystko wygląda na obóz bardziej wojskowy niż uchodźczy. Dużo strażników. Gdyby nie namioty pracowników humanitarnych na zewnątrz, można by tego z zewnątrz w ogóle nie zauważyć.

Policjanci zapraszają mnie do swojego namiotu. Po 10 minutach wesołych prób ustalenia, na ile język polski jest zbliżony do chorwackiego, odpuszczają i wracają do swojej rozmowy. Na teren obozu można wejść tylko z kierownikiem, przez dwa namioty. Oprócz mnie czekają jeszcze dwie ekipy stacji telewizyjnych. Jest ósma, kierownik będzie o dziesiątej. Pytam, jak wygląda dalsza trasa – stąd autobusami na najbliższą stację kolejową i dalej pociągiem na granicę ze Słowenią.

Czekam i w wolnej chwili próbuję policzyć, ile kosztuje dotarcie z Turcji do Niemiec. Mam absolutnie sprzeczne dane, ale próbuję ułożyć tę najtańszą wycenę za osobę:

– Turcja – wyspa Grecka – od 800 do 3000 USD,

– wyspa grecka – Grecja kontynentalna – od 4 do 20 EUR za prom,

– autobusy na granicę z Macedonią – od 3 do 15 EUR,

– pociąg w Macedonii – dziś już 20 EUR,

– autobusy w Serbii – około 5 EUR

To tylko sam transport. Najgorzej jest z Turcją. Próbowałem uzyskać potwierdzenie jednej kwoty, ale każdy podaje mi inną. Każdy ma też swoją historię, ale nie słyszę, by ktoś przekroczył granicę legalnie. Tu akurat jest spójnie. Po stronie tureckiej, załatwiają wszystko u przemytników. To też dla nich najcięższy moment podróży. Rozmawiam z ojcem dwójki dzieci. Jeszcze dwa dni temu byli po stronie tureckiej. Trwało to wieki – mówi – cały czas trzymałem je kurczowo, bojąc się, że łódź się przewróci. Mówię, że rozumiem – sam mam córkę.

Układając tę listę, zdaję sobie sprawę, że większość pytań, które mam, nie jest do tych ludzi. Są spóźnione. Wpierw zawiedli się na swoim państwie. Potem na elitach światowych. Tutaj też uznałem, że to co robię, jest bez sensu. Z kim ja mam to skonfrontować? Pracownicy UNHCR robią dobrą robotę, ale dopytani, na ile ich dane są prawidłowe, odpowiadają – we do our best. Tylko tyle i aż tyle.

Dwie godziny później stoję na stacji i patrzę na pociąg odjeżdżający w stronę Harmicy. Uczucie niemocy wciąż mi towarzyszy. Policjanci nerwowo zabraniają robić zdjęć. Ale patrzenie nie jest zakazane więc odpuszczają, zdziwieni taką luką w prawie.

Dokąd?

Dalej

Na dworcu w Wiedniu spotykam ostatnią grupę. Przejechali przez Słowenię – granicę w Dobovej i Šentilj. Są już u celu. Ostatnimi pociągami udają się dalej do Niemiec. Uśmiech na twarzy i potworne zmęczenie. Pytam – co dalej?

Nikt nie potrafi mi jasno odpowiedzieć.

Rok później znajoma pyta – co ma myśleć o uchodźcach. Absolutnie nie wiem, co powiedzieć. Ja sam mam więcej pytań niż odpowiedzi. Ale przecież to widziałeś – dociska.

I co z tego. To źle zadane pytanie. Owszem widziałem – trasę. Obóz po obozie. W piątym mogłem z zamkniętymi oczyma przewidzieć jak będzie wyglądał. Złapałem się na tym, że ten dramat stał się powtarzalny. Rozmowy, ludzie, obozy. Rozmowy, ludzie… A tam po drugiej stronie wisi nade mną oczekiwanie odpowiedzenia na pytanie – przyjmować czy nie przyjmować. Czuję, że zaplątaliśmy się w dyskursie medialnym. Szacunek do bliźniego, chęć udzielenia jakiejś pomocy stały się tożsame ze zgodą na przyjmowanie uchodźców. A strach, obawa, czy jasna deklaracja o niechęci do przyjmowania – stawiają drugich w obozie tych złych ludzi.

Poza tym nie moją rolą jest dawanie odpowiedzi na takie pytanie. Mogę pomóc. Ale jak oczekiwać zero jedynkowej odpowiedzi, gdy cała droga bałkańska to jedna wielka szarość. Białe miesza się z czarnym na każdym kroku.

Jedyne, co w pełni udało mi się udokumentować to moje emocje i pytania. Pytania do siebie.  Cała reszta to zbiór prób znalezienia czegoś, co da się przedstawić jako fakt. Czułem, że byłem okłamywany. Intuicja podpowiadała mi, kiedy słyszałem wyuczoną formułkę. Kiedy zadawałem pytania, słyszałem odpowiedzi przygotowane na rozmowę z urzędnikiem migracyjnym. Te odpowiedzi, które mają ułatwić pozostanie w kraju docelowym. Brzmiało to sztucznie. Może się myliłem, ale na intuicję zdać się musiałem. Prawdopodobnie nie raz dałem się nabrać, myśląc – że o tak, ona mówi prawdę.

Inna kwestia – uchodźcy nadal są, choć nie ma ich w mediach. W 2016 roku co trzecia osoba udająca się do Europy pochodziła z Syrii. Czyli blisko 95 tysięcy osób z 350, które oficjalnie podano za przybyłe na Stary Kontynent. A drugą największa grupą byli Albańczycy – również prosili o azyl w Niemczech.

Jest jedna rzecz, którą mogę zrobić. Mówić, że jest problem. Bo problemy są nadal nie rozwiązane. To, że jest mniej uchodźców, podążających do Europy, to czy to jest “normalne”? Na tyle, że nie angażuje masowego odbiorcy? Czy zatem w “wolnym” czasie przepracowaliśmy odpowiedzi na nurtujące pytania, co zrobić, kiedy pojawi się kolejna fala? Czy pytania te zostały zignorowane, bo uff, skończyło się.

Nie.

Najostrożniejsze szacunki mówią, że drogę bałkańską do dzisiaj pokonało:

0

Podziel się historią

Czytaj również

komentarze
15 komentarzy

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *




  1. No, po Twojej prezentacji na BFG, kiedy powiedziałeś, że masz niedokończony materiał i raczej już go nie dokończysz bo to zbyt mocne dla Ciebie to aż ukłuło, że tak dużo dobra może nie ujrzeć światła dziennego. Ale jednak! Wielkie dzięki!




  2. Dziękuję za obszerny i różnorodny materiał. Przede wszystkim jednak dziękuję za szczerość i za zabranie głosu właśnie teraz, "gdy panuje błoga cisza".



  3. Czytam Twój reportaż i coś aż mnie ściska w żołądku. Chyba fakt, że mamy XXI wiek, rozwój technologii i, teoretycznie, cywilizacji, a nadal takie problemy dręczą świat. Fakt, że ludzie muszą uciekać ze swojego kraju i stawia się przed nimi drut kolczasty, mierzi mnie. Moja babcia uciekła z Litwy do Polski, bo była wojna. Nie chciałabym, żeby ktoś stawiał przed nią drut kolczasty i zabraniał jej żyć w pokoju. Tak samo jak irytują mnie stwierdzenia, że "oni" zabiorą pracę Węgrom czy Polakom. Ja zabrałam pracę Irlandczykom (absurd, nie?). Czy oskarżenia, że wyjeżdżają nie z powodu wojny, a dlatego, że chcą lepiej zarabiać. Też wyjechałam z mojej ojczyzny, żeby lepiej zarabiać, nie widzę w tym nic złego. Rozumiem, że kultura Syryjczyków jest inna, że jeżeli nie będą chcieli się asymilować (jak Polacy na Wyspach, chociażby), to dojdzie do ksenofobii i problemów, ale kurde, czemu żaden cholerny rząd nie jest w stanie przygotować jakiegoś programu dla nich, systemu, żeby im pomóc, znaleźć pracę, szkołę dla dzieci, skoro i tak musieli zostawić swój dom. Może jestem idealistką, ale chciałabym, żeby rządy wreszcie dostrzegły problemy dręczące Europę, a nie tylko źródełka z kasą.


  4. jestem pzrewdonikiem jezde na Bałkany znam garnice Serbii-- i sa one dobzre stzrezzone tak uwazam -Pytanie brzmi skad ci wszyscy uchodzcy wzieli sie prorosyjkiej do bólu Serbii ??????????????????mam pzryjaciol Serbow znam ich sa super ale stosunek do Putina -to uweilbienie do katolicyzmu to zachodu to nienawisc --




Zapisz się
do newslettera!

Reportaże, analizy i podsumowania w Twojej skrzynce.